444Tekst

Z serii: Jakub Kania #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
444
444
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
444
Audio
444
Audiobook
Czyta Marcin Perchuć
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Rodzicom

CZĘŚĆ PIERWSZA

Wypadek

trzecie millenium

Rozdział 1

Tamtego przedpołudnia Paweł Włodarczyk zupełnie niepotrzebnie wymył i wywoskował samochód, ponieważ kwadrans później zginął w nim staranowany przez tira, któremu wysiadły hamulce.

Wypadek zdarzył się w centrum Warszawy, na ulicy Towarowej, którą auta z reguły jeżdżą zbyt szybko. Za kierownicą ciężarówki wyładowanej naturalnym asfaltem siedział struchlały Albańczyk z Kosowa. Nawet nie wyszedł sprawdzić, co się stało z człowiekiem w błyszczącej toyocie, na którą najechał z impetem swoich kilkunastu ton i która tkwiła teraz zmiażdżona pod jego olbrzymią chłodnicą. Policja wytłumaczy to szokiem, a gazety ujawnią, że sprawca był półanalfabetą prowadzącym kupę złomu, która badania techniczne mogła przejść tylko na wsi pod Tiraną. Sąd natomiast przychyli się do opinii biegłego, że brak reakcji Albańczyka to syndrom pewnego emocjonalnego paraliżu, jaki sprawia, że ludzie będący świadkami masowych mordów i okropieństw nie są zdolni rozpoznać traumy śmierci w wypadku samochodowym.

Nikt z autorów powyższych opinii nie mógł zauważyć dziwnego grymasu, jaki przebiegł przez twarz kierowcy tira w chwili, gdy wyprostował się po uderzeniu, spokojnie położył ręce na kierownicy i czekał na przyjazd polskiej policji – kompletnie głuchy na krzyki ludzi gromadzących się w miejscu tragedii. Tym bardziej nikt nie mógł wiedzieć, że człowiek ten się modli. Mimo różańca z krzyżykiem rozkołysanego pod sufitem kabiny nie było to Ojcze nasz z prośbą o odpuszczenie win. Albańczyk, nie poruszając wargami, żarliwie powtarzał wersety Koranu, odmawiane z wdzięczności.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 2

Kwadrans przed śmiercią Paweł Włodarczyk czuł, że życie się przed nim otwiera. W lusterku wstecznym toyoty przesuwanej przez taśmociąg myjni z upodobaniem studiował własną twarz. Lekko zmarszczył brwi, nadając oczom wyraz skupienia, który w ułamku sekundy przekształcił się we wzrok gracza z trudem zachowującego powściągliwość na widok pięciu kart układających się w wielkiego pikowego pokera. Włodarczyk najwyraźniej triumfował.

Do wczoraj był nikim. Zużytym dziennikarzyną, wydobytym z bagna alkoholu i paroletniego bezrobocia, po czym zatrudnionym z litości w redakcji popularnej gazety. Angaż do działu dokumentacji prasowej, czyli piwnicy, w której mieściło się archiwum, podpisał syn przyjaciół. Dziś prezes wydawnictwa, dziesięć lat wcześniej poważnie zagrożony student, którego karierę na wydziale dziennikarstwa uratował niedokończony doktorat Włodarczyka pospiesznie przerobiony na pracę magisterską. Przyszły boss pogubił się podczas obrony, ale komisja egzaminacyjna doceniła skrupulatność i wnikliwość pracy, stawiając kompromisowe trzy plus.

Mimo niewątpliwej polisy emerytalnej, legitymacji prasowej z logiem znanego tytułu i pensji pozwalającej na urlopy w Turcji Włodarczyk nie był najlepszego zdania o sobie. Dobiegał pięćdziesiątki, gnieżdżąc się w dwóch małych pokojach architektonicznego koszmaru z wielkiej płyty. Dzielił je z synem, który nim gardził i którego od dawna obiecywał wyrzucić z domu, oraz żoną, której datę urodzenia bezskutecznie nakazywał sobie zapamiętać od dobrych kilkunastu lat. Poza tym miał parę dziennikarskich dokonań, o których nie pamiętał nikt poza nim i które codziennie pragnął umieścić w internecie. Ich brak wywoływał w nim frustrację, która narastała z każdym niezrealizowanym postanowieniem. Te zaś, choć łatwe, ludziom o chwiejnych charakterach nigdy się nie udają.

