Miejsce i imię

Tekst
Z serii: Jakub Kania #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miejsce i imię
Miejsce i imię
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Miejsce i imię
Miejsce i imię
Audiobook
Czyta Marcin Perchuć
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Interes osiągnął apogeum przychodów, gdy Referat 1 Grupy IV B Geheime Staatspolizei, popularnie nazywanej gestapo, odpowiedzialny za kwestię żydowską, przyłączył się do tworzenia amsterdamskiego getta. Od tej chwili do obrabowania było sto tysięcy mieszkańców miasta z przyszytymi do ubrań gwiazdami Dawida i zaszytymi w ubraniach kosztownościami. Oscar Rhode pracował w pocie czoła, z niemiecką solidnością, nie nadążając kontrolować liczby zer na swoim szwajcarskim koncie. A wszystko dzięki uprzejmości dwóch niewysokich facetów o przylizanych włosach: Führera w Berlinie i fałszerza w Amsterdamie. Ten drugi nigdy się nie mylił, sugerując, czyje ubranie naprawdę warto rozpruć.

Rhode myślał o tym wszystkim, wysiadając z samochodu i wchodząc na klatkę schodową domu, w którym mieszkał jego wspólnik anonsujący przed południem przez telefon niezwykle cenną zdobycz. Był tak podekscytowany, że obersturmführer musiał mu obiecać, że przyjedzie jeszcze dziś, choćby późnym wieczorem. Słowa dotrzymał.

Pokonał dwa przęsła schodów i stawiając stopę w eleganckim półbucie na przedostatnim stopniu, zauważył, że drzwi do mieszkania fałszerza są niedomknięte. Tknięty złym przeczuciem, sięgnął do kabury pod pachą po służbowe parabellum. Pchnął skrzydło drzwi lewą ręką, prawą mierząc w przestrzeń przedpokoju, blado oświetloną przez rachityczną żarówkę.

Fałszerz leżał na podłodze na wznak, z paskudną dziurą w głowie. Drugą miał w okolicy serca, a trzecią – co zdumiało Rhodego najbardziej – w lewej dłoni. Bez wątpienia nie żył. Mimo to inspektor gestapo pochylił się i rutynowo sprawdził puls tętnicy szyjnej, ale go nie wyczuł. Wyczuł natomiast, że ciało nadal jest o wiele cieplejsze od temperatury otoczenia. To oznaczało, że zgon musiał nastąpić kilka, najdalej kilkanaście minut wcześniej.

Uświadomiwszy to sobie, Rhode podniósł się gwałtownie, uniósł pistolet i zaciskając palce na karbowanej kolbie lugera, ostrożnie sprawdził zakamarki mieszkania, w których nadal mógł kryć się morderca. Nikogo nie znalazł.

Opadł ciężko na fotel za biurkiem i przez dłuższą chwilę bawił się jubilerską lupą leżącą na marmurowym blacie. Wbił wzrok w stary marynistyczny sztych ozdabiający ścianę gabinetu, jakby to on krył odpowiedź na pytanie, co tu się mogło stać. Jednego był pewien. Jego wspólnika zastrzelił profesjonalista. Głowa, serce – sto procent gwarancji. Tylko po co ta lewa dłoń? Może to jakiś rytuał? Przesłanie? Podpis mordercy?

Obersturmführer przez moment rozważał tezę, czy fałszerza nie zlikwidowali ludzie z konspiracji, którzy dwukrotnie ostrzegali go przed kolaboracją z gestapo, ale szybko uznał tę myśl za niedorzeczną. Nie był najlepszego zdania o holenderskim podziemiu i chętnie żartował, że ruch oporu w Amsterdamie za najwyższą formę represji wobec okupanta uznaje niemówienie Niemcom „dzień dobry”.

Skoro zatem nie podziemie, to kto? Gangsterzy? Wysoce prawdopodobne. Handel fałszywą walutą, jakaś poważna różnica zdań, wynajęty zawodowy cyngiel. Tak, to było całkiem prawdopodobne.

Rhode zerknął do szuflady biurka, a potem wstał i zajrzał do skrytki za książkami, stwierdzając, że zniknęły pieniądze i kosztowności z codziennych transakcji, które fałszerz odnosił do depozytu bankowego dopiero następnego dnia przed południem. To zdawało się potwierdzać tezę o przestępczych porachunkach. Zabójca na zlecenie poza honorarium często otrzymywał przywilej obrobienia mieszkania ofiary. Ktoś, kto kropnął fałszerza, niewątpliwie z tego przywileju skorzystał. Chociaż... nie do końca.

