Miejsce i imię

Tekst
Z serii: Jakub Kania #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miejsce i imię
Miejsce i imię
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Miejsce i imię
Miejsce i imię
Audiobook
Czyta Marcin Perchuć
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 3

Cosel/Annaberg

lipiec 1942 roku

1

Fetor, jaki po otwarciu wagonu uderzył w nozdrza około dziesięciu mężczyzn stojących przy torze bocznicy kolejowej w Koźlu, był tak silny, że jeden z nich – młody chłopak w mundurze SA – instynktownie zrobił krok do tyłu i runął jak długi, tracąc równowagę na drobnych i śliskich od smaru kamieniach torowiska. Wyglądało to jak w komedii z braćmi Marx, kiedy napadają na pociąg, ale nikt się nie roześmiał.

Kilku innych takich samych młodzików w identycznych mundurach jak na komendę wbiło wzrok we wnętrze wagonu, szukając choćby jednej twarzy, która drgnie w grymasie satysfakcji, ale nic takiego nie nastąpiło. Oblicza mężczyzn, którzy jechali pociągiem śmierci z holenderskiego obozu przejściowego Westerbork do Konzentrationslager Auschwitz, pozostały nieporuszone. Podobnie jak ich oczy: puste i nieobecne z powodu skrajnego upokorzenia, rezygnacji i przerażenia zawartego w pytaniu, jak długo jeszcze będą patrzeć na świat. Ludzie ci wyglądali jak z makabrycznej fotografii. W ogóle się nie poruszali, jakby po odryglowaniu i odsunięciu drzwi wagonu wszyscy wstrzymali oddech. Komiczny upadek SA-mana nie zrobił na nich żadnego wrażenia. Wydarzył się w innym, równoległym świecie, do którego oni już nie należeli.

Chłopcy ze Sturmabteilung pomogli wstać koledze, którego spodnie i bluza nadawały się do prania i cerowania. Młodzik miotał się wściekle i najchętniej wyładowałby złość na tych z wagonu, ale nagle wyrosła przed nim atletyczna postać podoficera w czarnym mundurze. Esesman, wyglądający na byłego zapaśnika lub boksera, wyrzucił z siebie kilka krótkich komend i cała grupa podeszła bliżej pociągu, dopiero teraz czując naprawdę, jak cuchnęli ludzie podróżujący nim od dwóch dni, stłoczeni w wagonie dla bydła i korzystający z kubła na odchody, który dawno się przepełnił.

Alle raus! – wrzasnął do nich scharführer SS. – Wszyscy wychodzić.

Mężczyźni z przyszytymi do ubrań gwiazdami Dawida drgnęli, jakby byli jedną całością, a potem zaczęli powoli opuszczać ścierpnięte nogi poza krawędź wagonu, osuwając się na torowisko. Niemcy ustawiali ich w dwuszeregu, szarpiąc i popychając. Chłopak z SA, który się wywrócił, kopnął z całej siły jednego z Żydów, a gdy ten upadł na kolana, kalecząc je o ostre kamienie, uderzył go pięścią w twarz. Z ust człowieka z pociągu popłynęła strużka krwi.

Kiedy szpaler był gotowy, atletyczny esesman ruszył wzdłuż niego, taksując każdego z więźniów i wskazując kijem trzymanym w ręku najroślejszych i najsilniejszych mężczyzn. Kazano im wystąpić dwa kroki przed szereg i stanąć w postawie na baczność. Następnie scharführer wyjął z kieszeni munduru pogniecioną kartkę i głośno odczytał z niej nazwisko:

– Blom. Jakob. Jest?

Na lewym krańcu szpaleru nastąpiło jakieś poruszenie. Ktoś się przeciskał z drugiego rzędu, wreszcie na torowisko wyszedł niski starszy mężczyzna z podniesioną ręką. Jego twarz wyrażała obawę.

Esesman podszedł do niego szybkim krokiem.

– Witamy na Śląsku – powiedział niemal uprzejmie. Mało brakowało, a uścisnąłby mu dłoń.

Człowiek noszący nazwisko Blom nie odpowiedział, wpatrując się w Niemca z wyczekiwaniem.

– Tam. – Esesman wskazał kijem ciężarówkę zaparkowaną jakieś sto metrów dalej, przy ulicy dochodzącej do torów. – Do samochodu. Mamy dla pana pracę w naszym zakładzie, panie Blom. Czy jest pan przygotowany? – spytał troskliwie.

Starszy mężczyzna sięgnął do wewnętrznej kieszeni brudnej i pogniecionej marynarki, która sporo ucierpiała w podróży, i wyjął z niej aksamitny woreczek. Podał go Niemcowi.

