Bies i skarbonka

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maciej Roman Wierzbiński

Bies i skarbonka

POWIEŚĆ

Saga

Bies i skarbonkaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © , 2020 Maciej Roman Wierzbiński i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711676684

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

I.

— Czyś jeszcze nie ubrana? Jakże z tym obiadem, psia krew?...

Zgryźliwy pomruk barytonowego głosu ozwał się w ciszy obszernego pokoju na czwartaku.

Milczenie. Z przyległej sypialni nie dochodził najmniejszy szelest.

— Czy ty jeszcze śpisz? — warknął po chwili smagły, wygolony brunet przed siebie.

Zaraz skończę fryzurę. Idź do kuchni i powiedz Nastusi, by spieszyła się z obiadem — odpowiedział dźwięczny głos z poza kotary wyblakłej, może z starych rekwizytów teatralnych wywleczonej.

— Kazałaś przynieść wódki?

— Stoi przy piecu.

Kocim ruchem mężczyzna sięgnął do kąta, zalał kieliszkiem śliwowicy krzyk dokuczliwego apetytu i począł znowu wymierzać pokój cichuteńkiemi, długiemi krokami.

Nie chodził, lecz raczej ślizgał się jaszczurczymi ruchami, jakby przejętymi od cyrkowego „człowieka kauczukowego“, pełzał po przez przestrzeń złodziejskiemi nogami wałkonia, co zwykł w nocy czaić się u węgła domu, przypadać cichaczem w zaułki mroczne, szpiegować, czyhać. W chodzie jego było coś złowrogiego, w linjach i arabeskach, jakie zakreślała jego niewielka figura, rysowały się jakieś chimery czy bazyliszki z fantazji zbrodniczej zrodzone.

Fałda prostopadła zaznaczyła się niby brózda na zoranem czole typowo aktorskiej maski, powleczonej siatką, delikatnych zmarszczek, o rysach regularnych, o rozluźnionych, obwisłych mięśniach licowych. Zmięta, zniszczona twarz ta napiętnowana była wprost uderzającym wyrazem nikczemności i kabotynizmu, odzwierciadlała prześwietnie istotę jego, wydzielała z siebie jakiś wstrętny zapaszek trującej zgnilizny.

Przyglądały mu się z podełka tandetne, seledynowe meblątka, ambicjonujące do parodji burżuazyjnego saloniku, odznaczające się dziwacznością rysunku, ogromnym niesmakiem i niemal absolutną bezużytecznością. Harmonizowały wybornie z zwiędłymi wieńcami, ostentacyjnie rozwieszonymi na ścianach w całej okazałości barwnych szarf, oraz liczne fotografje jego maski, bogato oprawione i rozmieszczone nabożnie. Te trofea pseudotriumfów prowincjonalnych starały się przypomnieć komikowi dawne, lepsze czasy, urągały w żywe oczy „artyście“, przez głupią ludzkość zapoznanemu i skazanemu na swój spryt życiowy.

Zwano go „hrabią“ wśród garstki wyplutych na bruk wielkomiejski aktorów, wałęsających się niby psy bez budy, bez pana, wylegujących po kawiarniach i szukających w chronicznem próżniactwie zmiany losów, albo raczej pokątnej tranzakcji na koszt przygodnej ofiary młodzieńczej lekkomyślności.

Hrabią był pięćdziesięcioletni pan Tadeusz — nie z ojca, który był urzędnikiem kolejowym w Jaśle, ale z babki węgierskiego rodu. Miał to nawet na piśmie.

Siadłszy przy stole nakrytym do objadu, oparł się o ścianę i bębnił wychudzonemi palcami po talerzu, kombinując coś w głowie, gdy wpłynęła do pokoju dystyngowanym krokiem wysoka, wiotka kobieta o złoconych włosach, wzbogaconych ufryzowanym starannie postich’em.

Bez słowa zajęła miejsce przy stole przedziwnie Wielkiem, ślicznym ruchem i poczęła krajać chleb. cukierke wyczerpanie leżało na całem tem ładnem, cukierkowem a bladem i lymfatycznem zjawisku — teatralnem, a jakby słodką naiwnością dziecka wyidealizowanem. Z miłej twarzy wyzierały senliwie ciemne oczy ocienione łukami gęstych brwi.

Gdy barszcz zadymił się na stole, „hrabia“ ozwał się niedbale:

— Niezłą kolacyjkę stawił wczoraj pan Seweryn. Pija, bestja, tylko „wdowę“ Cliquot jak król Edward. Ma podniebienie. Rasowy! Trzeba mu to oddać. Ale ty na winie się nie znasz.

