Pokusa ZłaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

CZTERNAŚCIE

*B*

Jaxon Deen.

Człowiek ten zmienił moje życie bardziej, niż kiedykolwiek mogłabym się spodziewać. Byłam VIP-em prawie od roku i wydawało mi się, że wiem już wszystko, widziałam wszystko i doświadczyłam wszystkiego. A jednak się myliłam. Ponieważ to okazało się niczym w porównaniu z tym, co mnie czekało, a wszystko z powodu mężczyzny i moich własnych wyborów.

Chciałabym móc powiedzieć, że cała sytuacja było jego winą, że miał wpływ na moje czyny, lecz po co kłamać.

To ja.

Nikt inny, tylko ja.

Naprawdę nie mam pojęcia, skąd wzięły się te wszystkie emocje, uczucia, oddanie, podziw i miłość. Żyłam i oddychałam dla niego, schwytał mnie niczym pająk w sieć swoich kłamstw i podstępów, a najgorsze jest to, że wierzyłam w każde słowo, w każdą obietnicę. Za każdym razem, gdy mnie dotykał i powtarzał, że jestem tą jedyną.

Naprawdę to czułam.

Szczerość.

Pasję.

Myślałam o nim, kiedy spoczywałam w jego ramionach i kiedy zostawałam sama. To nie miało znaczenia, że spotykałam się z innymi klientami, zarówno z kobietami, jak i mężczyznami, na orgiach, w trójkątach. Nazwa nie miała znaczenia, po prostu to robiłam.

Oni dostawali tylko moje ciało.

Serce należało do Jaxona.

To uderzyło we mnie niczym rozpędzony samochód, nie wiadomo skąd. Nie dostrzegałam tego, dopóki nie było za późno. Stał się dla mnie utrzymującym przy życiu respiratorem, jedynym celem mojej codziennej egzystencji.

Z początku myślałam, że to gra, w której byłam kotkiem, a on myszką, jednak nigdy nie miałam w niej szans. Skończyłam dwadzieścia lat i w swoich oczach stałam się osobą dorosłą, kobietą. Wówczas poznałam Jaxona i okazało się, że jednak wciąż byłam dzieckiem żyjącym we własnej fantastycznej wizji świata.

A wszystko to zaczęło się i skończyło słowami „kocham cię”.

Przez te dwa pieprzone słowa inni mężczyźni przestali mieć znaczenie.

Na milion sposobów próbowałam usprawiedliwić swoje zachowanie, zrzucając winę na ojca, Landona i własną głupotę. Zakochałam się po uszy w kimś, kto nigdy do mnie nie należał. Nie był mój i mogłam jedynie udawać, że jest inaczej.

W jednej kwestii Madam miała rację.

Nigdy nie mów nigdy…

Jaxon był żonaty.

Miał rodzinę.

Wiem, to hipokryzja… Tak… Jestem tego jak najbardziej świadoma.

Spotkałam go na jednej z imprez Madam, wypatrzyłam z drugiego końca pokoju. Brzmi jak z bajki, prawda? Na koniec powinno być: „i żyli długo i szczęśliwie”. A jednak nie, nawet się na to nie zapowiadało.

Natychmiast go rozpoznałam: zajmował się polityką, uważano go za przykład idealnego męża i ojca. Należał także do grona przyjaciół mojego taty. Był o wiele starszy ode mnie, mogłabym uchodzić za jego córkę, ale wciąż był cholernie seksowny: wysoki i przystojny, o czekoladowych oczach, ze szczęką pokrytą popołudniowym zarostem i pachnący koniakiem. A ten sposób, w jaki na mnie patrzył i kiedy nie patrzył… Oddziaływał na mnie, nawet gdy nie było go w pobliżu, natomiast gdy znajdywał się obok, czułam dziwny ucisk.

Wiem, co ci chodzi po głowie, i pewnie masz rację… Może zrobiłam to z zemsty… Lub ze złośliwości… Ale wówczas nie patrzyłam na to w ten sposób.

Kiedy byłam z Jaxonem, często myślałam o swoim ojcu i jego kochance. Po raz pierwszy, odkąd odkryłam jego namiętność do innej kobiety, tej, z którą miał dzieci… porównywałam się z nią i utożsamiałam, choć widziałam tylko raz w życiu. Byłam nią… Kochałam mężczyznę, pragnęłam mieć go za wszelką cenę, wpływać na niego, kształtować, jak tylko mogłam. Nienawidziłam siebie za to. Im głębiej się w nim pogrążałam, tym bardziej zatracałam własne ja.

Już nie rozpoznawałam osoby patrzącej na mnie z lustra, a może nigdy tego nie potrafiłam.

