Miejsce i imię

Tekst
Z serii: Jakub Kania #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miejsce i imię
Miejsce i imię
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Miejsce i imię
Miejsce i imię
Audiobook
Czyta Marcin Perchuć
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tak nazywali szczególnie uciążliwych podróżnych, którzy za wszelką cenę starali się zwrócić na siebie uwagę. Głośnych, podpitych, wpadających w podniebną głupawkę lub po prostu chamskich i aroganckich.

– Nie. – Kuba uśmiechnął się do słuchawki. – Kapitan J. nie byłby potrzebny.

Kapitan J., dziś emerytowany pilot, był ulubieńcem Kasi i wszystkich dziewczyn, które z nim latały. Przed każdym startem robił krótką odprawę, podczas której zawsze powtarzał to samo: „Jakby ktoś nadmiernie szumiał, to wiecie, gdzie mnie znaleźć”. Po czym puszczał oko i sadowił się za sterami.

Stewardesy nie nadużywały tego przywileju, ale bywało, że nie miały wyjścia. Kasia skorzystała z niego tylko raz, wiele lat temu.

W rejsie do Moskwy otyły gość, który grubo przesadził z ilością drinków i w którym odezwała się potrzeba bycia duszą towarzystwa, uznał, że uprzyjemni wszystkim lot i zostanie pokładowym wodzirejem. Intonował piosenki biesiadne, wstawał z miejsca, zaczepiał ludzi i generalnie zachowywał się jak zachwycony sobą pajac, którego wszyscy starają się unikać. Na weselu w remizie to wykonalne, w samolocie niespecjalnie.

Kasia dwa razy grzecznie zwróciła mu uwagę, ale kiedy za trzecim razem otyły facet próbował z nią tańczyć w przejściu między fotelami, wyślizgnęła się i zapukała do kabiny pilotów.

Kapitan J. ze zrozumieniem pokiwał głową.

– Daj znać, jak gość będzie szedł do toalety – powiedział.

Drugi pilot, najwyraźniej wtajemniczony, uśmiechnął się pod wąsem.

Kwadrans później, kiedy wesoły grubas zamknął za sobą drzwi, a lampka nad nimi zawiadomiła, że pomieszczenie jest zajęte, poinformowany w porę kapitan J. wykonał delikatny ruch wolantem, wyprowadzając samolot z trybu autopilota. Nastąpiło płynne bujnięcie, którego pasażerowie nie zdążyli nawet szczególnie odnotować w świadomości. Ale oni siedzieli w fotelach. Gość, który stał nad muszlą sedesową z rozpiętym rozporkiem, mając ręce zajęte czymś innym niż utrzymywaniem równowagi, przyjął to samo bujnięcie zupełnie inaczej. Siła odśrodkowa popchnęła go do tyłu, a zanim oparł się plecami o drzwi toalety, obsikał swoje jasne spodnie od kieszeni do stóp.

Po kilku minutach, kiedy się zapiął i jako tako powycierał, dyskretnie otworzył drzwi i wystawił głowę wraz z prawą ręką wykonującą w stronę stewardesy rozpaczliwe gesty, mające na celu jej przywołanie. Kasia przez dobre dwie minuty udawała, że nie widzi, po czym spojrzała w jego stronę z pytającym uśmiechem. Rozpacz gestów przybrała na sile. Kiedy podeszła, drzwi toalety przymknęły się tak, że wystawała z nich tylko twarz grubasa. Bez cienia wcześniejszego entuzjazmu.

– Ma pani jakiś koc? – szepnęła twarz.

– Zimno panu? – zatroskała się Kasia.

– Nie. To znaczy tak. – Grubas uznał to za dobry pretekst.

– Proszę wrócić na swoje miejsce – oznajmiła Kasia słodko. – Zaraz przyniosę.

– Nie – jęknęła twarz błagalnie. – Tu. Tu bym chciał, żeby pani przyniosła.

Kasia zrobiła minę z serii: „Ależ naturalnie, nie dziwimy się żadnym prośbom naszych drogich pasażerów i ochoczo je spełniamy”.

Dalszą część lotu wodzirej przesiedział cicho i pokornie w swoim fotelu, wzbudzając wyraźną sympatię Hinduski z sąsiedniego rzędu, równie szczelnie aż po kostki owiniętej sari.

Kasia uśmiechnęła się na wspomnienie kapitana J., wracając do rozmowy z Kubą.

