Jak nas piszą cyrylicąTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Okładka

Fahrenheit 451

Korekta i redakcja

Ewa Popielarz

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

Skład i łamanie

Point Plus

Konwersja

Monika Lipiec

ISBN 978-83-8079-360-6

© Copyright by Maciej Pieczyński

© Copyright for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2018

Wydawca

Fronda PL , Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: kontakt@wydawnictwofronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

Dziękuję Pawłowi Lisickiemu,

redaktorowi naczelnemu „Do Rzeczy”,

za zgodę na przedruk tekstów,

które znalazły się w tej książce.

Maciej Pieczyński

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Spis treści

Wstęp

1. UKRAINA

Ukradziona ojczyzna

Kino rozbratu?

Bandera jak Piłsudski

Kijów–Warszawa, trudna sprawa

WYWIADY

Separatyści nie są moimi wrogami

Wrogów będziemy wieszać

Z banderowcami walczyli czekiści

Bandera odpowiada za Wołyń, jak Marks za zbrodnie komunizmu

To Moskwa reżyseruje konflikt polsko-ukraiński

PiS powinien walczyć z liberalizmem

2. ROSJA

Niewdzięczni barbarzyńcy

Imperialiści

Katyń vs. anty-Katyń

Jak Polska rozpętała II wojnę światową

Faszyści

Smoleński mesjanizm i wymuszona żałoba

„Zniszczyć kordon sanitarny”

WYWIADY

NATO was nie obroni

Globalizm i liberalizm to cywilizacja Antychrysta

Polacy przegrywają z Putinem

Polski Kościół jest polifoniczny

Rusofobia jest silniejsza niż polonofobia

Hitler byłby dumny z Polaków

3.BIAŁORUŚ

Od Jagiełły do „Burego”

WYWIADY

Białoruski nacjonalizm jest korzystny dla Polski

Polacy nie dojdą do porozumienia z Łukaszenką

Biełsat jest upolityczniony

Zakończenie

Wstęp

Zawsze chcieliśmy być częścią Zachodu. Na Wschód patrzyliśmy i patrzymy z góry. Według naszej narodowej mitologii jesteśmy Mesjaszem Narodów. Jednak Rosjanie nazwaliby nas raczej Judaszem Słowiańszczyzny. Zdradzając „sojuszników”, którzy nas wyzwolili od faszyzmu, przez swoją niewdzięczność sami staliśmy się w ich pełnych ideowej nienawiści oczach faszystami. Nie rozumieją naszej dumy i brawury, nieproporcjonalnych do możliwości. Czują się dotknięci, że uważamy ich za gorszych, choć przecież są potęgą, która w mig zmiotłaby nas z powierzchni świata. Dla Ukraińców i Białorusinów jesteśmy dziś – albo raczej próbujemy być – oknem na Zachód. To jednak nasza perspektywa. Wynika z przekonania o wielkiej misji cywilizacyjnej, jaką od wieków rzekomo spełniamy na Wschodzie. Nasz stosunek do ziem oddzielających nas od Rosji określa już samo pojęcie Kresów, kojarzące się z prowincją wielkiego imperium. Wieki współistnienia z zamieszkującymi tam wspólnotami religijnymi i narodowymi (których niepodległościowych ambicji często nie potrafiliśmy dostrzec) upewniły nas, że jako zielona wyspa na morzu krwawych wojen religijnych na Wschód zanosiliśmy jedynie wysoką kulturę. A teraz jesteśmy klucznikami do bram zachodniego Raju. Może nie dla Białorusi, która pomimo geopolitycznych kontredansów lawirującego między potęgami Łukaszenki wciąż pozostaje integralną częścią rosyjskiej strefy wpływów. Ale już na pewno dla Ukrainy, szczycącej się tym, że jej obywatele przelewali na Majdanie krew za Unię. Ostrzegamy, że „z Banderą do Europy nie wejdzie”, ale nasi wschodni sąsiedzi nie lubią być przez nas pouczani. Szczególnie że swoją tożsamość budowali poprzez emancypację spod naszego wpływu. Trzeba było wyzwolić się spod okupacji polskiego pana, by zaistnieć w historii.

Lubimy patrzeć na Wschód z polonocentrycznego punktu widzenia. Oczekujemy, wymagamy, oburzamy się, choć nie zawsze rozumiemy. Ukrainę albo kochamy, albo nienawidzimy, Białoruś jest nam obojętna, zaś na Rosję patrzymy z wybuchową mieszanką strachu i pogardy. A może by zapytać, co oni o nas myślą – i dlaczego?