Nein. – Esesman niemal się oburzył. – To należy do pana.

Po czym przełożył kij do lewej ręki, a prawą delikatnie ujął dłoń Bloma trzymającą woreczek i potrząsnął nią, co wywołało grzechot znajdujących się wewnątrz przedmiotów. Niemiec rozpoznał ten dźwięk. Uśmiechnął się porozumiewawczo. Prawą dłoń umieścił na plecach Bloma i niemal pieszczotliwie popchnął go w kierunku ciężarówki. Gdy ten odszedł odprowadzany przez jednego z SA-manów, scharführer wrócił na środek szpaleru.

– Wskazani stać. Reszta z powrotem wagon – warknął i chłopcy w brunatnych mundurach zabrali się do pracy, zaganiając więźniów do pociągu. Gdy na torowisku została tylko grupka wyprężonych na baczność, esesman stanął w rozkroku i obrzucił ich szyderczym spojrzeniem.

– Wy, Żydzi – rozpoczął przemówienie, które bardzo lubił wygłaszać przy takich okazjach – uważacie się za naród wybrany. Dlatego żebyście nadal mogli tak o sobie myśleć, ja was wybrałem. – Zarechotał, bo uważał to za świetny dowcip. – Nie pojedziecie do Auschwitz. Pojedziecie do mojego przyjemnego obozu niedaleko stąd. W piękne miejsce. Będziecie tam mieszkać i budować autostradę dla Trzeciej Rzeszy. Zrozumiano?

Wybrani gorliwie przytaknęli.

– No – skwitował esesman. – To od dziś jesteście neue Schmelt Juden, nowi Żydzi Schmelta. Ilu was tu jest? – zapytał i zaczął głośno liczyć, wskazując końcówką kija każdego z więźniów po kolei: – Jeden, dwa, trzy... Jedenastu. Plus Blom... – Odwrócił się w kierunku ciężarówki i krzyknął: – Dawać tu dwunastu alte Schmelt Juden!

Plandeka podniosła się i z opuszczonej burty samochodu zaczęły spełzać ludzkie cienie. Skrajnie wyczerpani ludzie z trudem wlekli się w stronę pociągu, mijając jedenastkę krzepkich mężczyzn maszerujących w przeciwną stronę. Esesman podszedł do wagonu i obserwował, jak więźniowe wciągają do środka tych z ciężarówki. Nagle jego wzrok padł na nadgarstek krępego mężczyzny, który wyciągnął rękę, chwytając dłoń jednego z wynędzniałych chudzielców.

– Ty! – Esesman wskazał go kijem. – Zostaw tego Żyda i złaź.

Krępy posłuchał rozkazu i zeskoczył z wagonu, stając z rękami niedbale opuszczonymi wzdłuż ciała. Nie był pierwszej młodości, zbliżał się do czterdziestki lub właśnie ją przekroczył. Miał śniadą cerę i było w nim coś, co mogło wywoływać respekt. Patrzył spokojnie, bez lęku.

– Dlaczego nie masz gwiazdy Dawida? – spytał esesman.

– Bo nie jestem Żydem – odparł krępy czystą niemczyzną.

– Ściągaj spodnie – zakomenderował atletyczny scharführer. – Ale już. Gacie też.

Śniady mężczyzna bez pośpiechu wykonał i ten rozkaz. Nie był obrzezany.

Bez pytania o zgodę naciągnął krótkie kalesony i spodnie, starannie zapinając pasek. Esesman przyglądał mu się w milczeniu. Najwyraźniej coś rozważał.

– Skąd to masz? – zapytał, dotykając kijem przegubu więźnia, na którym widniał tatuaż: zegarek bez wskazówek.

– Skoro pan pyta, to znaczy, że pan wie – powiedział cicho krępy.

Niemiec poczuł, że przeszedł go dreszcz. Teraz zrozumiał, co było w tym człowieku. Gdy esesman nie był jeszcze esesmanem i siedział w ciężkim więzieniu w Hamburgu, uważał się za szczęśliwca, gdy któryś z więźniów z takim tatuażem pozwolił mu się poczęstować papierosem lub przynieść sobie kawę w czasie obiadu. Przez pięć lat widział ich kilku. Skazanych na dożywocie więziennych arystokratów świata przestępczego. Takich, którzy nie mają już nic do stracenia. Nawet czasu.

– Potrzebuję strażnika do specjalnego komanda w obozie – powiedział dyskretnie esesman. – Kogoś, kto nie zna strachu ani wahania. Rozumiemy się? Kogoś niezawodnego. Zainteresowany?

Krępy opuścił powieki w geście potwierdzenia.

Niemiec wyraźnie się odprężył.