– Kiedy jedziesz do Jerozolimy?

– Rano. Właśnie widziałem w telewizorze na lotnisku gigantyczny korek na autostradzie numer jeden. Nie zamierzam w nim tkwić. Zaraz pożyczę samochód, podjadę do tego zajazdu koło Ramli, wiesz – opowiadałem ci, jak go lubię – położę się wcześniej spać i wyruszę zaraz po śniadaniu. Stamtąd mam już niecałe pięćdziesiąt kilometrów.

– Dobry plan – uznała Kasia. – Uważaj na siebie.

– Tak będzie – przyrzekł. – Tęsknię za tobą.

– Ja też – szepnęła. – Kuba...

– Tak?

– Ta nowa sprawa w Jad Waszem... Nie ma w niej nic niebezpiecznego, prawda? Mogę być całkowicie spokojna?

– Oczywiście – zapewnił, mając nadzieję, że jej nie okłamuje.

4

Wątpliwość wróciła nazajutrz w drodze do Jerozolimy. Wywołał ją widok zardzewiałych i wypalonych słońcem wraków samochodów porzuconych gdzieniegdzie na płowych, kamienistych polach obok autostrady. Były pamiątką jakichś groźnych zdarzeń. Kuba nie wiedział jakich, ale zerkając na nie przez szybę wypożyczonej toyoty, pomyślał, że lęk Kasi wynika z troski i nie wolno go lekceważyć. Zwłaszcza że kiedy przez ich życie przetoczyła się sprawa Chrztu Warneńczyka, niejednokrotnie odczuwali dreszcz niebezpieczeństwa, a ludzie zamieszani w tajemnicę obrazu ginęli w zagadkowych okolicznościach.

W tym samym czasie kilkanaście kilometrów dalej ważny urzędnik Jad Waszem odpowiedzialny za finanse instytutu dopił codzienne latte, wytarł usta papierową serwetką i spojrzał na zegarek. Wstał, starannie zamknął swój gabinet zgodnie z procedurą bezpieczeństwa i pomaszerował parkową ścieżką do jednego z budynków, położonego na południowy zachód od Hall of Remembrance. Pokonał długi i przestronny korytarz, po którego obydwu stronach mieściły się wejścia do pokoi biurowych z tabliczkami informacyjnymi. Przystanął przed drzwiami, które tabliczki nie miały. Prowadziły do sekcji nieoficjalnie nazywanej referatem cieni.

Jej szef odpowiedział na pukanie i ucieszył się na widok głowy urzędnika, która wsunęła się przez szparę w drzwiach. Umieszczona na bardzo długiej i bardzo chudej szyi, wyglądała jak kamera endoskopu monitorująca sytuację wewnątrz organu.

– Sam jesteś? – spytała głowa i nie czekając na potwierdzenie, zaproponowała: – Przejdźmy się kawałek. Piękny dzień, a za godzinę zrobi się zbyt gorąco.

Dyrektor referatu cieni wykonał aprobujący gest prawą ręką, wstał zza biurka i wyszli, kierując się na wschód, w kierunku grobu Herzla. Wyglądali jak postacie z kreskówki. Szef referatu cieni był potężnym mężczyzną liczącym ponad dwa metry wzrostu i ważącym minimum sto trzydzieści kilogramów, urzędnik miał niewiele ponad metr sześćdziesiąt, był drobny i aby dotrzymać kroku olbrzymowi, sam robił dwa.

– Jak tam nasza sprawa w Polsce? – spytał urzędnik, ujawniając powód spaceru.

– Doskonale – odparł olbrzym, podkreślając swoje przekonanie szerokim uśmiechem.

– Zajmie się nią ten twój, no jakże mu tam...

– Jakub. Jakub Kania – przypomniał szef referatu cieni.

Urzędnik podniósł palec wskazujący i wycelował go w olbrzyma, jakby było to niezbędne do poświadczenia tożsamości polskiego konsultanta instytutu.

– To pewny człowiek, prawda? – dopytał, zerkając w górę, w kierunku twarzy swojego rozmówcy.

Olbrzym przez chwilę pożałował, że nie wykręcił się od tego spaceru. Mógł się spodziewać mnóstwa drobiazgowych pytań, z których urzędnik słynął na całe Wzgórze Herzla, Jerozolimę, Izrael, Europę i inne kontynenty, z którymi Jad Waszem miał cokolwiek wspólnego. Ale uśmiechnął się i skinął głową.