Ta książka jest próbą odpowiedzi. Nie ma ambicji naukowych czy popularnonaukowych. To raczej subiektywny przegląd prasy ukraińskiej, rosyjskiej i białoruskiej na temat Polski i Polaków. W dużej części komentuję to, co nasi wschodni sąsiedzi „pisali o nas cyrylicą” od czasów wyborczego zwycięstwa Zjednoczonej Prawicy. Tożsamościowa retoryka PiS szczególnie podrażniła Ukraińców i Rosjan, zaś wspierany przez nową władzę kult Żołnierzy Wyklętych nie pozostawił obojętnymi, zazwyczaj pokornych (a przynajmniej za takich uważanych), Białorusino wasów. Dlatego też mówi się o nas głównie w kontekście polityki historycznej. I niestety – z reguły negatywnie. Ukraińcy bronią się przed tematem Wołynia, Rosjanie bronią sowieckich pomników, Białorusini bronią pamięci ofiar „Burego”. Najczęściej to Polska jest postrzegana jako strona agresywna, która swoim sąsiadom chce narzucić nieprzychylną im wizję historii. Polak okupant?! Polak kolonizator?! Polak faszysta?! Polak najeźdźca?! Polak zbrodniarz wojenny?! „Mesjasz Narodów” nie jest przyzwyczajony do takich widoków w mentalnym lustrze. Przejdźmy jednak na drugą stronę zwierciadła i zobaczmy twarz „Judasza Słowiańszczyzny”, kreśloną cyrylicą.

1. UKRAINA

Ukradziona ojczyzna

„Wszystkie ulice były pokryte trupami”, „w chacie rozstrzelali dwoje dzieci”, „to było potężne uderzenie w społeczność ukraińską”, „Ukraińcy nie mieli możliwości odwetu”, „to był po prostu mord na naszym narodzie” – mówią ze łzami w oczach Ukraińcy wysiedleni z Chełmszczyzny pod koniec wojny. Ilustracją do wspomnień są wstrząsające kadry z epoki: rzędy ciał ofiar ludobójstwa, płonące chaty, chłopi opuszczający na furmankach swoje rodzinne strony. Tak rozpoczyna się film dokumentalny pod wiele mówiącym (o czym za chwilę) tytułem Ukradziona ojczyzna1 w reżyserii Artura Hurala, wyprodukowany przez Kijowskie Towarzystwo „Chełmszczyzna”. Gdy z podobnym ładunkiem emocji i poczuciem krzywdy o rzezi wołyńskiej mówią Polacy, ze strony ukraińskiej opinii publicznej zazwyczaj słychać oskarżenia o niepotrzebne rozgrzebywanie zadawnionych ran, o granie na uczuciach, niebezpieczne podgrzewanie antyukraińskich nastrojów, o poruszanie kontrowersyjnego tematu, który powinien być zarezerwowany dla historyków, wreszcie – w wersji najbardziej oburzającej i ekstremalnej – o działanie na rzecz Kremla. Ukraińcy jednak, jak wynika z dominującej w tych kręgach narracji, mają pełne moralne prawo, jako „historycznie bardziej pokrzywdzeni”, mówić głośno o tym, co ich boli w naszej wspólnej historii. Głośno i bezkarnie – bo przecież są święcie przekonani, że to nie po ich stronie leży odpowiedzialność za jakość polsko-ukraińskich relacji. Ich zdaniem po pierwsze: należy im się sprawiedliwość dziejowa, skoro przez wielki byli „pod okupacją” silniejszej Polski, po drugie: obecnie to oni przyjęli na siebie pierwsze uderzenie Rosji, a broniąc się przed jej agresją, jak zapewniają, bronią jednocześnie świata zachodniego, w tym Polski, więc poparcie i wyrozumiałość im się po prostu należą.

 