Jednym z tych postanowień było zajęcie się w końcu tematem życia: zagadkowym obrazem Jana Matejki o sensacyjnej historii, jaką można by obdzielić pół zawartości Ermitażu, Prado i Luwru. Po raz pierwszy Paweł Włodarczyk usłyszał ją w czasach studenckich od narzeczonej, która nabożnym szeptem wyjawiła mu rodzinny sekret. Otóż jej pradziadek znał wielką tajemnicę: przepowiednię zdolną zmienić losy świata. Proroctwo powierzył w 1881 roku Matejce, a ten namalował obraz wskazujący drogę do pojednania chrześcijaństwa z islamem. Płótno było krótko własnością rodziny, ale wkrótce stało się najczęściej chyba kradzionym obrazem świata. Dziewczyna opowiadała o tym z wypiekami na twarzy, gestykulując i podnosząc głos, a jej piwne oczy z emocji przybierały barwę dojrzałych kasztanów.

Paweł słuchał jej z uprzejmym skupieniem, po czym puścił wszystko w niepamięć. Wtedy pochłaniało go energiczne, reporterskie i koniecznie współczesne dziennikarstwo, a nie baśnie. Zresztą z narzeczoną i jej kasztanowymi oczami niebawem się rozstał, a tajemniczy obraz rozmazał się w codzienności studiów, pierwszej pracy w redakcji i setkach innych wydarzeń.

Nieoczekiwanie zetknął się z nim parę lat później, wertując w pociągu kolorowy magazyn. Na rozkładówce czasopisma redakcja zamieściła sensacyjny artykuł o Pieterze Mentenie, słynnym holenderskim esesmanie podejrzewanym o liczne zbrodnie wojenne. I o coś jeszcze. Tym „czymś” była tajna misja. Funkcjonariusz SS prowadził ją od 1940 roku w Galicji Wschodniej, a jego prawą ręką był Józef Stieglitz – antykwariusz z Krakowa, przed wojną szanowany obywatel tamtejszej gminy żydowskiej.

Włodarczyk nie mógł uwierzyć.

– Żyd? – szepnął na tyle głośno, że dwoje starszych współpasażerów spojrzało nie niego z dezaprobatą. Żyd partnerem esesmana? – kolejne pytanie zadał sobie już w duchu. Niebywałe. A jednak. Autor artykułu nie pozostawiał wątpliwości.

Zamiast opaski z gwiazdą Dawida wspólnik hitlerowskiego Hauptscharführera nosił paszport z nadrukiem: „Niezbędny dla III Rzeszy” i przechadzał się pod Sukiennicami po godzinie policyjnej. Obaj, Menten i Stieglitz, brali udział w głęboko utajnionej misji. Jej celem było znalezienie i wywiezienie z okupowanej Polski dzieł sztuki, w tym płótna Matejki, o którym opowiadała niegdyś narzeczona. Autor artykułu nie zdołał wyjaśnić, dlaczego akurat ten obraz był tak ważny dla hitlerowsko-żydowskiego duetu i wspomniał o misji zaledwie kilkoma zdaniami, ale one wystarczyły, aby reszta podróży minęła Pawłowi Włodarczykowi w stanie dziwnego letargu, pełnego natarczywych myśli.

Kilka kolejnych dni spędził w czytelni Biblioteki Narodowej. Kilka kolejnych lat – na wertowaniu archiwów i książek, na wysyłaniu listów i poszukiwaniu informatorów. Pisał nawet do Stieglitza – znalezionego przez Polski Czerwony Krzyż i mieszkającego przy Allenby Road w Tel Awiwie – ale jak nietrudno się domyślić, bez odpowiedzi. Z roku na rok rosło w nim zdumienie: wszystko, co dawna narzeczona wyszeptała o tajemniczym obrazie i proroctwie, okazywało się prawdą. Tylko kto w nią uwierzy?!