– Dawać jeszcze jednego! – wrzasnął w stronę ciężarówki i się uśmiechnął. Przez chwilę chciał się pochwalić, że też ma za sobą przeszłość kryminalną, ale w tym samym momencie spojrzał na swój mundur scharführera SS oraz brudne ciuchy więźnia i doszedł do wniosku, że sytuacja nie jest odpowiednia.

Krępy, tak jak mu polecono, podszedł do młodego SA-mana opartego o błotnik ciężarówki i zapisującego coś w rejestrze.

– Jak się nazywasz? – spytał młodzik w brunatnej bluzie, nie podnosząc wzroku.

– Johan Pinto – odparł krępy i bez pytania wskoczył na pakę. Chwilę później silnik opla blitza zakaszlał i auto powoli ruszyło.

2

Piwo było ciepłe i pozbawione gazu, co wywołało grymas obrzydzenia u starszego mężczyzny w kolejarskim mundurze siedzącego przy stoliku ze znacznie młodszym, tak samo ubranym kolegą z pracy, o brzydkiej ospowatej twarzy.

– Co za szczyny. – Starszy kolejarz odczekał, aż właściciel spelunki obok kozielskiego portu na Odrze odwróci wzrok, i splunął na podłogę.

– Dobrze, że chociaż takie jest – westchnął ospowaty. – Zobaczy stryjek, jeszcze trochę tej przeklętej wojny i zatęsknimy nawet za szczynami.

Mężczyzna nazwany stryjkiem miał około sześćdziesięciu lat, siwe włosy i twarz pobrużdżoną głębokimi zmarszczkami, ale mimo wyraźnego zmęczenia była w nim jakaś energia.

– Widziałeś, co się dziś działo z transportem z Westerbork? – zapytał, zachęcony krytyką wygłoszoną przez bratanka na temat czasu, w jakim przyszło im żyć.

Młodszy kolejarz niespokojnie rozejrzał się po knajpie. Choć siedzieli w rogu obskurnej zadymionej sali i mogli rozmawiać swobodnie, położył palec na ustach.

– W to lepiej się nie wtrącać.

– Bo co? – zapytał zaczepnie starszy. Kończył drugie piwo i był już lekko podchmielony, co zawsze nastrajało go wojowniczo.

Bratanek popatrzył na niego sceptycznie. Kiedyś napyta sobie biedy, pomyślał o bracie ojca, który załatwił mu posadę pomocnika maszynisty. Zawsze skory do naprawiania świata. Tajemnicą skrzętnie ukrywaną przez rodzinę był fakt, że stryjek nabrał zamiłowania do parowozów, gdy obsługiwał pociąg pancerny, walcząc ponad dwadzieścia lat temu w powstaniu śląskim. I to po niewłaściwej, polskiej stronie. Jakby się Niemcy dowiedzieli... Lepiej nawet o tym nie myśleć.

 

W odpowiedzi wzruszył ramionami.

– To te pierońskie ciule z Annabergu – rzucił starszy kolejarz po śląsku, ale ospowaty natychmiast go upomniał. – Zatrzymują transporty – kontynuował stryjek już po niemiecku – i zamieniają zdrowych, silnych więźniów na tych wpół umarlaków, co to ich przywożą ciężarówką. Aby liczby się zgadzały. Zobaczysz – wyciągnął oskarżycielsko wskazujący palec w kierunku bratanka – ten szwindel w końcu się wyda, a wtedy kto za to beknie? My. Kolejarze.

– Dlaczego my? – przestraszył się ospowaty.

– A widziałeś, żeby esesman oskarżył o coś innego esesmana? Kruk krukowi oka nie wykole.

– Nikt nikogo o nic nie oskarży – pocieszył się młodszy kolejarz. – Tak czy inaczej, robią porządek z Żydami.

Stryj spojrzał na niego z identycznym obrzydzeniem, z jakim wcześniej zareagował na piwo. W ułamku sekundy mignęła mu przed oczami śliczna buzia Elizy, córki sklepikarza z kozielskiego rynku, w której kochał się przez pół życia. Była Żydówką. Była...

– Lepiej się zamknij, jak masz mówić do mnie w ten sposób – syknął do bratanka. – Nie jesteś na hitlerowskim wiecu.

– Stryju. – Ospowaty zmienił ton. – Ja tak dla stryja dobra. Kojarzy stryj Dietera, tego ze stacji w Deschowitz?

– Wielki pyskacz – skwitował starszy kolejarz.

– Wielki aktywista – sprostował bratanek. – Członek NSDAP.

– I co z tego?