– Śliczna dziewczynko, jesteś taka urocza, taka ciepła i miękka – rozwodził się, przesuwając koniuszkami palców w górę i w dół od mojej szyi do biodra. – Twój zapach uzależnia. Nigdy mi ciebie nie jest dość, czy w małych, czy w dużych dawkach. Gdy jestem z tobą, zawsze odczuwam niedosyt. Wiesz o tym?

– Wiem – wymruczałam, rozkoszując się dotykiem jego dłoni.

– Pewnego dnia ożenię się z tobą. Będziesz matką moich dzieci, a ja będę kochał cię po wsze czasy i nigdy nie wypuszczę. Jesteś moja, Brooke, tylko moja.

Uśmiechnęłam się na tę myśl.

– Chciałbym spróbować dziś czegoś nowego. Ufasz mi?

– Tak… – Westchnęłam, zatracając się w nim. Kołysał mnie swoim głębokim oddechem, ruchami i pieszczotami. Grał na mnie jak na ulubionym instrumencie, nie mogąc przestać. Znał moje ciało lepiej niż ja sama, choć też wiele się nauczyłam: co lubię, co uwielbiam, a czego nigdy nie mam dość.

Moje zachcianki, potrzeby.

Wszystko w rękach żonatego mężczyzny.

– Chciałbym sprawić, żebyś doszła. Zrobisz to dla mnie?

Zassałam dolną wargę, a on jęknął, sprawiając, że moja cipka rozpłynęła się z podniecenia. Zamknęłam oczy. Nie chciałam ich otwierać, bo czasem w jego spojrzeniu widziałam odbicie prawdy, a o wiele łatwiej jest udawać, żyć we własnym świecie, w którym istniejemy tylko my i nic innego nie ma znaczenia.

Pocałował mnie, muskając językiem wgłębienie szyi – miejsce, którego pieszczenie doprowadza mnie do obłędu i sprawia, że drżę na całym ciele. Jego ręka zaczęła masować mi pierś, z początku delikatnie, potem coraz bardziej nagląco, pożądliwie, natarczywie. Po moim ciele, od koniuszków palców po czubek głowy, rozlało się gorąco, rozprzestrzeniając się niczym pożar.

Był wszędzie, wtapiał się coraz głębiej w moje serce i duszę.

– Twoja skóra czerwienieje tam, gdzie cię dotykam, skarbie. Wiesz, jak na mnie działasz? Wiesz, że jestem na twoją wyłączność? Że jestem twój?

Wymamrotałam coś w odpowiedzi.

Położył palce na moich wargach, które zaraz się rozchyliły. Wsunął je w moje usta, poruszając w przód i w tył w powolnej, rozkosznej torturze. Kiedy były już wystarczająco wilgotne, wyjął je i zaczął kreślić kółka wokół mojego sutka, który od razu stwardniał. To samo zrobił z drugim, po czym pochylił się i chuchnął na nie, podrażniając końcówki moich nerwów, a ja zapłonęłam z pożądania.

Ścisnęłam uda, żeby złagodzić to uczucie, a z głębi jego gardła dobiegł pomruk dezaprobaty.

– Widzę, że twoja cipka aż lśni, czekając na mnie. Powinienem okazać ci litość, dając to, czego pragniesz, a może sprawić, byś zaczęła błagać? Uwielbiam, gdy to robisz. – Dręczył mnie tonem głosu, który bardzo dobrze znałam. Ponownie wsunął mi palce do ust, lecz zaraz potem położył je bezpośrednio na mojej łechtaczce, poruszając powoli z boku na bok.

– Podoba ci się, skarbie?

Wszystko, co mi robił, zawsze było precyzyjne i wykalkulowane.

– Chodź tutaj.

Otworzyłam oczy i patrzyłam, jak sadowi się przy wezgłowiu łóżka, kiwając na mnie, abym usiadła tyłem, między jego nogami. Rozszerzył moje uda, a ja odprężyłam się w jego twardych, muskularnych objęciach. Kiedy poczuł, że moje ciało jest dla niego wystarczająco pobłażliwe, kontynuował ruch, tym razem w tył i w przód, po mojej łechtaczce.

Odrzuciłam głowę do tyłu, opierając ją o jego ramię i rozchylając lekko usta. Całował wzdłuż moją szyję i podciągnął mi nogi do góry. Zaczęłam poruszać biodrami tam i z powrotem w stronę jego twardego, wygłodniałego kutasa.

Jedną ręką bawił się moją łechtaczką, a drugą przesuwał w górę i w dół między płatkami warg sromowych, rozsmarowując wyciekającą ze mnie wilgoć.

– Nie masz pojęcia, jak bardzo chcę cię posmakować. Niemal czuję na końcu języka twój słodko-słony smak.

