Atlantycka konspiracja

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Maciej Makarewicz

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Tomasz Nowak

Joanna Pawłowska

Korekta

Anna Grelewska

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2019

eISBN 978-83-66217-48-5

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

tel./faks 061 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

PODZIĘKOWANIA


Powieściopisarstwo jest wspaniałe, ale wymaga wielu wyrzeczeń. Wymaga czasu, wymaga cierpliwości, a także niewyobrażalnych pokładów dyscypliny, pozwalających na oparcie się tak licznym pokusom dnia codziennego. Tym, co czyni to przedsięwzięcie jeszcze trudniejszym, jest bez wątpienia fakt, że swą walkę ze słowem w dziewięćdziesięciu procentach pisarz toczy samotnie. A jednak pozostaje to dziesięć procent, bez których żadna książka nigdy by nie powstała. Dla Atlantyckiej konspiracji jesteście nimi Wy, drodzy Przyjaciele.

Na pierwszym miejscu nie mógłbym wymienić nikogo innego jak tylko kobietę najwspanialszą ze wspaniałych, najmądrzejszą z mądrych i najpiękniejszą z pięknych, która przez cały okres pracy nad powieścią była mi nieocenionym wsparciem, zaopatrywała mnie w niezliczone sugestie – zawsze trafne i właściwe – oraz podtrzymywała mnie na duchu i skutecznie motywowała. Basiu, dziękuję Ci z całego serca za to, że świat dzielony z Tobą nie zna żadnych granic.

Dziękuję również Wam, wspaniałe towarzyszki, Katarzyno i Natalio, oraz wspaniali towarzysze, Damianie, Darku i Jakubie (kolejność alfabetyczna), za wszystko, co uczyniliście, by Atlantycka konspiracja opuściła plik tekstowy na laptopie. Jestem Wam wdzięczny za podjęcie się zadania (bo przecież nie zaszczytu) bycia pierwszymi recenzentami i korektorami powieści.

Na osobne podziękowania zasługuje Jim Siebold, który bezinteresownie podzielił się ze mną swą niewiarygodną kolekcją starych map. Życzę nam obydwu, abyś kiedyś mógł przeczytać te słowa po angielsku.

Całemu zespołowi Wydawnictwa Replika składam serdeczne podziękowania przede wszystkim za zaufanie, ale też za ogrom pracy włożonej w to, by nadać powieści ostateczny kształt.

Pozostali, którym również wiele zawdzięczam, wiedzcie, że choć nie wymieniam Was z imienia, jesteście dla mnie ważni.

Wdzięczny za Waszą pomoc informuję, że biorę na siebie każdy błąd i każdą nieścisłość, która pojawi się w treści książki.

Rodzicom,

za wszystko to, co wiem,

i za to, czego nigdy się nie dowiem.

Jak gdyby nazwa drewna, które barwi tkaniny, znaczyła więcej niż

drewno, które zabarwiło zbawienne sakramenty krwią Chrystusa.

João de Barros (1496–1570)

portugalski historyk, faktor Domu Indii

Lecz już wypływa z Belému przystani,

Statek, co leki na tę klęskę niesie,

Nieświadom, iż cię wiedzie po otchłani,

Wielki Pacheco, Luzów Achillesie!

Jękła łódź krzywa, kiedyś stanął na niej,

Wrzący ocean pod twą stopą gnie się,

Gdy pod ciężarem statek w całym zrębie,

Tak nadzwyczajnie wrył się w morskie głębie.

Luís Vaz de Camões (1524–1580)

portugalski wieszcz narodowy, autor Luzjad

PROLOG


9 marca 1500, Lizbona


Wiatr wiejący ze stoków amfiteatralnego miasta w stronę bezkresnego morza był o brzasku tak porywisty, że białe mewy – konkwistadorzy nieba nad zachodnią Lizboną – nie starały się nawet wzbijać w przestworza. Odpowiedzialne za trzepot skrzydeł mięśnie osadzone na lekkich kościach i tak uległyby szaleńczym podmuchom.

Duarte chętnie założyłby się, że każda z mew spacerujących po porcie w poszukiwaniu osłoniętych przytulisk co najmniej raz próbowała już szybować pod wiatr. Zapewne z beznadziejnym skutkiem. Impuls, który dziś nakazywał ptakom pozostać na ziemi, nie był zatem instynktem, a praktycznym doświadczeniem.