– To, że Dieter widział w Deschowitz taką samą wymianę Żydów jak ta dzisiaj u nas. Też urządzoną przez tych z Annabergu, którzy zatrzymywali na bocznicy holenderski pociąg. Dieter, którego stamtąd przegonili, a jeden SA-man chciał mu nawet dać w gębę, narobił rabanu. Że kto to widział takie rzeczy, że gdzie niemiecki porządek i takie tam. Kłapał dziobem na prawo i lewo, powołując się na swoją partyjną znajomość z samym śląskim gauleiterem Brachtem, na którego terenie jest Annaberg, ale i Auschwitz. Odgrażał się, że doniesie mu, że ci z Annabergu okradają tamten Konzentrationslager ze zdrowych Żydów, wysyłając do Auschwitz wykończonych i umierających.

– Wskórał coś? – chciał wiedzieć starszy kolejarz.

– Nie. Tydzień temu znaleziono go martwego w zagajniku. Ktoś mu strzelił w łeb. Wracał do domu z zebrania NSDAP, więc ogłoszono, że zrobili to polscy bandyci. Ale kto tu widział polskich bandytów? Chyba ostatni raz za powstania śląskiego – powiedział bratanek i zorientował się, że palnął coś, co niekoniecznie musiało się stryjowi spodobać.

Lecz starszy kolejarz nie zwrócił na to uwagi. Był głęboko pogrążony w myślach.

– Dziwny ten obóz na Annabergu – powiedział po dłuższej chwili, już znacznie mniej buńczucznym tonem. – Ludzie gadają, a i sam widziałem, jak byłem na Wielkanoc pomodlić się w sanktuarium. Baraki stoją tuż przy drodze do Gemeinde Leschnitz, ale jak się tamtędy przechodzi albo przejeżdża wozem czy rowerem, to specjalne tablice ostrzegawcze każą odwrócić głowę w drugą stronę. Jest tam napisane, że do tych, co będą patrzeć, wachmani mają rozkaz strzelać bez ostrzeżenia. Pełno tu obozów w okolicy, ale nigdzie takich tablic nie ma. Dziwne miejsce – powtórzył. – Ale żeby aż Dietera... Myślisz...?

– Mówiłem stryjowi – przerwał mu ospowaty. – Lepiej się w to nie wtrącać.

Starszy kolejarz w milczeniu pokiwał głową. Pociągnął łyk piwa, skrzywił się jeszcze bardziej niż poprzednio i stanowczym ruchem odsunął kufel.

– Bier, synek, tasza – znów odezwał się po śląsku, wskazując ruchem głowy kolejarską torbę ospowatego. – Idymy do dum. – I nie zważając na właściciela knajpy, który patrzył w ich stronę, ostentacyjnie splunął na podłogę.

W jego głowie kłębiło się wiele pytań, które na dobre zepsuły mu humor, ale coś, co uświadomił sobie dopiero podczas rozmowy z bratankiem, było szczególnie natarczywe. Żadną miarą nie potrafił zrozumieć, dlaczego ci z Annabergu zatrzymują na bocznicach tylko pociągi jadące do Auschwitz z Holandii.

3

Johan Pinto nie przejął się tym, co zastał w Zwangsarbeitslager Annaberg. Dwadzieścia lat w ciężkim więzieniu w Roermond przekonało go, że przeżyć można wszędzie i w każdych okolicznościach, pod warunkiem przestrzegania dwóch żelaznych reguł: trzeba myśleć tylko o sobie i nie ufać nikomu. Reszta jest kwestią przyzwyczajenia, jakie następuje szybciej, niż człowiek się spodziewa, oraz umiejętności, których Roermond uczył lepiej niż Oxford prawa.

Prosto z ciężarówki skierowano go do łaźni, a potem ogolono mu głowę i kazano zrobić to samo z owłosieniem pod pachami i w okolicach krocza. Wszystkie te miejsca posypano białym proszkiem, którego dwie łyżki stołowe wsypano do torebki skręconej z gazety w formie rożka i polecono mu zabrać ze sobą. Otrzymał też prymitywne przyrządy toaletowe i skrawek szarego mydła. Wachman, który nie odstępował go na krok, kazał poczekać, a sam poszedł po jego miskę, koc i ubranie. Przez dobre dziesięć minut Pinto stał na zewnątrz goły, jak go pan Bóg stworzył, nie zwracając uwagi na chichot kobiet, które zerkały na niego z okien baraku kuchennego, komentując coś w języku, który słyszał pierwszy raz w życiu.

Ubranie dostał to samo, w którym przyjechał, ale zdezynfekowane i pozbawione insektów. Jeszcze w Holandii, w obozie przejściowym w Westerbork, próbował z nimi walczyć, ale w transporcie musiał dać za wygraną.

Wyraźnie w niego inwestowano.