Zostawił moją łechtaczkę i lekko wsunął we mnie palce, trafiając dokładnie we właściwy punkt, znajdując go – jak zawsze – jak na zawołanie. Rozpoczął masaż regularnymi kolistymi ruchami niczym w diabelskim młynie. W ciągu kilku sekund poczułam się nabrzmiała, jakbym miała eksplodować, rozlecieć się na nim, dla niego na kawałki. Moje nogi drżały, a w głowie wirowało.

Ten orgazm był wyjątkowy. Inny niż wszystkie, które doświadczyłam z każdym moim partnerem, włączając Jaxona. Mój żołądek się zacisnął, oddech stał się ciężki, niemal duszący, a nasze serca biły jednym rytmem. Jedno odpowiadało na uderzenia drugiego niczym echo, jakby ze sobą rozmawiały.

– Tak jest… Już prawie. Czuję, jak mnie wypychasz. – Wsunął kolejny palec i poczułam się jeszcze lepiej, ale tym razem zaczął poruszać się we mnie, uderzając w mój punkt G szybkimi, miarowymi pchnięciami, tak jakby robił to swoim kutasem.

– Nie mogę… Nie mogę… Proszę… – błagałam, nie wiedząc, o co.

– Cii… Daj się temu porwać, niech to się stanie. Chcę zobaczyć, jak dochodzisz.

Moje biodra dopasowały się do tempa jego pchnięć, zaspokajających pragnienie mojej cipki, którego nie mogłam rozpoznać ani zrozumieć. Straciłam kontrolę nad ciałem i zaczęłam wykonywać mimowolne ruchy. Czułam, jak moje ciało go wypycha. Wstrzymałam oddech. Musiałam dać temu upust.

– Tak… Tak… Tak… – jęczał mi w bok szyi. Nie musiałam na niego patrzeć, by wiedzieć, że przeżywa to tak samo jak ja, a może nawet bardziej, jeżeli to w ogóle możliwe.

Już nie mogłam znieść więcej. Krzyknęłam i właśnie w tym momencie wysunął palce. Z mojej cipki trysnęło na łóżko. Ale to nie był jeszcze koniec. Wepchnął znów we mnie palce i pieprzył mój punkt G, podczas gdy jego druga ręka bawiła się łechtaczką.

Moje ciało przebiegł dreszcz. Nie mogłam przestać dochodzić. Orgazmy uderzały we mnie gwałtownie, raz za razem, nie pozwalając się pozbierać. Straciłam kontrolę nad emocjami i namiętnościami, które we mnie rozpalał, i po raz pierwszy wykrzyczałam: „Kocham cię!”. Wykrzykiwałam te słowa raz po raz, jakby były najprostsze na świecie. Wypływały ze mnie, nie dbając o konsekwencje.

Nic innego, tylko: Kocham cię.

I część mnie wiedziała…

Że właśnie tego ode mnie oczekiwał.

*D*

– O Boże, mamo! Nie umawiam się z nią, ona nie jest moją dziewczyną. Czy możesz przestać?

 

Przewróciła oczami.

– Devon, mieszkacie razem.

– Tylko na kilka miesięcy.

– I ona pracuje dla ciebie.

– Tak, już od półtora roku.

– Więc…

– Więc… co?

– To wystarczy, żebym ją lubiła. Twoje siostry myślą podobnie.

– Czy musimy znów o tym rozmawiać? Ysabelle i ja tylko się przyjaźnimy. To wszystko. Kocham ją, lecz nie w taki sposób.

– Ach! Denerwujesz mnie już. Kiedy wreszcie zostanę babcią?

– Już nią zostałaś, masz przecież Deahnę, Lauren jest zaręczona, a Alexis nie pozostaje w tyle. Jestem pewien, że niedługo pojawi się w rodzinie więcej dzieci. Proszę, mogłabyś przestać mi marudzić?

– Wujcio Dev! – Deahna wślizgnęła się przez drzwi garażowe i podbiegła kaczkowatym krokiem prosto w moje objęcia.

– Cześć, maleństwo – przywitałem się, cmokając ją po całej buzi, aż zaczęła chichotać.

– Nie maleństwo. Duża dziewczynka – poprawiła mnie.

– Tak… Tak… Wiem przecież. Taka duża dziewczynka.

– O rany, ona doprowadza mnie do szaleństwa. – powiedziała Liv, wchodząc. – Chciałbyś zająć się nią przez kilka dni? Pytam poważnie. Mam egzaminy, a nie zdążyłam jeszcze nawet otworzyć książki. John robi w pracy nadgodziny.

– Z przyjemnością się nią zajmę.

