Hrabina Olesia

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maciej Roman Wierzbiński

Hrabina Olesia

KOMEDJA W 3-CH AKTACH

Saga

Hrabina OlesiaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1929, 2020 Maciej Roman Wierzbiński i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711676707

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

DZIEJE TEJ KOMEDJI.

(Rzeczy nie do wiary).

I.

Zaczynam od końca. Od garści spostrzeżeń, aforyzmów i nie tyle moralnych, ile praktycznych nauk, wyłaniających się ze zakulisowych dziejów komedji: „Hrabina Olesia“.

–––––––

Dyskusje w prasie na temat anemji naszej twórczości dramatycznej są deszczykiem, w czasie którego nie warto nawet brać parasola. Nic z nich nie wynika.

–––––––

W dyskusjach tych słyszymy wprawdzie wiele prawdy, ale nikt nie dowiaduje się z nich prawdy.

–––––––

Pisarze dla sceny dzielą się na dwie kategorje: na wystawionych i niewystawionych. Wystawieni są raz na zawsze uprzywilejowani, niewystawieni zaś, kandydaci skazani są na rozbijanie sobie głowy o mur złej woli.

–––––––

Ani jedni, ani drudzy nie mówią prawdy, gdyż nie dotykają w tej dyskusji majestatu dyrektora teatru, czując, że prawda jest najobraźliwszą rzeczą, chociaż za nią nie uchodzi.

–––––––

Być może, że pisarze dla sceny nie widzą istotnego stanu rzeczy, gdyż spozierają na dyrektora teatru, jedni przez pryzmat swego powodzenia, drudzy przez pryzmat różowych nadziei i złudzeń.

–––––––

A dyrektor teatru jest najlepszą instytucją do zabijania twórczości dramatycznej.

Nie krytyka paraliżuje tą twórczość, lecz morduje ją za kulisami akuszer, nie dopuszczając do jej narodzin.

–––––––

Niczego dyrektor teatru nie boi się tak, jak sztuki nowego polskiego autora. Dlatego broni się przeciwko niej rękami i nogami.

–––––––

Wobec naporu opinji domagającej się polskich sztuk, dyrektor teatru zasłania się tem, że żądają od niego wystawienia złych sztuk Dla tego nie wystawia wielu dobrych.

–––––––

Mam przekonanie, że z dobrych sztuk, zjedzonych przez myszy w bibljotekach teatralnych. było by się dało wznieść ładny obelisk.

–––––––

„Pietyzm“ dyrektora teatru dla rodzimej twórczości dramatycznej jest tandetnym haszyszem do upajania galerji rzekomą ideowością dyrekcji.

–––––––

Kwestja wystawienia lub nie wystawienia sztuki w teatrze, jest absolutnie niezawisłą od tejże sztuki.

–––––––

Takie rzeczy jak talent, nerw dramatyczny autora a nawet kasowość jego sztuki, nie wchodzą w grę, w pierwszej instancji, wcale.

–––––––

Autor dramatyczny musi obok sztuki, pisania sztuk, posiadać sztukę forytowania swych sztuk. Ta druga sztuka jest bez porównania ważniejszą i trudniejszą. Jest nieodzowną.

–––––––

Tylko ślepe szczęście może zastąpić sztukę forytowania sztuk.

–––––––

Przódy wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, aniżeli autor dramatyczny do królestwa sceny, chociażby pisał piórem Szekspira, jeżeli nie urodził się w czepku lub nie posiada sztuki forytowania swych sztuk.

–––––––

Nie o to chodzi, co kto napisał, lecz kto napisał.

–––––––

Zanim dyrekcja teatru zakwalifikuje i (co wcale jeszcze nie to samo) wystawi sztukę nowego autora, musi (!) zakwalifikować wpierw jego samego, całkiem niezależnie od złożonej przez niego pracy.

–––––––

Jedno i to samo może być poczytanem za dobre lub złe, zależnie od tego kto figuruje jako autor.

–––––––

Nowy autor zbliża się do majestatu dyrektora teatru z uczuciem złodzieja, który dopuściwszy się w słabej chwili występku, uniewinnia się i prosi o przebaczenie, o łaskę.

–––––––

Kto bez sztuki forytowania swych sztuk lub bez szczęścia wnosi swą sztukę do kancelarji teatru, ściąga na siebie jedno z większych nieszczęść.