Jedenastu krzepkich Żydów od razu popędzono do baraków. Program higieniczny objął tylko jego i starszego człowieka, który nosił nazwisko Blom i w ogóle się nie odzywał. Johanowi Pinto to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Nigdy nie był człowiekiem otwartym, a jedną z umiejętności, jakie studiował w Roermond, była sztuka milczenia i zwalczania u siebie chęci rozmowy z innymi. Więzień, który przyzwyczai się do pogawędek, szybko wariuje w pojedynczej celi.

Po wyjściu z łaźni Blom zniknął, a Pinto poszedł za wachmanem, który wskazał mu pryczę w niewielkim pomieszczeniu oddzielonym od reszty baraku. Było tam jeszcze jedno posłanie, już przez kogoś używane, miednica, dzbanek na wodę, półka, stół i dwa taborety. Na jednym z nich mógł położyć złożony w kostkę koc, a na nim miskę odwróconą do góry dnem, na której umieścił rożek z białym proszkiem i resztę zestawu toaletowego. Komfort. Popędzany przez wachmana, zdążył zauważyć, że prycza jest w miarę czysta. Komuś tu zależało, aby Johan Pinto nie był niepokojony przez pluskwy, nie miał pcheł ani wszy, które mogły go zarazić tyfusem czy innym paskudztwem. Najwyraźniej był tu komuś potrzebny.

Kilka minut później strażnik zaprowadził go do budynku, w którym mieściła się kancelaria obozu. Za prostym biurkiem pod ścianą, na której wisiał portret Hitlera, siedział wyraźnie z siebie zadowolony atletyczny esesman, który zabrał go z transportu. Podwinięte rękawy koszuli odsłaniały jego umięśnione przedramiona pokryte tatuażami. Bez wątpienia więziennymi. Przez moment Johanowi Pinto przeszło przez myśl, że Niemiec celowo prezentuje kolekcję wytatuowanych mieczy, nagich kobiet i symboli świata przestępczego, aby dać mu do zrozumienia, że jest „z branży”. Kryminaliści wszystkich krajów łączcie się, pomyślał, parafrazując Marksa, którego dzieła czytał w Roermond, bo czytał tam wszystko, co było dostępne. Z wyjątkiem Hrabiego Monte Christo, książki, od której wielu osadzonych sfiksowało, rojąc sobie ucieczkę, bogactwo i zemstę. Pinto, kiedy jeszcze nazywał się zupełnie inaczej i odsiadywał dożywocie, uważał, że w więzieniu ta lektura jest wyjątkowo niebezpieczna.

Kolekcja tatuaży na przedramionach esesmana oparta była o krawędź biurka, a dłonie spoczywały na niewielkiej walizkowej maszynie do pisania. Widocznie obóz był zbyt mały, aby mieć własnego kancelistę, i scharführer osobiście prowadził ewidencję. Niemiec odprawił wachmana, któremu kazał zamknąć za sobą drzwi, a gdy zostali sami, wymownie spojrzał na swoje przedramiona.

– Jak widzisz, jesteśmy kolegami po fachu. Pochodzę z Hamburga. Rozumiesz: port, międzynarodowe towarzystwo, dużo się działo. Byłem w pudle, ale wujek Adolf – pokazał kciukiem na ścianę za swoimi plecami – dał mi szansę. A teraz ja daję ją tobie – oświadczył, unosząc dłonie nad maszyną. – Nazwisko?

– Pinto.

Niemiec wystukał je wskazującym palcem prawej ręki. Druga dłoń zawieszona nad maszyną najwyraźniej służyła do podtrzymania stanu skupienia.

– Imię?

– Johan.

– Urodzony?

– W Amsterdamie, rok tysiąc dziewięćset drugi.

– Narodowość?

– Holender.

– Pochodzenie?

Więzień wzruszył ramionami.

– Rodzina dawno temu przyjechała z Hiszpanii, jeśli to ma jakieś znaczenie.

– Oczywiście, że ma – ucieszył się esesman. – Hiszpania to dziś faszystowski kraj.

Pinto nie zareagował. Polityka była czymś, co interesowało go najmniej.

– Za co siedziałeś?

– Morderstwo – odparł krótko.

– Kogo?

– Dwóch jubilerów w Amsterdamie.

– Żydów? – spytał Niemiec z nadzieją w głosie.

Pinto skinął głową.

Esesman o atletycznej budowie popatrzył na niego z uznaniem. Zerknął na zamknięte drzwi i wykonał zapraszający gest dłonią w stronę krzesła.

– Siadaj. Ale jakby ktoś pukał, wstań. Sam rozumiesz.

Pinto usiadł bez słowa.

