Miejsce i imięTekst

Z serii: Jakub Kania #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miejsce i imię
Miejsce i imię
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Miejsce i imię
Miejsce i imię
Audiobook
Czyta Marcin Perchuć
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


(...) dam (im) miejsce w moim domu i w moich murach

oraz imię lepsze od synów i córek,

dam im imię wieczyste i niezniszczalne.

Księga Triumfu, Izajasz,

rozdział 56, wiersz 6

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1

Amsterdam

czerwiec 1942 roku

1

Fałszerz uniósł prawą brew, co ułatwiło mu umieszczenie przy oku lupy jubilerskiej. Następnie zatańczył palcami w powietrzu, zginając je i prostując jak pianista przed koncertem, po czym sięgnął po leżący przed nim aksamitny woreczek. Podniósł go, rozwiązał tasiemkę i delikatnie wytrząsnął znajdujący się w środku niewielki przezroczysty przedmiot, który wypadł na prostokątną tackę wyłożoną czarnym suknem. Fałszerz pochylił się nad nim w odległości dającej idealne dziesięciokrotne powiększenie, spojrzał i najpierw znieruchomiał, a potem gwałtownie się wyprostował. Lupa – arcydzieło sztuki optycznej z achromatycznymi soczewkami osadzonymi w szczotkowanej stali, które musiało kosztować majątek – spadła z brzękiem na marmurowy blat biurka. Fałszerz nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi.

– Co to jest? – szepnął z zachwytem, w którym brzmiała wyraźna nuta lęku, z jakim ludzie reagują na widok zjawisk nadprzyrodzonych.

– Brylant – odparł spokojnie krępy śniady mężczyzna siedzący po drugiej stronie biurka.

– Ale on...

– To złudzenie – wyjaśnił śniady. – On tylko tak wygląda. Jakby wewnątrz miał jakieś źródło światła. Oślepił cię blask, który ten kamień odbija, nic więcej. Kwestia obróbki.

– Skąd to wiesz? – spytał podejrzliwie fałszerz.

– Bo sam go oszlifowałem.

Właściciel lupy sięgnął po nią i podniósł do oka, jakby chciał zweryfikować słowa dziwnego gościa, ale nagle zrezygnował z tego zamiaru. Popatrzył badawczo na śniadego mężczyznę.

– Kto ci mnie polecił? – zapytał, a po usłyszeniu nazwiska gwizdnął. – Masz aż takie koligacje wśród holenderskich gangsterów?

Śniady nie odpowiedział. Sięgnął lewą ręką do kołnierzyka koszuli, aby poluzować krawat, do którego najwyraźniej był nieprzyzwyczajony, a wtedy fałszerz zauważył na jego przegubie osobliwy tatuaż – zegarek z tarczą bez wskazówek. Znał doskonale ten symbol. W więzieniu Het Arresthuis, w którym odsiedział dwa lata za paserstwo, tatuowane zegarki nosiła elita przestępców, ludzie z wyrokami dożywocia, dla których czas nie ma już znaczenia. Fałszerz nigdy nie widział takiego tatuażu u kogoś na wolności. Poczuł chłodny dreszcz niepokoju i na wszelki wypadek porozumiewawczo wskazał ruchem głowy lewy nadgarstek gościa.

– Też byłem w Roermond. Co mogę dla ciebie zrobić, przyjacielu?

– Trzy rzeczy – stwierdził śniady mężczyzna, jakby wszystko już było postanowione. – Kupisz ode mnie ten kamień, wyrobisz mi lewe dokumenty i nie zadzwonisz do swoich kumpli z gestapo z usłużną informacją, na jaki adres wystawiłeś papiery i gdzie mogą mnie znaleźć. Zrozumiałeś?

Fałszerz zaczerwienił się z gniewu i ze wstydu.

– Nigdy... – zaczął, ale śniady powstrzymał go gestem dłoni.

– Za brylant dasz mi to, co wczoraj zarobiłeś na podrobionych stumarkówkach – powiedział, nie zważając na spojrzenie fałszerza, w którym zaskoczenie walczyło z chłodną kalkulacją. – Połowa w złotych dwudziestodolarówkach, reszta we frankach szwajcarskich. Straty miał nie będziesz. Sprzedasz kamień za dwa razy tyle.

– Jest wyjątkowy – wydusił wreszcie fałszerz, zastanawiając się gorączkowo, skąd przybysz wie o jego wczorajszej transakcji. Czyżby gangsterzy mieli go na oku?

– A co z paszportem? – zapytał, aby zmienić temat. – Popraw krawat, to zaraz zrobię ci zdjęcie. Jak chcesz się nazywać?

– Johan van Buren – oświadczył śniady.