Pewnej nocy Włodarczyk postanowił, że nie opublikuje tej historii. Bał się konfrontacji. Bał się historyków bufonów, rozpartych w telewizyjnych fotelach z pobłażliwymi minami i wygłaszających głodne kawałki o dziennikarskiej fantazji. Bał się reporterów szczutych przez konkurencyjne redakcje, którzy popsują jego opowieść, węsząc wokół niej jak psy – niby szukające tropu, a tak naprawdę zadeptujące prawdziwe ślady. Bał się rozmiaru tej sprawy. Dotychczas wiedziało o niej kilku papieży, garstka największych przywódców świata arabskiego, paru najgroźniejszych terrorystów, jeden sławny polski malarz i on: Paweł Włodarczyk. Kto mu uwierzy?

Nikt. Dlatego musi odnaleźć obraz. Nie pisać o nim, ale namierzyć go, przywieźć do Polski i odsłonić w blasku fleszy. Udowodnić, że istnieje i że jego sekret jest autentyczny. Wtedy nikt go nie zakwestionuje. Tylko jak tego dokonać? Przez długi – zbyt długi – czas to pytanie ciążyło mu jak ołów, dręczyło i oskarżało o nieudacznictwo, jakby obraz miał tajemniczą moc mieszania w głowach tym, którzy się nim interesują. Wreszcie Włodarczyk zaczął unikać tematu i odłożył go do szuflady; znalazł się w przegródce z innymi marzeniami. I właśnie to jedno najbardziej nierzeczywiste marzenie dziś nabrałoby realnego kształtu. I właśnie na nie najechał rozpędzony Albańczyk, miażdżąc odmianę losu Pawła Włodarczyka w blachach toyoty pokrytej woskiem, który nie zdążył nawet stężeć.

Rozdział 3

Kilka tygodni wcześniej, w przebłysku śmiałości, zadzwonił do Instytutu Pamięci Narodowej, prosząc o połączenie z Jakubem Kanią – prokuratorem, którego dociekliwość wyzierała z wielu wycinków prasowych, zgromadzonych w piwnicznym archiwum gazety. Ten postrach przestępców z przeszłości lubił telefony z mediów, ale teraz, wysłuchawszy apelu o wszczęcie poszukiwań zaginionego obrazu Matejki, nie okazał entuzjazmu.

– Czy ja wiem, panie redaktorze... – Westchnął do słuchawki, łaskocząc Włodarczyka tytułem zarezerwowanym dla dziennikarzy z kondygnacji wyższych niż piwnica. – Do tego trzeba by zaangażować sztab ludzi i mnóstwo pieniędzy. Małe szanse. O... gdyby Matejko znalazł się na liście tajnych współpracowników służb PRL-u i trzeba by sprawdzić, czy nie malował dla SB – zażartował – wtedy tak. Wtedy z pewnością środki by się znalazły. Pan wybaczy, ale teraz to my mamy pół Polski do zlustrowania.

Włodarczyk docenił autoironię, uznając ją za zaproszenie do dalszej rozmowy.

– Ten obraz to prawdziwa sensacja – ciągnął niezrażony. – Najważniejsze jagiellońskie dzieło Matejki obok Bitwy pod Grunwaldem i Hołdu pruskiego. Szukałby pan Hołdu pruskiego, gdyby zaginął?

 

– No... sądzę, że... tak – prokurator zawahał się. Na szkoleniu z komunikacji z mediami trener mówił wyraźnie, aby nie wdawać się w gierki z pytaniami retorycznymi. – Ale...

– Nie ma żadnego ale – skwitował Włodarczyk. – Szukałby pan. To proszę sobie wyobrazić, że ten obraz jest jeszcze ważniejszy. Niewielu ludzi go widziało. W Zachęcie przed wojną wisiał zaledwie przez kilka dni. Potem był tylko kradziony, przemycany i ukrywany.

Niewiele osób go widziało, ale wiele przez niego zginęło – chciał zakończyć wypowiedź efektowną klamrą, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język.

– Ja to wszystko rozumiem – odparł Kania tonem, jakim uspokaja się narwańców, kładąc im dłoń na ramieniu. – Ale proszę mi wierzyć, niewiele mogę. IPN naprawdę nie ma funduszy. Zdaje pan sobie sprawę, ile pozycji liczy lista dzieł sztuki, które należałoby odzyskać dla kultury polskiej?