To samo dotyczyło ludzi i wody. Mądrość przysługiwała tym, którzy na morzu doświadczyli najwięcej. Nie tych tymczasowych, pospolitych dolegliwości, przez które dzień, góra trzy, nieszczęśnik rzygał za burtę i gorączkował. Na wzburzonych wodach Duarte dawał odpór czemuś więcej: paszczom sztormowych fal, tak olbrzymim, że w całości połykały kadłuby, a także szkorbutowi odbierającemu wraz z każdym wypadającym zębem siły do refowania żagli, brasowania rei i wypompowywania wody spod pokładu.

Tak, tu szło o doświadczenie, matkę wszechrzeczy.

Duarte zbliżył się na dwadzieścia pięć łokci do kamiennych murów kaplicy Restelo na brzegu rzeki Tag. Chodziły słuchy, że lada dzień ta skromna świątynia zostanie wyburzona, by pozyskać grunty pod okazalszy klasztor wzniesiony w podzięce za chlubną wyprawę Luzytanów sprzed dwóch lat. Król Manuel planował przeznaczyć go zarazem na rodowe mauzoleum dla dynastii Aviz, która od prawie stu dwudziestu lat władała krajem. Budowę umyślił sfinansować złotem, od którego skarbiec pękał ponoć w szwach.

Uroczysta msza, którą monarcha odprawiał Drugą Armadę Indyjską na otwarte wody Atlantyku, dobiegła końca i w porcie Restelo zapanował harmider. Duartego mijały tuziny marynarzy, którzy na morzu mieli dzielić jego los. Wśród nich ci rekrutowani z najgorszego sortu złoczyńców, zwolnionych z więzień i wyroków w zamian za wierną służbę państwu. O ich ciała mieli zatroszczyć się cyrulicy, a o dusze – kapelani.

Przywódcą kampanii pierwotnie wyznaczony został admirał, który miesiące temu w glorii, acz z nędzną pozostałością floty wyniszczonej przez bitwy, zarazy i sztormy, powrócił z wyprawy, która osiągnęła to, do czego Portugalczycy dążyli od dawna. Przetarła szlak morski wokół południowego krańca Afryki do indyjskich królestw opisywanych przez weneckiego handlarza Marco Polo. Jak relacjonował tenże admirał, ziemie na Dalekim Wschodzie rzeczywiście pachniały przyprawami: pieprzem, szafranem, wanilią i cynamonem.

Zwykło się sądzić – i Duarte to przekonanie podzielał – że propozycje monarchy zawsze akceptowało się jako zaszczyt, nigdy zaś ich nie odrzucano. Chyba że komuś na imię Vasco da Gama i właśnie spełnił odwieczny sen europejskich narodów.

Vasco da Gama potrzebował wytchnienia od morza. Jego statek flagowy, karaka „São Gabriel”, był w opłakanym stanie, a admirał uparł się podobno, że za nic nie wszedłby na pokład inny niż ten, na którym szczęśliwie przybył z Indii do ojczyzny. Nikt nigdy nie spytał wprost, ale Duarte domyślał się, że prawda mogła być zgoła inna. Mimo upływu dwóch lat Vasco nie pogodził się ze śmiercią ukochanego brata Paula, który nie doczekał triumfalnego wpłynięcia do lizbońskiego portu, odchodząc ze świata w chorobie na ostatnim przystanku na Azorach.

Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie.

Admirał odrzucił więc ofertę króla, lecz przystał na prośbę, by opierając się na własnej praktyce, skalkulować koszty, nakreślić mapy i wskazać na nich szlaki kabotażowe, wyposażyć statki oraz opracować roteiros, czyli locje – księgi uzupełniające mapy o informacje zapewniające bezpieczną żeglugę. Miał podzielić się wiedzą o przychylności mieszkańców, obecności piratów, lokalnych cenach i walutach, miejscach pozyskiwania wody do picia czy godzin pracy obcych portów. Następnie król Manuel polecił da Gamie, aby ten rozsiadł się w fotelu i spokojnie nadzorował nowe przedsięwzięcie z lizbońskiego Domu Indii.