Fałszerz obnażył w uśmiechu zepsute zęby.

– Przyjacielu – powiedział – ja ci mogę wyrobić papiery nawet na nazwisko Heinrich Himmler, ale ze swoją koszerną buźką to ty długo nie poudajesz Holendra. Jesteś Żydem, co?

Śniady milczał przez chwilę.

– Byłem – odpowiedział po namyśle. – Czterysta pięćdziesiąt lat temu.

Fałszerz drgnął niespokojnie, jakby rzeczywiście miał przed sobą kogoś, kto żyje od wielu wieków. Dopiero co widział w kinie film o wampirach.

– Moi przodkowie uciekli z Hiszpanii przed inkwizycją, choć już się przechrzcili na katolicyzm – wyjaśnił.

– No widzisz – rozpromienił się fałszerz. – To ty jesteś Hiszpan. Porządny frankistowski faszysta, z powodów historycznych pod panowaniem holenderskiej królowej Wilhelminy. Czysty rasowo. To jakie piszemy nazwisko: Nunes, Pinto, Cordozo?

– Niech będzie Pinto – zgodził się śniady.

– Johan Pinto. – Fałszerz wyciągnął dłoń w geście przywitania, który miał jednocześnie przypieczętować umowę.

A potem na tle rozwieszonego prześcieradła zrobił swojemu gościowi fotografię paszportową z widocznym lewym uchem, naświetlił kliszę, wywołał ją w ciemni, wykąpał odbitkę w utrwalaczu, wysuszył i wkleił do oryginalnego blankietu. Następnie wkręcił książeczkę w maszynę do pisania i mocno uderzając w klawisze, wypisał personalia oraz adres. Całość ozdobił okrągłą pieczęcią z niemiecką wroną trzymającą w szponach swastykę. Na koniec sprawnie przedziurawił dokument za pomocą specjalnego urządzenia, pozostawiającego w prawym górnym rogu zdjęcia puste kółko w metalowej obwódce. Wszystko trwało nie dłużej niż trzy kwadranse.

Wręczył papiery Johanowi Pinto wraz z należnością za brylant, a kiedy tamten wyszedł, znów użył lupy firmy Schneider, aby obejrzeć kamień.

Serce biło mu jak oszalałe, jakby odkrył niezwykłą tajemnicę. Widział setki diamentów szlifowanych rękami mistrzów, ale czegoś takiego nigdy. Wstał, podszedł do szafy bibliotecznej, wyjął z niej karafkę, nalał sobie kieliszek sznapsa, wychylił go i odetchnął głęboko. Następnie sięgnął po aparat telefoniczny stojący na etażerce, wybrał numer centrali i poprosił o połączenie z siedzibą gestapo przy Euterpestraat.

2

Mimo czerwcowego upału Julia de Vries włożyła tego dnia nowe pończochy, lekkie i delikatne jak poranna mgiełka nad rzeką Amstel. Dostała je przedwczoraj na dwudzieste urodziny od rodziców, którzy sprzedali kilka srebrnych łyżeczek, aby sprawić córce wymarzone amerykańskie nylony. Trzy lata temu Amsterdam był ich pełen, dziś przetrwały wyłącznie na czarnym rynku, osiągając ceny, od których oszczędnym Holendrom kręciło się w głowach. Julia naciągnęła je rano na swoje zgrabne nogi, starannie prostując szew i będąc przekonaną, że koleżanki z centrali telefonicznej zzielenieją z zazdrości.

Jej próżność miała właśnie zostać ukarana.

Przed paroma minutami połączyła, a zaraz potem potajemnie podsłuchała rozmowę człowieka, na którego kazano jej uważać. Człowiek ten był fałszerzem. Wyrabiał nielegalne dokumenty, a na czarnym rynku handlował wszystkim, czym się dało. Łącznie z ludźmi. Okropny typ. Otrzymał dwa pisemne ostrzeżenia od ruchu oporu, a jednak znów telefonował do siedziby gestapo.

Julia nie znała zbyt dobrze niemieckiego, ale domyśliła się, że fałszerz chce wydać Niemcom kolejnego Żyda z Amsterdamu. Tym razem musiało chodzić o kogoś szczególnie ważnego, bo poza słowem Jude konfident użył określeń „cenny” albo „wielkiej wartości” – Julia była tak przejęta, że nie zapamiętała dokładnie.

Zapamiętała za to instrukcję, jaką otrzymała kilka tygodni temu od kolegi z konspiracji. Miała kontrolować rozmowy fałszerza, a jeśli będzie on nadal dzwonił do gestapo, natychmiast o tym zameldować. Osobiście, nie telefonicznie.