– Jesteś pewien? – Uśmiechnęła się. – Ysabelle nie będzie to przeszkadzać? Zawsze robi się nerwowa, gdy mała jest w pobliżu. Nie chce się do niej zbliżać i unika jak zarazy.

Zaśmiałem się.

– Ona po prostu nie rozumie dzieci, ale jest w porządku. I dlaczego wszyscy myślą, że ona jest moją dziewczyną? – spytałem poirytowany, odstawiając Deahnę z powrotem na ziemię.

– Zawsze wszędzie chodzicie razem… więc…

– Maaama, lubię Bell – gaworzyła Deahna.

– Wiem, kochana, Piękna i Bestia to twój ulubiony film.

Przytaknęła zadowolona.

– Już po raz setny powtarzam: ona nie jest moją dziewczyną. Jesteśmy przyjaciółmi.

– Oczywiście – odpowiedziały zgodnie, nie wierząc mi.

– Cóż, ja ją lubię i wydaje mi się, że pasujecie do siebie – dodała Liv.

– Czy możecie dać spokój?

– Mam już tego dość. Idę wziąć prysznic. Ty spróbuj przemówić swemu upartemu bratu do rozumu – powiedziała mama, odchodząc. W ślad za nią podążyła Deahna.

Po chwili, ramię w ramię, weszły Alexis i Lauren, a ja poczułem, że zaraz będzie tylko gorzej.

– Cześć, braciszku – przywitała się Lauren, całując mnie w policzek.

Alexis przytuliła mnie mocno.

– Coś się stało? – spytała Lauren z uśmiechem.

– Nasz drogi braciszek wciąż nie może się ustatkować. Powiedzcie mu, że lubicie Ysabelle, może to zadziała.

– TAK! – wrzasnęły razem.

– Zmówiłyście się dzisiaj, by mnie dręczyć, czy jak?

– Nie, wcale nie. – Lauren przekrzywiła głowę. – Po prostu chcemy widzieć cię szczęśliwym, Devon. Wciąż pracujesz, a to nie jest zdrowe. Powinieneś mieć do kogo wracać wieczorami.

– Proszę, nie rób mi psychoanalizy. Nie teraz.

Westchnęły.

– Dev, my też przez to przechodziłyśmy – oznajmiła Liv, zaskakując mnie.

– Co?

– To znaczy oczywiście nie pamiętam tego tak dobrze jak wy, ale wystarczająco. Tata… On… był… To znaczy… no wiesz. – wybąkała. Słowa nie mogły przejść jej przez gardło.

– Nigdy o tym nie rozmawialiśmy – wyznała Alexis.

– Nie ma o czym – stwierdziłem.

– Poważnie? No co ty, Devon. Mieszkałyśmy z tobą, wiele razy spałyśmy razem w twoim pokoju. Wiemy o twoich koszmarach i wiemy, jakie leki brałeś. Ciebie dotykało to bardziej niż nas, nawet bardziej niż mamę – rzekła Lauren. Przerwała na chwilę, pozwalając, by jej słowa odpowiednio wybrzmiały. – Pamiętam wszystko. Nienawidzę go. Nienawidzę równie mocno jak ty i nawet jeśli nigdy nas, dziewczyn, nie uderzył, to nie ma znaczenia, ponieważ czułyśmy każdy cios, każdy krzyk. Więc proszę… Rozumiemy to, okej…? Ale nie możesz dusić tego w sobie i odcinać się od innych. Wszyscy chcemy, abyś był szczęśliwy. Masz już trzydzieści jeden lat. Nie chcemy, żebyś został sam na starość. Tyle dla nas zrobiłeś, że nigdy nie będziemy w stanie ci się odwdzięczyć. Stałeś się dla nas niczym ojciec, Dev, którego nigdy nie miałyśmy. Wiem, że jesteśmy rodzeństwem, ale czasami patrzę… patrzymy na ciebie jak na ojca.

Jej słowa wzruszyły mnie niemal do łez. Nie spodziewałem się, że postrzegają to w taki sposób. Mogłem się domyślać, ale słysząc, gdy to mówi, i patrząc, jak reszta kiwa głowami na znak potwierdzenia, odczuwałem sprzeczne emocje, których jeszcze nigdy nie zaznałem. Jednocześnie było trudno i przynosiło mi to otuchę.

– Dziewczyny, tak bardzo was kocham. Zawsze będę dla was, ale to są rzeczy, o których nie będę dyskutować ani z wami, ani z mamą. Nie potrafię… Proszę, zrozumcie.

Skinęły głowami, lecz twarze pokazywały co innego. Natychmiast rozpoznałem ich smutek.

– Pamiętaj, że gdybyś nas potrzebował, zawsze będziemy przy tobie – zapewniła Liv, przytulając mnie mocno. Reszta poszła za jej przykładem.