– Skąd go znasz?

– Mówiłem ci już dwa razy – przypomniał olbrzym. – Ten gość nakrył Erwina Winklera. Do nas trafił z polecenia emerytowanego pułkownika wywiadu wojskowego, przyjaciela jego ojca.

– Dobry jest?

– Najlepszy.

– Dlaczego tak sądzisz?

– Inteligentny, dociekliwy, skrupulatny, jak się za coś weźmie, to nie odpuści. Ma na koncie wiele lat pracy w polskim Instytucie Pamięci Narodowej i wiele sukcesów. Co mam ci jeszcze powiedzieć?

– Typ samotnika – dopowiedział urzędnik.

– Bardzo długo tak. Od paru lat ma przyjaciółkę i trzyletnią córeczkę. Świata poza nimi nie widzi – odparł olbrzym i zaraz tego pożałował.

– A to nie będzie miało wpływu na sprawę, którą chcemy mu powierzyć? – Urzędnik zaniepokoił się zgodnie z przewidywaniami.

– Nie – stwierdził stanowczo szef gabinetu cieni. – Jego przyjaciółka to mądra kobieta. Poznali się przy poszukiwaniach pewnego tajemniczego obrazu.

– Pracują razem? – chciał wiedzieć urzędnik.

– Nie. Po prostu jej dziadek wiele lat wcześniej też szukał tego obrazu w imieniu polskich władz i trafił na niezły pasztet. A podczas śledztwa zginął w wypadku, nigdy niewyjaśnionym. To długa historia. Ale ich akurat połączyła.

– Ten Jakub... – urzędnik zatrzymał się na środku alejki i znów zadarł głowę, usiłując spojrzeć olbrzymowi w oczy – ...nie zawiedzie?

– Ręczę za niego – odparł poważnie szef gabinetu cieni, ukrywając informację, że Kuba będzie na Wzgórzu Herzla najdalej za godzinę.

– A czy... – Urzędnik szykował się do kolejnego pytania, ale olbrzym udaremnił ten zamiar ruchem dłoni.

– Musisz być tak upierdliwy? – zapytał z lekką irytacją.

Urzędnik popatrzył na niego z wyrzutem. Sprawa, jaką Jad Waszem zamierzał powierzyć Jakubowi Kani, mogła oznaczać sporą dotację. Jak można oburzać się na pytania, gdy chodzi o pieniądze? Gdy chodzi o pieniądze, pytań nigdy nie jest zbyt wiele.

5

Tymczasem Kuba zostawił po lewej stronie malownicze wzgórza Neve Ilan Forest i zatrzymał wzrok na drogowskazie prowadzącym do wioski Abu Gosz. Tym razem on przypomniał sobie Chrzest Warneńczyka, obraz, którego poszukiwali z Kasią, wierząc, że jest wskazówką do starej przepowiedni mówiącej o pojednaniu chrześcijaństwa z islamem. Przepowiedni, która wydawała się kosmiczną bzdurą, czymś absolutnie nierealnym. A jednak istniało miejsce na świecie, gdzie się spełniała. Tym miejscem było Abu Gosz.

Osada, w której według Starego Testamentu na początku przechowywano Arkę Przymierza, stała się nieprawdopodobną, jakby przeniesioną z innej planety enklawą innej rzeczywistości. W magię Abu Gosz do dziś nie sposób uwierzyć. Położona w samym środku odwiecznego konfliktu trzech religii wioska nigdy nie wzięła w nim udziału, a zamieszkujący ją muzułmanie, żydzi i chrześcijanie żyją w pokojowej symbiozie. Tak było wieki temu podczas wypraw krzyżowych. Tak jest w czasach współczesnych: w trakcie wojny izraelsko-arabskiej Abu Gosz była jedyną osadą zamieszkaną przez Palestyńczyków, która zachowała neutralność i nie wzięła broni do rąk. Dziś trójreligijna wspólnota przyjaciół i sąsiadów uchodzi za jeden z lepszych samorządów w państwie izraelskim.

 

Kuba nie był człowiekiem głębokiej wiary, a jednak od czasu sprawy Chrztu Warneńczyka nabrał pokory wobec zjawisk, które trudno wytłumaczyć. Mijając Abu Gosz, pomyślał, że biblijna Arka Przymierza uczyniła cud, jakby chciała dać dowód na to, że istniała naprawdę. Szkoda, że tylko tutaj. Dziesięć kilometrów dalej, w Jerozolimie, ci sami żydzi, muzułmanie i chrześcijanie szczerze się nienawidzili, żyjąc na beczce prochu.