–––––––

Posiąść sztukę forytowania swych sztuk, to znaczy, zdać egzamin w sztuce życia.

–––––––

Sztukę życia posiada ten, kto ma w kieszeni bat, wstawia na atutową kartę arcywielmożnego snobizmu i pamięta, że szlachetną twórczość piastują ludzie sine nobilitate animi.

–––––––

Kto tą sztukę posiada, może snadnie dowieść, że niema tak potwornego absurdu, który u nas nie mógłby dostać się na scenę.

–––––––

W Anglji, skutkiem tak wszechwładnie panujących tam theatres of commerce, bardzo jest trudno wspiąć się na deski sceniczne autorowi o aspiracjach literackich. A jednak żaden talent nie przepada tam bez przejścia przez próbę ogniową sceny dzięki solidarności i życzliwości literatów, dzięki ich poszanowaniu dla talentu i — dla siebie.

Tam autor może liczyć na literatów, u nas na nikogo.

–––––––

Dyrektor teatru nie wystawia sztuki nowego autora dlatego, że jest dobra i na to zasługuje, lecz dlatego, że go zaszachowano, że mu ją wgadano, narzucono, wcyganiono, wepchnięto, niby kradziony towar.

–––––––

Wystawiwszy zaś sztukę nowego autora, dyrektor teatru przybiera pozę dobrodzieja. Bo u nas, wszystko robi się z laski.

–––––––

Przed teatrem, jak przed trucizną, należy przestrzegać młodych i starych.

–––––––

II.

Aby tę garść uwag i aforyzmów podmurować faktami i tak stawić na niewzruszonej podwalinie, opowiem historję nie do wiary, t. j. koleje, jakie w dwóch wielkich teatrach przechodziła „Hrabina Olesia“.

W teatrze Rozmaitości, później Narodowym i w krakowskim teatrze, wystawionym „Narodowej Sztuce“.

Jej dzieje w teatrze Rozmaitości datują od roku 1922, gdy złożyłem ją dyrektorowi panu Janowi Lorentowiczowi. Podlegając złudzeniom, że autor winien przekonać dyrektora o swej umiejętności pisania dla sceny, wręczyłem mu także jednoaktową pracę: Dwie Kobiety (Marja Leszczyńska i pani Pompadour), bez nadziei ujrzenia jej na scenie, wiedząc, że prace jednoaktowe są dotknięte bezwzględnym ostracyzmem.

Mimo to, pan dyrektor Lorentowicz przeczytał tą sztukę, uznał za godną światła kinkietów i przyrzekł wprowadzić ją na afisz „skoro będzie na nim miejsce dla jednoaktówki“. To znaczy nigdy. Tak to rozumiałem i w rozmowach z nim nigdy nie podniosłem sprawy „Dwóch Kobiet“.

Zachęcony wszakże jego uprzejmością przedłożyłem mu inną, całowieczorową moją pracę: „Oaza Miłości“, zaakceptowaną przed wojną przez pana dyrektora L. Solskiego i pana A. Grzymałę-Siedleckiego, a po wojnie zaakceptowaną przez pana dyrektora J. Osterwę, dla Reduty, lecz niewystawioną.

W tym czasie nie umiałem odpowiedzieć sobie na kwestję, którą z tych dwóch całowieczorowych sztuk należało by najpierw wprowadzić na scenę. Obie sztuki: „Oaza Miłości“, zarówno jak „Nowa Kobieta“ (taki tytuł nosiła naonczas „Hrabina Olesia“) zyskały aprobatę pana dyrektora Lorentowicza. Przyrzekł mi on jaknajsolenniej, że wystawi na scenie Rozmaitości jedną albo drugą sztukę.

Stanęło na „Nowej Kobiecie“. Przeczytaliśmy wspólnie tę komedję, mówiliśmy szeroko o obsadzie ról, lecz... pan dyrektor nie wyznaczył terminu wystawienia tej sztuki.

Odłożyłem skrypt, schowałem go przed światem i sobą, aby wydobyć do dopiero po objęciu teatru Rozmaitości przez pana St. Miłaszewskiego. „Nowa Kobieta“ zdała egzamin i pan dyrektor Miłaszewski, poczyniwszy drobne zastrzeżenie zakwalifikował tę komedję na scenę Rozmaitości. Jakoż dnia 15 grudnia roku 1923 zawarłem umowę z dyrekcją Teatrów Miejskich, podpisaną przez pana Bronisława Rostkowskiego, i otrzymałem 100 miljonów marek tytułem zaliczki.