W świetle takiej argumentacji bardzo łatwo zrozumieć sens skandalicznie dla polskiego ucha brzmiącego tytułu filmu. Ukradzioną ojczyzną jest ziemia chełmska: „Pradawna ukraińska ziemia, którą bezprawnie przywłaszczyli sobie Polacy”. Od poczucia krzywdy już tylko krok do żądań zadośćuczynienia. W filmie nie pada co prawda postulat „odzyskania utraconej ojczyzny”, ale cała wymowa dokumentu jednoznacznie sugeruje, że „powrót do macierzy” byłby w rozumieniu Ukraińców sprawiedliwością dziejową. „Historycznie Chełmszczyzna jest częścią wielkiego Wołynia. Od X stulecia wchodziła w skład państwa ruskiego, a po założeniu miasta Chełm i przeniesieniu tam stolicy Chełmszczyzna stała się politycznym centrum ziem ruskich” – opowiadają twórcy filmu. Już w pierwszym zdaniu dopuścili się manipulacji, w pewnym sensie „kłamiąc za pomocą prawdy”. „Historycznie” bowiem najpierw były to ziemie polskie, potem zaś ruskie, co już autorzy, zapewne dla spójności ideologicznej swojej narracji, skrzętnie pomijają. Od przełomu VII i VIII wieku tereny dzisiejszej ziemi chełmskiej zamieszkiwało zachodniosłowiańskie plemię Lędzian, których głównym ośrodkiem był Sandomierz. Na wzniesieniu, dziś górującym nad centrum Chełma, w X wieku powstał należący do tego plemienia gród. Lędzianie znaleźli się pod panowaniem Mieszka I kilka lat po przyjęciu chrztu przez księcia Polan. W latach 70. X wieku Chełm znajdował się więc w granicach państwa polskiego. I dopiero w 981 roku został zdobyty przez księcia Włodzimierza Wielkiego. Autorzy filmu, stwierdzając, że Chełmszczyzna od X wieku „wchodziła w skład Rusi”, pomijają okres zarówno jej plemiennej niezależności, jak i polskiego zwierzchnictwa, a ponadto używają zgrabnego eufemizmu, nie zdradzając widzom, w jaki mianowicie sposób ziemia ta „weszła w skład” państwa kijowskiego. A to przecież kwestia fundamentalna, jeśli chodzi o ustalenie historycznej przynależności tych terenów.

Dalej, przynajmniej do pewnego momentu, zarys dziejów Chełmszczyzny nie wywołuje kontrowersji: „Następnie wchodziła w skład państwa rusko-litewskiego, królestwa węgierskiego, Rzeczypospolitej, a po jej trzecim rozbiorze, od 1815 roku w całości znalazła się w granicach Imperium Rosyjskiego”. Problem dla polskiego widza znowu zaczyna się, gdy mowa o II Rzeczpospolitej: „W 1918 roku na poziomie międzynarodowym została uznana jej [Chełmszczyzny – przyp. red.] przynależność do Ukraińskiej Republiki Ludowej, ale od końca 1918 roku była okupowana przez Polskę. We wrześniu 1939 roku znalazła się w granicach Generalnego Gubernatorstwa. Po okresie okupacji przez Armię Czerwoną Chełm przez kilka dni był nieoficjalną stolicą Polski Ludowej”. Niestety, teza o „polskiej okupacji” jest dość mocno rozpowszechniona zarówno w ukraińskiej, jak i białoruskiej świadomości historycznej. Po naszej stronie granicy wywołuje to, poniekąd zrozumiałe, głosy świętego oburzenia. Z drugiej jednak strony faktem jest, że u progu powstania II Rzeczpospolitej oba narody – zarówno ukraiński, jak i białoruski – podjęły próby utworzenia własnego państwa. Republiki Ludowe Białoruska, Zachodnioukraińska i Ukraińska istniały dość krótko, upadły szybko, ale zaszczepiona przez ich twórców wola samostanowienia przetrwała. Istnienie Litwy, Białorusi i Ukrainy zakładała też koncepcja federacyjna Józefa Piłsudskiego. Tych ambitnych planów nie udało się jednak zrealizować. Piłsudski zdradził swojego sojusznika atamana Petlurę, godząc się na traktat ryski, zgodnie z którym Polska i Rosja bolszewicka podzieliły między siebie ziemie zamieszkałe przez Ukraińców i Białorusinów. Szczególnie ci pierwsi nie mogli pogodzić się z utratą uzyskanej na krótko państwowości.