Zerknęła na wielki dworcowy zegar wiszący na ścianie centrali telefonicznej, w której pracowała z kilkunastoma innymi kobietami, i błyskawicznie ułożyła plan: o 15.58, dwie minuty przed końcem zmiany, wstanie i szybkim krokiem podejdzie do kantorka kierownika. (Musiała urwać te dwie minuty, bo bała się, że któraś z dziewcząt ją uprzedzi). Kierownik będzie zły, że opuściła stanowisko przed czasem, ale jakoś go udobrucha. Przecież widzi, jak on na nią patrzy. Powie, że nie ma wyjścia i bardzo, ale to bardzo potrzebuje pożyczyć służbowy rower. Musi pojechać do apteki, daleko – aż koło kościoła Westerkerk – aby odebrać lekarstwo dla babci. Lekarstwo będzie czekało do 17.00, potem apteka zostanie zamknięta, a starsza pani de Vries potrzebuje go jeszcze dziś. Na co lekarstwo? Na drogi żółciowe i wątrobę. Sam pan kierownik rozumie, powie, spuszczając wzrok. Kierownik współczująco pokiwa głową, wyrazi zgodę i odprowadzi łakomym wzrokiem nogi Julii opięte eleganckimi nylonami ze szwem podkreślającym smukłość łydek.

Potem Julia weźmie rower i... No, właśnie. Tyle razy dziewczęta z centrali prosiły kierownika, aby wymienił łańcuch, ale tego nie zrobił. Powiedział, że Niemcy i tak w końcu zarekwirują rower, jak to robią w całym kraju, więc nie będzie dbał o ich wygodę. Ogniwa łańcucha tu i ówdzie pozostaną połączone kawałkami drutu i do diabła z nimi. Niech sobie szkopy poszarpią nogawki spodni, stwierdził konfidencjonalnym szeptem, jakby dokonał sabotażu równoznacznego z wysadzeniem pociągu z amunicją.

Przez chwilę kobieca natura Julii toczyła rozpaczliwy spór z patriotyzmem. Jazda po kocich łbach nad kanałem Herengracht gwarantowała zniszczenie pończoch, ale cóż one znaczyły wobec zagrożenia życia jakiegoś nieszczęsnego, Bogu ducha winnego Żyda? Sam fałszerz powiedział, że było ono „cenne” lub „wielkiej wartości” – Julia ciągle nie potrafiła poprawnie przetłumaczyć określenia, jakie mgliście pamiętała z lekcji niemieckiego w podstawówce. Ponownie zerknęła na zegar.

 

Była 15.56.

3

W mieszkaniu z widokiem na kościół Westerkerk, w którym pochowany jest Rembrandt, mimo czerwcowego popołudnia panował półmrok jak na jego obrazach. Sprawiały to ciężkie zasłony z tkaniny o nieokreślonym wzorze i kolorze, niemal całkowicie zakrywające okno niewielkiego salonu i wpuszczające do środka zaledwie strużkę światła. Tak było przez cały dzień.

Anton, główny lokator mieszkania i szef organizacji konspiracyjnej, do której należała Julia i jej trzy najbliższe przyjaciółki, był tchórzem. Uważał, że Niemcy przechodzący ulicą nad kanałem mogą zajrzeć w okna jego garsoniery na parterze i to wystarczy, aby się domyślili, że Anton spiskuje przeciwko nim. Julia odnosiła się do niego z politowaniem zmieszanym z pogardą, codziennie żałując, że wraz z przyjaciółkami wybrały takiego dowódcę.

Same były sobie winne.

Organizację ruchu oporu założyły zaraz na początku okupacji, latem 1940 roku. Nie potrafiły znieść hańby. Armia holenderska wprawdzie stawiła czoło Hitlerowi, ale po zniszczeniu Rotterdamu przez bombowce Luftwaffe natychmiast złożyła broń. Brytyjskie radio powiedziało tego samego dnia, że Niemcy wjechali do Holandii sześcioma pociągami pasażerskimi. Uśmiechali się, jakby jechali na wakacje.

A potem był miesiąc miodowy okupacji. Rodacy Julii, uznani w Berlinie za przedstawicieli czystej rasy germańskiej, otrzymali prawo do własnych ministerstw, urzędów, fabryk, rozrywek, pieniędzy, policji, a nawet partii politycznych, choć masowo wstępowali do profaszystowskiej Nederlande Unie, która miała odegrać ważną rolę w „nowej Europie” pod berłem Hitlera. Mieli nawet prawo do własnych rowerów. Zanim się ocknęli, zostali narodem kolaborantów.

