Ksiądz Rafał 1Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Zaskakująca historia Charliego Chaplina, startującego w konkursie na swojego sobowtóra i zajmującego dopiero trzecie miejsce, wskazuje pośrednio na tajemnicę prawdy o nas, która nie całkiem do nas należy – bystry obserwator czasami potrafi powiedzieć o nas więcej i głębiej niż my sami w naszych najszczerszych spowiedziach. Rasowy i współczujący obserwator potrafi sięgnąć do istoty tego, co zwykło się nazywać powołaniem, i poruszając obszary uśpione, zaniedbane lub wstydliwie skrywane, przemówić do świata naszym głosem, nie zawłaszczając nas, nie przedrzeźniając i nie udając brata bliźniaka. Czasami udaje mu się uwolnić to, co chyba w nas najlepsze i wyczekiwane z nadzieją przez ludzi, którzy nas otaczają. Takim obserwatorem jest Maciej Grabski, nie ksiądz, smakosz, znawca win i literat, który wyczarował księdza Rafała. Tak prawdziwego, że oddaję mu na podium pierwsze miejsce, z życzliwością i pokornym uśmiechem obserwując jego perypetie z niskiego stopnia dla brązowych medalistów.

Michał Zioło OCSO

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

WSTĘP

Stary proboszcz Stanisław umarł w marcu. Chorował od dawna, był już dobrze po siedemdziesiątce, ale jeszcze kilka dni przed śmiercią na niedzielnym nabożeństwie potrafił z całą mocą, strasząc karami piekielnymi, potępić tych, którzy zaniedbują pracę na plebańskim, a zajmują się swoimi sprawami. Wszyscy słuchali kazania spokojnie. Przez lata przywykli do trudnego charakteru swojego pasterza, wiedząc, że kocha ludzi bardziej, niż można podejrzewać z surowości jego nauk. Młodzi szemrali po kątach, ale starzy wybaczali mu wszystko. Pamiętali, że w najgorsze lata okupacji i stalinizmu dzielił z nimi biedę i strach, pomagał, jak mógł, słowem i czynem. Wiedzieli, że nawet najsurowszy sędzia nie znalazłby wtedy nic, co mógłby mu zarzucić. Gdy czasy się polepszyły – w głosie proboszcza pojawiła się nuta twardej nieomylności. Nie potrzebował pieniędzy, zresztą choćby nawet chciał się bogacić, skąd miałby brać pieniądze w małej wiosce, w której ludzie żyli niemal z dnia na dzień. Nie ciągnęło go do kart, wódki, nikt nigdy nie słyszał o jakichkolwiek kobietach w jego otoczeniu. Została tylko władza i demonstracyjne, literalne przestrzeganie zasad wiary. Lubił mawiać, że papież rządzi Kościołem, a proboszcz – parafią. I jeszcze, że bardziej trzeba słuchać Boga niż ludzi. Nie znosząc jakiegokolwiek sprzeciwu, rządził swoim stadkiem przez prawie czterdzieści lat. Obcy, którzy czasami pojawiali się na niedzielnej sumie, wyjeżdżali zgorszeni, bo proboszcz Stanisław potępiał wszystko, co mu się nie podobało, z imienia, a wszystkich, którzy w jego mniemaniu zgrzeszyli – również i z nazwiska.

– I patrzcie, najmilsi, na tę kawalerkę, która zamiast zbliżyć się do wrót naszej świątyni, znowu zebrała się tam, przy murku pod lipą! Oni myślą, że jak korona gęsta, to Pan Bóg z góry nie dojrzy, że kiedy proboszcz głosi słowo Boże, te zaprzańce jedne gadają sobie w najlepsze, a najmłodszy Huczka pali papierosa! Oni myślą, że jak Pan Bóg nie zagrzmi z nieba, to znaczy, że już nie ma na nich kary! Jednak jest, najmilsi, oj jest! Niech no tylko do spowiedzi który przyjdzie, to mu wytłumaczę, co to kara za grzechy! A i pokutę nałożę taką, że do końca życia w każdy dzień Pański jeden z drugim do pierwszej ławki będzie się cisnął, jak tylko sobie wspomni proboszczową pokutę! A niech spróbuje tylko nie przyjść! Ale co się dziwić, niedaleko pada jabłko od jabłoni, jaki ojciec, taki syn… Wy, Huczka, w ostatni czwartek, zamiast bydlątka proboszczowe oporządzać, graliście z wójtem w karty! Czekajcie, czekajcie, Pan Jezus sprawiedliwy, jak wyjmie talię, jak przyrżnie atutem, to, przebacz Panie, z Huczki zostanie tylko wspomnienie! Jeden lepszy od drugiego, jeden kurzy sporty na świętej ziemi, a wieczorami siedzi w Klubie, drugi rżnie w barze w karty!… Potępienie na nich, najmilsi, jeden w Sodomie, drugi w Gomorze, a bydlątka proboszczowe ryczą!…

Przerwał, żeby złapać oddech. Drewniany pięćsetletni kościółek wypełniony był po brzegi. Nikt nawet się nie poruszył, panowała absolutna cisza, w której złowróżbnie i niepokojąco brzmiał płytki, spazmatyczny oddech księdza. Po chwili proboszcz uspokoił się i jakby nieco zawstydzony swoim wybuchem, postanowił szybko zamknąć temat.