— Głowa mnie strasznie boli. Wmusili we mnie kawę i likier. Ten nieznośny dym... hałas. Tak późno wróciliśmy do domu.

Jadła niby pod przymusem, zacichła, zagasła.

Ubiegły wieczór pozostał w umyśle jej upostaciowany w nadzwyczajnym kapeluszu szczęśliwej u złotej młodzieży aktorki Gawlikowskiej. Nie zazdrościła teatralnej i gabinetowej koleżance pochodzenia ani zgoła niczego, już dlatego, że w apatji duchowej rzadko tylko i przelotnie wznosiła się do uczuć silniejszych, lecz ów czarny kapelusz z królewskiemi ponsowemi pleureuse’ami, pachnący Paryżem, budził w jej porcelanowej piersi dreszcze dojmującej pożądliwości.

— Jaka ta Gawlikowska krzykliwa! — mruknęła.

Dużym zasobem intuicji wyposażony „hrabia“ odgadł co dzieje się w duszyczce Aliny i w myśl jej rzekł:

— Lafilistyczny 1 , ordynarny tłuk!... A zuchwałe to jak trzyrublówka.

W gruncie rzeczy podziwiał Gawlikowską za jej sztukę „brania“ mężczyzn z miejsca i gniewały go jej sukcesy, jako należące się jego Linie.

— Gdyby nie ja, nigdy w życiu nie była byś w tak dystyngowanem towarzystwie. Nie licząc mnie: jeden hrabia, jeden dobry szlachcic, no i ten meches, ale bogaty. Uważałaś jak hrabia Józef był ze mną za pan-brat? Poprostu dlatego, że uznaje we mnie familjanta... Łyk, dobkiewicz, brząkający złotem wynosiłby się nademnie, ubogiego człowieka, tymczasem prawdziwa arystokracja... Ot widzisz tu całą różnicę. Słuchaj Lino! — rzekł nagle ostrym tonem, topiac tępy wzrok piwnych, głęboko zapadłych oczu w bladej twarzyczce. — Przynieś zaraz swój medaljon z perłami!

Przerażenie i gniew zamigotały w jej źrenicach, ale stopniały w momencie i podniosła nań błagalne wejrzenie psa nogą do ziemi przyciśniętego. Gdy spotkała promień jego oka zadygotał w niej lęk mistyczny. Spuściła powieki i wyszła bezzwłocznie do sypialni.

Dopiero za kotarą ośmieliła się.

— A nie zawieruszyłeś jeszcze mych brylantowych butonów?

— Muszę właśnie opłacić procent, by nie przepadły — kłamał hrabia, zajadając sztukę mięsa, i dorzucił: Gdyby nie ja, nie oglądałabyś w życiu takich rzeczy, nie wiedziała co to butony.

Gdy pojawiła się w pokoju powitał ją:

— Słowo honoru, prześlicznie ci w tej sukience. Umiesz ją nosić. Voilá tout!

I sięgnął zgrabnie po medaljon.

— Czekaj! Muszę wpierw... — poczęła Lina i wyjęła z pod szkiełka w medaljonie minjaturową podobiznę męskiej głowy.

Zerknąwszy na fotografję, hrabia wyeskamotował jej w mgnieniu oka z pod rąk medaljon.

— Cóż robi ów sławny pendzlarz? — bąknął, rozciągając ironicznie wyraz „sławny“, niby skrzypiącą harmonikę i, nie ciekawy odpowiedzi, zabrał się raźnie do mięsa.

— Jak to on... maluje — odparła Lina sennym tonem, pytania takie zbywając zawsze nic nie mówiącemi lakonizmami, bo życie wyrobiło w niej kamienną skrytość.

Nawet przed mistrzem swego życia, taiła się literalnie z wszystkiem, zamykała przed nim wszystkie sprawy, gdzie nie wchodził w grę. Ale hrabia sam wiedział wszystko, co było mu potrzeba.

Lina nie wzięła już nic w usta, zmartwiona rozstaniem się z złotym medaljonem. Przykrość wszakże roztapiała się powoli w rezygnacji.

Zapytanie o malarza było li tylko wstępem do rozkazu, podanego w formie niedbałej:

— Pewnie pójdziesz do niego dzisiaj?...

Podkreślił to szybkiem, imperatywnem spojrzeniem, które przeszyło ją na wylot i serduszko ptasie przyprowadziło o drżenie.

Ponieważ pan Seweryn i jego przyjaciele nie „reagowali“ na piękną acz zgasłą Linę, trzeba było wysłać ją do niezawodnego malarza, który tymczasem, faute de mieux, nie zawadzał hrabiemu, a niejednokrotnie już leczył go za pośrednictwem Liny z okropnych suchot kieszeniowych.