Na kapitana majora dowodzącego flotą na morzu król desygnował trzydziestotrzyletniego Pedra Cabrala, w którym Duarte widział raczej targanego ambicją rycerza aniżeli nawigatora. Brakowało mu obycia z oceanem. Jednak Duarte snuł własne przypuszczenia, skąd wzięła się ta nominacja: Cabral należał do kawalerskiego zakonu o starych, sięgających średniowiecza tradycjach, którego gubernatorem był sam Manuel. Jako królewski poddany, a zarazem niższy rangą konfrater, kapitan-major gwarantował lojalność w dwójnasób.

Tysiąc pięćset marynarzy, którzy wezmą udział w wyprawie, sformowało szeregi. W pierwszych, honorowych rzędach, naprzeciw zakotwiczonych w porcie statków, na których wkrótce zatrzepocą żagle z karmazynowymi krzyżami, stanęli kapitanowie. Duarte zajął miejsce w drugim szeregu, za plecami swego kapitana.

Spojrzał w lewo, gdzie mury eremickiego kościoła opuszczało dwóch dystyngowanych i budzących szacunek mężów. Pierwszy, trzydziestoletni, był wysoki, o muskularnych ramionach i lekko kręconych włosach, na które wkładano właśnie wysadzaną perłami złotą koronę. Majestatycznie dzierżył w dłoniach berło i chryzelefantynowy krucyfiks. Drugi, dziesięć lat starszy, był niższy, ale wysoko trzymał głowę. Nosił długą, gęstą i przyprószoną siwizną brodę.

Król Manuel z dynastii Aviz i admirał Vasco da Gama serdecznie ściskali dłoń każdemu kapitanowi z osobna, począwszy od Pedra Álvaresa Cabrala i wicekapitana Sancha z Tovaru. Potem podeszli do zasłużonego Bartolomeu Díasa, który pierwszy opłynął Przylądek Dobrej Nadziei, obwołując go wtenczas Przylądkiem Burz.

 

Widok weterana oceanów obudził w Duartem dramatyczne wspomnienia sprzed dekady, gdy wysłany przez ówczesnego króla na wschodnie wybrzeże Afryki, szacował szerokość geograficzną terytoriów zajmowanych przez koronę portugalską. Rozpętał się wtedy silny sztorm. Ani wcześniej, ani nigdy potem nie musiał mierzyć się z tak diabolicznym żywiołem.

Karawela, którą płynął, została zniesiona na kamienistą mieliznę wyspy, którą zwano Książęcą, a potem roztrzaskała się o podwodną skałę. Duarte pamiętał wstrząs, który wówczas nastąpił, i panikę spowodowaną padającym kadłubem. Wraz z załogą znalazł się za burtą w chłodnym oceanie. Nie wiedział, ile czasu dryfował, opierając się na kawałku masztu. Wyziębiony, cudem dopłynął do brzegu, skąd miejscowi przewieźli go do pałacu gubernatora. Jak mu potem oznajmiono, leżał we śnie obłożnie chory przez cztery dni i cztery noce. Jego stan pogarszał się z każdą dobą. Właściwie otarł się o śmierć, lecz miłościwy Bóg chciał, że dobry Bartolomeu Días, zacisnąwszy pętlę wokół Czarnego Lądu, wracał do domu akurat przez Wyspę Książęcą i potrzebował uzupełnić prowiant. Dowiedziawszy się o nieszczęśniku, otoczył go braterską opieką. Dowiózł go do portu Restelo, skąd zabrano go do lizbońskiego szpitala, gdzie odzyskał zdrowie.

Díasowi zawdzięczał więc życie.

Kolejni kapitanowie dostępowali tymczasem zaszczytu odebrania pozdrowień od monarchy i admirała. Jeden po drugim, wypowiadając swe nazwisko, potwierdzali determinację do wzięcia udziału w wyprawie. Diogo Días, brat Bartolomeu, Luís Pires, Vasco z Ataíde, Nuno Leitão z Cunhów, Simão de Miranda, Aires Gomes z Silvów, Simão z Pinów – wszyscy salutowali, stojąc na baczność.