– Najmilsi, jestem tu od lat, jak na puszczy. Pana Boga proszę, żeby się zmiłował nad nami wszystkimi. Pan Bóg miłosierny, daje nam więcej, niż nam trzeba. Lecz te Jego dary musimy odszukać w sobie. Ktoś zapyta: jeśli Pan Bóg nieskończenie miłosierny, nieskory do gniewu i bardzo łaskawy, to czym tu się martwić? A takiemu ja odpowiem: to po co dał nam pokutę i kazał zadość czynić za grzechy? Ano po to, najmilsi, abyśmy w grzech za łatwo nie popadli. Łatwo zburzyć, trudno zbudować. Dlatego Huczka młody i Huczka stary przemyśleć muszą swoje grzeszne życie i zrozumieć. Wszyscy grzeszą. Wszyscy. Ale nawet najgorszy grzesznik, jeśli się ukorzy przed Bogiem i ludźmi, może zasłużyć na zbawienie duszy. Co dzień proszę Pana Boga, żeby mi moje grzechy wybaczył, i co dzień boję się, że przed obliczem Pańskim stanę nagi jak robak, a Pan Bóg powie: nie znam cię. Odejdź. Módlmy się, najmilsi, aby Pan Bóg wszystkich nas rozpoznał, gdy staniemy już przed Jego majestatem. Amen.

Pochowano proboszcza na parafialnym cmentarzu w chłodny marcowy dzień. Egzekwie odprawiał sam biskup. Wszyscy wiedzieli o wielkiej przyjaźni, jaka łączyła proboszcza z biskupem Jakubem. Pochodzili z tej samej miejscowości, Stanisław, starszy o pokolenie od przyszłego pasterza, przyjaźnił się jeszcze z jego rodzicami. Kto wie, czy to nie właśnie dzięki niemu, gdy przyszło do życiowych wyborów – sutanna wygrała z adwokacką togą. Cała wieś patrzyła jednak w zdumieniu na delegację chasydów, z wiekowym rabinem na czele. Nie dziwił się tylko Bialik. Spojrzenia obu spotkały się nagle. Rabin wpatrywał się w niego, a jego oczy zaszkliły się od łez.

Biskup podszedł jeszcze bliżej grobu.

– Bracia i siostry, żegnamy dziś naszego brata Stanisława, którego Pan powołał do siebie.

Głos biskupa brzmiał zupełnie inaczej niż w kościele, był cichszy i mniej stanowczy. Parafianie spoglądali po sobie jeszcze onieśmieleni mnóstwem obcych ludzi, którzy chcieli odprowadzić w ostatnią drogę starego proboszcza. Chasydzi, którzy wzbudzili taką sensację, stali blisko biskupa. Dwaj spośród nich podtrzymywali pod ręce drżącego ze starości, przygiętego do ziemi ciężarem lat rabina.

Jakub, patrząc w czarną czeluść grobowca, mówił dalej.

– Dla wielu z was Stanisław był pasterzem, dla innych – przyjacielem, dla jeszcze innych – dobroczyńcą. Patrząc na jego życie, prawość, walkę ze złem – wierzymy, że właśnie otrzymuje swoją nagrodę, radując się chwałą Jedynego.

Zamilkł na chwilę. Ludzie słuchali ze spuszczonymi głowami.

– Z pomocą Bożą odsunął od siebie pokusę sławy i zaszczytów. Niewielu zdawało sobie w doczesności sprawę z jego wielkości duchowej. Są tu z nami jego przyjaciele. Pozwólmy im się pomodlić za Stanisława.

Spojrzał na rabina. Ten wyprostował się, jakby nagle przybyło mu sił, i zaintonował:

Jitgadal weitkadasz szemech raba1

Chasydzi i biskup odpowiedzieli zgodnie:

Amin.

– Amen – powtórzyli odruchowo pozostali.

Gdy skończyli odmawiać kadisz, biskup podszedł do trumny i pokropił ją wodą święconą. Gdy rzucał grudkę ziemi na trumnę Stanisława, Bialik zamknął oczy. W uszach brzmiały mu ciche słowa biskupa: „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, ale Pan cię wskrzesi w dniu ostatecznym”. Gdy inni śpiewali Salve, Regina – Bialik milczał, przełykając łzy.