Inspektor podszedł do ściennego zegara wiszącego obok sztychu, delikatnie zdjął wahadło, a następnie otworzył je, jakby było damską puderniczką. Wewnątrz znajdowało się kilka sporych brylantów, w tym jeden oryginalny. Rhode odszukał na biurku pensetę o ramionach wyłożonych od wewnątrz czarnym suknem, ujął w nią kamień, podniósł na wysokość oczu i omal go nie upuścił. Brylant przez ułamek sekundy dosłownie go oślepił. Był niesamowity. Obersturmführer owinął go w kawałek miękkiej bibuły leżącej na biurku i schował do kieszeni marynarki. W ubiegłą sobotę w Hamburgu przyszła na świat jego długo wyczekiwana pierworodna córeczka Edyta. Kiedyś po wojnie, gdy pójdzie do pierwszej komunii, dostanie od papy pierścionek z przepięknym brylantem wartym fortunę.

Ta myśl osłodziła mu gorycz po stracie fałszerza, a raczej perspektywy kontynuacji interesów. Trudno. W sumie to, co znalazł w zegarowej skrytce, sprawiło, że poczuł się usatysfakcjonowany. On tak. Teraz trzeba było jeszcze zadowolić Trzecią Rzeszę.

Rhode wiedział doskonale, że fałszerz zbijał majątek na sprzedaży podrobionych dokumentów Żydom pragnącym uniknąć getta, ale w papierach na biurku nie znalazł niczego interesującego. Jego wzrok padł na niewielką walizkową maszynę do pisania stojącą na etażerce. Inspektor podszedł do niej uzbrojony w jubilerską lupę, przyłożył ją do oka i uważnie przyjrzał się wałkowi urządzenia. Możliwości optyczne szkieł powiększających pozwalały dokładnie odróżnić świeże odciski czcionek na gumowej okładzinie. Rhode wyjął z kieszeni marynarki notes i przepisał do niego litery: J-o-h-a-n P-i-n-t-o, a potem adres w pobliżu placu Dam.

Niewykluczone, że był na tropie mordercy.

7

Człowiek, który teraz nazywał się Johan Pinto, spał, gdy dobiegło go walenie do drzwi. Dochodziło z bardzo, bardzo daleka. Pinto dwa dni wcześniej okropnie się upił, a że pierwszej nocy śpi wódka, a dopiero drugiej pijak, był skonany i pogrążony w tak głębokim niebycie, że cudem cokolwiek usłyszał. Zwlókł się z łóżka i poszedł otworzyć.

Kilka sekund później stał odwrócony twarzą do ściany własnego przedpokoju z rękami skutymi z tyłu kajdankami. Zbytnio się tym nie przejął. Bywał już w takich sytuacjach.

Później też wszystko wyglądało tak jak wcześniej. W koszuli i spodniach, w których zasnął, zaprowadzono go do samochodu, pozwalając jedynie wsunąć buty, które uwierały go w bose stopy i wymagały ostrożności koniecznej, aby nie potknąć się o rozwiązane sznurowadła. Wepchnięto go na tylne siedzenie i samochód ruszył. Przejechał wiele ulic, zatrzymując się przed siedzibą gestapo przy Euterpestraat. Wielu ludzi w tej chwili umarłoby ze strachu, ale na nim, po dwudziestu latach spędzonych w więzieniu Het Arresthuis, nic nie robiło już wrażenia.

Zdjęto mu kajdanki i wepchnięto go do ciasnego pomieszczenia bez okna. Doskonale zdawał sobie sprawę, że posiedzi tu z godzinę, czyli czas potrzebny do tego, aby się przerazić i skruszeć przed przesłuchaniem, ale całkowicie zlekceważył pokładane w nim nadzieje. Zamiast wpaść w panikę, spokojnie usiadł na podłodze, oparł się plecami o ścianę i skorzystał z okazji, aby dokończyć przerwany sen.

Obudził go szczęk zasuwy. Strażnik ponownie założył mu kajdanki, tym razem z przodu, i ujmując go pod ramię, zaprowadził do pokoju przesłuchań.

Za prostym biurkiem siedział elegancki blondyn w dobrze skrojonym garniturze. Miał trzydzieści parę lat, był szczupły, zadbany i sprawiał wrażenie człowieka, który wie, czego chce. Rzut oka wystarczył, aby więzień w kajdankach uznał, że to ktoś, z kim trzeba się liczyć. Potrafił bezbłędnie odróżniać inteligentnych gliniarzy od tępych policyjnych kołków, nawet zanim się odezwali.

– Witamy w naszych skromnych progach – odezwał się elegancki blondyn.