Julia i jej trzy przyjaciółki nie mogły się z tym pogodzić. Organizację konspiracyjną założyły w kuchni państwa de Vries, gdy rodzice wyszli do kina. Nie miała nazwy. Była prywatna i nieśmiała, jak cały ówczesny ruch oporu. Dziewczęta złożyły przysięgę na wierność monarchii, która musiała przenieść się do Londynu, a że były cztery, przyjęły pseudonimy od czterech imion królowej: Wilhelmina, Helena, Paulina, Maria.

Dlaczego wtedy uznały, że powinny mieć dowódcę mężczyznę? Co za głupi przesąd. Co za zacofanie, za które sufrażystki pewnie by je opluły. Ale cóż. Stało się. Najwyraźniej zatriumfowały w nich geny sztywnego i zapiętego pod szyję holenderskiego porządku świata, w którym mężczyzna zawsze jest przywódcą, obrońcą i gwarantem bezpieczeństwa. To jeszcze można by zrozumieć. Ale co im przyszło do głowy, żeby wybrać Antona?

Był studentem nauk przyrodniczych i zalecał się do jednej z nich, teraz noszącej pseudonim „Paulina”. Zawsze ostrożny, zdecydowanie bardziej rozważny niż romantyczny, ku zaskoczeniu wszystkich zgodził się od razu. Szybko pojął, że w ten sposób utoruje sobie drogę do serca Pauliny, która jednak nie była nim zachwycona. Julia przejrzała go wtedy na wylot, ale nie powiedziała ani słowa. Może wierzyła, że obudzi się w nim mężczyzna?

Nie obudził się, bo go tam wcale nie było.

Na początku uważały, że Anton jest roztropny. Nawet to doceniały. Konspiracja potrzebuje rozwagi. Ale z czasem, kiedy uświadomiły sobie, że pod płaszczykiem ostrożności kryje się u niego zwykły strach, zrozumiały, że popełniły błąd. Od tej pory unikały dowódcy. Pragmatycznie, po holendersku, robiły swoje. Julia – „Wilhelmina” i „Maria” pracowały w centrali telefonicznej, podsłuchując rozmowy i tworząc spis najaktywnych kolaborantów wraz z dokumentacją ich służalczości. Paulina była sekretarką w dyrekcji Philipsa i robiła notatki z wszystkiego, co koncern gorliwie wykonywał dla hitlerowców. Najbardziej ryzykowała Helena. Zatrudniona w Nederlandse Arbeidsdienst pomagała młodym mężczyznom uniknąć obowiązku półrocznego stażu na rzecz okupanta w Holandii lub na terenie Niemiec.

Pracowały jak pszczoły, coraz częściej myśląc, jak pozbyć się trutnia, którego same wybrały. Tym bardziej że Anton niemal jawnie przebąkiwał, że opór wobec Trzeciej Rzeszy jest pozbawiony sensu i że patriotycznym obowiązkiem powinno być raczej układanie się z Niemcami dla dobra przyszłości narodu. Kto wie, może nawet żałował, że nie wstąpił do Ochotniczego Legionu Holenderskiego i nie pojechał walczyć u boku Wehrmachtu na froncie wschodnim.

Dawno by już z nim zerwały, gdyby nie obawa, że wtedy doniesie gestapo o ich konspiracyjnej działalności. Urażeni tchórze są zdolni do wszystkiego. Tkwiły zatem w klinczu własnego błędu, nie widząc drogi wyjścia. I wtedy właśnie pojawił się Daniel.

Był holenderskim Żydem. Przed dziesięcioma laty wyjechał do rodziny w Nowym Jorku, ale w 1940 roku, tuż przed wojną, został nagle deportowany i musiał wracać do Amsterdamu. On też budził skojarzenia z portretami Rembrandta. Ukryty w cieniu i nieodgadniony, wydawał się mieć wiele twarzy. Kiedy spojrzało się na niego pod pewnym kątem, można było ujrzeć miłą, przystojną twarz pogodnego młodzieńca. Ale wystarczyło zmienić kąt, aby dostrzec w Danielu coś ponurego i bezwzględnego. Coś, co mogło budzić lęk.

Od jakiegoś czasu ukrywał się pod zmienionym nazwiskiem. Ktoś zaufany polecił mu dziewczynę z Holenderskiej Służby Pracy, która mogła pomóc w uzyskaniu zaświadczenia o zatrudnieniu, i tak Daniel poznał „Helenę”. Nie bez przyczyny uznawana przez przyjaciółki za puszczalską, wkrótce została jego kochanką.