– Szanuję takich jak ty – wyznał Niemiec. – Fachowców starej daty. Dlatego od razu zwróciłem na ciebie uwagę tam na stacji i rozpoznałem twój tatuaż. – Esesman skomplementował własną spostrzegawczość, puszczając oko do więźnia. – Dożywocie, co?

Pinto potwierdził ruchem powiek.

– Uciekłeś?

– Coś w tym rodzaju.

– Za to trafiłeś do Westerbork i transportu do Auschwitz?

Więzień wzruszył ramionami.

– Też – odpowiedział. – Generalnie niefortunny zbieg okoliczności.

Niemiec uśmiechnął się, jakby na wspomnienie własnych niefortunnych zbiegów okoliczności, po których zostały mu więzienne tatuaże.

– Było, minęło – skwitował, nie wiadomo czy swoje refleksje, czy najnowszy rozdział kryminalnej biografii Pinta. – Nie wnikam.

Wstał zza biurka i przeszedł się po pokoju.

– Będziesz miał ze mną dobrze – zapewnił. – Włos ci tu z głowy nie spadnie. – W tej samej chwili spojrzał na ogoloną czaszkę więźnia, dochodząc do wniosku, że nie zabrzmiało to zbyt przekonująco. – Ujmę to tak: jestem znany z tego, że potrafię dbać o swoich ludzi. Pod warunkiem, że oni dbają o mnie. Rozumiemy się?

Pinto nie odpowiedział.

– Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie – kontynuował esesman. – Teraz powiem ci tylko tyle, że będziesz nadzorował grupę Żydów mieszkających w twoim baraku. Na razie jest ich ośmiu, ale będzie więcej. Znacznie więcej. Ci Żydzi wykonują ściśle tajną misję. Z racji specjalnych obowiązków otrzymali pewne przywileje, ale to nie znaczy, że nie muszą przestrzegać dyscypliny. Dlatego potrzebuję wśród nich swojego człowieka, kogoś o bystrych oczach i twardej ręce. Takiego, który zauważy, że coś jest nie tak jak trzeba, i potrafi mocno zdzielić w łeb. Jasne?

Pinto nadal milczał.

– No. – Atletyczny esesman uznał to za aprobatę. – Od dziś jesteś ich kapo. Podaję zasady: nie wolno im kontaktować się z innymi więźniami, żadnych rozmów o pracy, żadnych kłótni, żadnego unikania roboty, symulowania czy rozklejania się. Jeśli któryś kłapie mordą, uciszasz go. Jeśli zaczyna czuć się zbyt ważny, sprowadzasz go do poziomu pozostałych. Jeśli udaje jakieś dolegliwości, wysyłasz go do lazaretu, ale po to, aby mu zrobili opatrunek na rozbitym łbie, wiesz, co mam na myśli. Jeśli pęka psychicznie, dajesz mi znać. Widzę, że wyglądasz na człowieka, któremu nie trzeba dwa razy powtarzać, dlatego nie pytam, czy wszystko do ciebie dotarło.

Pinto nic nie powiedział.

– Na razie, przez parę dni, miej na nich oko tylko w baraku – oświadczył esesman, wracając za biurko. – Potem, jeśli mi się spodobasz, będziesz nadzorował ich również w pracy. Twoi Żydzi są zatrudnieni w Strefie Wydzielonej, na końcu obozu. Żeby się tam dostać, trzeba mieć przepustkę... – Niemiec zawiesił głos – ...czyli zaufanie generała SS Schmelta i moje – dokończył z dumą. Po raz czwarty chciał spytać, czy więzień wszystko zrozumiał, ale przewidział, że znów odpowie mu milczenie. Już on znał tych asów z dożywociem. Taki nigdy nie da po sobie poznać, co myśli.

Wezwał wachmana i rozkazał odprowadzić więźnia do baraku.

Wewnątrz panował lekki półmrok i było pusto. Jedynie na pryczy pod ścianą kulił się ludzki kształt, w którym Johan Pinto rozpoznał człowieka o nazwisku Blom. Starszy Żyd leżał na boku z podkurczonymi nogami, twarzą do ściany, i z trudem tłumił szloch.

4

 

Przed wieczorem ośmiu mężczyzn zatrudnionych w Strefie Wydzielonej, o której mówił esesman, wróciło do baraku. Mimo że pryczy było kilkadziesiąt, Pinto zauważył, że zajmują te, które same sobie wybrali. Na dole lub na górze. Rzeczywiście mieli przywileje, nie wspominając o tym, że nie mogli narzekać na tłok panujący w lagrach. Raczej w ogóle nie mogli narzekać.