„Historycznie będąc częścią kilku państw, Chełmszczyzna zawsze pozostawała ziemią ruską” – relacjonuje narrator dokumentu. Oskarża przy tym Kościół rzymskokatolicki o prześladowanie prawosławnej ludności regionu. Z filmu można się dowiedzieć, że kultura ukraińska na Chełmszczyźnie miała nieporównanie korzystniejsze warunki rozwoju pod władzą caratu niż w czasach II Rzeczpospolitej. To prawda, ale tylko po części. W 1863 roku minister spraw wewnętrznych Imperium Rosyjskiego Piotr Wałujew podpisał tajny cyrkularz, który ograniczał możliwość wydawania literatury w języku ukraińskim (pogardliwie nazywanym „narzeczem małorosyjskim”) do utworów poetyckich. Trzynaście lat później car Aleksander II, na mocy ukazu emskiego, nie tylko całkowicie zakazał publikacji jakichkolwiek tekstów, utworów, dokumentów po ukraińsku (nawet w przekładzie z rosyjskiego), ale także zabronił w ogóle używania słowa „Ukraina”. Te niezwykle restrykcyjne zakazy obowiązywały aż do początku XX wieku. Eufemistycznie rzecz ujmując, to chyba nie były zbyt korzystne warunki rozwoju dla kultury ukraińskiej. Dopiero w 1905 roku Rosyjska Akademia Nauk uznała dotychczasowe „narzecze małorosyjskie” za „samodzielny język słowiański”, inicjując zmianę polityki. Od tego momentu kultura ukraińska zaczęła mieć względnie „dobre warunki rozwoju”. Dziesięciolecia rusyfikacji Chełmszczyzny, Wołynia i innych ziem „Małorosji” przyczyniły się do tego, że to znajdująca się pod bardziej liberalnym zaborem austriackim/austrowęgierskim Galicja stała się głównym ośrodkiem ruchu narodowego Ukraińców. Duchowym zapleczem nacjonalistów był w tym regionie Kościół greckokatolicki, zdelegalizowany w carskiej Rosji jako niebezpieczna konkurencja dla Cerkwi prawosławnej. W guberni chełmskiej Ukraińcy (według stanu na 1914 rok – 50,1 procent ludności, podczas gdy Polacy stanowili jedynie 30,5 procent) byli więc przeważnie wyznawcami prawosławia, które, jako państwowa religia Imperium, pełniło rolę narzędzia rusyfikacji. Wbrew temu, co sugerują twórcy filmu, Rosji zależało na kulturowym wchłonięciu Ukraińców, nie zaś na wspieraniu ich odrębności etnicznej. Faktem jest natomiast, że władze II RP prowadziły zdecydowaną politykę polonizacji Chełmszczyzny. „W okresie dwudziestolecia międzywojennego szkolnictwo było wyłącznie polskie, a Ukraińców traktowano jak obywateli gorszego gatunku. Mogli obejmować jedynie mniej znaczące posady w organach władzy i w wojsku”. „Na Chełmszczyźnie nie mógł w pełni rozwijać się ukraiński ruch narodowy, były też ograniczone prawa Cerkwi prawosławnej” – mówi Grzegorz Kuprianowicz, polski historyk ukraińskiego pochodzenia, prezes Towarzystwa Ukraińskiego w Lublinie. I tu dochodzimy do jednego z największych błędów polityki wschodniej II Rzeczpospolitej, jakim była akcja burzenia cerkwi prawosławnych. Działania te, podejmowane przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego, często są dziś przypominane przez stronę ukraińską jako argument w dyskusji o rzezi wołyńskiej, dowodzący opresyjności państwa polskiego. Z tego punktu widzenia antypolskie akcje OUN-UPA okazują się „sprawiedliwą zemstą na okupantach”.