Siedzący przy sąsiednim biurku chłopak w mundurze elewa SS, który miał spisywać przesłuchanie, podniósł zaskoczony wzrok znad maszyny, usiłując zapytać oczami, czy ma to protokołować, ale blondyn nie zaszczycił go spojrzeniem.

Przesłuchiwany nie zareagował na powitanie. Nie kiwnął głową, nie popatrzył wyczekująco.

– Nazwisko? – spytał funkcjonariusz gestapo i tym razem maszyna do pisania zawtórowała mu od razu.

– Pinto – odpowiedział człowiek w kajdankach.

Elegancki blondyn sięgnął do bocznej kieszeni marynarki po papierośnicę, otworzył ją i wyciągnął w stronę przesłuchiwanego. Ten odmówił przeczącym ruchem głowy, w którym było coś z podziękowania.

Niemiec powoli zapalił papierosa i powiedział niemal uprzejmie:

– Proszę o odrobinę szacunku. Obaj wiemy, że to fałszywe nazwisko. Ale wrócimy do tego. Jest pan Żydem?

– Nienawidzę Żydów – odparł przesłuchiwany.

– O, to jesteśmy jakby sojusznikami – skwitował funkcjonariusz gestapo i wskazując oczami przegub lewej dłoni więźnia, tuż nad stalową obejmą kajdanek, spytał: – Gdzie pan siedział?

– W Roermond.

– Za?

– Podwójne morderstwo.

– Kogo?

– Żydowskich jubilerów.

– Czyli rzeczywiście jesteśmy sojusznikami. – Niemiec się uśmiechnął. – Wyrok?

– Dożywocie.

– Wobec tego co pan tu robi?

– W Roermond odwiedził nas pewien miły człowiek z zachętą do wstępowania do legionu holenderskiego generała Seyffardta, werbującego ochotników do zabijania Sowietów.

– I co? Nie dojechał pan do punktu werbunkowego?

– Powiedzmy, że wysiadłem przystanek wcześniej i zgubiłem się w Amsterdamie.

– Dlatego potrzebował pan nowych dokumentów?

Człowiek w kajdankach potwierdził ruchem powiek i uśmiechnął się przepraszająco. Niemiec spojrzał na niego niemal ze zrozumieniem i nagle zmienił front:

– A więc dwa dni temu późnym popołudniem poszedłeś do fałszerza w Jordaan, który wyrobił ci lewe papiery, a potem go zamordowałeś, żeby nikomu nie wygadał. Zgadza się?

– Częściowo. – Człowiek w kajdankach przyjrzał się funkcjonariuszowi gestapo wyraźnie zaskoczony. – Fałszywe dokumenty się zgadzają, ale popołudnie i morderstwo nie.

– Pozwól, że ci nie uwierzę. – Niemiec ponownie przyjął uprzejmy ton.

– Proszę sprawdzić – powiedział przesłuchiwany. – Od fałszerza wyszedłem po dziesiątej rano, a przed jedenastą już piłem z kolegami w knajpie przy Nieuwmarkt. Mogę podać nazwiska osób, które to potwierdzą, ale to zbyteczne. Narzuciliśmy ostre tempo, moi znajomi wdali się w jakiś spór, ktoś wyjął nóż, co zdenerwowało właściciela baru. Zadzwonił na posterunek i wszystkich nas zgarnęła holenderska policja. Od dwunastej w południe przedwczoraj do ósmej rano dzisiaj przebywałem w areszcie komisariatu na starym mieście, gdzie zapłaciłem grzywnę za pijaństwo i udział w burdzie. Powinienem mieć gdzieś kwit.

 

Funkcjonariusz gestapo spojrzał na protokolanta, który najwyraźniej czytał w jego myślach, bo bez słowa wstał i wyszedł.

– Przeszukałeś biurko i biblioteczkę fałszerza – drążył Niemiec. – Łącznie ze skrytką za książkami – dodał i w tym momencie uzmysłowił sobie, że powiedział o jedno zdanie za dużo. Przesłuchiwany był bystry. Domyślił się, że inspektor gestapo zna mieszkanie w Jordaan lepiej, niż mogło to wynikać z czynności operacyjnych. Pojął, że mogli się z fałszerzem bliżej znać, a nawet współpracować.

Poszukał odpowiedzi w twarzy człowieka w kajdankach, ale temu nawet nie drgnęła powieka.

– Opowiedz mi dokładnie przebieg tej wizyty. – Niemiec zastosował stary zabieg odwrócenia uwagi. – Minuta po minucie. W najdrobniejszych szczegółach.

Przesłuchiwany zrelacjonował wszystko, umiejętnie pomijając swoje prawdziwe nazwisko i transakcję z brylantem, gdy otworzyły się drzwi i stanął w nich protokolant.