Fascynował ją. Był odważny i twardy. Czasami opowiadał o Nowym Jorku, gdzie pracował dla swojego rodaka Mayera Lansky’ego, który prowadził dobrze prosperujące przedsiębiorstwo wraz z jakimś Włochem o nazwisku Luciano, na którego wszyscy mówili „Lucky”. Zabawne, prawda? – uśmiechała się Helena, opowiadając przyjaciółkom o swoim żydowskim chłopaku.

Był w tych opowieściach również zły człowiek, który nazywał się Schultz, a wołano na niego „Dutch”, czyli „Holender”. Parę lat temu ktoś go zastrzelił. Daniel akurat wiedział, jak do tego doszło. Do restauracji przy East Park Street, gdzie Holender jadł obiad z kolegami, weszli jacyś faceci i rozwalili gościa wraz z całą obstawą. Dutcha nie uratowało nawet to, że w tym czasie był w toalecie. To się nazywa mieć jaja, emocjonował się Daniel, kiedy opowiadał jej tę historię, i Helena całkowicie się z nim zgadzała.

– Tacy ludzie przydaliby się teraz w Amsterdamie – westchnęła, ale Daniel nie chciał słyszeć o konspiracji. Stwierdził, że w jego zawodzie – nie sprecyzował w jakim – mieszanie się w politykę jeszcze nikomu nie wyszło na dobre.

Wszystko zmieniło się przed miesiącem.

W maju 1942 roku Niemcy wprowadzili w Amsterdamie nakaz noszenia gwiazdy Dawida. Żydzi mieli je wyciąć z jasnego materiału i przyszyć do ubrania. W ten sposób zostało oznakowanych sto tysięcy ludzi, których przeniesiono do dzielnicy zajmującej znaczną część miasta wokół Waterlooplein, Rapenburg i Jodenbreestraat. W Amsterdamie nie trzeba było zamykać ich za murami, które Niemcy budowali w setkach miast podbitej Europy. Aby całkowicie odizolować getto, wystarczyło podnieść mosty na kanałach. Żydzi znaleźli się w pułapce. Tego samego dnia zakazano im korzystać z jakichkolwiek środków komunikacji. Z rowerami włącznie.

Nazajutrz rano do patrolu żandarmerii powoli przechadzającego się po Staalstraat podszedł piegowaty holenderski wyrostek. Niemcy zatrzymali się i słuchali go z uwagą, po czym jak na komendę odwrócili głowy i spojrzeli w stronę przeciwległej bramy, w której stał śniady chłopak z gęstą czarną czupryną. Nie miał przyszytej gwiazdy.

Jude? – upewnił się dowódca patrolu konfidencjonalnym szeptem.

Piegowaty wyrostek skinął głową.

Chłopak po drugiej stronie ulicy nagle zrozumiał, co się święci, i drgnął niespokojnie. Chwilę potem chciał skręcić w prawo i wmieszać się w tłumek przechodniów, ale dowódca patrolu wrzasnął w jego stronę:

Halt!

Chłopak nie posłuchał. Zdezorientowany skoczył w lewo, gdzie ulica była prawie pusta. Żandarmi ruszyli za nim. Dwóch biegło, podtrzymując pistolety maszynowe i blachy podskakujące im na piersiach, trzeci zdjął z pleców karabin i złożył się do strzału. Wąwóz ulicy wypełnił nagle huk, który wywołał panikę ptaków i paraliż ludzi. A potem wszystko zamarło. Taką ciszę nazywa się często grobową i to było właściwe określenie. Chłopak znieruchomiał z twarzą na bruku, trafiony w plecy z siłą, która odrzuciła jego wątłe ciało aż pod krawężnik. Kilka dni temu skończył piętnaście lat. Był bratem Daniela.

Dwa dni później kochanek Heleny wstąpił do konspiracji czterech dziewcząt i jednego tchórza. Na swoich warunkach. Nie będzie składał żadnej idiotycznej przysięgi ani słuchał czyichkolwiek rozkazów. Na jakiś czas wprowadzi się do Antona. Nie interesuje go przepisywanie podziemnych gazetek z wiadomościami nadawanymi z Wysp Brytyjskich przez radio Oranje. Interesują go tylko kolaboranci wydający Żydów. Ci sami, których namierzają przyjaciółki Heleny z centrali telefonicznej. Chce znać wszystkie nazwiska i adresy.

Dlatego tamtego czerwcowego popołudnia siedzący przy stole w zatopionym w półmroku salonie Antona Daniel podniósł się z krzesła na widok wchodzącej do pokoju Julii, popatrzył pytająco, a potem wysłuchał jej z najwyższą uwagą.