Manuel i da Gama zbliżyli się do przedostatniego kapitana. Włożywszy mu krucyfiks w prawicę i uścisnąwszy lewą dłoń, usłyszeli artykułowane donośnym i pełnym gorliwości głosem słowa, które dosięgły również uszu Duartego:

– Kapitan Nicolau Coelho, z błogosławieństwem Chrystusa, Jego Kościoła i Zakonu Chrystusowego, melduje wolę uczestniczenia w wyprawie do Indii. Przysięgam na święty krzyż walczyć z wszelkimi niebezpieczeństwami wody, ognia, ziemi, powietrza i miecza, które zostaną na mnie zesłane. Ślubuję przysparzać chwały i honoru Portugalii, którą Bóg nasz Pan w swym miłosierdziu uczynił wielką. Niech raczy sprawić, bym nigdy godności nie utracił i imienia Jego ani twego, Panie, nie splamił.

Ów człowiek morza, szanowany przez marynarzy za nos wrażliwy na nadchodzące burze, był na statkach niczym wyrocznia. Jawnie przyczynił się do powodzenia wyprawy Vasco da Gamy. Kiedy dowodzona przez niego karawela dobijała do Lizbony, statek flagowy Vasco cały czas błąkał się po oceanie, walcząc ze sztormami. Coelho uprzedził admirała aż o kilkanaście dni!

Duarte znów łypnął przez lewe ramię. Król Manuel, wykraczając tym razem poza pierwszy szereg, życzył łask Gasparowi da Gamie, urodzonemu gdzieś w Polsce żydowskiemu awanturnikowi, którego Vasco sprowadził z Indii, by służył Portugalczykom obeznaniem swym w historii, dialektach, geografii i obyczajach wschodnich lądów. Duarte pamiętał, że gdy Gaspar przybył do Lizbony na pokładzie flagowego „São Gabriela”, z miejsca wzbudził zainteresowanie społeczności miasta egzotyczną aparycją. Ubrany był wówczas w biały turban i nosił długą po pępek, perłową brodę. Później został ochrzczony nazwiskiem da Gama. Sam Vasco nalegał, by być mu ojcem chrzestnym. Imię Gaspar otrzymał po jednym z trzech mędrców, którzy przybyli do żłobu narodzenia Jezusa Chrystusa ze Wschodu. Wkradł się w łaski samego monarchy, a ten uczynił go kawalerem królewskiego dworu, darując mu dach na głową w pałacu Ribeira w samym sercu miasta oraz pensję za dzielenie się barwnymi opowieściami rodem z Orientu.

Pierwszy szereg zamykał kapitan małego statku zaopatrzeniowego, wyznaczonego do transportu zapasów. Król Manuel i Vasco da Gama podeszli do niego i obydwaj chwycili go za dłonie.

– Ja, kapitan Gaspar de Lemos, ku chwale Jezusa Chrystusa, Królestwa Portugalii i Zakonu Chrystusowego, melduję wolę uczestniczenia w wyprawie – wyrzekł ów postawny mąż.

– Niech dobry Bóg was prowadzi i pozwoli pomyślnie zakończyć tę podróż w Jego służbie – odparł Manuel, po czym wychylając się za plecy mężczyzny w kierunku Duartego, dopowiedział: – Kapitanie, opiekuj się na oceanach mym dobrym kosmografem.

Wymieniwszy porozumiewawcze spojrzenie, obydwaj – król i Duarte – zadarli subtelnie kąciki ust. Jego prawdziwe nazwisko nie figurowało na listach członków załogi, gdyż powierzona mu święta misja miała przebiegać w najściślejszym sekrecie. O tym, że to Duarte będzie faktycznym kapitanem swego statku i że wolno mu będzie odmówić posłuszeństwa nawet wobec kapitana majora, król powiadomił przezornie dowódców, aby ci nie wznieśli przeciw niemu buntu i nie skazali na chłostę za niesubordynację.

Odprawa zakończyła się, a marynarze, niewolnicy i pracownicy portowi w Restelo wnieśli na dziesięć karak i trzy karawele ostatnie sztuki oręża oraz skrzynie z żywnością: sucharami, owocami, kwaszonymi warzywami, serami, suszonym i osolonym mięsem. Po trapach wtoczono beczki z winem. Na pokład statku Duartego załadowano ich najwięcej.