Trzymałem w objęciach kobiety, które ceniłem ponad życie.

I to mi wystarczało.

PIĘTNAŚCIE

*B*

Dwa wyniki dodatnie.

Uśmiech na twarzy.

Wynik dodatni.

Dwie różowe kreski.

Różowa kreska.

I słowo…

Ciąża.

Czarne na białym. Zrobiłam sześć różnych testów i wszystkie wskazywały ten sam wynik.

W ciąży.

Brzemienna.

Z dzieckiem.

Ciasto w piekarniku.

Bękart.

Minęły cztery lata, odkąd zostałam VIP-em. Z Jaxonem byłam już nieco ponad dwa. Słowo byłam stosuję tutaj w bardzo luźnym znaczeniu, ponieważ nie można tego nazwać związkiem, a przynajmniej nie takim, jakiego chciałam, i zupełnie innym od tego, który mi obiecywał. Po każdym kolejnym rozstaniu trudniej mi było funkcjonować. Mój umysł przepełniały obietnice. Oczekiwałam na ich spełnienie z obsesją sięgającą granic.

I tak postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce… Zajść w ciążę. Nie zrobiłam tego, żeby go usidlić… Chciałam w ten sposób, byśmy szybciej zostali parą, dać mu pretekst, którego potrzebował, by zacząć działać w tym kierunku. Kiedy pojechałam z nim w podróż biznesową, ostrzegłam, że zapomniałam wziąć tabletek antykoncepcyjnych, lecz to było kłamstwo. Po prostu przestałam je zażywać. Staraliśmy się zachować ostrożność, ale różnie nam wychodziło.

W dużej mierze wierzyłam, że on pragnie tego równie mocno jak ja, lecz boi się to przyznać. O wiele łatwiej było udawać ostrożność… I oto sześć tygodni później mam pozytywny wynik testu ciążowego. Dwie kreski.

Jestem wdzięczna.

Zachwycona.

Pełna otuchy.

Jaxon jeszcze nigdy tak na mnie nie działał.

– Cześć, piękna – przywitał się, odbierając telefon.

– Cześć – odpowiedziałam, ledwo panując nad emocjami. – Jestem w ciąży – wypaliłam z uśmiechem.

Po drugiej stronie zaległa cisza, ale słyszałam jego oddech, więc wiedziałam, że wciąż tam jest. Nie rozumiałam tylko jego milczenia.

– Wszystko w porządku? – spytałam, siadając na kanapie i patrząc na wszystkie testy ciążowe, rozłożone na stoliku do kawy.

– Jesteś pewna? – spytał obojętnie.

– Nie byłam u lekarza, ale mam przed sobą sześć testów. Wszystkie są zgodne.

– Sześć? – powtórzył, zaskoczony.

– Tak… Sześć.

Znów zamilkł, a ja zaczęłam się denerwować.

– Myślałam, że się ucieszysz.

– Brooke… Ja… Ja się cieszę… Nie spodziewałem się…

– Mówiłeś, że chciałbyś mieć ze mną dzieci. Z tego, co pamiętam, to nawet czwórkę.

– Wiem, skarbie. – Zawahał się i zamilkł na kilka sekund. – Po prostu jestem zaskoczony. Czy Madam wie? – spytał nagle.

– Nie…

– Powiesz jej?

– Oczywiście, ale najpierw chciałam podzielić się tym z tobą.

– Jak myślisz, co zrobi, kiedy się dowie?

Zmarszczyłam brwi i zacisnęłam usta.

– Jaxon, czemu bardziej interesuje cię Madam niż nasze maleństwo? Czy coś jest nie tak?

– Wybacz mi. Czy możemy się spotkać jutro w południe, tam gdzie zawsze? Będziemy mogli spokojnie porozmawiać.

– Okej… O czym dokładnie chcesz rozmawiać?

– Brooke, musimy to wszystko poukładać. Przyszłościowo.

– Myślałam, że to ja jestem twoją przyszłością.

– Oczywiście, że jesteś. Porozmawiamy o tym jutro, okej?

Skinęłam głową, niezdolna wydusić słowa.

– Brooke… Kocham cię. Wiesz o tym. Proszę, powiedz, że wiesz.

– Wiem.

– Powiedz, że też mnie kochasz.

– Kocham cię – powiedziałam, wymawiając starannie każde słowo. – Do zobaczenia jutro.

Resztę dnia siedziałam jak na szpilkach, wciąż masując brzuch na tysiące różnych sposobów.

Czekałam na niego w naszym apartamencie, ubrana w czerwoną koszulę nocną. Uwielbiał mnie w tym kolorze. Kiedy drzwi się otworzyły i spojrzałam na jego twarz, wiedziałam już, że nie stanie się to, na co czekałam od tak dawna, o co się modliłam. W dłoni trzymał tuzin czerwonych róż i natychmiast przypomniało mi się inne miejsce w innym czasie.