4

Tydzień wcześniej, podczas zwołanego przez Antona zebrania, Daniel dowiedział się, że od dwóch miesięcy obserwują fałszerza. Faceta z dzielnicy Jordaan, który za ciężkie pieniądze sprzedaje Żydom lewe aryjskie dokumenty, a potem donosi na nich Niemcom. Jak wynika z podsłuchanych rozmów telefonicznych, fałszerz ma w gestapo przy Euterpestraat swojego opiekuna: obersturmführera Oscara Rhodego, zatrudnionego w tajnej policji hitlerowskiej na stanowisku inspektora. Jak nietrudno się domyślić, Rhode ochrania działalność przestępczą fałszerza w zamian za informacje.

Daniel słuchał w milczeniu, po czym mimowolnie zacisnął pięści oparte na stole, marszcząc serwetę, która omal nie przewróciła wazonika z konwaliami przyniesionymi przez Julię.

– Przez dwa miesiące nic nie zrobiliście? Pozwalacie, aby nadal sprzedawał ludzi? – wycedził przez zaciśnięte zęby.

– Wysłaliśmy mu list z ostrzeżeniem – oświadczył z dumą Anton. – Podpisany przez holenderskie państwo podziemne. A potem, kiedy nie przestał dzwonić, jeszcze jeden, ostrzejszy – dodał mniej pewnym tonem.

Daniel spojrzał na niego jak na przybysza z innej planety i odwrócił się do Julii.

– Dlaczego ta gnida jeszcze żyje? – zapytał tak, że przeszły ją ciarki. Poszukała wzrokiem wsparcia Antona, ale dowódca odwrócił głowę.

– Nie umiemy zabijać – wyjaśniła.

Daniel zamknął oczy i przez chwilę masował powieki kciukiem i palcem wskazującym prawej dłoni, jakby chciał poprawić ostrość widzenia.

– Nie umiemy i nie chcemy – Anton uznał za stosowne uzupełnić deklarację Julii. – Jesteśmy patriotami, nie...

Daniel nawet na niego nie spojrzał.

– Stul pysk – powiedział i zabrzmiało to jak dobra rada.

A potem zapalił papierosa, głęboko się zaciągnął i po chwili wraz z dymem wypuścił całą wściekłość.

– Okej – oświadczył, jakby nadal był w Nowym Jorku. – Pilnujcie tej świni. Sprawdzajcie wszystkie rozmowy. Jeśli jeszcze raz poprosi o połączenie z gestapo, chcę o tym natychmiast wiedzieć. Osobiście. Niech ta z was, która będzie miała wtedy dyżur, przyjedzie tu najszybciej, jak się da, i mnie zawiadomi. Mogę na to liczyć?

Julia i Maria niemal równocześnie skinęły głowami.

Minął tydzień i ten scenariusz właśnie się zrealizował.

– Co chcesz zrobić? – spytał Anton po wyjściu Julii, która spieszyła się, aby oddać służbowy rower.

Daniel nie odpowiedział. Wydawał się całkowicie pochłonięty leżącą na stole paczką papierosów, na której zanotował adres fałszerza. Po chwili wstał, ściągnął marynarkę wiszącą na oparciu krzesła i udał się do łazienki. Sięgnął pod wannę, gdzie miał ukryty pistolet. Odwinął go z miękkiej szmaty i wsunął z tyłu za pasek spodni, po czym nałożył marynarkę. Popatrzył w lustro, przeczesał włosy, zgasił światło i wyszedł.

Anton czekał w przedpokoju. Był blady jak płótno.

– Nie martw się. – Daniel poklepał go po policzku. – Zawiadomię go tylko, że jeśli nadal będzie kapował Niemcom, nie dostanie w tym roku prezentu na Gwiazdkę.

Zdjął z wieszaka swój nowojorski kapelusz i starannie domknął drzwi wejściowe do mieszkania z widokiem na kościół Westerkerk.

 

5

Popołudnie przechodziło w szarość zmroku, gdy Daniel zapukał do mieszkania fałszerza, które obserwował od dobrej godziny, upewniając się, że teren jest czysty.

– Kto tam? – Usłyszał stłumiony głos dochodzący zza ciężkich dębowych drzwi.

– Od pana Rhodego. – Daniel zagrał va banque.

Przez kilka chwil trwała cisza, jakby człowiek po drugiej stronie rozważał wiarygodność usłyszanej przed chwilą informacji. Wreszcie rozległ się szczęk odsuwanej zasuwy, potem zgrzyt klucza w zamku i drzwi uchyliły się na szerokość, na jaką pozwalał zamontowany od środka solidny łańcuch. W szparze pojawiła się pospolita twarz mężczyzny o mocno już przerzedzonych, siwiejących i tłustych włosach. Wyrażała zaskoczenie i nieufność.

– Pan Rhode miał być osobiście – bąknął niepewnie fałszerz.