Lina rozumiała doskonale, że musi pójść do malarza po pieniądze i odrazu powzięła to postanowienie, które przed chwilą było jeszcze od niej dalekiem. Cierpiała na chroniczną, do ostateczności posuniętą niemoc woli tak, iż była literalnie automatyczną lalką poruszaną przez przyzwyczajenie, nałóg a nakręcaną ręką hrabiego.

W pierwszych czasach znajomości z malarzem coś jakby miłość, z zadowolenia miłości własnej i próżności zrodzona, zapaliła się w jej łonie, rozświetliła ją, upiększyła i ożywiła w posadach. Niebawem jednak przygasła w przyrodzonej anemji i niemocy uczuciowej; podnosił się w niej tylko raz blask sympatji, mglistego oczekiwania i nadziei, że z jego strony spotka ją coś bardzo dobrego, raz lekceważenie i po garda dla człowieka, który ją kochał. Kochał prawdziwie, głęboko. Ją!!

Ta prawdziwa miłość malarza dokuczała jej nieraz, bo wkładała mu w usta tyrady poważnych słów, przestrogi, upomnienia. Uprzykrzywszy sobie te „kazania“, ozwała się w nadziei, że kochanek zwolni ją dnia tego od wizyty w pracowni:

— Nieznośny ten malarz!

— Ba! Głupiec malowany!... Cała jego sława sztucznie sfabrykowana przez baby i tę trochę pieniędzy co ma. Taki szlachetka zagrodowy! Świszczypałka!

Począł operować wykałaczką spróchniałe zęby.

— Migrena mi dokucza... Nie wyjdę dziś z domu — ośmieliła się Lina.

— Idź do niego!

Po długiem milczeniu Lina absolutnie dnia tego wyczerpana i bezsilna, szepnęła raz jeszcze błagalnym tonem:

— Ach, głowa mnie tak boli…

Nie słysząc tego niemal, pan Tadeusz zapalił papierosa i zamyślił się nad swemi spekulacjami kawiarnianemi, a zwłaszcza nad młodą, niby-aktorką, skończoną histeryczką, która poczynała podlegać jego wpływom „ślicznie“. Nie rozczulał się on byle czem.

 

Dawniej, nim Alina dzięki przejściowym faworom dyrektora Kellera uzyskała skromne stanowisko na scenie drugorzędnej, jeździła z nieślubnym swym mężem i wędrowną trupą po prowincji jako „pani dyrektorowa“ i wtedy zdarzało się, że gdy afery drużyny szły źle, „hrabia“ kulakiem walił ją po twarzy, bryzgał pomyjami najplugawszych epitetów, jeśli nie chciała „wyjść“ do oficerów lub paniczów, czekających w gabinecie na „artystki“. Bił ją, targał za włosy tak, iż w jego szkole przyswoiła sobie stereotypowy, słodkawy uśmiech na powitanie przygodnych kochanków i pokrywała nim istotny, wrodzony wstręt do takich amorów.

Ale z drugiej strony „hrabia“ miewał gest arystokratycznej grandezzy; gdy pewnego razu Lina otrzymała od bogatego obywatela ziemskiego dwa tysiące rubli (które jako pani dyrektorowa musiała natychmiast w całości złożyć w ręce dyrektora), hrabia zapłacił jej kostjum i ofiarował bransoletkę, za którą pozostała mu wdzięczną jeszcze wtenczas, gdy bransoletka koleją wszystkich jej klejnotów, utonęła w czeluściach „góry litości“.

Zajęty ważniejszemi sprawami, niż jej zdrowie, pan Tadeusz wybiegł myślami poza obręb ich domo wego ogniska. Po chwili jednak, wybierając się na miasto, zerknął w jej twarz i uderzony jej widoczną słabością, zakomenderował:

— Siadaj w fotelu!... Z tym babskim bólem głowy! — mruknął przez zęby.

Gdy Lina automatycznie zajęła miejsce w fotelu, począł rozcierać dłonie.

Przymknęła powieki, skłoniła głowę w tył i z lekko rozchylonemi wargami, z po za których wyzierały alabastrowe zęby, spoczywała nacichła na krańcach bierności, jakby u wrót snu ostatniego — śliczna jak umierający kwiat, jak Alina zabita ręką siostry, martwa na paprociach.

Spokój wielki schylił się nad nią i gasił słabo tlejącą się iskierkę jej żywotności.

A on podłożył jej pod głowę kolorową poduszkę z sofy i, stanąwszy przed nią, rzekł szeptem:

— Zamknij oczy!