– Co? – spytałam, cała spięta, z sercem walącym w piersi.

Usiadł koło mnie, unosząc moje ręce do swojej twarzy i całując je namiętnie.

– Wyglądasz bosko.

Rozluźniłam się odrobinę, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech, lecz wciąż nie mogłam oderwać wzroku od róż, które położył na stole, tuż obok testów ciążowych, które tam dla niego zostawiłam.

– Kocham cię, nigdy nie myślałem… że mogę… kochać kogoś tak bardzo, jak pokochałem ciebie.

Uśmiechnęłam się, usiłując skupić wzrok na jego twarzy.

– Twoje uczucie jest jak najbardziej odwzajemnione, Jaxon.

Zamilkł na chwilę, by spojrzeć na testy, które wskazywały na naszą pełną nadziei przyszłość. Razem. Jako rodzina.

Patrzył na nie tak jak ja wcześniej na róże i już wtedy mogłam się domyślić…

– Ale, skarbie, nie możemy tego zrobić – poinformował mnie bezlitośnie i z pewną rezerwą.

– Co masz na myśli? – Zaschło mi w ustach.

– Musimy zapanować nad sytuacją. Rozumiesz mnie?

Otworzyłam szeroko oczy i – nie bez trudu – wyswobodziłam się z jego miłosnego uścisku.

– Aborcja? Każesz mi się go pozbyć?

Zwilżył wargi i spuścił wzrok. Nie chciał spoglądać w moją stronę, jakby to, co mówił, sprawiało mu ból. Nie rozumiałam, dlaczego wyraża to w ten sposób, skoro z pewnością miał na myśli co innego.

Nic nie miało sensu.

Jego reakcje.

Spojrzenia.

A zwłaszcza…

Słowa.

Nie rozpoznawałam siedzącego przede mną mężczyzny, zupełnie jakby był obcą osobą, a nie kimś, komu powierzyłam swoje serce i duszę.

– Tak, to jest to, o co proszę, co trzeba zrobić. – Spojrzał na mnie ze smutkiem, niemal z żalem w oczach.

– Dlaczego? Przecież powiedziałeś! Obiecywałeś! Mówiłeś, że mnie kochasz! Że tego właśnie chcesz! Nas! – wykrzyknęłam, nie mogąc dłużej zapanować nad złością i emocjami.

– Wiem, skarbie, wiem. Błagam, uspokój się – prosił, próbując mnie znów chwycić za ręce.

Odepchnęłam go gwałtownie i zerwałam się z kanapy.

– Oszukałeś mnie! Wszystko, co mówiłeś, to kłamstwa! Igrałeś ze mną!

– Wiesz, że to nieprawda.

– Doprawdy? Czemu więc mnie prosisz, bym zabiła nasze dziecko? Czemu to robisz? – Musiałam to zrozumieć.

– Ponieważ to jeszcze nie jest właściwy czas – odparł krótko.

– Nie? A kiedy będzie właściwy czas? To już dwa lata, a ty wciąż masz żonę, a ja pozostaję tylko kochanką. To wszystko, czym jestem dla ciebie? Kurwą? Twoim VIP-em? Tak mnie postrzegasz?

– Nigdy.

– Bzdura.

W trzech susach znalazł się przy mnie.

– Kocham cię jak cholera. Nigdy w to nie wątp. Ani we mnie. – powiedział, ujmując moją twarz w dłonie.

– Więc proszę, nie każ mi tego robić. Nie potrafię, nie chcę. Pragnę być z tobą. To dziecko jest owocem naszej miłości, Jaxon. Nie każ mi się go pozbyć.

Całował mnie po całej twarzy.

– Proszę… Spróbuj zrozumieć. Nie mam wyboru. To nie jest właściwy czas.

– Kiedy zatem? Kiedy ten czas nadejdzie? Hę?

– To nie fair, Brooke, wiesz o tym. Zbyt wiele stracę.

– A co ze mną? Nie jestem tego warta? Mnie nie boisz się stracić?

– Przykro mi… Proszę… Zrób to dla mnie, dla nas. Obiecuję, że to nie będzie trwać wiecznie.

– Nie masz pojęcia, o co prosisz.

– Mam. – Skinął głową. – Przez cały czas będę przy tobie. Obiecuję. Zrobimy to razem. Wszystko przygotuję i załatwię, przysięgam.

– Ale ja cię kocham… – Łzy ciurkiem spłynęły mi po twarzy.