– Tak, mówił mi – odparł Daniel tonem, jakim oznajmia się rzeczy oczywiste. – Dostał jednak pilny rozkaz wyjazdu do Hamburga. Na kilka dni. Telefonował do pana parę godzin temu, ale mamy w gestapo uszkodzoną linię, dlatego dał mi adres i kazał tu przyjść. Powiedział, że dzwonił pan do niego z czymś dość ważnym i że mam się z panem niezwłocznie skontaktować, bo może trzeba będzie coś szybko załatwić. No to jestem.

– Nie znam pana... – Fałszerz nadal nie był przekonany, choć nazwisko Rhodego i fakt, że przybysz wiedział o ich rozmowie telefonicznej, zrobiły swoje. Zwolnił łańcuch.

– Pan wejdzie – powiedział i nie czekając na gościa, ruszył długim korytarzem prowadzącym do gabinetu, który służył mu za pracownię.

Daniel prawą ręką domknął drzwi i przekręcił klucz, lewą zaś wyciągnął zza paska pistolet.

Dźwięk zamka i odgłos przeładowania broni sprawiły, że fałszerz nagle uświadomił sobie zagrożenie i gwałtownie się odwrócił.

– Co... O co chodzi? – spłoszył się, patrząc na wymierzoną w siebie lufę browninga.

– Kogo chciałeś dziś sprzedać swoim szwabskim kumplom? – spytał zimno Daniel, ściągając z wieszaka jakiś łach i owijając nim dłoń z pistoletem.

– Nikogo! Przysięgam! – Mężczyzna z tłustymi włosami trząsł się ze strachu.

– Który to Żyd jest dla was taki cenny?

– Cenny?! – Głos fałszerza zadrżał, ale zaraz odzyskał pewność. – Ach! Cenny! Tak! To nieporozumienie! – Domyślił się, że napastnik zna treść jego rozmowy telefonicznej. Pewnie podsłuchują te dziwki z centrali, a potem donoszą gnojkom z ruchu oporu. Głupie krowy. On mówił Rhodemu o cennym kamieniu przyniesionym przez Żyda, a te idiotki zrozumiały, że chodzi o cennego Żyda.

W jednej chwili fałszerz uspokoił się, po raz kolejny dziś zaprezentował w szerokim uśmiechu zepsute zęby i lekceważąco machnął ręką.

– To nie chodziło o... – próbował wyjaśnić, ale przerwał mu stłumiony huk wystrzału. Przez moment z bezgranicznym zdumieniem wpatrywał się w dziurę w dłoni, którą gestykulował, przebitą na wylot przez kulę, która utkwiła mu w piersi. Chwilę później runął na podłogę.

Daniel, szkolony przez ludzi, którzy załatwili Dutcha Schultza, znał dwie podstawowe reguły swojej profesji. Pierwsza brzmi: nigdy nie dyskutuj z facetem, którego masz rozwalić. Druga: upewnij się, że zrobiłeś to skutecznie. Dlatego starannie wymierzył w środek czoła martwego fałszerza, a potem posłał tam kulkę nazywaną w nowojorskim Bronxie ołowianą gwarancją.

Delikatnie ujął za kant prawą nogawkę swoich szerokich spodni i podciągnął ją do góry, unikając poplamienia mankietu krwią, zrobił krok nad ciałem i powtórzył to samo z lewą nogawką. Po czym wszedł do gabinetu i nie spiesząc się, przeszukał zawartość szuflad biurka, a potem szafy bibliotecznej, gdzie za książkami odkrył sprytnie zamaskowaną skrytkę. Schował do kieszeni plik dolarów i trochę biżuterii, zabrał parę blankietów dokumentów i pieczątkę ze szwabską wroną trzymającą w szponach swastykę. Kilka przedmiotów obejrzał niemal z dziecięcą ciekawością i ostrożnie odłożył na miejsce. Wydarzenia sprzed kilku minut nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia.

Gdy wychodził, mrok był już gęsty. Przez chwilę przecięły go reflektory czarnego opla kadetta, który właśnie podjeżdżał pod dom fałszerza. Z daleka śmierdział gestapowskim autem na cywilnych tablicach. Daniel przystanął kilkadziesiąt metrów dalej, zapalił papierosa i spokojnie obserwował, jak otworzyły się tylne drzwiczki samochodu i wysiadł z niego szczupły blondyn w dobrze skrojonym garniturze. Zatrzymał się na chwilę, rozprostował marynarkę pogniecioną podczas jazdy, a potem ruszył w kierunku drzwi prowadzących do klatki schodowej. Nacisnął klamkę i wszedł do środka.

Daniel powoli odszedł w przeciwnym kierunku.