Już miesiąc po odzyskaniu niepodległości dekretem naczelnika państwo przejęło majątek Cerkwi prawosławnej. Oficjalnie chodziło o ochronę dobytku opuszczonego przez duchownych i parafian ewakuujących się na wschód przed niemiecką ofensywą w czasie I wojny światowej. Jednak nawet gdy uciekinierzy (ros. bieżeńcy) powracali na zajmowane wcześniej tereny, majątek cerkiewny wciąż znajdował się pod jurysdykcją polskiej administracji, do której trzeba było się za każdym razem zwracać z prośbą o zgodę na ponowne otwarcie świątyni i przeznaczenie jej na miejsce kultu. Czytelnik, wychowany na pedagogice wstydu, zapewne w tym miejscu oburzy się na „barbarzyńskie działania” polskich władz, które, jak widać, już wówczas kierowały się gorszącą ksenofobią i nienawiścią do wszystkiego, co niepolskie i niekatolickie. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. Po pierwsze wiele z tych cerkwi zostało wybudowanych przez zaborców i służyło zaborczej administracji, a więc po odzyskaniu niepodległości nie miały one racji bytu. Szczególnie w centralnej Polsce, gdzie przecież, inaczej niż na wielokulturowych Kresach, prawosławie pojawiło się w zasadzie dopiero wraz z obcą, narzuconą siłą, władzą. Po drugie w ramach wynaradawiania Polaków carat przerabiał kościoły na cerkwie. Dlatego też polskie władze nakazały – i to wyłącznie na terenach na wschód od Bugu – zwrot zajętych przez duchowieństwo prawosławne budynków poprzednim właścicielom, czyli Kościołowi rzymskokatolickiemu. Prawosławie było więc narzędziem rusyfikacji, dlatego trudno się dziwić podejmowanym przez polskie władze próbom ograniczenia jego politycznych i kulturowych wpływów. To po części tłumaczy (ale na pewno nie usprawiedliwia) skandaliczną akcję burzenia cerkwi na terenach zamieszkałych nie przez potomków zaborczej administracji, nie przez „rosyjską piątą kolumnę”, ale przez etniczną ludność ukraińską, która – jak w przypadku Chełma czy Przemyśla – żyła przecież tutaj od wieków. Jeśli tak uwielbiamy z dumą przywoływać czasy nie tylko potężnej, ale i tolerancyjnej I Rzeczpospolitej, „zielonej wyspy” na morzu krwawych wojen religijnych, wielokulturowego „państwa bez stosów”, to powinniśmy mieć odwagę krytykować błędy polityki narodowościowej II Rzeczpospolitej. Oficjalnie polskie władze tłumaczyły, że chodzi o niszczenie symboli rusyfikacji. Tak naprawdę jednak brutalna walka z prawosławiem była akcją wymierzoną w ukraiński ruch narodowy. Oczywiście obawy przed tendencjami separatystycznymi były generalnie uzasadnione. Jednak bezwzględna rozprawa siłowa nie mogła być skuteczną metodą prewencji. Ukraiński nacjonalizm już istniał i rósł w siłę, a każda próba walki nie tyle z nacjonalizmem, co z samą tożsamością narodową Ukraińców, jedynie wzmacniała poparcie dla nacjonalistów. Nie tylko niszczono świątynie, ale i niejednokrotnie profanowano ich wyposażenie. Nie podejmowano żadnych znaczących prób dialogu z ludnością ukraińską. Media wspierały działania rządu, argumentując, że burzenie cerkwi ma zapobiec rusyfikacji czy też ukrainizacji zróżnicowanych etnicznie terytoriów. W praktyce oznaczało to polonizację Chełmszczyzny. Szermowano też argumentami o szczególnej misji cywilizacyjnej – to akurat typowy przykład polonocentrycznego podejścia. Skoro tak chętnie i z taką pasją udowadniamy narodom wschodniosłowiańskim swoją rzekomą wyższość (bardzo często bez żadnego głębszego uzasadnienia), to nie powinniśmy się dziwić, że nie żywią do nas sympatii.

Deportowani z Chełmszczyzny Ukraińcy w filmie Artura Hurala opowiadają o stosunkach społecznych, jakie panowały przed wojną na terenie ich „ukradzionej ojczyzny”. „Albo mama zostaje Polką i chodzi do kościoła, a wtedy pozostaje na posadzie nauczycielki, albo staje się chłopką” – wspomina Petro Hwozdjak, deportowany ze wsi Telatyn w powiecie tomaszowskim. „Rozpoczęły się pojedyncze mordy. To tam na polu zabili, to tam na polu zabili Ukraińca” – ta relacja Wołodymyra Hrysiuka, wysiedlonego ze wsi Tyszowce pod Tomaszowem, zostaje przytoczona pomiędzy narracją o prześladowaniu Ukraińców w przedwojennej Polsce a informacją o polityce hitlerowskich Niemiec na Chełmszczyźnie, nie wiadomo więc, czy do zabójstw dochodziło pod polską, czy niemiecką okupacją. Na uwagę zasługuje też fakt, że w filmie nie padają w ogóle słowa o agresji na Polskę. Wrażenie jest takie, jakby ukraińska Chełmszczyzna przeszła, ni stąd, ni zowąd, z polskiej pod niemiecką okupacyjną władzę. Jedyna różnica polega na tym, że rdzenna ludność regionu najpierw była wynaradawiana przez polskie władze, następnie zaś mordowana przez polskich „bandytów” (bo Niemcy nie występują w filmie w roli „czarnych charakterów”).