Otwierał się nowy rozdział najświetniejszego przedsięwzięcia w historii żeglugi. Duarte przeżył zbyt wiele, by łudzić się, że wszyscy ci śmiałkowie, którzy krzątali się przy statkach, za rok, może dwa, powrócą cali i zdrowi do Lizbony. Ilu z nich rozstanie się z życiem, odchodząc na wieczną wachtę? Ile statków – każdy z wyrzeźbioną figurą świętego patrona na dziobie – zostanie poświęconych ku chwale Chrystusa, Portugalii i Zakonu Chrystusowego?

Jednak nie tylko wielce bystry król, lecz również krąg ludzi, którzy służyli mu radą, uznali tę grę za wartą świeczki, i to z licznych powodów. Naturalnie, za nadrzędny cel, od którego nazwę wzięła cała armada, obrano Indie, a precyzyjniej – wynegocjowanie w świecie Orientu lukratywnych kontraktów i powołanie tam faktorii koncentrujących handel przyprawami, tkaninami, kruszcami i ceramiką w rękach Portugalczyków, a nie mauretańskich kupców z Lewantu. Żaden z doradców króla nie wątpił, że to szlak przez oceany – a nie lądowy śladami Arabów i Marca Polo – należało dalekowzrocznie uznać za strategiczny. Statki mogły zabrać na pokłady o wiele większe ładunki i mimo że musiały okrążyć Afrykę, poruszały się znacznie szybciej niż wielbłądzie karawany.

Również Duarte prorokował podczas ostatnich gorączkowych dyskusji w pałacu Ribeira, że trwałe zaznaczenie obecności na Dalekim Wschodzie przez nawiązanie kontaktów z tubylcami oraz budowę fortów i portów przeładunkowych uczyniłoby z Lizbony znaczącą metropolię. Dominacja w sprowadzaniu azjatyckich towarów do Europy bez wątpienia ozłociłaby Lizbonę, co udowodniły zyski ze sprzedaży garści przypraw i korzeni przywiezionych przez admirała Vasco. Co prawda dziś konkurencję stanowiły republiki Italii, zwłaszcza Wenecja, Genua i Toskania, które skupiły w swych portach prawie cały handel śródziemnomorski z Konstantynopolem podbitym pół wieku temu przez Turków oraz z miastami arabskimi, aczkolwiek ich problem polegał na braku wiedzy o tym, co wiedzieli Portugalczycy: że do Indii dawało się dopłynąć morzem.

I oby tak pozostało jak najdłużej.

Arabowie – z nimi wiązał się drugi cel. Rozkaz króla był klarowny i kategoryczny: zadać tym dotychczasowym monopolistom w świecie orientalnego handlu cios, który zraniłby ich dumę. Nikt nie wątpił, iż Manuelowi, tęskniącemu w duchu za gasnącą ideą krucjat, nie chodziło tylko o interesy. Wymodlił u Stwórcy opatrzność, która miała towarzyszyć rycerzom na statkach przy nawracaniu lub uśmiercaniu wyznawców islamu oraz w stawianiu pierwszego kroku w szaleńczym dążeniu do wyzwolenia kolebki zbawienia, świętego miasta Jerozolimy. Władca sądził, że Portugalia powstała dzięki krucjatom, więc miała moralny obowiązek walczyć z niewiernymi nawet w najdalszych zakątkach świata. Stąd proporce i flagi krzyżowców, łopoczące majestatycznie przy bocianich gniazdach.

Trzeci cel wypłynięcia armady powierzono braciom Días. Duarte żałował w sercu, że i tym razem nie dotrą oni do Indii, bo Bartolomeu jak nikt inny zwyczajnie na to zasługiwał. Zamiast tego on, wraz z wiernym mu Diogo, po opłynięciu Przylądka Dobrej Nadziei, odłączą się i spenetrują wschodnie wybrzeże Afryki w poszukiwaniu miasta Sofala, na temat którego szerzyły się plotki opiewające bogate kopalnie złota. Był to niewątpliwy kaprys króla, ale Duarte musiał przyznać, że on też pozostawał pod wrażeniem wizji podziemnego, złotego miasta, roztaczanych przez murzyńskich niewolników. Ciekawe, czy którykolwiek z nich ujrzał wysławiany przepych na własne oczy.