Grabarze zasunęli płytę, ludzie powoli zaczęli się rozchodzić. W pewnej chwili rabin, Bialik i biskup znaleźli się obok siebie. Biskup Jakub spojrzał na rabina.

– Znów razem – powiedział półgłosem. – Przebacz, Panie Boże, jeśli bluźnię, ale czy naprawdę trzeba było aż odebrać ludziom Stanisława, żebyśmy się zebrali znowu?

Rabin pokręcił głową, lecz nie powiedział nic. Czekali. Gdy na cmentarzu zostało już niewielu ludzi, Jakub szepnął coś rabinowi. Ten wezwał jednego z chasydów. Samym wzrokiem przekazał mu polecenie. Dwóch przysunęło się do niego, żeby pomóc mu iść. Biskup zwrócił się do Bialika:

– Chodźmy do domu Stanisława, Józiu.

Poszli wolno w stronę plebanii. Biskup Jakub wpuścił przodem rabina i Bialika. Wszedł za nimi i zamknął drzwi przed nosem swojemu sekretarzowi i chasydom. Chasydzi odeszli kilka kroków dalej i zatopili się w cichej rozmowie, zerkając od czasu do czasu w stronę wejścia. Sekretarz Jakuba westchnął ciężko i odwrócił się do dwóch typów, którzy deptali biskupowi po piętach od chwili jego przyjazdu.

– Tu nie ma nic ciekawego. Mogą panowie jechać. Dość już macie materiałów.

Faceci nawet się nie speszyli. Jeden westchnął:

– Za taki materiał pewnie nas tylko opierdolą. Biskup nic nie mówił na partię, na rząd, na Związek Radziecki, i w ogóle jakiś taki spokojny.

Sekretarz uśmiechnął się ironicznie.

– Wasi mocodawcy powinni się ucieszyć, że biskup się nawrócił, a nie, jak to pan ładnie ujął, was opierdolić.

 

Drugi z facetów kiwnął głową.

– Niby racja. Tylko jak się okaże, że już nie ma po co nagrywać biskupa, każą nam pewnie podsłuchiwać, z kim jakie dziwki sypiają, i będziemy zbierać znowu haki na ludzi. A ja, proszę księdza, jestem katolikiem.

Odwrócili się i niespiesznie poszli w stronę drogi. Po chwili trzasnęły drzwi samochodu. Sekretarz z niedowierzaniem przyglądał się odjeżdżającemu fiatowi. „Niewiarygodne – pomyślał. – Pewnie jeszcze marzy, żeby pojechać na placówkę do Włoch, miałby szansę być rzymskim katolikiem”. Machnął ręką. Przywykł do funkcjonariuszy, którzy pracowicie zbierali wszelkie materiały na biskupa, jednak katolika jeszcze nigdy wśród nich nie spotkał.

Tymczasem na plebanii biskup, rabin i Bialik usiedli w gabinecie zmarłego proboszcza. Od kominka biło ciepło. Bialik przyglądał się starym księgom stojącym na prostych drewnianych półkach. Przez tyle lat rzadko bywał w gabinecie Stanisława, siadywali zwykle w kuchni, a w pogodne dni na ławce przed domem lub na maleńkim, przypominającym altankę, podwóreczku. Biskup i rabin nie zwracali na książki uwagi. Siedzieli w milczeniu, z pochylonymi głowami, jakby się modlili. Ciszę przerwał rabin.

– Byłem w Leżajsku, na grobie Elimelecha, w rocznicę jego śmierci. Stanisław umarł tego samego dnia. Był dobrym proboszczem?

Biskup poruszył się gwałtownie na krześle.

– Był twardy dla ludzi, ale ich kochał. Modlę się za niego i za siebie. Kiedyś obaj byliśmy grzesznikami, potwornymi grzesznikami. On i ja, mistrz i uczeń. Teraz on już wie, czy nad grzesznikami jest miłosierdzie Boże.

– Jakubie… – uśmiechnął się rabin.

– Wiem, co chcesz powiedzieć. Że wszyscy mamy w sobie grzech i świętość. Że mamy powtarzać: przed Bogiem jestem prochem i pyłem, ale przecież dla mnie Bóg stworzył świat.

– Wy ratowaliście te światy.

Jakub machnął zniecierpliwiony ręką.

– Pomogliśmy ci, jak pomagaliśmy innym.

– Wy trzej uratowaliście mnie i jeszcze innych. Grzesznik, który kładzie na szalę swoje życie dla ratowania drugiego człowieka, w oczach Jedynego jest bez skazy. Stanisław był Sprawiedliwym, jednym z tych, których wiedza i modlitwa podtrzymują świat.