– Melduję, panie obersturmführer, że wszystko się potwierdziło. Ten tu Johan Pinto siedział w areszcie policyjnym na starym mieście, tak jak zeznał. Wpisany do książki zatrzymań przedwczoraj o jedenastej czterdzieści pięć. Wypisany dziś ósma zero zero.

Inspektor gestapo zmarszczył czoło i badawczo popatrzył na człowieka w kajdankach. A więc to nie on. Skoro zgon fałszerza nastąpił późnym popołudniem, musiał go zabić ktoś inny.

– Odprowadzić więźnia – rozkazał protokolantowi, jakby w obawie, że ujrzy w oczach przesłuchiwanego błysk triumfu.

Wstał i podszedł do maszyny do pisania, z której wykręcił kartkę z protokołem.

Przez chwilę pomyślał, że wypuści tego Pinta, czy jak on się tam nazywa, ale zwyciężyła w nim niemiecka przezorność. A jeśli ten stary kryminalista będzie łaził po mieście i kłapał dziobem, że inspektor gestapo ma konszachty ze światem przestępczym? O nie. Na to Oscar Rhode nie mógł sobie pozwolić. Wyjął z marynarki wieczne pióro, odchylił nim okładkę podrobionego paszportu i z uznaniem stwierdził, że fałszerz wykonał kawał dobrej roboty. Dokument był nie do rozpoznania. W przypływie niewytłumaczalnego sentymentu Rhode postanowił zostawić go człowiekowi, którego właśnie przesłuchał, jakby na pamiątkę fałszerza i jego kunsztu.

Zerknął raz jeszcze na jego personalia i odręcznie napisał na arkuszu protokołu: „Johan Pinto. Naruszenie norymberskiej ustawy rasowej. Osadzić w obozie przejściowym w Westerbork, a stamtąd wysłać pierwszym transportem do Konzentrationslager Auschwitz”.

Oscar Rhode zakręcił pióro, położył je na biurku i przeciągnął się, czując ulgę. Sprawa była załatwiona.

ROZDZIAŁ 2

Warszawa/Ramla/Jerozolima

lipiec 2011 roku

1

Ekspedientka ze sklepu osiedlowego niedaleko placu Wilsona na warszawskim Żoliborzu zerknęła przez szybę wystawową, po czym zrobiła szybki obrót, poprawiła włosy i wróciła do poprzedniej pozycji. Za plecami było lustro regału z winami, które miało dawać efekt większej liczby butelek, a dawało okazję kontroli fryzury i makijażu damskiego personelu sklepu. Wina i tak szły jak woda.

Właśnie nadchodził jej ulubiony klient.

Ekspedientce podobało się, że zakupy robił u nich, a nie w hipermarkecie pobliskiej galerii handlowej Arkadia. Poza tym był uprzejmy i przystojny, miał twarz podobną do jednego aktora. Mąż ekspedientki, kiedy sklep przygotował zwroty czasopism z dołączonymi płytami DVD, odkupił za pół ceny parę filmów z Bondem i w jednym z nich grał facet, którego jej ulubiony klient bardzo przypominał. Nawet zapamiętała tytuł: Diamenty są wieczne.

Kiedyś w innej gazecie zobaczyła jego zdjęcie. Nie miała czasu dokładnie przeczytać, bo cały czas ktoś coś kupował, ale dowiedziała się, że jej ulubiony klient podobny do tamtego aktora jest sławnym detektywem, złapał jakiegoś niemieckiego mordercę i nazywa się Jakub Kania. Od tej pory podziwiała go jeszcze bardziej.

Często myślała, że taki mężczyzna to skarb. Prawie codziennie przychodził po świeże pieczywo, mówił „dziękuję”, uśmiechał się i myślał o niej: zawsze przynosił drobne, żeby nie miała kłopotu z wydawaniem reszty. Jednym słowem stanowił całkowite przeciwieństwo jej męża, który przez ostatnie dwa lata obejrzał wszystkie mecze, jakie nadawała osiedlowa kablówka, i wypił do tego cysternę piwska. Spróbowałaby mu powiedzieć, żeby poszedł po bułki na śniadanie. To by dopiero było. Wychodził tylko przed blok na fajkę z kolegami. Ludzie czasami pytali go, dlaczego nie poszuka sobie jakiegoś zajęcia, a on zawsze odpowiadał to samo: że nie może znaleźć pracy w swoim zawodzie. Wtedy siłą rzeczy padało pytanie, jaki ma zawód, a on tylko na to czekał. „Toreador”, mówił i rechotał na widok ich min. Czy taki Jakub Kania, odpowiedzialny detektyw, robiłby z siebie takiego głupka?