Poczem złożył miękko ciepłą dłoń na jej czole, trzymał ją tak chwilę, aż wreszcie oderwał nieznacznie i począł przesuwać ją powoli, nie zmieniając pozycji ręki, ponad jej zagasłą twarzą, szyją, piersią, prowadził ją tak nad jej ciałem a, doszedłszy do stóp, uniósł raptownie i znowu lekko do czoła jej przycisnął, by powtórzyć eksperyment magnetyzerski raz jeszcze i drugi.

Między brwiami jego uwydatniała się pionowa zmarszczka, skupienie znamionująca, piwne jego źrenice, podkute czarną obwódka, przywarły się do jej lic, towarzyszyły posuwającej się ręce, a ona spoczywała bez najmniejszego ruchu, nikłym tętnem życia poddając się władzy swego mistrza.

Gdy hrabia odstąpił w bok i zapalił papierosa, obojętny na wynik leczniczego procesu, Lina rozwarła oczy nieśmiało, z pewnem zdziwieniem rozejrzała się wokoło, szukając go wzrokiem, i chwilę siedziała, zbudzona z eterycznego półsnu, skończenie cicha jak mara.

Odetchnęła głęboko.

— Lepiej mi... Ból głowy ustąpił... zupełnie.

Wyszła do sypialni, by przejrzeć się w zwierciadle.

Hrabia opowiadał nowinki z kawiarni, pokręcił się trochę i sięgnął po kapelusz.

Żegnając się z nim, Lina jak zwykle pocałowała go w rękę i wróciła do lustra.

II.

— Lino, Lino śliczna moja, błagam, zaklinam cię na wszystko, dźwignij się z tej martwoty, z tego upadku, tej nędzy, tego błota. Wyrwij się jednym szlachetniejszym odruchem z tych niepojętych pętów hańby, z tych szpon, stań na czystym gruncie!... O! gdyby miłość cuda robić mogła, byłbym dawno już tchnął w ciebie iskrę życia takiego, że byłabyś wyrosła ponad siebie samą, uniosła śmiało głowę, spojrzała nareszcie własnemi oczyma na świat, na swe położenie i odrzuciła od siebie przeszłość jak łachman brudny... Ale ja nie mogę nic uczynić dla ciebie; muszę patrzeć jak giniesz, zapadasz się niechybnie w kałużę ostatecznej zagłady, muszę patrzeć bezbronny, kochając cię całą, najwyższą, szaloną potęgą mej duszy i tarzać się w rozpaczy, zabijać się w strasznej piekła udręce... Nic nie mogę już uczynić dla twego ratunku. Próbowałem wszystko i wiem, że ani miłość moja bezbrzeżna, ani pieniądze nie wyrwą cię z jego mocy. Ani pieniądze! Bo dziś opuściwszy ze mną to środowisko ohydne, jutro wróciłabyś w nie na jego skinienie, tęskniąc do jarzma, do poniżenia zgnilizny — póki sama nie wykrzeszesz z siebie tyle światła, by przekonać się nareszcie, że błoto jest błotem, nikczemność nikczemnością, podłość podłością. Póki nie uświadomisz sobie faktu, że on niszczy cię, upadla, zabija, że jesteś poprostu w rękach tego wampira skarbonką... A jeżeli nie możesz wykuć z kruszcu swej istoty tyle światła rozpoznawczego, nie możesz zdobyć się na tę trochę charakteru, to tylko miłość mogłaby wywieść cię z tej niewoli bisurmańskiej — jeden, jeden rzetelny odruch serca... Lino, Lino śliczna moja, gdybyś przez jeden moment była kochała mnie rzetelnie, całem, całem sercem — już dawno nie byłabyś nałożnicą i niewolnicą, lecz kobietą — ukochaną, ubóstwianą moją kobietą. Obudź się z letargu do miłości, do szczęścia...

Klęcząc u nóg jej, malarz rozświetlony zenitową miłością, rozśpiewany na najpotężniejszą nutę erctyczną, modlił się do jej serduszka, rzucał jej kawały swego krwią żywą ociekającego serca i płynęły mu z piersi akordy i biły z twarzy blaski takie, że marmur byłby ożył i Galatea zstąpiła z piedestału rozkochana.

Tymczasem Lina wodziła zwykłym, przygasłym wzrokiem po jego obliczu, zauważyła, że wąs miał dnia tego niefryzowany, potem podpadł jej kilim, na którym klęczał przed nią, jego piękne barwy i deseń Raz i drugi coś jakby uśmiech przeleciało przez jej duszyczkę wobec tak płomiennej miłości, z kaskady słów jego gorących wpadło kilka zwrotów w pamięć aktorską a ostatecznie grymas niezadowolenia i urazy mignął po jej licach. Nazwał ją „nałożnicą“!