– Ja też cię kocham. – wyznał, ocierając ciepłe krople. – Wszystko będzie dobrze. Na dzieci przyjdzie jeszcze czas. Obiecuję, że pewnego dnia nam się uda. Zaufaj mi, uwierz we mnie tak, jak ja wierzę w nas. Możesz to zrobić? Dać mi trochę czasu?

 

– Tak – wyszeptałam, patrząc w ziemię.

Nie miałam już nic więcej do powiedzenia. Jedyne, co mogłam, to mu zaufać, że wszystko będzie tak, jak obiecywał. Nie miałam innego wyboru.

Kochaliśmy się przez resztę popołudnia, aż do wieczora. Pocałował mój brzuch, mówiąc, jak bardzo mnie kocha.

Przyszłość.

Obiecywał.

Nasza.

Mówił.

Moja.

Powtarzał.

Twój.

Przyznawał.

Z każdą kolejną pieszczotą znów czułam jego miłość, tę samą więź, która łączyła nas już od pierwszego dnia. Kiedy byliśmy razem, wszystko inne przestawało mieć znaczenie. Czas płynął dalej, a my pozostawaliśmy w miejscu, ramię w ramię, otuleni przez westchnienia i szepty.

Następnego ranka powiedział mi, że wszystko załatwił i jedyne, co ja muszę zrobić, to przyjść. Powtórzył, że przez cały czas będzie przy mnie.

Nie zdawałam sobie sprawy z jego kłamstw, dopóki nie było za późno.

Nigdy więcej już go nie zobaczyłam.

Jaxon okazał się inny niż mój ojciec. Nigdy mnie nie kochał.

Przez wszystko przechodziłam sama. Tego dnia nauczyłam się, że mój tata naprawdę darzył miłością swoją kochankę. Kochał swoją drugą rodzinę.

Opiekował się nią, jak zrobiłby to każdy porządny mężczyzna. Jaxon kazał mi zabić.

Nie wiem, który z nich był dla mnie bardziej okrutny.

Nienawiść.

Stała się dla mnie nową definicją słowa miłość.

*D*

Otworzyłem drzwi i od razu mocno ją uściskałem.

– Młoda, co za zajebista niespodzianka, wchodź – powiedziałem.

Usiedliśmy na kanapie. Nie widziałem jej dobrych kilka tygodni.

– Chcesz coś do picia? – spytałem.

– Tak, poproszę dietetyczna colę.

– Więc, młoda, co słychać? Nie było cię kilka tygodni. – Podałem jej puszkę.

– Niewiele – odparła.

Niedługo skończę trzydzieści dwa lata, a ona osiemnaście. Wciąż nie miała pojęcia, że znam jej sekret. Zrezygnowała z pracy w moim barze parę tygodni temu, twierdząc, że chce spróbować czegoś nowego. Puściłem ją, dając szansę robić to, czego pragnie. Zawsze jednak będę na nią uważał, gdyż tak wiele dla mnie znaczy.

Wciąż niczym mała dziewczynka ukrywała się za barierą, przez którą nigdy nie byłem w stanie się przebić. Nie dopuszczała mnie do siebie. Nie miałem pojęcia o jej przeszłości, ale często rozpoznawałem specyficzny wyraz pojawiający się na jej twarzy. Uciekała przed czymś i miałem nadzieję, że któregoś dnia znajdzie to, czego szuka. Zasługiwała na to. Była dobrym dzieckiem. Chciałem jej szczęścia tak samo jak dla mamy i sióstr.

– Wyglądasz inaczej – stwierdziłem, przyglądając się jej. Z jakiegoś powodu wyglądała dojrzalej. Kobieta, a nie dziewczyna, która nieco ponad dwa lata temu weszła do mojego baru. Miałem wrażenie, jakbym znów zobaczył ją po raz pierwszy.

– Naprawdę?

– Tak, ciuchy, fryzura, makijaż… Wyglądasz super. Zmieniasz styl, co? – Zachichotałem, starając się odegnać troskę z jej pięknej twarzy.

– Tak… Coś w ten deseń. A co słychać u ciebie? Jak tam bar? – spytała, zmieniając temat.

– Po staremu. Bez większych zmian. Zatrudniłem nową dziewczynę, młodą i energiczną.

– Długo ci to nie zajęło – stwierdziła, a w jej oczach odmalowała się zazdrość.

– Wiesz, jakie jest Miami, zawsze znajdzie się ktoś do pracy. Przychodzą, bo myślą, że coś osiągną.

Rozluźniając się, przytaknęła.

Wtem przysunęła się i mocno mnie przytuliła, co było kompletnie zaskakujące. Ysabelle nie należała do osób uczuciowych. Objąłem ją z takim samym entuzjazmem, jedną rękę kładąc na jej plecach, a drugą z tyłu głowy.