Biskup w zamyśleniu bawił się pozostawionym na biurku wiecznym piórem Stanisława. Rabin i Bialik zamilkli w oczekiwaniu na odpowiedź. Panowała zupełna cisza, podwójne okna nie przepuszczały z zewnątrz żadnych dźwięków. Po chwili Jakub odłożył pióro.

– Stanisław mógł zajść w Kościele bardzo wysoko, wyżej niż ja. Prosiłem go, żeby zostawił parafię. Odpowiedział mi, że wtedy, w czasie wojny, przysiągł przed Bogiem, że jeśli uratuje was i sam przeżyje, już nie opuści tego miejsca i dożyje w nim swoich dni. Wojna pokazała nam, do czego prowadzi nienawiść do rasy, narodu czy wyznania.

Rabin spojrzał na Bialika, który siedział nieporuszony, wpatrując się w okno.

– Józefie, co ty nam powiesz? To był twój proboszcz. Wiesz, co myślą ludzie.

– Chaim, sam wiesz dobrze, jak to jest – żachnął się Bialik. – Do starego proboszcza przywykli, szanowali go, ale ciążył im też mocno. Myślą, że przyjdzie nowy proboszcz i coś się zmieni. A naprawdę będą modlić się jak zawsze i grzeszyć jak zawsze.

Rabin odwrócił się do biskupa z uśmiechem:

– Ty lepiej posłuchaj uważnie, co mówi wspólnota. Miałeś szammaitę, potrzebujesz hillelity2.

– Nie mam takiego. To znaczy mam, lecz nie jest jeszcze gotowy. To dlatego trzymałem tak długo Stanisława w parafii. Powinienem był go wysłać na emeryturę już kilka lat temu.

– Poczekają.

Biskup Jakub spoważniał.

– Nie mam aż tyle czasu – powiedział spokojnie. – Nie wiem, kogo pośle mój następca. Jestem chory. Lekarze mówią różne rzeczy, ja jednak wiem, że pożyję jakieś dwa, może trzy lata. Trzeba porządkować swoje sprawy. Jak już mówimy o porządkach – zabierz księgi, które dałeś kiedyś Stanisławowi, nowy proboszcz nie zna hebrajskiego. Ale proszę o jedno: zostaw po sobie cokolwiek. Rabin wstał i wolno podszedł do półek. Wyjął jedną z ksiąg.

Dmuchnął lekko na jej wierzch – i uśmiechnął się. Z ciężkiego woluminu nie sfrunęła choćby drobinka kurzu.

– Dobrze. Oddam je tym, którzy będą wiedzieli, że miał je codziennie w rękach Sprawiedliwy. Będą się za niego modlić. Od siebie też coś zostawię. Zawołajcie moich ludzi.

Biskup otworzył drzwi. Zobaczył swego sekretarza, chasydów i kilku parafian. Wszyscy ruszyli w stronę biskupa. Zatrzymał ich gestem i powiedział po hebrajsku parę słów. Zdumieni chasydzi spojrzeli po sobie, dwóch z nich podbiegło do biskupa. Jakub skierował ich do wnętrza. Po chwili z plebanii wyszedł Bialik. Obaj z biskupem usiedli na ławce, na której siadywali zawsze z proboszczem. Po chwili do ogrodu wszedł sekretarz biskupa.

– Czy wszystko w porządku, ekscelencjo?

– Tak, tak. Niebawem wyjeżdżamy.

Pół godziny później z plebanii wyszedł chasyd, niosąc z nabożną czcią sakwę z kilkoma księgami. Zaraz potem drugi z nich wyprowadził rabina Chaima. Biskup i Bialik wstali z ławki. Rabin podszedł do nich, zamienili jeszcze kilka słów i uścisnęli sobie dłonie, po czym rabin bardzo wolno wyszedł z ogrodu. Mimo pomocy chasydów poruszał się z wyraźnym wysiłkiem. Natychmiast podjechał samochód. Rabin wsiadł do niego, ale w ostatniej chwili odwrócił głowę w stronę plebanii. Napotkał spojrzenia stojących przy ławce przyjaciół. Skinął głową i przymknął oczy. Kilka chwil później samochód ruszył.

Biskup otoczył ramieniem Bialika.

– No co, Józiu, nie jesteś ciekaw, co Chaim zostawił nowemu proboszczowi?

Razem weszli do domu. Sekretarz znów poszedł za nimi – i znowu cofnął się gwałtownie niemal uderzony przez zamykane z impetem drzwi. „Znowu tajemnica” – pomyślał, nawet bez specjalnego żalu. Wiedział, że prędzej czy później dowie się o wszystkim. Przysiadł na ławeczce i sięgnął po brewiarz. Tymczasem wewnątrz Bialik przyglądał się ze zdziwieniem hebrajskim znakom wypisanym kaligraficznie na jasnej ścianie gabinetu. Biskup czekał w milczeniu, z uśmiechem na twarzy. Po długiej chwili Bialik odważył się zapytać:

– Co tam jest napisane?