Wkrótce potem wręczyłem skrypt „Nowej Kobiety“, zmieniony w myśl pana dyrektora Miłaszewskiego, dyrekcji Teatru Rozmaitości, do jej dyspozycji, lecz... pan Miłaszewski nie zajął się tą sztuką wcale.

Jak można wypłacać zaliczkę na sztukę, a nie wystawić jej, jak można zaprzepaszczać fundusze z kasy instytucji publicznej, i wreszcie jak można drwić sobie z nonszlancją z autora — tego nie rozumiem. Lecz nie jestem Farysem.

Znów komedja spoczęła w biurku. Skazałem ją na zapomnienie, lecz praca, butwiejąca w szufladzie, to cierń w organizmie autora, przypominający się od czasu do czasu boleśnie. Odważyłem się przeto przypomnieć ją w roku 1927 panu dyrektorowi Lorentowiczowi.

Rozpoczęło się to znów idylicznie, całkiem tak jak w miłości.

„Czytałem Waszą powieść... Kapitalny ten tatuś i inne rzeczy... Bardzo to sceniczne... — mówi dyrektor o powieści „Wielka Gra“.

Autor przybiera słodko-niewyraźną minę i odzywa się w ten deseń: „Pięknie, bardzo pięknie, ale... czy wypadkiem nie moglibyśmy rozpocząć od sztuki złożonej w roku Pańskim 1922“?

Owszem. Naturalnie. P. dyrektor obiecuje przypomnieć sobie tą sztukę.

Dzieje się to w kwietniu roku 1927. W październiku okazuje się, że pan dyrektor nie miał jeszcze czasu zająć się tym skryptem. Przeczyta go w ciągu tygodnia.

„Jeżeli sztuka okaże się dobrą, to ją wystawimy“.

 

Cudownie. Stanęliśmy na jedynie racjonalnym i sprawiedliwym gruncie. Jeźli sztuka jest zła, sam autor nie pragnąłby ukazywać jej ogółowi, jeżeli jednak jest dobra, ma ona za sobą tak dobre prawo do wejścia na scenę jak każda inna dobra sztuka.

W dniu przez dyrektora oznaczonym autor stawia się u drzwi kancelarji, lecz... nie uzyskuje audjencji. A nazajutrz odbiera z dyrekcji skrypt. Odbiera go bez słowa ze strony dyrektora. Komedja odrzucona — bez słowa umotywowania. Takiej łaski autor polski z kategorji niewystawionych oczekiwać nie może.

Na to trzeba by ją wpierw przeczytać. A że kiedyś czytało się już, że się ją zakwalifikowało, i to, że zakontraktowali ją potem inni — wszystko to nie wystarcza wcale jeszcze, by skłonić dyrektora teatru do zajęcia się tą sztuką poważnie i serjo.

Bo na drzwiach tej kancelarji czytać należy nienapisane słowa:

Nowy autor niech się nie zgłasza!

––––––––––––

A teraz Krakowski Teatr, wystawiony „Narodowej Sztuce“.

Rozpoczyna się to znów idylicznie. Jak w miłości. Miłość gwałtowna, od pierwszego wejrzenia.

W lutym roku 1927 złożyłem osobiście panu dyrektorowi Nowakowskiemu skrypt „Hrabiny Olesi“.

Już dnia 27 lutego odebrałem w Krynicy list, zawiadamiający mnie, że „utwór zostanie wystawiony na scenie krakowskiej w najbliższym czasie“. A we dwa dni potem doręczono mi depeszę tej treści:

„Oczekujemy potwierdzenia warunków autorskich — Dyrektor Nowakowski“.

Słowem — gwałt. Na to depeszą i listem potwierdzam warunki i upoważniam dyrekcję do obsadzenia ról według swego uznania.

Sprawa rozwija się jak w bajce. Dnia 4 marca p. Dyr. Nowakowski pisze mi:

„Próby z „Hrabiny Olesi“, pod kierunkiem reżysera Jednowskiego rozpoczęły się onegdaj. Sztuka otrzymała obsadę najlepszych sił zespołu i po starannem przygotowaniu wejdzie na repertuar w sobotę dn. 12 marca“.