„W 1942 roku, na Święto Trójcy, jacyś polscy bandyci zabili ojca Mychajłę Trochymowycza. Zabili brata ciotecznego taty. A brat cioteczny mamy zajmował się pogrzebem. Kiedy wracał z pogrzebu, zabili go (…) nie nocowaliśmy w chatach, ale na trzcinowiskach, na polach” – mówi Wołodymyr Hrysiuk, deportowany spod Tomaszowa. „Wieś otoczyli ze wszystkich stron. Każdego, kto próbował uciekać, czekała śmierć. Nikomu nie darowali życia, wszystkich rozstrzeliwali (…). Ojciec obudził nas w środku nocy, powiedział, dokąd trzeba biec, a już wszystko naokoło płonęło. Parę godzin przeleżeliśmy w błocie” – to z kolei Roman Kutas spod Hrubieszowa. „Mój ojciec uratował się po prostu cudem. Polowali na niego jak na zająca” – wspomina Petro Hwozdjak. „Moją mamę podczas jednego z ataków wygnali na śnieg i rzucili obok jej bosych stóp siekierę. Moją ciężarną ciotkę powalili na podłogę, próbowali ją rozebrać, zdjąć ubranie, ostatecznie ukradli jej buty (…). Wielu ludzi zginęło, zostało rozstrzelanych, wielu spłonęło żywcem, wielu udusiło się w schronach, w piwnicach, w których się chowali. Taki los spotkał moją ciotkę Jewheniję, która zadusiła się z dziewiętnastoma mieszkańcami jej wsi w schronie” – mówi Zoja Szaliwśka ze Sławetyna pod Zamościem. „Polska władza sprzyjała albo i potęgowała procesy, które prowadziły do tych czystek. Zamykała oczy na zbrodnie dokonywane na pokojowo nastawionej ludności” – konstatuje prof. Wołodymyr Serhijczuk, historyk z uniwersytetu w Kijowie. Jako przykład podaje mord w Sahryniu. To akurat rzeczywiście plama na honorze polskiego oręża. W ciągu jednego dnia 10 marca 1944 roku oddziały Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich zaatakowały Sahryń, Szychowice i Łasków na terenie powiatu hrubieszowskiego i wymordowały co najmniej 681 znanych z nazwiska ukraińskich cywilów2. „Polscy partyzanci po opanowaniu wsi zabijali każdego, kto miał ukraińskie korzenie – i nie sposób sobie wyobrazić, by czynili to wbrew woli dowództwa” – przyznaje prof. Grzegorz Motyka3. Zaznacza przy tym, że choć tego typu działania polskiego podziemia wykraczały daleko poza dopuszczalną samoobronę przed banderowcami, „należy je koniecznie rozpatrywać w kontekście planowej eksterminacji prowadzonej od 9 lutego 1943 roku na Wołyniu przez UPA”4. Niestety, twórcy filmu Ukradziona ojczyzna tego kontekstu nie zauważają. Więcej nawet – w dokumencie nie ma ani słowa o tragedii wołyńskiej (jak eufemistycznie określa się nad Dnieprem antypolską akcję UPA), natomiast o atakach ze strony Ukraińców mówi się wyłącznie w kontekście oddziałów samoobrony utworzonych w odpowiedzi na „terror polskich band”. Wynika stąd, że strona ukraińska nigdy nie atakowała jako pierwsza. Co ciekawe, w czołówce dokumentu jeden z przesiedleńców stwierdza: „nie mieliśmy możliwości odwetu”, tym samym podając w wątpliwość fakt jakiejkolwiek zbrojnej odpowiedzi Ukraińców na polską agresję. To jednak wspomnienie wyrwane z kontekstu. Nie mam absolutnie zamiaru oskarżać przesiedleńca o kłamstwo czy manipulację. Każdy świadek tamtych tragicznych wydarzeń ma prawo po swojemu je przeżywać. Zwykły mieszkaniec ukraińskiej wioski, napadniętej przez polskich partyzantów, mógł mieć na myśli brak możliwości odwetu właśnie ze strony cywilnej ludności, która padła ofiarą odpowiedzialności zbiorowej za zbrodnie nacjonalistów.

 

Emocjonalny ton opowieści nie jest zarezerwowany dla świadków zdarzeń i rodzin ofiar, które mają pełne moralne prawo do swojego osądu. Od narratora dokumentu na temat zbrodni w Sahryniu słyszymy, jak to Polacy otoczyli i podpalili wieś, a „rozebrani ludzie chwytali dzieci w ręce, wyskakiwali z płonących chat, biegli w pole, do lasu. Polacy kłuli widłami i bagnetami, palili żywcem, obrzucali granatami ludzi ukrytych w piwnicach i schronach”. Gdy z takim samym naturalizmem Polacy opowiadają o brutalnych sposobach mordów na Wołyniu, Ukraińcy z reguły oburzają się na „rozpalanie wrogości między narodami”. W dokumencie Artura Hurala nie ma oczywiście wzmianki o tym, że masakra w Sahryniu poprzedziła o kilka tygodni ofensywę UPA. Jak widzimy, w jego narracji wojenne dzieje Chełmszczyzny to jedno wielkie, nieprzerwane pasmo polskich zbrodni na Ukraińcach. Od początku do końca konfliktu. Najpierw mordują „polskie szowinistyczne bandy”, potem AK, a na koniec przymusowo deportują polscy komuniści. Warto skonfrontować te kontrowersyjne tezy z ustaleniami historyków.