Biskup spojrzał jeszcze raz na tak dobrze sobie znane słowa i odwrócił się do drzwi. Bialik poszedł za nim. Gdy wychodzili do ogrodu, Jakub zatrzymał się na chwilę i powiedział do Bialika:

– Chaim dał to, co jego naród dostał najlepszego od Boga. Wypisał na ścianie dziesięcioro przykazań. Wiesz dobrze, że Chaim ma swoiste poczucie humoru, i wiem, co chciał nam powiedzieć. Opowiadano, że gdy jeden ze sławnych cadyków przyszedł do nowej wspólnoty, kahał przekazał mu, że mają zwyczaj, iż każdy nowy rabin wpisuje zarządzenie, które od tej chwili jest przestrzegane. Rabin pochodził po miasteczku, poprzyglądał się ludziom i wpisał jako zarządzenie Dekalog. Pomódl się za Chaima, tak jakoś specjalnie. I pomódl się też za nowego proboszcza. Przyślę go latem. Z Bogiem.

Bialik uśmiechnął się, po raz pierwszy tego dnia.

– Z Bogiem, ekscelencjo – odpowiedział.

Jakub pogroził mu palcem i odwrócił się. Wraz z sekretarzem ruszyli w stronę drogi. Bialik patrzył na nich, póki nie zniknęli za drzewami.

– Z Bogiem, Kuba – powiedział cicho.

1 „Niech będzie wywyższone i uświęcone Jego święte Imię…”

2 Szammaici i hilleici – zwolennicy Szammaja i Hillela, historycznych przywódców dwóch żydowskich szkół religijnych. Szkoła Szammaja miała opinię surowej i radykalnej, szkoła Hillela – wyrozumiałej i łagodnej.

CZĘŚĆ I

PIERWSZE DNI

– Koniec świata będzie.

Stary Bialik spojrzał z drwiną na Mroczka.

– Henryk, co ty z tym końcem świata? Ja tu wozy po proboszcza na stację posyłam, a ty mi mówisz, że może i nie warto było?

Mroczek jakby się spłoszył. Pogrzebał końcem laski w piasku, który mrówki wydobyły spod kamieni starego, wytartego przez tysiące stóp, granitowego bruku. Wśród owadów dało się zauważyć poruszenie, jakby widmo końca świata zaczęło krążyć również nad mrowiskiem.

– No, może końca świata nie będzie, ale wojna na pewno. Pamiętacie, co było, jak proboszcz Albert umarł, świeć Panie nad jego duszą?

– Nic nie było, co miało być? Proboszcz Stanisław przyszedł – odezwał się milczący dotąd Hunia.

– Przyszedł, no i po roku druga wojna wybuchła. A wiecie, co było, jak dawniej jeszcze proboszcz Jan umarł, świeć Panie nad jego duszą?

– Proboszcz Albert przyszedł. Co się wam tak na wypominki zebrało?

– Proboszcz Albert przyszedł i po roku pierwsza wojna wybuchła.

Znów wszyscy zamilkli. Lipy zacieniające czworobok ławek, na których siedzieli, zaszumiały głośniej. Przez rynek przeszedł świeży powiew. Pazdur, oparty oburącz na sękatym kosturze, podniósł głowę.

– To znaczy, że wojna będzie?

Mroczek ośmielony milczeniem Bialika wyprostował się i spojrzał na pozostałych.

– Wojna, nie wojna, ale zmiany idą. Kiedy pierwsza wojna wybuchła, bieda była jak nigdy. Polska potem nastała, lecz z naszego miasteczka wieś zrobili. Jak druga wybuchła, to Niemcy zabierali, bieda była większa jeszcze. Potem niby wygraliśmy, ale nasi zabierali i Ruskim dawali, to bieda znowu była. A teraz też pewnie coś będzie. Może nawet i koniec świata. Dzisiaj siódmy dzień siódmego miesiąca siedemdziesiątego siódmego roku. Mówiła babka, że jak cztery kosy się w kalendarzu spotkają, to tak się może stać.

Bialik nie wytrzymał. Stuknął mocno w oparcie ławki suchą, wykrzywioną przez reumatyzm dłonią.

– Głupoty, Henryk, gadasz o tym końcu świata, jakbyś już nie miał o czym. Co będzie, to Pan Bóg wie najlepiej. Ale zmiany są, to prawda, przyjdzie nowy proboszcz. Długośmy na niego czekali. Czasy idą nowe, takie, że nawet się wam nie śni. Obyśmy dożyli.