Kuba też lubił ekspedientkę. Była miła i miała zabawną przypadłość, której pewnie sobie nie uświadamiała. Zawsze używała czasu przyszłego. A skoro zawsze, to i dziś.

– Co będzie? – spytała, gdy ukłonił się i podszedł do lady.

– Kostka masła i pięć kajzerek.

Kobieta zakrzątała się i po dziesięciu sekundach zamówienie stało na ladzie w plastikowej torbie.

– To będzie wszystko? – upewniła się.

Skinął głową.

– Tak, dziękuję.

– To będzie siedem pięćdziesiąt – skwitowała ekspedientka i popatrzyła na niego niemal tkliwie, gdy wydobył z kieszeni garść drobnych.

Tuż po śniadaniu Kuba pojechał na lotnisko.

Od paru lat był konsultantem instytutu Jad Waszem w Jerozolimie. Wystarczy nacisnąć kilka klawiszy klawiatury i wykonać parę kliknięć, aby się dowiedzieć, że Jad Waszem jest placówką muzealną. Zajmuje się ofiarami i bohaterami Holocaustu. Oficjalnie.

Kontrakt Kuby też był oficjalny, choć polski konsultant rzadko miał do czynienia ze sprawami z przeszłości, o których z dumą pisały izraelskie gazety. Częściej zajmował się tymi, które ludzie starali się przed Jad Waszem ukryć. Pracował dla pewnej dyskretnej sekcji instytutu, która oficjalnie nie istniała. A skoro nie istniała, to i nie miała nazwy. Wtajemniczeni mówili o niej: referat cieni.

Kuba przyzwyczaił się do życia w cieniu. Wcześnie stracił matkę, która zmarła na raka, i w momencie kiedy najbardziej potrzebował jej kobiecej wrażliwości, wychodząc z dzieciństwa i wchodząc w dojrzałość, został sam. To znaczy ze starszym bratem, który nie zwracał na niego uwagi, z ojcem – podoficerem wywiadu Marynarki Wojennej, który przeszedł załamanie nerwowe i rzadko się odzywał, oraz z babką – posępną Kaszubką prowadzącą im dom. Dojeżdżała ze wsi pod Kartuzami i miała mniej więcej tyle czułości, co wysuszony wiatrem i stwardniały od pracy stary rzemień. To wszystko było chyba nawet gorsze, niż gdyby rzeczywiście został sam. Wiele lat później, wracając myślami do tamtych czasów, odczuwał coś w rodzaju wdzięczności dla losu, że wyszedł cało z tego dzieciństwa-niedzieciństwa i nie został na przykład zimnym, milczącym i obojętnym na wszystko mordercą na zlecenie.

A ponieważ wszyscy w domu byli zimni, milczący i obojętni na wszystko, Kuba miał prosty wybór: dostosować się albo uciec. Wybrał to drugie. Z grupą rówieśników, powszechnie uważanych za świrów, uległ hipnozie harcerstwa i całymi dniami włóczył się po wzgórzach Redłowa, odkrywając opuszczone bunkry i stanowiska artylerii broniącej wybrzeża w kampanii wrześniowej. Tam, wśród omszałych betonowych bloków i wybuchów szalonej radości z powodu wykopanej z ziemi manierki lub zardzewiałego bagnetu, zaraził się historią.

W liceum uznano go za dziwaka. Koledzy z klasy chodzili na mecze Arki, on do czytelni. Koledzy na koncert gwiazdy rocka, on na spotkanie z kombatantem gdyńskich kosynierów. Koledzy na imprezę, on na zebranie kółka historycznego. Wystarczy choć przez chwilę mieć naście lat, aby zgadnąć, jak był postrzegany. Najpierw przez kolegów, a później przez koleżanki, które nie mogły znieść obojętności, z jaką Kuba Kania, uchodzący za jednego z najprzystojniejszych chłopaków w szkole, nie dostrzegał ich rozkwitającej urody. Takich rzeczy się nie wybacza.

Prawo na Uniwersytecie Gdańskim wybrał tylko dlatego, że na tym kierunku trzeba było nieustannie się uczyć. Kodeksy, ustawy i przepisy nie zostawiały marginesu na życie studenckie, z czym jemu akurat było po drodze. Zjawiał się na uczelni minutę przed rozpoczęciem wykładu, a pięć minut po zakończeniu zajęć stał już na peronie w Sopocie, czekając na kolejkę do Gdyni. Koleżanek z roku – oczko wyżej od licealistek w łańcuchu ewolucji emocjonalnej – nie irytowała już jego obojętność, ale kompletny brak świadomości, jak bardzo się im podobał. Jakby ten ujmujący i miły atrakcyjny brunet nigdy nie widział siebie. Ani w lustrze, ani we wpatrzonych w niego oczach dziewczyn.