– To nie jest zwykłe dzieło sztuki! – nie wytrzymał Włodarczyk. – To jest szyfr! Tajemnica! Pan rozumie? Klucz do zagadki o światowym znaczeniu. Kod, proszę pana! Kod! Taki jak ten Leonarda da Vinci.

Zamilkł. Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza.

– Ma mnie pan za wariata? – zapytał po chwili, starając się, aby jego głos brzmiał spokojnie.

– Skądże – zaprzeczył prokurator, o kilka sekund za późno. – Ale zgodzi się pan, że pańskie informacje brzmią dość fantastycznie... Oczywiście w dobrym znaczeniu tego słowa – dodał pospiesznie. – Zróbmy może tak... Proszę mi to wszystko opisać w mejlu. Obiecuję, że się z tym zapoznam. Ale teraz, pan wybaczy, zaczynam ważne spotkanie.

Włodarczyk usłyszał sygnał zakończonego połączenia.

– W mejlu – warknął do siebie.

Wy i wasze mejle! Jak byście poradzili sobie ze spławianiem ludzi, gdyby ktoś nagle pozbawił was mejli? Pieprz się – dodał w duchu pod adresem Kani. Taki z ciebie detektyw jak ze mnie ksiądz.

– Pieprz się – powtórzył półgłosem.

Rozdział 4

Nazajutrz rano w blokowisku Bemowa było tyle słońca i rześkości, że Paweł Włodarczyk przy śniadaniu nawet zagadnął żonę, co u niej w pracy. Z wrażenia omal nie upuściła patelni z jajecznicą.

Nocna ulewa umyła wysłużoną toyotę, co tym bardziej poprawiło mu humor. Mknąc Górczewską, na której dziś jakimś cudem nie było korka, postanowił, że jednak napisze do Kani.

– Bartek... – zaczepił w holu redakcji młodego reportera z dredami. – Gdybyś miał napisać bardzo ważnego mejla z bardzo długą historią, to jak byś to zrobił?

– Krótko, Pawełku, krótko. Tysiąc znaków maks. Bez przewijania ekranu. Kumasz? I konkret. Bez tego waszego nawijania. Jarzysz? No, bez tego – dodał na widok zdumionej miny archiwisty – jak to kiedyś nudziliście w gazetach...

Czekaj, gówniarzu – pomyślał Włodarczyk – jeszcze będziesz czegoś ode mnie chciał. Ale rady posłuchał.

Łaskawy Panie Prokuratorze! – zaczął niby staroświecko, ale z aluzją do wczorajszego zachowania Kani, który protekcjonalnie zezwolił mu na mejla. Zastanawiając się, czy prokurator rozpozna sarkazm nagłówka, podniósł do ust starą peerelowską szklankę osadzoną w metalowym koszyczku z uchwytem. Kawa – afrodyzjak pisania – smakowała mu tylko tak: sypana, bez mleka, z trzema czubatymi łyżeczkami cukru i w szklance, z której starsza cześć redakcji żartowała, a młodsza toczyła bekę. Włodarczyk junior, który wpadł do archiwum któregoś przedpołudnia, oczywiście żeby stary kopsnął trochę kaski, na widok szklanki doznał szoku:

– Dżizys, ojciec, pogieło cie? – jęknął. – Nie możesz se kupić jakiegoś spoko kubka? Jak człowiek?

– Właśnie dlatego że jestem człowiekiem – odparł Włodarczyk z godnością – nie ulegam instynktom stadnym tak jak ty. Mam pić kawę z kubka, bo wszyscy tak robią? Nie. Mnie smakuje ze szklanki i...

– Ale to obciach – przerwał mu syn, robiąc pogardliwą minę, na którą mógł już sobie pozwolić, bo wyłudzone pięćdziesiąt złotych wcisnął właśnie do kieszeni postrzępionych dżinsów.

– A branie pieniędzy od ojca w wieku dwudziestu dwóch lat to nie obciach? – rzucił Włodarczyk, ale większa część oskarżenia dotarła jedynie do zamykanych drzwi.