– Biskup Jakub z tym rabinem po pogrzebie ci tak powiedzieli, jakeście radzili na plebanii?

Bialik jakby się ociągał.

– Co powiedzieli, to powiedzieli. Jednak wszystko się zmieni. Nie wiem, czy na gorsze, czy na lepsze, ale się zmieni. Biskup długo wybierał dla nas proboszcza. Idziemy, trzeba zwołać ludzi, nasi z księdzem niedługo przyjadą.

Pociąg się spóźniał. Ludzie czekali cierpliwie przed stacją i zastanawiali się, dlaczego Bialik kazał posłać tylko dwa wozy.

– Pamiętasz, Kazek, jak proboszcz Stanisław jechał do Rogatki, żeby mszę odprawić, gdy ich ksiądz zachorował? Koń dech tracił. Walizek miał chyba z dziesięć i ciężkie, jakby do nich kto naładował kamieni. A nie nocował tam nawet. To ile ten proboszcz będzie miał rzeczy, jak przyjeżdża na całe lata? A jak będzie miał jakie meble?

Kazek spojrzał z politowaniem.

– Głupiś, Jędrek. Ty byś pewnie meblościankę woził, jakbyś był proboszczem, co?

– Nie gadaj – obruszył się woźnica. – Każdy ma coś swojego. Ja bym woził szafę. Wiesz którą. Pradziadkowi świętej pamięci cały dobytek się spalił. Chciał się wieszać, ale prababka jak na niego nie wrzaśnie: „Tak, ty się powiesisz, a ja z dziećmi na żebry pójdę??” – to się i opamiętał. Zaczęli przychodzić ludzie i normalnie, jak to bywa: jeden drewno, a drugi kamienie przywiózł, trzeci piasek z rzeki, wszyscy pomagali, to pradziadek się pobudował. I potem każdy mu coś dawał do domu: jeden stół, inny krzesła. Ale szafę sam zamówił u stolarza. Mówią, że był artysta ten stolarz, tylko pił strasznie. Rozpił się tak, że stołów i krzeseł już nie robił, bo się ludzie skarżyli, że krzywo stały. Ale jak ktoś u niego szafę obstalował, to stolarz się odmieniał. Wódki nie tknął, póki nie skończył. Przezywali go Bidermajer czy jakoś tak, chociaż był Polak.

– To jakby wszyscy u niego szafy zamawiali, toby i nie pił – zauważył Kazek przytomnie.

– Tylko że jak dostał za taką szafę pieniądze, to pił przez miesiąc. Jak nasz Romuś. Ten też zdolny był…

Pokiwali głowami i pomilczeli chwilę. Kazek zaciągnął się głębiej resztką sporta i wydmuchnął dym.

– A co będzie, jak przywiezie tyle rzeczy, że na wóz nie wejdą? – nagle zaniepokoił się Jędrek.

– Nic się nie bój, mam tu szwagra niedaleko, to się do niego przewiezie, i drugi raz obrócimy. Pilnuj koni, ja idę po proboszcza, pociąg wjeżdża.

Woźnica odrzucił niedopałek i ruszył na peron. Na niewielkiej stacyjce było prawie pusto. Lokomotywa sapnęła potężnie i wypuściła obłok pary, zazgrzytały hamulce. Z wagonów wysiadło zaledwie kilka osób. Woźnica na próżno szukał pomiędzy nimi kogokolwiek w sutannie. Wtem z okna jednego z wagonów wyfrunął na peron spory biały worek, na który po chwili opadł słomkowy kapelusz. Chwilę później w drzwiach pojawił się bardzo wysoki, szczupły ksiądz. Musiał mieć chyba ze dwa metry wzrostu, w jego ciemnych, krótko obciętych włosach pobłyskiwała w słońcu pierwsza siwizna. Woźnica dobiegł do niego akurat w chwili, gdy kapłan z walizką i torbą podróżną zszedł ostrożnie po stopniach i stanął na peronie.

 

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Ksiądz proboszcz Rafał Nowina?

Ksiądz uśmiechnął się. Spojrzał przyjaźnie z wyżyn swoich dwóch metrów na niskiego woźnicę.

– Na wieki wieków amen, to ja. Bóg zapłać za to, żeście po mnie wyjechali.

– A gdzie księdza proboszcza bagaże? Do konduktora trzeba iść, żeby wagon otworzył.

– Jaki wagon? – nie zrozumiał Rafał.

– No bagażowy, przecież ksiądz proboszcz ma chyba jakieś rzeczy?

– Tylko to co tutaj – Rafał omiótł wzrokiem swój dobytek, zatrzymując ułamek sekundy dłużej spojrzenie na walizce, by przenieść je następnie na zaskoczonego woźnicę.