Tu znów się z niego podśmiewano, ale po cichu i na osobności. Nikt na studiach prawniczych nie byłby na tyle nierozsądny, aby ryzykować niechęć kolegi, który zawsze jest przygotowany, paragrafy ma w małym palcu i chętnie pomaga. Mimo to Kuba, który niejeden raz ratował innych z opresji, był outsiderem. Kontrastem dla złotych dzieci adwokatów i notariuszy zaludniających Wydział Prawa Uniwersytetu Gdańskiego. Nie miał markowych ciuchów, samochodu ani znajomych bramkarzy w modnych sopockich klubach. Miał stypendium socjalne i naukowe, co na uczelni uchodziło za najgorsze z możliwych połączeń. Wiadomo: ubogi kujon.

Pod koniec czwartego semestru wydarzyło się coś, co sprawiło, że Kuba przeszedł do legendy. Podczas egzaminu, który co roku dziesiątkował studentów prawa skuteczniej niż czarna ospa ludność średniowiecznej Europy, profesor nieoczekiwanie wstał zza katedry i bez słowa ruszył w stronę wyjścia. Wszyscy podnieśli wzrok znad testów i przez moment zapanowała absolutna cisza, przerwana dopiero dźwiękiem zamykanych drzwi. W tym samym ułamku sekundy setka studentów rzuciła się na swoje torby i plecaki, rozpaczliwie szukając ratunku w notatkach, ściągach i podręcznikach. Przez cudowne kilka minut poziom wiedzy drugiego roku prawa mierzonej egzaminem grozy wzrósł o kilkaset procent.

Profesor wrócił, celowo majstrując przy klamce, aby dać czas na błyskawiczne ukrycie pomocy naukowych, po czym usiadł i ze stoickim spokojem zaczekał, aż wszyscy oddadzą wypełnione testy. Pożegnał się informacją, że wyniki poda za tydzień, na ostatnich zajęciach przed wakacjami.

Wszyscy, co nie zdarzyło się nigdy wcześniej i nigdy później, otrzymali czwórki i piątki. Jedyną oceną dostateczną była trója Kuby. W sali zapanowało radosne uniesienie.

– Panie Kania – przerwał je profesor, zdejmując i starannie składając okulary. – Jak panu wiadomo, prowadzę wraz z partnerami kancelarię, która od lat zajmuje miejsce w pierwszej trójce w Polsce. Jeśli nie ma pan innych planów, to zapraszamy na praktykę. Może pan zacząć jutro.

Sala zamarła. Uśmiechy zastygły na twarzach, skrzywionych teraz emocjami wywołanymi tą jawną niesprawiedliwością. Kancelaria była obiektem marzeń każdego studenta wydziału. Marzeń, które spełniały się w jednym przypadku na tysiąc.

– Zastanawiacie się dlaczego? – Profesor wstał i rozłożył ręce w geście, który doskonale znały składy orzekające polskich sądów, gdzie powszechnie uważano, że potrafi bezbłędnie czytać w myślach. – Wszyscy uczciwie ściągaliście – wyjaśnił. – Tak, nie przesłyszeliście się. Uczciwie, bo każdy miał taką samą sprawiedliwą szansę i każdy z niej skorzystał. Tylko pan Kania uznał, że naprawdę sprawdzi swoją wiedzę. Rezultat znamy. Gratuluję ocen. – Na ustach profesora przez chwilę zagościł cyniczny grymas. – Są oficjalne i zostaną wpisane do indeksów. Ale dla mnie wasze czwórki i piątki należy podzielić na pół, a trójkę pana Kani pomnożyć. Też przez dwa.

Nikt nigdy nie poznał odpowiedzi na pytanie, czy profesor miał w sali ukrytą kamerę, ale rację, której nie ukrywał, miał na pewno.

2

Nazajutrz po tamtych zajęciach wystartowała kariera zawodowa Jakuba Kani, która po blisko dwudziestu latach wyglądała jak zapis EKG kolekcjonera zawałów.