Pinto przyglądał się im przez szparę w niedomkniętych drzwiach swojego pomieszczenia, leżąc na posłaniu z rękami założonymi pod głowę. Mieli porządne, chyba czyste ubrania – z tej odległości przy skąpym świetle żarówki trudno było dostrzec – i byli nieźle odżywieni. W niczym nie przypominali żywych trupów przywiezionych dziś na stację obozową ciężarówką. Nosili gwiazdy Dawida, ale po baraku krzątali się w milczeniu i nie można było stwierdzić, skąd przyjechali ani kim są. Pinto znał się na więźniach, ale tych nie potrafił rozszyfrować. O dziwo, większość z nich stanowili mężczyźni po pięćdziesiątce i starsi. Z ich ruchów i gestów wnosił, że są indywidualistami skupionymi na sobie. Wyglądali na artystów. Może grali w obozowej orkiestrze, przemknęło mu przez myśl, ale szybko porzucił ten trop. Gdyby tak było, usłyszałby dźwięki instrumentów. Lager Annaberg nie był rozległy. Poza tym kto tworzy dla muzyków tajną Strefę Wydzieloną?

Po kilku minutach przyszedł wachman i wypędził wszystkich na wieczorny apel. W jego kierunku też energicznie machnął ręką w geście, jaki znali strażnicy we wszystkich więzieniach świata, choć nikt ich tego nie uczył. Gest znaczył: chodź tu, i to szybko.

Wyszli. Atletyczny esesman stał w rozkroku podobnie jak na stacji, a w ręku trzymał kij, który niewątpliwie przysparzał mu autorytetu i pomagał w retoryce. Niemiec odebrał meldunek od starszego Żyda z lisią twarzą, którego Pinto dotąd nie widział. A potem nabrał powietrza i pomagając sobie ruchami kija, zakomunikował, że jest zadowolony z pracy komanda Strefy Wydzielonej i w nagrodę przydziela nowego kapo, który będzie dbał o porządek i bezpieczeństwo. Kij wyciągnięty w stronę Johana Pinto znieruchomiał.

Żaden z ośmiu Żydów nie zareagował. Jedynie przez twarz Bloma, który pewnie uważał Pinta za znajomego, przeleciało coś w rodzaju zadowolenia. Natomiast ten o lisiej twarzy ukradkiem splunął na ziemię. Esesman to zauważył.

Wyszczekał rozkaz powrotu do baraku, popychając dwóch ostatnich Żydów ze specjalnego komanda, którzy wlekli się noga za nogą. Pinto dostrzegł kątem oka wynędzniałych, zmęczonych ludzi wysypujących się z innych zatłoczonych baraków. Wychodzili na swój apel, popędzani wrzaskiem i kolbami karabinów wachmanów. Komuś bardzo zależało, aby te dwa światy: zwyczajny i wydzielony, nie miały ze sobą nic wspólnego.

Kapuśniak był cienki i może zaciągnięty łyżką żytniej mąki, a może nie – ale smaczny i dający złudzenie sytości przed snem. Niestety był kapuśniakiem, potrawą, na którą żołądek Pinta, sfatygowany więzienną kuchnią Roermond, zareagował tak, jak można się było spodziewać.

Właściciel żołądka niechętnie wstał z posłania i udał się do latryny. Wymagało to przejścia przez część baraku, w której kwaterowało komando Strefy Wydzielonej. Ośmiu Żydów, a po krótkim namyśle również Blom, podniosło się z pryczy i stanęło na baczność. Nowy kapo chciał się do nich odezwać, słysząc, że wcześniej szeptali po niderlandzku, ale porzucił ten zamiar. Przyjdzie na to czas. Im później dowiedzą się, że jest ich krajanem, tym lepiej.

Usiadł w latrynie, gdy nagle usłyszał jakieś odgłosy z zewnątrz i przez szparę w źle dopasowanych deskach dostrzegł atletycznego esesmana stojącego dwa, trzy metry dalej. Niemiec na kogoś czekał, a raczej polował, stojąc w półmroku przed ich barakiem. Po kilku chwilach zawołał szeptem zduszonym wściekłością:

– Fiszler! Do mnie!

Od strony Strefy Wydzielonej zbliżała się jakaś postać, w której Pinto rozpoznał Żyda o lisiej twarzy. Stary natychmiast przyspieszył kroku i niemal przytruchtał przed oblicze scharführera, prężąc się na baczność.

– Na rozkaz! – zameldował się usłużnie.

Pinto usłyszał głośne trzaśnięcie dłoni o policzek.

Mimo półmroku rozproszonego światłem latarni obozowych kapo dostrzegł, że uderzenie było krótkie, prawie bez zamachu, ale stary zatoczył się i omal nie upadł. Atletyczna budowa Niemca o czymś świadczyła.