Na wspomnienie tamtej sceny, która nie wiadomo czemu przyszła mu teraz do głowy, pogroził synowi w duchu identycznie jak reporterowi z dredami. Zobaczycie, gnojki. Jeszcze znajdę ten obraz. Jeszcze wam wszystkim pokażę. Jeszcze będziecie się grzeczniutko pytać, gdzie można kupić taką samą szklankę do kawy.

Palce animowane adrenaliną same pobiegły po klawiaturze: W nawiązaniu do rozmowy telefonicznej ponownie zwracam się do Pana Prokuratora z apelem o wszczęcie dochodzenia IPN-u w sprawie zaginionego obrazu Jana Matejki, o którym opowiadałem wczoraj. Nadmieniam, że dysponuję obfitą dokumentacją w tej sprawie. Wiele lat starannego researchu – Włodarczyk ucieszył się z przywołania słowa modnego wśród młodych dziennikarzy, choć wymagało ono sprawdzenia w słowniku – przekonało mnie, że to obraz pod każdym względem unikatowy. To bezcenny skarb naszego narodu.

Włodarczyk zamyślił się, upił łyk kawy i z niesmakiem spojrzał na ekran. Skarb? Narodu? Jezu – pomyślał – cóż to za patetyczny bełkot. Nawet w IPN-ie tego nie kupią – zganił sam siebie, po czym zaznaczył ostatnie zdanie niezgrabnym ruchem myszki i nacisnął klawisz przenoszący je w niebyt. Postanowił zagrać bardziej marketingowo: To jeden z najczęściej kradzionych obrazów na świecie – napisał – ale mam przypuszczenia, gdzie się teraz znajduje. Jego oficjalne poszukiwania mogłyby mieć kolosalne znaczenie nie tylko dla kultury polskiej, mającej szansę na odzyskanie jednego z największych dzieł Jana Matejki, ale również dla polityki zagranicznej naszego rządu. Sama próba poszukiwań zdolna jest przedstawić obecność Stanów Zjednoczonych i NATO w Iraku oraz Afganistanie w zupełnie innym świetle oraz najważniejszym uczestnikiem tych misji uczynić Polskę jako kraj od wieków pragnący dialogu i przyjaźni z islamem. Chodzi o to, że obraz Matejki zawiera przesłanie, które...

Włodarczyk z niepokojem spojrzał na zbliżający się koniec strony i przypomniał sobie przestrogę reportera z dredami. Na dokończenie historii zostały mu dwa wiersze. Przez chwilę wpatrywał się w komputer, a potem wymamrotał przekleństwo pod adresem Bartka i opisał wszystko po swojemu.

Rozdział 5

Tablica umieszczona na skraju zagajnika ostrzegała, że nielegalny wywóz śmieci będzie karany grzywną w wysokości pięciuset złotych, ale dochodzący z zarośli charakterystyczny fetor wysypiska dowodził, że dla mieszkańców pobliskiego osiedla domków jednorodzinnych nie była to dostateczna przestroga. Jakub Kania, poszukujący w podwarszawskim lesie spokoju i porządku myśli, nagle uruchomił swój detektywistyczny umysł, doszedłszy do przekonania, że w ciągu kilku godzin mógłby zidentyfikować sprawców niszczenia środowiska. Czubkiem buta trącił puszkę po świeżej seledynowej farbie do elewacji. Wokół leżało kilka identycznych. Wystarczyłoby sprawdzić, kto w okolicy tak jaskrawo wyróżnił swój dom. Konkretnym tropem były również puste słoiki z odręcznie wypisanymi nalepkami: „maliny babci Zosi”, a także plastikowe koperty przesyłek kurierskich z danymi adresatów. Banalnie proste. Tylko że IPN nie zajmuje się śmieciami. Przynajmniej nie takimi.

Prokurator uciekł z biura do lasu, aby przełknąć gorycz porażki. Niespełna pół roku wcześniej pewien bardzo znany polityk, którego ugrupowanie trzęsło instytutem, wezwał go przed swoje oblicze i przesuwając w stronę Jakuba Kani tekturową teczkę, rzekł tonem wykluczającym pytania:

– Proszę się zająć przywróceniem czci tym bohaterom. – I nie podnosząc wzroku znad podpisywanych właśnie papierów, dodał: – Mówiono mi, że jest pan nieustępliwy, kolego. Liczę na pana.