A on, pieszcząc jej ręce w dłoniach, paląc ją żarem oczu niebieskich mówił jeszcze, w smętek zapadając smutny:

— Kiedyś marzyłem, że będziesz moją, istotnie moją sercem całem, że potrafię ogrzać cię swoją piersią, uwikłać w wonne powoje mej miłości, wynieść w mój świat... Dzisiaj sny takie nie nawiedzają mnie już prawie wcale, nie marzę o tem. W twoim własnym interesie błagam cię: ratuj się, chwytaj moją rękę — ostatnią swoją deskę ratunkową... Lino, ja ci zapewnię byt spokojny, dam ci pogodę i zdrowie, wszystko to bezinteresownie, niczego zgoła nie oczekując w nagrodę. Będziesz wolną, możesz oddawać się kumu zechcesz, rozporządzać sobą, byleś zerwała z nim jak z piekłem i ohydą. Wołam do ciebie nie: „kochaj mnie!“ lecz: „miej litość nad sobą!“... Już dzisiaj nie kocham cię jak oszałomiony kochanek żądny twego ciała, ślepy na wszystko, lecz raczej jak ojciec bezsilnie, bezradne dziecko, które więdnie tonie w jego oczach... Więc nie dziw się, że z głębin rozdartego serca krzyczę jak szalony: Ratuj się! Miej litość nad sobą!...

Uśmiech przelotny otoczył jej miłą twarz, wyzłocił prześlicznie i spozi rała z sympatją w jego oczy pełne miłości i bólu, czując że lubo niejeden kochał się w niej, w pięknej dziewczynie, nikt jednak nie brał jej w ramiona tak potężnych, świetlanych uczuć jak ten artysta, ogniem prometeuszowskim natchniony. W odpowiedzi na słoneczną falę takiej miłości — poprawiła mu krawat musnęła go leciutko dłonią po twarzy jak grzeczne dziecko, któremu należy się cukierek.

— Czemu ty mnie tak kochasz? — spytała.

— Czemu?... Pytanie jak beczka Danaid nie dające się wypełnić rozumowaniem. Gdybym ja wiedział czemu duszv mej nieszczęsnej nie mogę odedrzeć od siebie? Czemu dla ciebie jednej na świecie poświęciłbym wszystko okrom godności i poszanowania dla siebie?... Gdybym wiedział co za bies złośliwy wtrącił mnie w uroczysko przepastne? Ale tego nikt nie wyjaśni, bo tego wogóle nie można wiedzieć. Miłość jest tajemnicą tak bezdennie głęboką jak życie. Miłość to poprostu wypadek — ot taki jakby komu dachówka spadła na głowę. Czemu spadła dachówka? Czemu ta a nie inna dachówka? Czemu na ciemię tego, a nie innego przechodnia? Czemu właśnie w tym, a nie innym momencie?... Kto rozwiąże tę łamigłówkę, potrafi rozsunąć zagadkę miłości. Nikt inny.

Melancholja osnuła mu głowę; czuł na sobie ciężką, imperatorską rękę konieczności. Dusza jego ukoiła się w poczuciu, że tak jest, być musi i spokornlała. Przechylił się przez krawędź swiadomego życia w krainę niepoznanego, jakby w czarnych głębiach stawań się wyczuwał genezę swej miłości otchłannej, niepojętej.

Wszystkie prośby, upomnienia i zaklęcia jego były daremne. Słowa ulatywały bez echa, treść ich nie przenikała pancerza ciemnoty i bezwraźliwości, zapał rycerski łamał się o lodowce pustki wewnętrznej. I raz jeszcze opuścił ramiona.

Powstał, westchnął ciężko i znowu padł w krzesło.

— I cóż ty na to...? — spytał.

— Ach, nie mówmy o tem! — odparła znudzona Lina. Powtarzam ci tyle razy, że... opuszczę go, ale nie teraz jeszcze. Nie można tak prędko. Później... Zawdzięczam mu bardzo wiele...

— Co? Co?

— Bardzo wiele, wszystko... Bez niego nie wiem, jakbym była dała sobie radę... Muszę pamiętać, że dla mnie opuścił żonę...

— Bo skarbon ka była pusta czy też nie dawała się otworzyć. To samo gotów zrobić z tobą...

— Nie cierpię tego oczerniania biednego człowieka, pokrzywdzonego przez niewdzięczników! Oczekujesz, bym cię kochała, adokuczasz mi... Jak mogłabym porzucić go właśnie teraz, gdy... interesy jego idą tak źle? Z pewnością postąpiłoby tak wiele kobiet, n. p. taka Gawlikowska, ordynarny tłuk, ale nie ja... Nie możesz tego wymagać odemnie...