Wbrew temu, z czym obeznała się większość marynarzy, istniał również czwarty cel wyprawy, objęty ścisłą tajemnicą. Dzielili go najgodniejsi zaufania doradcy króla w sprawach polityki kolonialnej: Vasco da Gama, Pedro Álvares Cabral, Nicolau Coelho, Gaspar da Gama oraz on, Duarte. Głównie o tym obradowali przez ostatnie tygodnie na lizbońskim dworze, opierając się na opracowywanych przez niego szkicach map. Sam przeczuwał, że kolonizacja tego zielonego skrawka lądu przyniesie w przyszłości Portugalczykom wiele owoców, dlatego cieszył się, że i ten pomysł udało się przeforsować – i to jednomyślnie.

Jeśli mapy, które wyrysował, nie zawierały błędów matematycznych, Lizbona wkrótce obwieści Europie odkrycie nowego świata za Oceanem Atlantyckim, należnego prawnie Królestwu Portugalii. Świata, o którym Duarte wiedział o wiele więcej niż inni.

Każdy z kapitanów był świadom, że Manuelowi zależało na kontynuacji dzieła, którego podwaliny stworzył ukochany dziad, infant Henryk Żeglarz. Uparcie dążył do odkrywania nowych wysp i lądów, do anektowania ich dla korony oraz do zawiązywania obiecujących sojuszy politycznych i gospodarczych. A przy tym do niesienia ewangelii pogańskim krainom. Swych żeglarzy częstokroć nazywał armią nowych apostołów. Jednak tak jak prawdziwi apostołowie po Zmartwychwstaniu Chrystusa rozpierzchli się wokół Morza Śródziemnego, tak królowi Manuelowi polecono skrzesać iskrę chrześcijaństwa na bez wątpienia większym obszarze całego świata.

Nieść ewangelię Jezusa Chrystusa – Duarte powtórzył w myśli.

Przed nim leżała ostatnia, bardzo masywna szkatuła z żelaznym okuciem i kłódką. Zawołał dwóch młodych tragarzy błąkających się bezczynnie. Gdyby nie waga skrzyni, przewyższająca ciężar jej zawartości, wolałby uporać się z nią samodzielnie. Jak ten, który dźwigał owo brzemię przede mną – pomyślał.

– Ostrożnie, chłopcy! – odezwał się do pachołków.

Wspólnymi siłami wtaszczyli ciężki kufer na pokład po drewnianym trapie, a później wnieśli go do kajuty zastępcy kapitana, która znajdowała się bezpośrednio pod mostkiem.

– Złóżmy to tu. – Wskazał uprzątniętą uprzednio przestrzeń pod bulajem, pomiędzy dębowym sekretarzykiem a koją.

Nakrywszy szkatułę suknem z Madery, Duarte spojrzał na nią, po czym oddelegował pomagierów. Ci odeszli bez nakazanego etykietą skinięcia głową. A niechże – westchnął. – Gdyby ci młodzieńcy wiedzieli, cóż za skarb spoczywał we wnętrzu kufra, który targali, kłanialiby mu się w pas. Na tę myśl wykonał znak krzyża.

Jednak skąd ci młodzieńcy mieli wiedzieć? Nie wiedzieli ani oni, ani szeregowi marynarze czy nawet kapitanowie trzynastu karak i karawel w armadzie, która lada moment miała wypłynąć po indyjskie bogactwa. Jego pewność bazowała na twardym fundamencie: nikt nie zdradził im najściślejszego sekretu tożsamego z piątym celem wyprawy Pedra Álvaresa Cabrala. Duarte nie wątpił w to, bowiem Manuel z dynastii Aviz, wielce szczęśliwy król Portugalii, Algarve i ziem za morzem, w konspirację nie wtajemniczył nawet wszystkich członków swego pięcioosobowego, zaufanego kręgu.

Nawet nie czterech, ani trzech, ani dwóch. Wtajemniczył tylko jednego. Jego, Duartego Pacheca Pereirę.

Jakieś pół godziny później napięły się liny takielunków, rzucono cumy, a z nabrzeżnych armat wypaliła pożegnalna salwa. Na barkach kosmografa spoczęła przyszłość.