– Wszystko w porządku? – spytałem z niepokojem w głosie.

Odniosłem wrażenie, że przeszła trudną drogę i chce się tym ze mną podzielić, lecz z jakiegoś powodu nie może wydusić słowa. Dostrzegałem to u niej już wielokrotnie, łatwo mi było ją przejrzeć, lecz czasami, tak jak teraz, nie miałem pojęcia, skąd przybyła i co się stało. Niepokoiło mnie to i wciąż się o nią martwiłem.

Chciałem uchronić ją przed błędnymi decyzjami i złymi wyborami, sprawić, żeby poczuła się bezpieczna i chroniona. Kiedy mnie przytuliła, poczułem, że pozwala mi przelać na siebie część tych emocji, chce, bym się nią zaopiekował. Odczułem ulgę, bo wiedziałem, że nie dopuszcza w ten sposób do siebie nikogo innego.

– Tak, wszystko w porządku, tylko… No nie wiem, trochę tęskniłam za twoją paskudną gębą – zażartowała.

– Pamiętaj, że ta paskudna gęba zawsze będzie przy tobie, gdybyś jej potrzebowała. Całkiem nieźle składam rzeczy do kupy – zapewniłem, mając nadzieję, że zdaje sobie sprawę z powagi tego, co mówię.

– Oj nie. – Zaśmiała się. – Jesteś w tym beznadziejny. Pamiętasz, jak próbowałeś naprawić rury i zapomniałeś zakręcić kran? Zużyliśmy każdy ręcznik, jaki był w domu, próbując usunąć wodę, pamiętasz?

– Nieee, to było specjalnie. To, jak wywalasz się dupą na mokrą podłogę, warte było bałaganu. Chyba nigdy się tak nie uśmiałem.

– Mmmhmm, a następnego dnia specjalnie wezwałeś hydraulika, tak?

– Godzisz w moje ego. Wciąż jesteś smarkata. Wiesz o tym, prawda?

– Dziękuję, że byłeś przy mnie, kiedy cię potrzebowałam – powiedziała, znów poważniejąc.

– Hej, na pewno wszystko w porządku? Coś się stało? Porozmawiaj ze mną, młoda.

Bardzo chciałem, żeby się w końcu przede mną otworzyła, lecz zdawałem sobie sprawę, że im bardziej będę nalegał, tym mniej osiągnę. Dopuści mnie do siebie, gdy będzie na to gotowa.

Taką miałem nadzieję.

– Nic się nie stało. Po prostu jestem wdzięczna za to, co dla mnie zrobiłeś. Przecież nie musiałeś.

– Dlaczego? Bo wpakowałbym się w niezłe gówno, gdyby wyszło na jaw, że zatrudniam małolatę? – wyjawiłem w końcu.

– Co? Ty wiesz? – spytała, zszokowana.

– Wiem – przyznałem z krzywym uśmieszkiem.

Myślałem, że jak się przyznam przed nią, że znam jej sekret, może mi zaufa i się przede mną otworzy. Nic podobnego się nie stało… przez następne parę lat.

– Devon, jesteś dobrym człowiekiem. Powiedz, do diabła, skąd wiesz?

– Z początku nie wiedziałem. Dopiero po kilku tygodniach wspólnego mieszkania przypadkowo natknąłem się na twoje prawo jazdy, kiedy szukałem pieniędzy, by zapłacić za pizzę.

– Nigdy nic nie mówiłeś. Devon, byłam dla ciebie ogromnym ciężarem. Zatrudniłeś nieletnią i ukrywałeś we własnym domu – przypomniała mi.

– Lubię życie na krawędzi. Poza tym jesteś zbyt ładna, żeby pozwolić ci odejść. Przywiązałem się do ciebie – stwierdziłem szczerze.

– Devon, jesteś zbyt dobry, by być prawdziwy, wiesz?

Zaśmiałem się.

– Potrafię też słuchać. Chcesz ze mną pogadać? Mam wrażenie, że z czymś się zmagasz.

Zerwała się nagle, spoglądając na zegar w telefonie. Również wstałem.

– Muszę lecieć. Obiecałam przyjaciółce, że odwiozę ją do domu – skłamała.

Przytuliłem ją mocno.

– Podejmuj mądre decyzje – wyszeptałem jej do ucha.

Coś mi mówiło, że wkrótce jej życie się zmieni. Kiedy odsunęła się ode mnie z lekkim uśmiechem i pogłaskała mnie po klacie, wiedziałem, że się nie mylę.

Tego popołudnia opuściła moje mieszkanie jako nowa osoba.

Nie rozumiałem tego przez najbliższe kilka lat…

VIP.

Zmieni nie tylko jej życie.

Moje również.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?