6

Oscar Rhode uważał fałszerza za jednego z najlepszych specjalistów od podrabiania reichsmarek i robił z nim interesy jeszcze w czasach, gdy był zwykłym komisarzem w hamburskiej policji kryminalnej. Długo przedtem, zanim Hitlerowi przyszło do głowy zająć Holandię.

Ale skoro przyszło, Rhode – teraz wysoki funkcjonariusz gestapo – dał solidną łapówkę komu trzeba, aby pojechać do Amsterdamu, i pojechał.

Można to porównać ze zdobyciem głównej wygranej na loterii, w której nagrodami były obrazy holenderskich mistrzów, biżuteria, precjoza, sztabki złota i rulony dolarów grube jak butelki piwa. Ale przede wszystkim brylanty. Amsterdam był ich światową stolicą.

Przechadzając się w ciepłe letnie popołudnia 1940 roku po alejkach ogrodu botanicznego w pobliżu Nieuwe Herengracht, Oscar Rhode często zadawał sobie pytanie, dlaczego właśnie Amsterdam? Dlaczego nie Paryż, gdzie damy ubóstwiały klejnoty i najchętniej chodziłyby ubrane wyłącznie w pończochy i brylantowe kolczyki? Dlaczego nie wytworny Wiedeń, w którym na balach w operze błyszczały kolie, a w nich mieniło się więcej diamentów, niż wynosił miesięczny urobek indyjskich kopalń? Dlaczego wreszcie nie Londyn, sztywny i oschły, ale przecież trzymający Indie pod kolonialnym butem? Dlaczego najdroższych kamieni świata od czterystu lat nie kojarzono z żadną europejską metropolią poza wilgotnym miastem w Holandii, gdzie zamiast ulic były kanały, a zamiast gmachów ciasne kamieniczki wyglądające jak zrobione z piernika?

Dlaczego Amsterdam?

Kiedy dwa lata temu zadał to pytanie fałszerzowi, ten wyszczerzył zepsute zęby.

– To suma naszych dwóch nieszczęść, przyjacielu – odparł z chytrym wyrazem twarzy.

– Nieszczęść? – Oscarowi Rhodemu trudno było uwierzyć w to, co usłyszał.

– No – potwierdził fałszerz. – Nieszczęść. My, Holendrzy, zawsze uważaliśmy za dopust Boży, że nasze kolonie są tak daleko. Ile to trzeba wydać guldenów, żeby dopłynąć do Afryki Południowej. Nie taniej by wyszło, gdyby niderlandzką prowincją była, dajmy na to, taka Dania? I żeby jeszcze rosły tam palmy, można było importować drewno kolonialne, zakładać plantacje kokosów i łapać lwy do zoo. Co ja się nasłuchałem takiego biadolenia. – Fałszerz zbyt długo wycierał okular lupy kawałkiem flaneli, z dezaprobatą kręcąc głową.

– A drugie nieszczęście? – spytał Rhode.

– O, to jakby wspólne. – Fałszerz mrugnął porozumiewawczo do gestapowca. – Żydzi. Kiedy zjechali tu z Hiszpanii i Portugalii, w Amsterdamie uznano to za plagę. Na dodatek wszyscy zajęli się szlifowaniem diamentów. Indyjskich, ma się rozumieć, bo innych wtedy na świecie nie było. Żydzi kupowali je w portach i obrabiali na strychach swoich nędznych domostw, w prymitywnych warsztatach, w których z trudem zarabiali na życie. Aż tu nagle bum! W Afryce Południowej odkryto złoża diamentów. Żydzi sefardyjscy, teraz obywatele Holandii, szybko się połapali, co jest, a raczej co może być grane. I dodali dwa do dwóch. Znali się na żegludze i handlu jeszcze z czasów hiszpańskich, położyli łapę na interesie i raz-dwa uczynili Amsterdam diamentową potęgą. Indie poszły się bujać na swoich hamakach. Na brylantach można zbić fortunę tylko tu. – Fałszerz znów się wyszczerzył, co przyprawiłoby o zgrozę każdego dentystę. – Wkrótce wspomnisz moje słowa, przyjacielu.

Oscar Rhode nie czekał zbyt długo na spełnienie tej przepowiedni. W ciągu dwóch lat okupacji stał się bogatym, ściślej – bardzo bogatym człowiekiem. Fałszerz miał na to równie dyskretny, jak skuteczny wpływ. Układ był uczciwy. Obersturmführer sprawiał, że policja przymykała oko na nielegalne interesy jego amsterdamskiego wspólnika, a ten w zamian przekazywał mu karteczki z adresami prywatnych sejfów i kolekcji miejscowych Goldbergów i Zilbersteinów.