W ukraińskiej historiografii rozpowszechniony jest pogląd, że wydarzenia na Wołyniu były jedynie częścią wojny pomiędzy OUN-UPA a polskim podziemiem, trwającej w latach 1942–1947. Daty graniczne konfliktu wybrane zostały w bardzo wygodny dla Kijowa sposób. W tym ujęciu za początek wojny uznaje się antyukraińskie wystąpienia na Chełmszczyźnie, za jej koniec zaś – akcję „Wisła”. W obu wydarzeniach stroną agresywną pozostają Polacy. W takiej optyce rzeź wołyńska jest, w najlepszej możliwej dla nas interpretacji, jednym z wielu aktów bratobójczej tragedii. Jednak w głównym nurcie nauki, publicystyki i polityki dominuje narracja o wiele bardziej dla Polski krzywdząca. Jak

przyznaje Wołodymyr Wjatrowycz w swojej książce pod znamiennym tytułem Druga wojna polsko-ukraińska 1942–1947: „W ukraińskiej historiografii rozpowszechniona jest teza o tym, że konflikt na Wołyniu był w znacznej mierze sprowokowany przez napływające tam informacje o antyukraińskich akcjach na Chełmszczyźnie”5. Wjatrowycz, jako szef ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej, a więc kreator polityki historycznej Kijowa, jest w tej sprawie autorytetem. I sam do wspomnianej tezy chętnie się przychyla.

Warto przyjrzeć się temu, jak czołowy ukraiński historyk opisuje antyukraińskie wystąpienia na Chełmszczyźnie, a jak z kolei tę narrację na potrzeby filmu dokumentalnego modyfikuje Artur Hural. Narrator dokumentu, zgodnie z faktami historycznymi, opowiada, że niemiecka władza okupacyjna wysiedlała Ukraińców, by na zamieszkanych przez nich żyznych ziemiach osiedlić kolonistów z Niemiec. Tutaj kończą się fakty, a zaczynają interpretacje. W tym samym zdaniu jest bowiem mowa o tym, jak to od 1942 roku „polskie formacje zbrojne rozpoczęły kolejną falę terroru przeciwko Ukraińcom”. O tym terrorze opowiadają świadkowie – dawni mieszkańcy Chełmszczyzny, deportowani po wojnie do Ukraińskiej SRS. Drżącym głosem wspominają zbrodnie „polskich bandytów”. Powtarzam: emocje można, a nawet trzeba zrozumieć. Jednak od twórców filmu być może należałoby oczekiwać tego, czego z reguły strona ukraińska wymaga od strony polskiej w sprawie rozliczeń za Wołyń – a więc spokojnego przedstawienia całości kontekstu. W dokumencie Artura Hurala nie ma ani słowa o tym, że Niemcy wysiedlali ze swoich domów także Polaków, osadzając na ich miejsce Ukraińców, zgodnie z zasadą divide et impera. Co istotne, o tym, że był to jeden z czynników pogarszających wzajemne stosunki dwóch zniewolonych narodów, pisze w swojej książce Wjatrowycz. Historyk przedstawia jednak akcję przesiedleńczą z punktu widzenia Ukraińców, cytując dokument ukraińskiego podziemia, w którym można przeczytać między innymi taką subiektywną ocenę sytuacji: „Po przyjeździe ukraińskich przesiedleńców do opuszczonej przez Polaków kolonii na Biłgorajszczyźnie, jeszcze tej samej nocy napadają na nich polskie bandy, mordują ukraińskie rodziny, obwieszczając innym, że mają się wynosić, skąd przyszli. Ci ostatni nie mają dokąd wracać, jeżdżą z miejsca na miejsce”. Autor dokumentu przyznaje jednak: „Należy zaznaczyć, że do przesiedlania Polaków Niemcy wykorzystują ukraińską policję, której nakazują w sposób grubiański traktować deportowanych, i odwrotnie [do przesiedlania Ukraińców wykorzystywana jest polska policja – przyp. red.]. Polacy wykorzystują to w swojej propagandzie, gardłując, że robi się to tylko z powodu Ukraińców”. To, że gniew ludzi wysiedlonych ze swoich domów obrócił się w kierunku tych, którzy zajęli ich miejsce, jest, z czysto psychologicznego punktu widzenia, raczej zrozumiałe. Mówienie w tej sytuacji o bandytyzmie to nieporozumienie. Wjatrowycz cytuje dokumenty polskiego podziemia, w których ostrzega się Ukraińców, by nie osiedlali się w domach po deportowanych Polakach. Historyk kwituje to stwierdzeniem, że Polacy odpowiedzialnością za krzywdę swoich rodaków niesłusznie obarczali Ukraińców, którzy do opuszczonych przez polskie rodziny domów często przesiedlani byli przymusowo. Wjatrowycz przy tym dość często w całej swojej publikacji utożsamia polskich policjantów na niemieckich usługach z polskim podziemiem. Tej samej miary nie stosuje wobec Ukraińców, choć jednocześnie przyznaje, że Niemcy korzystali z usług zarówno polskich, jak i ukraińskich kolaborantów. Tym samym antyukraińskie akcje pacyfikacyjne, wykonywane rękami Polaków współpracujących z Niemcami, zrównuje z działaniem polskiego ruchu oporu, mimo że Polskie Państwo Podziemne za kolaborację z okupantem karało śmiercią. Tymczasem za zbrodnię w Hucie Pieniackiej, dokonaną przez złożoną z Ukraińców (czego Wjatrowycz nie neguje) dywizję SS Galizien przy pomocy jednego z oddziałów Ukraińskiej Powstańczej Armii, obwinia wyłącznie Niemców, twierdząc, że współpraca z nimi była „naruszeniem” głównej linii UPA.