Dochodzenie specjalne, zlecone osobiście przez człowieka, któremu nie należało się sprzeciwiać, dotyczyło likwidacji latem 1945 roku oddziału Armii Krajowej, który nie złożył broni i zaszył się w konspiracji, zadając poważne straty nowej władzy. Liczne obławy nie dawały rezultatów. Wreszcie bezpieka umieściła w oddziale wyjątkowo przebiegłego agenta. Ten zorganizował zasadzkę na partyzantów, w wyniku której większość z nich zginęła.

Na podstawie relacji świadków oraz wspomnień dowódcy oddziału majora „Żbika”, któremu udało się cudem ujść z życiem, Jakub Kania wszczął śledztwo. Towarzyszyły mu kamery telewizyjne, liczni reporterzy i kompania wojsk inżynieryjnych, przez tydzień przekopująca teren ostatniego obozowiska oddziału, na którym miano pogrzebać ciała ofiar zasadzki. Saperzy uzbrojeni w wykrywacze metalu, detektory termiczne, szpadle i oskardy sprawdzili każdy centymetr lasu wskazanego przez świadków. Znaleźli jedną kość, która później okazała się „pochodzenia zwierzęcego”, oraz zardzewiały hełm, który od razu okazał się nocnikiem. Wiadomego pochodzenia. Jakub Kania się zdenerwował.

Ignorując odgórne dyrektywy gwarantujące wiarygodność dostarczonych mu zeznań, w dwa dni osobiście przesłuchał osoby, które je złożyły, uprzedziwszy o konsekwencjach prawnych grożących za poświadczenie nieprawdy. Po kilku rozmowach i wizytach w archiwum miał wrażenie, że śni. Nie tylko nie znalazł żadnego, najmniejszego potwierdzenia likwidacji oddziału, ale nawet... dowodów jego istnienia. Owszem formacja majora „Żbika” figurowała w kartotekach AK, ale tylko jako planowane uzupełnienie, tak zwany rzut alarmowy. To znaczy, że gdyby po drugiej wojnie światowej wybuchła trzecia – ze Związkiem Radzieckim – to oddział mógłby zostać sformowany i uzbrojony. Mógł, ale nie został. Co z kolei prowadziło do logicznego wywodu, że skoro nigdy go nie było, to raczej nie mógł paść ofiarą ubeckiej zasadzki.

Dzień przed spacerem w lesie prokurator IPN-u usłyszał to wszystko od wybitnego historyka, którego poprosił o konsultację.

– Ten oddział zmyślono, aby wyłudzić prawa kombatanckie dla kilku osób – oświadczył profesor – co zresztą skończyło się przegraną w sądzie. Byłby z tego nie lada skandal, gdyby nie śmierć „Żbika” parę miesięcy temu. Jeśli potrzebuje pan twardego dowodu, proszę udać się na jego grób na Powązkach.

Kania odwiedził wojskowe kwatery cmentarza tego samego popołudnia. Bohaterski major AK (na nagrobku zapomniano podać jego stopień wojskowy) w chwili zakończenia wojny był kilkunastoletnim chłopcem.

Kiedy prokurator przemierzał leśną ścieżkę, głowiąc się, jak zjeść tę żabę, w kieszeni marynarki zadrżało służbowe blackberry, anonsując kilkoma taktami Mozarta nadejście nowego mejla. Niech to szlag – zaklął w duchu, widząc, że poczta przyszła z redakcji popularnej gazety. – Już się dowiedzieli?! Jakim cudem?

Po chwili odetchnął z ulgą. Mejl wysłany został przez Pawła Włodarczyka, nawiedzonego poszukiwacza obrazu Matejki. List miał ponad trzy tysiące znaków i prokurator ani myślał go czytać. Chociaż... Przeszło mu przez głowę, że paradoksalnie mógł to być prezent od losu. Niezły pretekst, by odwrócić uwagę mediów od oddziału widma i śledztwa zakończonego nocnikiem. Zagłębił się w lekturze. Po kilku minutach dziwnie spoważniał, schował telefon do kieszeni i ruszył w stronę samochodu z takim pośpiechem, że z roztargnienia omal nie przewrócił się o puszkę po seledynowej farbie elewacyjnej.