W toku listu czytamy:

„Gotowość, z jaką w kilkanaście zaledwie dni po otrzymaniu propozycji, przystępujemy do jej realizacji, niechaj będzie dowodem niezmiennego pietyzmu teatru Krakowskiego wobec autorów i twórczości rodzimej“.

Ów „pietyzm“ byłby zaiste objawem rozczulającym. gdyby nie był wyrodził się raptownie skutkiem zarzutów, jakie spotkały Teatr im. Słowackiego z tego powodu, iż w zapowiedzianym na sezon repertuarze jego nie figurowała ani jedna polska sztuka. I gdyby owego „niezmiennego (risum teneatis amici!) pietyzmu wobec autorów“ genezą nie były skargi ze strony kilku komedjopisarzy naszych.

Aby nikt nie wątpił w ów „pietyzm“, kierownik literacki tego teatru p. dr. Tadeusz Świątek, w wywiadzie z Il. Kurjerem Codziennym przechwalał się nim na cały głos, wymieniając „Hrabinę Olesię“ jako jedną ze sztuk polskich, jakie mają wejść na afisz Teatru Krakowskiego w najbliższym czasie. W ten sposób zaś Teatr Krakowski zobowiązał się także moralnie do wystawienia tej komedji.

Ale po transie błyskawicznej miłości przyszła równie raptowna reakcja: lodowa obojętność.

W dniu 12 marca sztuki nie wystawiono. Stało się to — jak pisał mi już nie p. dyr. Nowakowski, lecz p. dr. T. Świątek — „z powodu choroby (?) jednego z reżyserów i przesunięcia terminu jubileuszu W. Orkana, tudzież rozpoczętych przygotowań do realizacji „Fausta“ (którego nie wystawiono).

W rozmowie ze mną p. dr. Świątek zobowiązał się wystawić „Hrabinę Olesię“ w drugim tygodniu po Wielkanocy. Gdy upoważniłem go do ewentualnych drobnych zmian w tekście, p. dr. Świątek odrzekł, że żadne zmiany nie są wskazane.

W drugim tygodniu po Wielkanocy, ani później, sztuki nie wystawiono i głusza zaległa głęboka. Gdy zademonstrowałem przeciwko temu listownie, p. dr. Świątek, zamiast dyrektora teatru, odpisał mi, iż „do wystawienia tej sztuki nie jest obowiązany ani faktycznie (sic!), ani moralnie (sic!) i z wystawienia jej rezygnuje“. Obraził się.

Wprawdzie autor polski nie ma nigdy prawa obrażania się na majestat dyrektora teatru, chociażby traktowano go pod psem, jednakże sprawę tę przedstawiłem Związkowi Autorów Dramatycznych, który osądził, że przeciwko teatrowi temu należy wytoczyć skargę sądową, tę drogę poczytując snać za jedynie właściwą wobec instytucji, która nietylko zobowiązania swego faktycznego i moralnego nie dotrzymuje, ale go nawet nie uznaje.

Tak się stało. A zatem teatr o pięknych tradycjach, wystawiony przez miasto Kraków „Narodowej Sztuce“, doczekał się za dyrekcji pietystów, p.p. Nowakowskiego i Świątka, że autor polski wytacza mu proces, a Związek Autorów Dramatycznych (jak czytamy w „Il. Kurjerze Codziennym“ Nr. 285, z dn. 16 paźdz. 1927) nosi się z myślą „oficjalnego bojkotu Teatru im. Słowackiego“.

Sprawa ta sądowa jest z góry przesądzona.

Atoli nie na to autor polski pisze sztukę, aby wygrywać swą sprawę w sądzie, lecz w teatrze.

––––––––––––

Można to wszystko zbyć cierpkim uśmiechem pogardy i westchnieniem: „Panie, Ty widzisz, a nie grzmisz!“, niemniej jednak pozostanie bolesnem dla rozwoju literatury dramatycznej wszystko to, czego uczy ta historja nie do wiary, czyli bojkot nowych autorów dla sceny.