Praktyka w sławnej kancelarii okazała się kompletną porażką. Student drugiego roku wiedział o kodeksach i orzecznictwie więcej niż adwokat z paroletnim stażem, ale zupełnie nie nadawał się na salę rozpraw. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak stworzony do togi z zielonym żabotem: nie za wysoki i nie za niski, lekko zaokrąglony, z urodziwą twarzą o mądrych oczach mógł robić idealne wrażenie na sędziach obu płci. Mógł, ale nie robił. Dyskwalifikował go chroniczny brak pewności siebie. Tupetu, aktorstwa, nonszalancji, cwaniactwa. Co komu po takim adwokacie? Zwłaszcza w Trójmieście, którego palestra komponowała szlagiery prawnicze słynne na całą Polskę. W końcu to tutaj wymyślono „pomroczność jasną” jako stan usprawiedliwiający przed sądem prowadzenie samochodu po pijanemu przez syna prezydenta RP.

 

Kuba nie miał co marzyć o zielonym żabocie. Myślał o fioletowym – sędziowskim, ale prokuratura, prowadząca dyskretną obserwację zdolnego studenta, zaproponowała mu czerwony. Łatwo skończył aplikację i został w gdańskiej rejonówce. Był niezrównany w zagmatwanych, drobiazgowych śledztwach. Jego aktów oskarżenia nie dało się podważyć i kilka razy mecenasi z wziętej kancelarii, która się go pozbyła, gorzko tego pożałowali. Skupiony prokurator mówił cicho i bywał przez to upominany przez sąd, ale jego argumentacja okazywała się miażdżąca.

I wtedy po raz drugi wszystko się zawaliło. Pan prokurator Kania zakochał się i ożenił z córką gangstera ze Stogów, który od dawna nie nosił dresu i kija bejsbolowego, ale w garniturze szytym na miarę był jeszcze bardziej niebezpieczny. Lecz Kuba, emocjonalny dzieciak o zerowym koncie doświadczeń w miłości, przez kilka miesięcy trwał w odurzeniu, przekonany, że znalazł tę jedyną.

Przebudzenie było jak upadek z pierwszego piętra w kałużę błota. Kiedy odmówił podmiany dokumentów w aktach bandyty zaprzyjaźnionego z teściem, ukochana żona zostawiła go bez mrugnięcia okiem. Cena za zaślepienie była wysoka: śmieszność, rozwód i coś znacznie gorszego – utrata zaufania w pracy. Były teść zemścił się za odmowę przysługi, rozpuszczając w mieście informacje, że Kuba załatwiał w prokuraturze sprawy gangu ze Stogów. Takie rzeczy są nie do odkręcenia. Tak jak mistrzowski PR diabła, który zdołał wmówić ludziom, że nie istnieje.

Dla prokuratora Kani nie było już miejsca w Trójmieście. Wyjechał do Warszawy i długo szukał pracy, wreszcie znalazł ją w Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Dla komisji, bardziej znanej jako Instytut Pamięci Narodowej, prawnik ze znajomością historii i doświadczeniem śledczym był spełnieniem marzeń.

EKG kariery znów się unormowało. Kuba odniósł kilka sukcesów, które pozostały w cieniu. Inne przedostały się do mediów, a te natychmiast podłączyły sprawy rozwiązane przez prokuratora IPN-u do swoich wzmacniaczy i głośników. Jakub Kania został detektywem celebrytą. „Sherlockiem Holmesem polskiej historii”. „Pogromcą bandytów przeszłości” i jak tam jeszcze nazwały go czerwono-czarne tytuły tabloidów.

Prowadził wiele spraw. Wśród nich poszukiwania Erwina Winklera, esesmana i zbrodniarza wojennego ze Strzelec Opolskich, którego aresztowanie ponad pół wieku po wojnie przyniosło Kubie międzynarodowy rozgłos i otworzyło mu drzwi do Jad Waszem. Nigdy by ich nie przekroczył, gdyby nie sprawa Chrztu Warneńczyka, zagadkowego obrazu Jana Matejki, która całkowicie zmieniła jego życie[*], choć nie uświadamiał sobie, ile razy wisiało ono wtedy na włosku.

Rezygnacja z IPN-u na rzecz Jad Waszem miała oznaczać spokój. Ulubione rozwiązywanie zagadek przeszłości, pracę w archiwach, częste przebywanie w domu i tylko od czasu do czasu wyjazdy do Izraela w sprawach wymagających rozmowy w cztery oczy, bez maila i telefonu. Sprawach takich jak ta, w której właśnie wybierał się do Jerozolimy.

Spakował się jak zwykle metodycznie. Na łóżku umieścił czarną plastikową walizkę spełniającą wymogi bagażu kabinowego, a obok podobny, choć znacznie mniejszy i płytszy laptop. Komputer służył do sprawdzenia pogody w Izraelu i śledzenia notatek zrobionych przed podróżą. Walizka do zabrania rzeczy, które miały sprostać pogodzie i notatkom.