Jakby na potwierdzenie tej refleksji droga oddalająca go od wioski, mimo komfortu autostrady, stawała się coraz bardziej stroma i aby ją pokonać, trzeba było zredukować bieg.

Szymon, sympatyczny olbrzym z czarnymi kręconymi włosami, który w Jad Waszem kierował referatem cieni, na widok gościa poderwał się z wysłużonej kanapy w małym, zawalonym papierami pokoiku na Wzgórzu Herzla i szeroko rozłożył ramiona. Przez kilka chwil trzymał w nich Kubę, w czym było tyle samo serdeczności co ryzyka uduszenia.

– Sprawdzałeś kiedyś genealogię swojej rodziny? – spytał Kuba po uwolnieniu z uścisku, odzyskując oddech. – Musisz mieć wśród przodków jakiegoś niedźwiedzia.

– Niedźwiedzia? – zdziwił się Szymon. Dobrze mówił po polsku, ale nie zawsze rozumiał grę słów.

– Misia – wyjaśnił Kuba. – Jak Yogi z kreskówki Disneya.

– Aaaa... misia, niedźwiedzia! – uradował się szef referatu cieni. – Kto wie? Jeśli na Szmulkach były niedźwiedzie, to tak.

Szymon był warszawiakiem. Jego rodzina od pokoleń mieszkała na osiedlu założonym przez Szmula Sonnenberga w dzielnicy Praga-Północ. Miał kilka lat, gdy zmuszono ich do wyjazdu do Izraela wiosną 1968 roku. W Tel Awiwie skończył szkołę średnią i studiował historię, potem na wiele lat zniknął. Pewnie był w wojsku, może w wywiadzie – Kuba nie dopytywał. Mimo że właśnie skończył pięćdziesiątkę, Szymon zachował twarz wesołego dziecka, za które śmiało mógłby uchodzić, gdyby nie jego gabaryty. Poza tym sam był ojcem sześciorga obywateli państwa Izrael, mówił sześcioma językami i słynął z szóstego zmysłu.

Przez dobry kwadrans rozmawiali o Kasi i żonie Szymona, potem o dzieciach. Jeszcze później o ojcu Kuby, znów o żonie Szymona i znów o Kasi. W tej części świata przejście do spraw służbowych bez uprzedniego pytania o zdrowie, samopoczucie i rodzinę uchodzi za nietakt. Kuba zdążył się już tego nauczyć. Dlatego wydawał się całkowicie pochłonięty dyskusją, jakie imię nadać swojej drugiej córeczce, a równocześnie czekał, kiedy Szymon zacznie temat, z powodu którego przyjechał do Jerozolimy: dwa tygodnie temu otrzymał z Jad Waszem propozycję zbadania zagadki hitlerowskiego obozu pracy na Górze Świętej Anny. Był z nim powiązany Winkler, esesman z pobliskich Strzelec Opolskich, który za sprawą Kuby na starość trafił za kratki. Zbrodnie wojenne nie ulegają przedawnieniu.

Kończył opowieść o tym, że w polskich kościołach chrzci się coraz więcej Alanów i Oliwierów oraz dziewczynek o imieniu Jessica i Nikol, co rozbawiło Szymona do łez, gdy nagle salwa jego tubalnego śmiechu ucichła, a olbrzym, wycierając oczy chusteczką, zapytał:

– À propos imion. Co z naszą Świętą Anną? Przemyślałeś sprawę?

Kuba wysunął dolną wargę, co miało mu dodać powagi, i skinął głową.

– Tak jak powiedziałem ci przez telefon: biorę to – oświadczył. – Potrzebuję tylko więcej szczegółów.

Szymon oparł dłonie na blacie stołu i splótł palce, tworząc coś, co przypominało olbrzymią szabasową chałkę.