— Za co ta wdzięczność? Przecież nie byłaś ulicznicą, nie przymierałaś z głodu gdy poznał cię młodziutką dziewczyną. A tak zwanej karjery nie zrobiłaś dotąd... właśnie dzięki jemu nie zrobiłaś... To mu zawdzięczasz!

— Dosyć tegol — wpadła oburzona. — Wszyscy na niego psy wieszają jak na ostatniego opryszka! Dlaczego? Głównie dlatego, że nie ma pieniędzy lub z zazdrości. Ten podły Sznajde rok temu jeszcze przyszedł do niego i nazywając go kochanym Tadzinkiem, pożyczył od niego smokingowe ubranie. Myślisz, że mu oddał? Przenigdy, ale za to obszczekuje go. Powiada o nim ten podlec, że zdałby się na błazna do jarmarczej budy! Niby to Sznajder wielki artysta! Przez kochankę dostał się na dobrą scenę i teraz Tadeusza nie zna...

— Pokrzywdzona przez ludzkość cnota!... — szepnął do siebie Stanisław z przekąsem.

— Z pewnością ludzie krzywdzą go, za jego dobroć obrzucają błotem!...

Błyskawice migotały na chmurnych licach artysty, zaciskał ręce kurczowo, by nie krzyczeć, nie jęczeć, nie walić głową o mur w szalonej rozpaczy. Wił się na torturach zazdrości, tarzał w malstroemie wobec nieuleczalnej ślepoty tej nad wyraz kochanej kobiety, co w zamian za bezbrzeżną miłość dawała mu dowody miłości dla innego, dla nikczemnej kreatury. Był w jej oczach podłym, gdyż nie uznawał wielkości i szlachetności „hrabiego“, a wyrzutek ten podły był w jej pojęciu znakomitym osobnikiem. Niepojęty daltonizm!

Milczenie ciężkie padło między nich, otwierając widok na dzielącą ich przepaść otchłanną.

— Jak ty go kochasz bezmiernie... — wyszeptał w czarnej udręce serca.

— Wcale go nie kocham, tylko mam dla niego wdzięczność, tem więcej, że wszyscy odsądzają go od czci i talentu. Przecież Tadeusz pochodzi z wysokiego rodu! — wyrzuciła wreszcie z emfazą i fanfaronadą, niby najwyższy atut zamykający grę i zerknęła złem okiem w sympatyczną, a bolesną twarz malarza, by przekonać się, czy najsilniejszy jej, armatni argument zrobił na nim oczekiwane wrażenie. A gdy ujrzała skurcz piekielnej ironji, szepnęła sobie w duszy: podły...

— Położenie bez wyjścia.. — wyszeptał po chwili Stanisław złamany do siebie i powstał z gestem bezradności.

Uciekając wzrokiem od jej twarzy, skażonej gniewem, i w trywjalnem zajęciu szukając pewnego uśmierzenia strasznej rozterki, począł przygotowywać herbatę. Nalał spirytusu w małe naczynie blaszane, umieścił je pod mosiężnym kociołkiem, wiszącym na zwieszającym się jak gałąź pręcie żelaznym, nasypał herbaty w imbryk japoński i zapalił okowitę, zajęciu temu oddając się z pochłaniającą skrupulatnością.

— Nie masz migdaików? — spytała Lina zwykłym tonem.

— Są w komodzie. Weź sobie!

— Nie powinnam może jadać tak dużo migdałów, bo od tego się tyje.

Zbliżywszy się do starej, mahoniowej komody, wpierw spojrzała w wiszące nad nią zwierciadło, by upewnić się, że gniew nie uszczknął nic z krasy jej twarzy, zaczem sięgnęła do szuflady, opowiadając jakiś skandalik zakulisowy o Gawlikowskiej, którą dnia tego nienawidziła.

 

Stanisław postawił szklanki z herbatą na skraju stołu, zarzuconego tubkami z farbami, pendzlami i paletami i objął malarskiem okiem jej postać.

Zachwyt przysłonił burzę różowym obłokiem i czuł, że kocha ją z jakąś przerażającą, tragiczną uporczywością potępieńca, miłością w rdzeń jedności jego wkorzenianą, jak śmierć silną, której cierpienia i katusze nie wykorzeniały. Przeciwnie — podsycały, uszlachetniały. Cierpienie bowiem — praźródło uczuć, z którego świat wynurzył się cały — pogłębia miłość, krystalizuje w brylant. Dlatego to u nóg niegodnych pustych lalek tak często ścielą się cudowne perły uczuć, dlatego więcej ideałów oddano kurtyzanom na poniewierkę aniżeli kiedykolwiek ofiarowano kryształowym, świetlanym kobietom.