––––––––––––

OSOBY:

Hrabia Kornel Granetski (lat 73)

Hrabia Leon Granetski (lat 43)

Hrabina Aleksandra, jego żona (lat 28)

Hrabia Jan, brat Leona (lat 40)

Włodzimierz Czyński, ich dziewierz (lat 50)

Janusz Żbikowski, sąsiad Sosnowic (lat 33)

Andrzej Gawrocki, kuzyn hrabiny (lat 48)

Kryspiczowa, dr. fil., kuzynka hrabiny (lat 40)

Marta Daraszówna, towarzyszka hrabiny (lat 32)

Stefan, lokaj

Służący

Rzecz dzieje się w pałacu majętności Granetskich, w Sosnowicach w Poznańskiem.

AKT 1

Scena przedstawia dobrze, elektrycznie oświetlony salon pałacowy — pokój głęboki. Na przedzie na prawo (od widza) stół, przy nim taburet, fotel, a z prawej kanapka. Na stole książki, wazon i wazonik, dalej drzwi i kominek. Na przedzie na lewo żardinierka i lustro, dalej drzwi, fortepian lub pianino, w głębi gablotka, grupa mebli oraz zatapetowane drzwi. Obrazy i kolorowe sztychy.

SCENA 1.

ANDRZEJ — MARTA

MARTA (przywiędła, dystyngowana, o miłym wyrazie twarzy i sympatycznej powierzchowności. Typowa towarzyszka magnatki. Siedząc w fotelu na lewo od stołu, czyta książkę. Opuszcza ją raptem na kolana, w zdenerwowaniu). — Niech mi pan da papierosa!

ANDRZEJ (anemiczny, słabowity, zwykle zgaszony, flegmatyczny, jakby rozleniwiony i w zadumie tonący i zblazowany zbyt dobrze znanym światem. Siedząc opodal niej na taburecie, profilem do widza, na czele stołu, odkłada gazetę na stół i wydobywa powoli papierośnicę; cedzi). — Zbudził się dziś chochlik...? (patrzy w nią, podając jej papierosy).

MARTA (bierze papierosa). — Jaki chochlik?

ANDRZEJ — Nerwy. (zapala zapałkę).

MARTA (w zdenerwowaniu). — Istotnie. Sama nie wiem, czemu. (zapala papierosa).

ANDRZEJ — „Nie wiem“, to znaczy nie chce pani powiedzieć, czemu. Więc nie pytam się pani, ale pytam siebie, czy nie stoi to w związku z zapowiedzianym przyjazdem Leona.

MARTA (wybuchowo). — Ach nie! Dlaczegóżby!?

ANDRZEJ (z uśmiechem). — Z tego „ach“ wiem, że tak jest. Coś się święci i to coś wisi w powietrzu.

MARTA (jak wyżej). — Ależ, cóżby takiego? Poprostu od roku nie był w swych Sosnowicach.

ANDRZEJ — Dlaczegóżby zatem miał teraz bez szczególniejszej przyczyny odwiedzać Sosnowice, które go widocznie nie nęcą.

MARTA — Zapomina pan, że hr. Leon nie widział dotąd małej Anielci.

ANDRZEJ — Jeśli przez całe trzy miesiące trzymał skutecznie na uwięzi swą ojcowską ciekawość....

MARTA — To z tego nie wynika, by nie miał wcale zapragnąć zobaczyć tej dzieciny.

ANDRZEJ — Słusznie. Kobiety stają się przerażająco logiczne. Anektują nam to, co pozostało nam jeszcze z tytułów do wyższości.

MARTA — Czyliż to źle?

ANDRZEJ — Fatalnie. Z nielogiczną, kapryśną kobietą nauczyliśmy się dawać sobie radę jako tako, ale z logiczną...? Pozostanie nam teraz chyba tylko jedno: zdradzanie jej.

MARTA (z uśmiechem). — A czyż mężczyzna nie zdradza kobiety kapryśnej?!

ANDRZEJ — Bynajmniej. Kobiety nieobliczalnej, kapryśnej, mężczyzna nie zdradza nigdy; nie ma na to czasu, zanadto się lękając, by ona jego nie zdradziła. (po chwili). Radzę kobietom, by nie wyzbywały się swej nieobliczalności, swego wdzięku, swej kobiecości.

MARTA (z uśmiechem). — Zapiszę to sobie.