– A zatem od początku – powiedział, nabierając powietrza, jakby chciał zrelacjonować wszystko jednym tchem. – Miesiąc temu napisała do Jad Waszem pewna prywatna organizacja żydowska z Europy. To bardzo poważni ludzie, reprezentujący powszechnie szanowane przedsiębiorstwa. Branża jubilerska. – Szymon zniżył głos do szeptu i rozplótł dłonie, aby unieść palec wskazujący, podkreślając powagę tych słów. – Organizacja, o której mówię, zawiadomiła nas, że podczas wojny na terenie Trzeciej Rzeszy w wiosce Annaberg, obecnie Góra Świętej Anny, istniał obóz pracy, w którym więziono i zamordowano przynajmniej kilku ludzi z ich środowiska.

– Skąd to wiedzą? – spytał rzeczowo Kuba.

– Z rozmowy telefonicznej z ich prezesem dowiedziałem się, że był ktoś, kto ten obóz przeżył i po wojnie przekazał relacje. Gdzieś mam zapisane jego nazwisko.

– Są jakieś udokumentowane zeznania tego człowieka? Może wspomnienia?

Szymon przecząco pokręcił głową.

– Nie. Był stary i schorowany. Przesiedział parę lat w nazistowskich lagrach. Zmarł w latach pięćdziesiątych. Przed śmiercią zostawił jedynie ustne świadectwo tego, co się działo w Annabergu.

Kuba zapisywał coś w podniszczonym kieszonkowym notesie przepasanym szeroką gumką.

– Rozumiem – mruknął, nie odrywając oczu od notatek. – I czego oczekują ci twoi przedsiębiorcy? Jak brzmi konkretnie moje zadanie?

– No właśnie. – Szymon wypuścił powietrze. – Jeszcze nie skończyłem czytać ich pisma, a już wiedziałem, że tylko ty możesz nam pomóc. Pracowałeś długo w IPN-ie, znasz wszystkich, dogadasz się z polskimi urzędnikami i jesteś urodzony detektyw. Ci szanowni jubilerzy mają nazwiska fachowców ze swojej branży zaginionych bez wieści podczas wojny i bardzo by chcieli się dowiedzieć, kto z nich zginął w Annabergu, kiedy i jak. Ale przede wszystkim – Szymon znów nabrał powietrza – gdzie ich pogrzebano. Nikt tego nie wie. A oni chcą położyć na tym miejscu tablicę nagrobną i oznaczyć je dla pamięci i czci tych pomordowanych. Jak mówi Księga Izajasza – dać im miejsce i imię.

– Tylko żeby to zrobić, trzeba najpierw odnaleźć miejsce – bardziej stwierdził, niż zapytał Kuba.

Szymon ponownie zaplótł palce dłoni i oświadczył niemal uroczyście:

– Właśnie tak, Jakubie, mój przyjacielu.

6

– Co Jad Waszem wie o tym obozie? – spytał Kuba po chwili milczenia.

Szymon sięgnął po leżący na stole laptop, otworzył go i jego twarz przybrała wyraz skupienia. Przez dłuższą chwilę klikał jakieś ikony i coś wystukiwał. Pewnie hasła. Kuba nie mógł się nadziwić, jakim cudem olbrzymie palce kolegi porozumiewają się z maleńkimi kwadratami klawiatury. Wreszcie na ekranie musiało pojawić się to, czego szukał. Zza zasłony ustawionego pionowo wieka komputera z logotypem znanej koreańskiej firmy Kuba widział jedynie oczy Szymona przebiegające linijki tekstu. Wędrowały od prawej do lewej, co oznaczało, że informacja jest napisana po hebrajsku i stanowi źródło własne instytutu.

– Niewiele – oświadczył wreszcie szef referatu cieni, podnosząc wzrok znad ekranu. – Zwangsarbeitslager Annaberg należał do tak zwanej Organizacji Schmelta, nadzorowanej przez generała SS o tym samym nazwisku. Organizacja miała siedzibę w Sosnowcu i skupiała prawie sto obozów pracy na Śląsku. Ten w Annabergu miał za zadanie budować autostradę Berlin–Kraków. Mamy tu jego historię... – Szymon wlepił oczy w ekran – ...ale nie wnosi nic ciekawego. Poza jednym. – Olbrzym bezwiednie zmierzwił swoją kędzierzawą czuprynę w geście zakłopotania: – Obóz na Górze Świętej Anny likwidowano po cichu, w dość zagadkowy sposób. I to długo przed zakończeniem wojny. Rozumiesz coś z tego?

Kuba nie odpowiedział.