— Śliczna jesteś jak kamelja — szepnął w upojeniu. — A jednak, jak „on“ dla ciebie, ty jesteś dla mnie przekleństwem… I musisz niem być dla człowieka tak bardzo jak ja uduchowionego, gdyż przełamałby on prędzej wrota piekieł aniżeli obudził twe serce... Jesteś puszką Pandory.

— Ach, jak poetycznie! — bąknęła, chrupiąc migdałki i dodała zdawkowo: Ja cię kocham, gdy mi nie dokuczasz. Ale nie bądź taki ponury! Często umiesz być tak zabawnym!

Siadając naprzeciwko niego, musnęła go dłonią po twarzy, tym karesem wynagradzając go w swem pojęciu hojnie za miłość. On oceniał trafnie takie pieszczoty, dzięki nieomylnej, jasnowidzącej wraźliwoci swego wysubtelnionego organizmu nerwowego, jednakże dotyk jej ręki magicznym czarem opromieniał mu duszę. Przytrzymał jej rączkę i okrywał gorącemi pocałunkami.

— Najładniej ci jednak w tym granatowym kostjumie — bąknęła, poddając biernie rękę jego uściskom.

Przypomniała sobie wszakże, w jakim przyszła celu i, po chwili namysłu, usiadła na jego kolanach ostrożnie, by nie pognieść nowej blado-niebieskiej sukienki.

— Będziesz na sobotniej premjerze?

— Nie wiem jeszcze.

— Zobaczysz mnie w ślicznym, empirowym kostjumie bladoróżowym. W tym tygodniu jestem wolna... — dorzuciła znacząco, oplatając jego szyję leniwie. — Jeżeli chcesz, przyjdę jutro na cały wieczór do ciebie. Albo dzisiaj?... Nie mrocz się tak! Czego ty chcesz odemnie?... Masz wszystko, wszystko, czego może kto zapragnąć...

— Zaprawdę byłoby to „wszystko“... gdybym cię nie kochał. Ale ponieważ cię kocham, nie mam — nic. Rozbijam sobie głowę, szturmując do nieba i do piekła o cud...

Przytuliwszy się delikatnie do niego, Lina dotknęła wargami jego czoła myślącego, markując bez bez przekonania miłość niby na próbie, i zagadnęła chłodno:

— Chcesz jutro?...

— Nie, Lino, nie! — wyrzucił Stanisław z odcieniem goryczy, lubo oplatając ramieniem uroczą lalkę, i niby świst huraganu przeleciała przez niego żądza szalona i dzika, by powalić ją, zedrzeć z niej wszystko, pochwycić za gardło, skuć w śmiertelnym uścisku i — nareszcie usłyszeć jej głos wibrujący nutą szczerego, potężnego uczucia.

Nigdy bodaj nie udało mu się wykrzesać z tej anemicznej piersi ani jednego dźwięku uczucia czystego, szczerego; wszystko było połowicznem, przelotnem, małostkowem lub sztucznem, chwiejnem, kabotyńskiem. Niechajby strach obudził jej śpiącą, zahypnotyzowaną istotę! Niechajby charcząc skonała pod jego palcami — zwyciężona, wydarta z pod władzy wampira...! Niechajby skończyła się ta męka, wszystko!...

— Już nie mogę teraz nigdy zapomnieć na chwilę, że wprost odemnie idziesz do... Nie! Później, gdy „jego“ nie będzie na twym widnokręgu, jeśli to kiedy nastąpi...

— Bo chodzisz za tą tłustą Anią!! Zdradzasz mnie!

— Gdyby i to było, nie mogłoby to ani dotknąć cię, ani, niestety, wpłynąć na zmianę mych uczuć dla ciebie.

— Ja nie chcę, abyś ty romansował z takim podłym tłukiem! Wstrętna, ulicznica prawie, do której nie powinieneś się nawet zbliżać!... Nie chcę mieć takiej zastępczyni... Gdybyś ją miał malować, tę tłustą gęś, lub w mych oczach całować po ręku, moja noga nie postanie u ciebie więcej... Nie dam się tak obrażać!...

— W miłości własnej...

— Mam honor! — wyrzuciła, powstając z jego kolan i poczęła opowiadać o Ani skandaliczne rzeczy, oczerniać ją zapalczywie. Ale on słuchał z kamienną obojętnością: zadraśnięta próżność kobieca nie mogła zrobić na nim wrażenia. Tylko okrzyk serca byłby rozbroił go i wzruszył.