Ten szybko opanował zdumienie.

– Nawet jeden wóz by wystarczył, a my we dwa…

– To dobrze, konie mniej się zmęczą. Proszę mi tylko pomóc z walizką, worek i torbę sam zabiorę.

Woźnica ochoczo podszedł do walizki, sięgnął do uchwytu i szarpnął energicznie. Walizka ani drgnęła.

– O Jezu – jęknął. – Ksiądz proboszcz kamienie wozi? U nas ich dużo.

Rafał roześmiał się.

– Nie, to nie kamienie. Chodźmy. Jak będzie trzeba, poniesiemy razem.

Poszli w stronę stojących nieopodal wozów. Rafał przywitał się z drugim woźnicą. Wrzucił na wóz worek z rzeczami i pomógł Kazkowi załadować walizkę. Na drugim wozie położył torbę podróżną i podszedł do konia. Nim woźnica zdążył zareagować, ksiądz spokojnym, pewnym ruchem poprawił odwinięty pasek uprzęży, wiodąc dłonią po sierści, i poklepał konia po szyi. Koń lekko odwrócił łeb i parsknął cicho. Rafał pogładził zwierzę po pysku tuż nad chrapami, podszedł do kolejnego. Ten natychmiast nastawił łeb po pieszczotę. Proboszcz pogładził konia tuż pod naczółkiem uprzęży i podszedł do woźnicy. Zauważył, że obaj wymienili ze sobą lekko przerażone spojrzenia, i postanowił się usprawiedliwić.

– Chciałem im podziękować, przywiozły was tutaj, odwiozą nas na miejsce. Jak długo pojedziemy?

Kazek odetchnął głębiej.

– Trzeba liczyć ze dwie godziny. Musieliśmy przyjechać wozami, ciężarówka się zepsuła i już trzeci tydzień na części czekamy, traktory z przyczepkami w polu, małe żniwa się zaczęły i do jęczmienia wszyscy poszli, bo kombajn z eskaeru dzisiaj przysłali. W tym roku gorzej, zboże położone, kombajn nie daje rady i mus kosami…

– A ja was oderwałem od roboty.

Woźnica podrapał się po głowie trochę zakłopotany.

– Niby tak, ale też nie co dzień nowy proboszcz przyjeżdża.

– Może i racja. Ruszajmy.

Rafał rozsiadł się na wozie na tyle wygodnie, na ile to było możliwe, i dopiero teraz poczuł obezwładniające zmęczenie.

Zaledwie tydzień wcześniej jego proboszcz z nieco przesadną troską na twarzy zakomunikował mu, że ma się stawić natychmiast u biskupa.

Ksiądz Rafał zrobił szybki rachunek sumienia, lecz nie był w stanie przypomnieć sobie jakichkolwiek uchybień na tyle poważnych, by zasłużyły na uwagę pasterza. Pozostawała tylko jedna możliwość: przeniesienie. Droga w nieznane. Kolejne lata wikariatu spędzone z obcymi ludźmi, i pewnie jeszcze następne przeniesienie, gdy tylko ci, którzy byli obcy, zaczną się stawać bliscy.

Kiedyś myślał, że to okrutne. Przeżył trzy takie przeniesienia, w dodatku nigdzie nie pracował dłużej niż dwa lata. Stopniowo jednak zaczął dochodzić do wniosku, że to nauka. Szkoła bezinteresownego dawania, traktowania ludzi w taki sposób, w jaki traktuje wszystkich Bóg: bez oglądania się na osobę i jej stan. I choć zawsze bał się kolejnego przeniesienia – wydawało mu się, że zaczyna rozumieć jego ukryty sens. Powoli nabierał przekonania, że tak już będzie zawsze, i starał się nie przywiązywać do przedmiotów i ludzi. Rzadko miał okazję spotykać się z biskupem. Mówiono o nim rozmaite rzeczy: że ma dar języków, że jest Żydem, na co miało wskazywać imię i biegła znajomość hebrajskiego, jeszcze inni szeptali, że został wydziedziczony i sam wyrzekł się swojej rodziny, gdy jego ojciec nie pozwolił, by poszedł do seminarium. Były to jednak tylko plotki i Rafał słuchał ich niechętnie. Ze spotkań z biskupem zapamiętał przede wszystkim jego spojrzenie: uważne, przenikające na wskroś, choć zmącone jakimś ledwo uchwytnym cierpieniem. Nie miał powodów sądzić, że jest ulubieńcem biskupa, przeciwnie, gdy opisywał nielicznym przyjaciołom kolejne miejsca, w których pełnił posługę, łapali się z przerażenia za głowy. Trudne parafie z dziwnymi, obojętnymi ludźmi, parafie, w których księża rezygnowali z pracy, a w najlepszym razie błagali biskupa o przeniesienie dokądkolwiek, parafie, w których proboszczowie ostentacyjnie łamali wszystkie przykazania. Rafałowi zdawało się, że tylko on wie, ile trudu kosztowało go niepoddanie się rozpaczy na przedostatniej placówce, w której znalazł się pomiędzy proboszczem, gospodynią a ich dorastającym synem. Po tym piekle jego ostatnia parafia, gdzie proboszcz tylko grał nałogowo w karty i przegrywał pieniądze, których nie miał – wydała mu się oazą spokoju.