Wyjechał tuż po dziesiątej. Nad Żoliborzem świeciło słońce, ale lekki wiatr uparł się zakryć je kurtyną chmur, które od jakiegoś czasu spędzały w stolicy lipcowy urlop, włócząc się po dzielnicach miasta. Na zachodzie zaczynało już kropić. Tuż za Powązkami na szafirowym niebie pojawiła się imponująca tęcza. Kierowcy samochodów fotografujący ją telefonami komórkowymi niemal natychmiast zakorkowali rondo Radosława. Kubę też zahipnotyzowała, bo chociaż planował dotrzeć na Okęcie aleją Jana Pawła II, machinalnie wjechał w Okopową, a w konsekwencji w Towarową.

Mijając po lewej siedzibę IPN-u, mimowolnie pomyślał o Wiesławie Paluchu, dyrektorze pionu śledczego, przez którego odszedł z instytutu. Były to myśli podobne do nadciągających z zachodu chmur, ale bez tęczy. Odpędził je, uspokajając samego siebie, że nigdy więcej nie spotka tego człowieka.

3

Boeing z Warszawy dotknął kołami betonowego pasa lotniska Ben Guriona w Tel Awiwie, co automatycznie uruchomiło u uczestników rejsu podwyższoną aktywność. Ciekawe: kontakt z ziemią sprawia, że pasażerowie samolotów na każdej szerokości geograficznej wpadają w lekką histerię. Natychmiast zaczynają się wiercić, upychać czasopisma w kieszeniach foteli, odpinać pasy, choć sygnalizacja jeszcze na to nie pozwala, wstawać z miejsc, zataczając się, wyjmować bagaże podręczne i nerwowo wbijać kody PIN aktywujące telefony komórkowe wyłączone na czas lotu. Wszystko dzieje się jak w telewizyjnym reality show, którego zwycięzcą zostaje ten, kto pierwszy zawiadomi świat o swoim lądowaniu i opuści pokład samolotu, zanim uczynią to pozostali uczestnicy rywalizacji.

Kuba, choć kończył w tym roku zaledwie czterdzieści jeden lat, przyglądał się tej gorączce z godnością starego dębu, nie ruszając się z miejsca przy oknie. Spokojnie odczekał, aż wszyscy stłamszą się w kolejce do wyjścia, wytwarzając ciśnienie jak we wstrząśniętej butelce szampana. Parę minut później, po otwarciu drzwi przez personel pokładowy, korek pasażerów wystrzelił wprost w rękaw prowadzący do hali przylotów. Dopiero wtedy Kuba wstał i sięgnął po niewielką walizkę, której nie musiał wyszarpywać spośród innych bagaży stłoczonych na półce. Swobodnie pokonał przejście między rzędami foteli i wyszedł żegnany przez stewardesę, której służbowy uśmiech wydawał się mieć odcień aprobaty dla jego zachowania.

Pomyślał o Kasi. Druga, tym razem szczęśliwa miłość jego życia też była stewardesą. Teraz, z powodu ciąży, pracowała w obsłudze naziemnej pasażerów, ale latanie było jej wielką pasją. Mieli trzyletnią córkę Marysię, która zanim nauczyła się mówić, rozkładała rączki i uśmiechała się promiennie, gdy tylko padło słowo „samolot”. Jesienią miała mieć siostrzyczkę.

Po wyjściu z terminalu Kuba przez chwilę rozkoszował się falą ciepła, w której czuć było upał Bliskiego Wschodu i oddech rozgrzanego miasta, ale jednocześnie lekki powiew śródziemnomorskiej rześkości. Sięgnął do tylnej kieszeni dżinsów, wyciągnął telefon komórkowy, uruchomił go i wybrał numer Kasi.

– Dobry lot? – spytała trochę z troski o niego, a trochę z zawodowej ciekawości.

– Nie – odpowiedział krótko.

– O – zmartwiła się. – Co się działo?

– Na pokładzie nie było tak pięknych stewardes jak ty. Zamierzam złożyć reklamację i żądać zwrotu połowy ceny biletu.

– Ty bajerancie. – Kasi wyraźnie ulżyło. – Już się bałam, że cię wytrzęsło w chmurkach i potrzebna była whisky.

– Nie boję się turbulencji – oświadczył buńczucznie.

– Yhmm. Powiedz to Marysi. Właśnie przyszła do naszej sypialni sprawdzić, z kim rozmawiam. Tatuś cię całuje, krasnalu – powiedziała Kasia gdzieś w przestrzeń i Kuba wyraźnie usłyszał klaskanie dziecięcych rączek. Trzyletnia córka od jakiegoś czasu właśnie tak zawiadamiała o swoim zadowoleniu.

– Pasażerów alfa nie było? – dopytywała Kasia.