— Powiedz mi — zagadnął po chwili — co ty poczniesz, jeżeli Keller ogłosi bankructwo i rozwiąże teatr lub odstąpi go komu innemu, a nowy dyrektor nie zaangażuje cię?

— E, tak źle nie będzie.

— Dajmy na to. Bardzo rzecz prawdopodobna. Co poczniecie? Tadeusz nie zarabia bodaj nic, więc cóż stałoby się, gdybyś na pewien czas pozostała bez gaży? Już dziś nie rozumiem, jak potrafisz utrzymać go. Gaża twoja wynosi właśnie tyle co czynsz mieszkaniowy...

— Dajmy temu pokój! Nie nudź!

— Ale odpowiedz, co-byś poczęła w razie, gdyby Keller...

— Przyszłabym do ciebie!... — palnęła jak z pistoletu, by zamknąć mu usta.

— Z nim... — bąknął cierpko malarz.

— Już znowu poczynasz z tej beczki!?

Spozierając przez okno, wychodzące na ożywioną w ten piękny dzień letni Aleję Ujazdowską, robiła spostrzeżenia nad przemykającemi się toaletami, wciągając powoli rękawiczki. A on umilkł, czując, że znowu uderzył głową o jakiś granit, osłaniający miłość.

Wreszcie Lina odwróciła się:

— Jeżeli nie chcesz, bym została na wieczór jutro, to pójdziemy razem na spacer. Dobrze?

— Blado wyglądasz, Lino — począł z głęboką troskliwością. — Potrzeba ci wód albo gór, ale cóż, kiedy nie udało mi się nigdy wyrwać cię z miasta, nawet na kurację konieczną, jak sama przyznajesz.

— Jeżeli nie można...

— On nie pozwala..?

— Chciej mnie zrozumieć, że ja teraz nie mogę go opuścić, nie mogę.. Później...

— Przyznam ci się, że nie rozumiem... Nigdy nie mogłem pojąć, co to za uczucie, co to za siła trzyma cię w absolutnej, niewolniczej zależności od niego. Mówiłem sobie: „poprostu miłość ogromna“ i chwilami może się tak wydawać, jest tak może nawet — do pewnego stopnia. A jednak wyczuwam w waszym stosunku coś enigmatycznego, co tę miłość twoją i uległość i ślepotę i... twoją bezprzykładną bierność uzasadnia i cementuje. Jest coś czego nie rozumiem zgoła... Gubiąc się w rozmysłach, dałem kiedyś przystęp zgoła szalonemu przypuszczeniu...

— Ależ tu nie ma nic do wytłomaczenia! — zawołała.

— Jest zagadka. Taka miłość bowiem, która przykuwałaby cię do nóg jego tak niewolniczo, nie licuje z tobą Na dnie twej miłości do niego drży jakiś lęk tajemniczy...

— Nie pleć byle czego!

— Tak jest, Lino. I to naprowadziło mnie na podejrzenie, że on przykuł cię do siebie, zamienił w posłuszne swe narzędzie... jakimś sposobem... Oblekając się w milczenie, podsycasz falę przypuszczeń. Nawet do mnie nie masz zaufania. Może lękasz się dotknąć tej materji...

Utopił wzrok badawczy w jej nieco odwróconej twarzy zmąconej, zdradzającej pewne zaniepokojenie. Kiedyś gubiącemu się domysłach i dociekaniach strzeliła myśl, że „hrabia“ popełnił jakąś zbrodnię i w Linę wmówił, iż była jego spólniczką i tak zamknął jej usta, zbratał ją z sobą stygmatem krwi.

Jak dręczone dziecko, Lina zbliżyła się do niego pokornie, przymilnie i oplotła jego szyję powłóczystym, ślicznym gestem, błagając go w ten naiwny sposób, by nie rozniecał w niej niepojętego lęku, co odbierał jej tę troskę panowania nad sobą, by nie poruszał tej kwestji. Zapominając nawet o nowej sukience, przytuliła się do niego szczerze, czując w nim imponującą siłę umysłu, który wdzierał się w tajniki jej podświadomości. Splotła ręce na jego jasnych włosach i poczęła okrywać twarz jego pieściwemi dotykami ust.

— A żebyś mnie nie zdradzał z Anią!... — wyszeptała słodko i już zapomniała o wszystkiem, gotowa szczebiotać znowu. wywlekać ploteczki i skandaliki.

— Wyjdziemy?... Muszę wstąpić do Kazi i dowiedzieć się o krawczynię, bo Matylda zdarła mnie haniebnie. Kazała mi zapłacić dziesięć rubli więcej niż się zgodziła, mówiąc...

— I zapłaciłaś?

— Nie jeszcze... Powiedziałam, że w tych dniach...