Rafał nie spodziewał się niczego dobrego. Każdy dzień na ostatniej parafii w porównaniu z poprzednią przypominał odpoczynek na zasłużonej emeryturze. Wiedział, że musi się to kiedyś skończyć, i czekał na zmianę. Wezwanie od biskupa przyjął z ulgą, lepsza była najgorsza pewność od najlepszej niepewności. Nie bał się Jakuba, lecz zawsze gdy przed nim stawał, czuł respekt. Miał wrażenie, że staje przed człowiekiem, przed którym nic się nie ukryje, który widzi na wskroś. Raz tylko czuł się podobnie, gdy kilkanaście lat wcześniej poprzednik Jakuba wyjednał jemu, wtedy jeszcze klerykowi, i kilku młodym księżom z jego diecezji audiencję u metropolity. Gdy, wezwany, podszedł do niedawno nominowanego kardynała – zrozumiał nagle, że nie potrzebuje nic mówić, że w jakiś cudowny sposób kardynał przenika jego myśli. To, co usłyszał, zostało w nim na lata. Dostojnik zapytał zdawkowo o rodzinę, miejsce pochodzenia, lecz zdawał się wsłuchiwać nie tyle w odpowiedzi, ile w sam głos Rafała. Po chwili powiedział z uśmiechem coś, co Rafał zapamiętał do końca życia. „Pamiętaj, młodzi księża są filarem Kościoła, są sługami Bożymi bardziej niż ktokolwiek, bo bardziej niż ktokolwiek służą ludziom. Wszystkim ludziom. Mogą być święci tak samo jak wielcy papieże, ale mają od nich znacznie trudniej”. Obecni roześmiali się, lecz Rafał wiedział, że to odpowiedź na jego zwątpienie, na niezadane pytanie o sens posłannictwa, na wyrzuty sumienia, że zawiódł rodziców, porzucając najpierw medycynę dla muzyki, a potem muzykę dla kapłaństwa.

Godzina w pociągu minęła szybko. Z dworca do kurii było najwyżej dziesięć minut drogi na piechotę. Rafał spojrzał na zegarek, do spotkania pozostało jeszcze pół godziny. Postanowił jednak nie zwlekać.

Przed bramą rezydencji biskupa jak zwykle miał wrażenie, że ktoś go obserwuje. Rozejrzał się bacznie, jednak prócz kilku przypadkowych przechodniów nie zobaczył nikogo. Nacisnął guzik przy furcie. Odpowiedziała mu cisza, elektryczny dzwonek milczał. Rafał chwycił za kołatkę. Po chwili w potężnych wrotach otwarło się malutkie okienko, przez które widać było błysk czyichś oczu taksujących gościa bystrym spojrzeniem. Lustracja wypadła pomyślnie. Brama uchyliła się akurat na tyle, by szczupły ksiądz mógł wsunąć się do środka, i gdy tylko to się stało – zamknęła się bezszelestnie.

– Co się stało, że ksiądz tak wcześnie? – Głos zabrzmiał sucho i niezbyt przyjaźnie.

– Szczęść Boże – uśmiechnął się nieco krzywo Rafał, demonstracyjnie ignorując pytanie. Nie przepadał za wyniosłym sekretarzem biskupa.

– Daj Boże – mruknął niechętnie sekretarz.

Rafał przeszedł natychmiast do ofensywy.

– Ksiądz pierwszy sekretarz dzisiaj na furcie? Opuszcza się ksiądz w pracy, dzwonek zepsuty.

Sekretarz spojrzał zimno na rozmówcę.

– Pan Zygmunt jest w szpitalu. Mieliśmy nieproszonych gości. Takich nieznanych sprawców…

Rafał przełknął gwałtownie ślinę. „Powinienem sam sobie dać w twarz za takie durne żarty” – pomyślał. W powszechnej opinii pan Zygmunt był najważniejszym człowiekiem w kurii. Po biskupie, rzecz jasna. Znał wszystkich i wiedział wszystko, a co za tym idzie, cieszył się powszechną sympatią ludzi o czystym sumieniu oraz podszytym obawą szacunkiem pozostałych.