– Pewnie miało to związek z postawieniem Schmeltowi zarzutów o malwersacje w tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym – oznajmił Szymon po przeczytaniu kolejnego fragmentu tekstu. – Ale to tylko przypuszczenia. O – nagle się ożywił – to jest jeszcze ciekawsze: ślady istnienia jednej części Zwangsarbeitslager Annaberg Niemcy bardzo starannie zatarli. Cholera, dlaczego? – Szymon głośno się zdziwił, ale pytanie zawisło w próżni. – Co oni chcieli ukryć? Czego mogli się obawiać? Przecież ciągle byli panami świata. Dlaczego tak im zależało na zatuszowaniu dowodów istnienia akurat tego obozu? Tu piszą – szef referatu cieni wskazał podbródkiem ekran – że nie został tam nawet kamień na kamieniu.

– Niezupełnie – odezwał się milczący dotąd Kuba.

Szymon popatrzył na niego z bezgranicznym zdumieniem, które powoli przeradzało się w promienny uśmiech.

– Ty stary draniu – zagrzmiał. – Już tam byłeś, prawda?

Kuba skromnie spuścił oczy, robiąc niewinną minę.

– Tylko przejazdem...

– Wiedziałem – grzmiał Szymon. – Wiedziałem, że nie wytrzymasz po moim pierwszym telefonie. Jak mówiłem, ty jesteś urodzony detektyw. – Szymon podniósł się z krzesła i znów rozłożył swoje niedźwiedzie ramiona, ale Kuba powstrzymał go gestem dłoni.

– Siadaj, dobrze? Jak mnie udusisz, niczego się nie dowiesz.

Szymon grzecznie spełnił prośbę. Usiadł i ruchem głowy wraz z gestem dłoni dał do zrozumienia, że zamienia się w słuch.

– No więc – zaczął Kuba, wbrew przestrogom polonistki z liceum, która zabraniała tak zaczynać zdania – kamień na kamieniu pozostał. Przy drodze prowadzącej z Góry Świętej Anny w dół do Leśnicy, jakieś pięćdziesiąt metrów od pobocza, po lewej stronie zachowały się resztki fundamentów baraków. Wyraźne na tyle, że da się odtworzyć plan obozu. Ale to nic. Dokładnie naprzeciwko tego miejsca, po drugiej stronie szosy, znajduje się Muzeum Czynu Powstańczego...

– Tam było powstanie? – zainteresował się Szymon. – Bunt? W obozie?

– Nie. – Kuba machnął ręką. – Mowa o trzecim powstaniu śląskim w dwudziestym pierwszym roku, dwadzieścia lat wcześniej. Na Świętej Annie polscy powstańcy walczący o przyłączenie tych ziem do Rzeczpospolitej stoczyli krwawą bitwę z niemieckim Freikorpsem. Stąd to muzeum.

Szymon wydawał się lekko rozczarowany.

– I co z nim? – dopytywał. – Bo nie widzę związku.

– Zaczekaj. – Kuba najwyraźniej budował atmosferę opowieści. – Część kompleksu muzeum stanowi stary ceglany budynek, w którym mieściła się komendantura obozu. Też go zniszczono, ale po wojnie został odbudowany na podstawie starych zdjęć. Nieźle, co?

– Przychodzi ci do głowy jakiś powód, dla którego tak zacierano ślady po obozie? – spytał Szymon.

– Jeszcze nie – rzekł zagadkowo Kuba. – Ale przyjdzie. Nie miałem okazji poszperać w aktach IPN-u, bo akurat wypożyczył je jakiś naukowiec, ale rozmawiałem z kolegami z delegatury w Opolu i powiem ci tylko tyle, że twój SS-brigadeführer z Sosnowca, Albrecht Schmelt, też zniknął przed zakończeniem wojny i nie bardzo wiadomo, co się z nim stało. Siedzisz wygodnie?

Szymon wpatrywał się w Kubę z napięciem. Milczał.

– No. To wyobraź sobie – rzekł powoli Kuba – że zachowały się trzy akty zgonu pana generała Schmelta z lat czterdzieści cztery–czterdzieści pięć. Jeden z Berlina, jeden ze Szklarskiej Poręby, jeszcze jeden z Warmbronn w Badenii-Wirtembergii. Mają różne daty, ale wszystkie są autentyczne. Rozumiesz? Facet umierał przynajmniej trzy razy.

[*] Tajemnicę Chrztu Warneńczykai poszukiwań obrazu przez Jakuba Kanię czytelnik znajdzie w powieści 444.