– Co to było za spluwanie na apelu? – syknął esesman. – Będziesz mi tu pokazywał fochy? Źle ci u mnie? Może wolisz pojechać do sanatorium w Auschwitz?

– Przepraszam, panie scharführer. – Głos Fiszlera drżał z przerażenia. – Ale...

– Ty durniu – przerwał mu esesman nieco bardziej pojednawczym tonem. – Wiesz, jak ważną misję wykonujemy dla brigadeführera Schmelta. Musimy być jednością, Fiszler! Musimy być silni! Więc nie zachowuj się jak zazdrosna, rozkapryszona baba.

– Ale to ja jestem kapo... – upomniał się stary rozżalonym tonem.

– Jasne, że jesteś – potwierdził esesman. – I to najważniejszym. Moją prawą ręką. Ale ty jesteś od spraw fachowych, a potrzebujemy speca od porządku i bezpieczeństwa. Teraz Strefa Wydzielona to ośmiu Żydów. Dziewięciu – poprawił się – bo dziś dołączył Blom. Przyjadą inni. Będzie ich przybywało. Brigadeführer znalazł nowy kanał przerzutowy z Amsterdamu. Liczy na dwudziestu, może trzydziestu nowych do końca roku. Jak chcesz nad nimi zapanować, Fiszler? Ty masz dokładnie kontrolować ich pracę. To najważniejsze. Ale wszystko musi przebiegać spokojnie i po cichu. Znasz rozkaz generała Schmelta: to, co się dzieje w Strefie Wydzielonej, jest ściśle tajne. Nie dasz rady dopilnować, aby czterdziestu ludzi z komanda trzymało gęby zamknięte na kłódkę. Do tego jest nam potrzebny ten drugi. Już on weźmie towarzystwo za mordę, tego jestem pewien. Widziałem takich jak on w więzieniu. Samo ich spojrzenie wprowadzało dyscyplinę. Żydzi będą chodzić jak mechanizm szwajcarskiego zegarka. Zobaczysz. A poza tym – dodał chytrze esesman – jak złamie parę nosów w tamtej części obozu – wskazał ręką za siebie – to przestaną je wtykać w sprawy Strefy Wydzielonej. Potrzebujemy go. Dociera to do ciebie, Fiszler?

– Tak jest, panie scharführer – potwierdził skwapliwie stary.

– No – skwitował esesman. – To jeszcze dobra rada: żyj z nim w zgodzie. To morderca. Zimny, bezwzględny bandzior skazany na dożywocie. Uważaj, Fiszler. Jesteś ważny dla brigadeführera i dla mnie. Nie chciałbym któregoś dnia znaleźć cię ze skręconym karkiem. Dla niego to jak splunąć, zapamiętaj.

– Zapamiętam – przyrzekł człowiek o lisiej twarzy, wyprężył się, stuknął obcasami i odszedł do baraku.

Gdy Pinto wrócił z latryny do pomieszczenia, w którym znajdowała się jego prycza, stary Żyd akurat przygotowywał do spania sąsiednie posłanie. Nowego kapo traktował jak powietrze. Jakby go w ogóle nie było.

Nie posłuchałeś dobrej rady swojego przyjaciela z SS, pomyślał Pinto. Szkoda.

5

Następnego dnia po porannym apelu Fiszler wyszedł z komandem do pracy w Strefie Wydzielonej. Pinto został sam. Zjadł dwie kromki czarnego gliniastego chleba posmarowanego marmoladą, popił zbożową lurą, a potem przysunął taboret do ściany, z boku okna, tak aby mógł przez nie patrzeć, pozostając niewidocznym z zewnątrz. Uczył się obozu.

Nie za dużo się działo, ale nie potrzebował wielu informacji, by dowiedzieć się tego, czego chciał. Więzienie nauczyło go dostrzegać rzeczy niewidzialne dla innych.

Po apelu więźniowie z pozostałych baraków pojechali ciężarówkami do pracy. Gdzieś przy budowie. Mieli ubrania pobrudzone ziemią i poplamione cementem. Poza tym od rana byli zmęczeni, co oznaczało, że za mało jedzą i śpią, za to pracują ponad siły. A jak już się kompletnie zużyją, pomyślał Pinto, pojadą na bocznicę kolejową, gdzie dojdzie do kolejnej podmiany. Na ich miejsce przywiezie się silnych i zdrowych Żydów z transportu, a ci będą sobie mogli spokojnie zdechnąć w Auschwitz. Proste.

Intrygował go barak gospodarczy. Pracujące w nim kobiety często wybuchały śmiechem i sprawiały wrażenie zadowolonych. Musiały przychodzić do pracy zza drutów. Może nawet dostawały za to wynagrodzenie. Więźniarki obozów raczej nie zachowują się w ten sposób.