ANDRZEJ — Ale, wracając do rzeczy, t. j do Leona. Cóż u djabła mogło wywabić pana eksrotmistrza z ukochanego jego Berlina, z którym nawet narodziny państwa polskiego nie mogły go rozseparować! Chyba tylko brak gotówki. Albo coś gorszego... Z jego strony można się spodziewać zawsze jakiegoś nieprzewidzianego intermezzo.

MARTA — Oh tak, ale oddawna miałyśmy spokój.

ANDRZEJ — Bo jego nie było. Ale taki pan, który, jako podchorąży, potrafił sfałszować weksel na imię ojca, a w tydzień po ślubie sprowadzić do żony kochankę, jakąś Niemkę, która jej zrobiła scenę... może Olesię zaskoczyć szpetną jaką niespodzianką

MARTA — A nie przypuszcza pan, by Olesia mogła po niego pisać?

ANDRZEJ — Dalibóg, nie. Od czasu, jak tu jestem, nie wspomniała o nim słówkiem. Właśnie dlatego, że Leonek wypadł tak całkiem poza ramy jej bytowania, promieniuje ona pełnem szczęściem.

MARTA (tajemniczo). — A jeśli to jednak Olesia...

ANDRZEJ (zaciekawiony). — Olesia go wzywała?! To byłoby szczególnie ciekawem!

MARTA (jak wyżej). — I jest...

ANDRZEJ — Zaintrygowała mnie pani djabelnie!... To musi być historja jakaś nadzwyczajna.

MARTA — Dlaczego nadzwyczajna?

ANDRZEJ — Bo tylko nadzwyczajna kobieta, jak Olesia, może zrobić coś nadzwyczajnego. (po chwili zamyślenia). Aha, to dlatego hrabia Kornel dopytuje mnie się ciągle, kiedy Leon tu będzie. To mi daje dużo do myślenia.

MARTA — Nie widziałyśmy hr. Kornela od czasu narodzin Anielci. Wtedy raczył spełnić obowiązek i zapytać o zdrowie Olesi. Wyjrzał ze swej kryjówki. Zwykle siedzi w swem skrzydle pałacowem, jakby borsuk zakopany.

ANDRZEJ — Lubi samotność. Mocny człowiek.

MARTA — Nienawidzi Olesi.

ANDRZEJ — A ja sądziłem, że tylko własny mąż może nielubić takiej kobiety.

MARTA — Tak, ją każdy kocha.

ANDRZEJ — Bo i ona zdaje się kochać każdego. To wielki jej talent. (nagle chwyta ją za rękę i wyrzuca) Czy ona Leona jeszcze kocha?!

MARTA — Nie. Nigdy nie kochała, nie mogła pokochać.

ANDRZEJ (żywo). — Więc cóż Leona tu sprowadza?

MARTA (śmieje się z niego). — Nie mogę zdradzić. Nie mam prawa. Zresztą dowie się pan niebawem.

ANDRZEJ (milczy chwilę, powstaje i cedzi). — Qui vivra - verra. (patrzy na zegarek). Obiecałem się do hrabiego Kornela na pikietę. (odwraca się do Marty) Nerwy się uspokoiły?

MARTA — Nie bardzo. Mam powód lękać się przybycia Leona... (powstaje). Ja i pan musimy teraz stać przy Olesi mocno.

ANDRZEJ (zastanawia się) — Więc to atak na nią?... Ciekawe. Zaczynam coś przeczuwać... Ale spokoju, panno Marciu! Wszystko idzie w życiu, jak samo chce.

MARTA — To pańska teorja.

ANDRZEJ — Najmędrszym z filozofów au bout du compte jest chłop, mówiąc: „będzie tak, jak ci jest sądzone“.

MARTA — Ale sądzonem jest człowiekowi to...

ANDRZEJ (żywo przerywa). — Nie, panno Marciu, akurat, na złość, nie! Niema w wyrokach żadnej uchwytnej logiki ni sensu. Zdarza się zwykle to, czego nikt nie przewidział. (podchodzi trochę z głębi do niej). Mam przeświadczenie, że w życiu człowiek jest nagradzanym za swe sympatyczne wady, a karanym za swe istotne, pozytywne cnoty.

MARTA — Oryginalne zdanie.

ANDRZEJ — W tem skrapla się moja filozofja życiowa.

(Z lewej strony od widza wchodzi hrabina Olesia).

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?