Od sierpnia 1942 do sierpnia 1943 roku na Chełmszczyźnie zostało zabitych 543 Ukraińców. Tragedia na Wołyniu pochłonęła, przy najskromniejszych szacunkach ukraińskich historyków, około 40–60 tysięcy ofiar. Nawet jeśli uznać, że Ukraińcy mścili się za swoich chełmskich rodaków, to chyba jednak trochę przesadzili z rozmachem odwetu. Wśród przyczyn tych pierwszych aktów „wojny polsko-ukraińskiej” Wjatrowycz wymienia „działalność polskiego podziemia, partyzantów radzieckich i zwyczajnych kryminalnych band”. Ani słowa o odpowiedzialności Ukraińców. Najwyraźniej mordowani byli wyłącznie za to, że godzili się osiedlać w domach zamieszkanych wcześniej przez Polaków (sam autor przyznaje, że tylko część była do tego przymuszana). Ihor Iljuszyn, kijowski historyk o bardziej obiektywnym spojrzeniu na ten konflikt, dostrzega winę po obu stronach: „Odpowiedzialnością za zbrodnicze działania poszczególnych policjantów czy grup policjantów przeciętny Ukrainiec i przeciętny Polak nie obarczał niemieckich okupantów, tylko społeczność ukraińską lub polską, w zależności od tego, z której z nich wywodzili się kolaboranci hitlerowskiego reżimu”6.

Inna sprawa, że wśród zabitych byli także ukraińscy aktywiści. To akurat zrozumiałe – ukraiński ruch niepodległościowy w warunkach okupacji był nie bez powodu traktowany jako potencjalny rywal polityczny. Warto w tym momencie znowu powołać się na Wjatrowycza, który za iskrę zapalną na prochu „wojny” uznał wymordowanie w ciągu roku 543 Ukraińców na Chełmszczyźnie. W tej samej książce historyk przyznaje, że tylko we wrześniu 1939 roku podczas antypolskich powstań OUN w 20 powiatach i 183 miejscowościach Zachodniej Ukrainy (a więc na obszarze większym niż Chełmszczyzna!) zginęło 160 Ukraińców i aż 796 Polaków. „Te lokalne wystąpienia nie przerodziły się w ogólnonarodowe powstanie” – bagatelizuje Wjatrowycz, choć przecież same liczby wskazują na to, że wrześniowe akcje miały większy zasięg i w krótszym czasie przyniosły więcej ofiar po stronie polskiej niż późniejsze akcje na ziemi chełmskiej po stronie ukraińskiej. To jednak nie ma znaczenia, bo we wrześniu agresorem byli Ukraińcy, a to już nie pasuje do wizji historyka. Wjatrowycz nie stosuje nawet symetrii ofiar. W jego przekonaniu ciężar winy za konflikt spada niemal wyłącznie na stronę polską. To dotyczy także wspomnianych powstań z września 1939 roku, kiedy to, jak widać kilka zdań wyżej, zginęło parokrotnie więcej Polaków niż Ukraińców. Łatwo się domyśleć, że skoro bojówki OUN z zasady nie mogły mieć szans w starciu z regularnymi jednostkami wojska polskiego (któremu, przypomnijmy, naczelny wódz nakazał unikać walk z bolszewikami, na wschodzie nie były więc totalnie rozbite), to zapewne taka skala ofiar po stronie silniejszego musiała obejmować przede wszystkim ludność cywilną. Jak ta walka narodowowyzwoleńcza ukraińskich nacjonalistów wyglądała, opisuje jeden z członków Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów: