Bezludna wyspaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Motto

Ludzie na wyspie

PŁYTA PIERWSZA

Prolog

PŁYTA DRUGA

Trzy lata wcześniej 1. Płyty z bezludnej wyspy

2. Sportofaszysta

3. Rozwalak

4. Nikt znikąd

5. Człowiek-wyspa

6. Dlaczego nie opłakiwałem szkolnych kolegów

7. Blucozade

8. Przywrócenie niewolnictwa

9. Mistrzowie

10. Czara goryczy

11. Pierwszy cios i ostatnia kropla

12. Umowa

PŁYTA TRZECIA

13. Jestem królem wszystkiego, co badam

14. Niedźwiedź polarny w dżungli

15. Klub Winowajców

16. Samolot, samolot

17. W pomarańczowym ci do twarzy

PŁYTA CZWARTA

18. Zdobywcy ognia

19. Łowcy i zbieracze

20. Flaki

PŁYTA PIĄTA

21. Noc na nagiej górze

22. Monte Christo

23. SOS

24. Bikini Dolne

25. Bunt Loama

26. Morze ryb

27. Królewski namiestnik

28. Lekarz pokładowy

29. 23B

30. Którzy się smucą

31. Zielone gonady

PŁYTA SZÓSTA

32. Boska spódniczka

33. Boska spódniczka (II)

34. Boska spódniczka (III)... prawie

35. Wyspa miłości

36. Dzieła wszystkie

37. Wersal

38. Rycerze żyją

39. Płynąc donikąd

40. Dosyć fanfaronady

41. Widok na końcu świata

42. X prowadzi do skarbu

43. Litery i liczby

44. Misja

45. Szyfr

46. Bunkier

PŁYTA SIÓDMA

47. Wywiad

48. Zły numer

49 Ta druga wyspa

PŁYTA ÓSMA

Epilog

Płyty wszystkich rozbitków z bezludnej wyspy

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału

THE ISLAND

Text copyright © M.A. Bennett, 2018

Originally published in the English language as The Island by Bonnier Zaffre, London

The moral rights of the author and illustrator have been asserted.

Copyright © for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o., 2020

Zdjęcie na okładce AS Inc / Shutterstock

Copyright © for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o., 2020

Cytaty z Pisma Świętego pochodzą z Biblii Tysiąclecia, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań-Warszawa

Projekt okładki, skład i łamanie: Andrzej Komendziński

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-882-5

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 50

www.mediarodzina.pl mediarodzina@mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Sachy,

który był Nikim Znikąd,

a teraz jest Kimś Skądś

Żaden człowiek nie jest samotną wyspą [...]

JOHN DONNE

LUDZIE NA WYSPIE

Lincoln Selkirk: NERD

Flora Altounyan: DZIEWCZYNA EMO

Sebastian Loam: OSIŁEK

Miranda Pencroft: GWIAZDA

Ralph Turk: ZIOMAL

Jun Am Li: ZDOLNA BESTIA

Gilbert Egan: GAMOŃ


PŁYTA PIERWSZA

Oda do radości

Ludwig van Beethoven (1785)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


PROLOG

Pierwszą rzeczą, którą pamiętam z wyspy, był moment, kiedy otworzyłem oczy i zobaczyłem przed sobą piasek – tak blisko, jakbym oglądał go pod mikroskopem. Zabrzmi to głupio, ale do tamtej chwili nie zdawałem sobie sprawy z faktu, że piasek w dużym zbliżeniu wygląda jak grupa miniaturowych skał posklejanych ze sobą niczym grudki brązowego cukru, jakiego używają w Anglii. Moja głowa po stronie wgniecionej w ziemię zdawała się spłaszczona, jakby się odkształciła, i zamiast piłki do angielskiej odmiany futbolu przypominała raczej piłkę do futbolu amerykańskiego.

Zamrugałem i próbowałem skupić wzrok. Coś szybko zbliżało się do mojej twarzy. Ciepła, słona woda. Fala zalała mi usta, zadławiła mnie, a potem oddaliła się tak szybko, jak nadeszła. Po kilku sekundach wróciła i tym razem coś przyniosła. Wyciągnąłem rękę – obcą, jakby nie należała do mnie – i złapałem czarny, pająkowaty przedmiot. Okazało się, że to moje kupione za cztery funty okulary marki Tiger. Były całe, w nienaruszonym stanie.

 

Usiadłem, a moją głowę przeszył ostry ból. Przepłukałem okulary w morzu i z przyzwyczajenia wsunąłem je od razu na nos. Krople wody spływającej po soczewkach potoczyły się po moich policzkach jak łzy. Było tak gorąco, że niemal od razu wyschły. Poruszyłem szczęką. Bolała. Potem zbadałem językiem zęby po prawej stronie twarzy. Trochę się kiwały, ale nie wyczułem żadnych strat, jedynie ostrą krawędź zęba wyszczerbionego, kiedy zarobiłem cios podczas gier ruchowych. Mama już od wielu tygodni przypominała mi, żebym poszedł z tym do dentysty, ale jakoś nie było okazji. Teraz pewnie ta sprawa odwlecze się jeszcze bardziej.

Obejrzałem resztę ciała. Nie wyglądało na to, żebym odniósł jakieś obrażenia. Moje chude, blade ręce były chyba w porządku, a z chudymi, bladymi nogami też nie było najgorzej. Nie miałem przy sobie lustra, więc nie mogłem obejrzeć swojej futbolowej głowy, ale zerknąłem pod koszulę i tors też wyglądał normalnie. Był jak zwykle wątły, zapadnięty, owłosiony mniej więcej tak, jak głowa Homera Simpsona – żałosny jak na szesnastoletniego chłopaka, ale przynajmniej nienaruszony. Biała koszula i spodnie khaki, które miałem na sobie w samolocie, były trochę poprzecierane i porwane, a ponadto nie wiadomo, w jaki sposób zgubiłem trampki – moje chude, blade stopy były bose. Jednak wziąwszy pod uwagę okoliczności, miałem się całkiem nieźle jak na kogoś, kto przed chwilą runął z nieba na ziemię.

Rozejrzałem się. Zobaczyłem wyspę wyjętą żywcem z kreskówek o SpongeBobie Kanciastoportym – z palmami, szmaragdowym morzem i błękitnym niebem. Złote słońce paliło skórę. Nigdy przedtem nie było mi tak gorąco, nawet jeszcze w Palo Alto. Słyszałem w uszach swój własny oddech, a gdzieś obok szumiały fale obmywające brzeg. Wyspa też oddychała.

Nagle powiał bardzo przyjemny wiatr, który dodał do gamy jeszcze jeden dźwięk – jakby szept rozlegający się wśród palm. Duże, błyszczące liście rozkołysały się nad wielkimi, zielonymi kokosami wiszącymi parami w ich cieniu. Ląd widoczny za linią palm porastała dzika dżungla z wystającym w oddali wysokim, zielonym wzgórzem. Oczywiście jeszcze nie wiedziałem, że znalazłem się na wyspie, ale to miejsce od razu budziło takie skojarzenia. Za mną widniała długa bruzda w piasku, jakby podczas lądowania coś mnie pchało albo przeciągnęło po ziemi. Daleko na plaży leżały białe, bezkształtne obiekty, które musiały być szczątkami samolotu, którym leciała nasza klasa.

Wolno wstałem, plując ziemią. Zachwiałem się na drżących nogach niczym nowo narodzony źrebak. Moje oczy, nos i usta były pełne piasku. Co chwila mrugałem, charkałem i spluwałem. Prawa strona głowy – ta spłaszczona – bolała mnie jak diabli, ale się nie przejmowałem. Zrobiłem pełen obrót – o trzysta sześćdziesiąt stopni – i przyjrzałem się okolicy aż po horyzont. Nie zobaczyłem ani jednej żywej duszy. Byłem sam.

Pewno powinienem się przestraszyć. Ale prawdę mówiąc, nie poczułem strachu. O nie, nic z tych rzeczy. Odtańczyłem raczej taniec zwycięstwa, wymachując rękami jak jedna z tych poruszanych sprężonym powietrzem kukieł na stacjach benzynowych. Pomimo zatkanego piaskiem gardła udało mi się wykrztusić kilka pierwszych taktów Ody do radości. Fakt, że hymn naszej szkoły ułożono do tej melodii, już nie mógł mi jej zepsuć.

Moi szkolni koledzy nie żyli. Wszyscy zginęli. I jak tu nie świętować?!

Moja mama miała rację.

Jajogłowi posiedli ziemię.


PŁYTA DRUGA

Nowhere Man – The Beatles

John Lennon, Paul McCartney (1965)


TRZY LATA WCZEŚNIEJ

1

PŁYTY Z BEZLUDNEJ WYSPY

Tacy jak ja – jajogłowi, na których prawie nikt nie zwraca uwagi – muszą się dostosować do pewnych stereotypów. Lubimy słowa (znam na pamięć wszystkie dialogi z Gwiezdnych wojen). Lubimy liczby (recytuję liczbę pi do kilkuset miejsc po przecinku). I jesteśmy szczęśliwi jak prosię w maju, kiedy światy słów i liczb się przenikają (jak w tytułach 39 kroków albo 101 dalmatyńczyków lub w ciekawostce, że hrabiego Monte Christo nazywano więźniem numer 34). Lubimy komputery. Lubimy bohaterów Marvela i DC. Jesteśmy dobrzy w tworzeniu różnych rzeczy, ale nie potrafimy rozmawiać z ludźmi. Zbudujemy cokolwiek zechcesz oprócz przyjaźni. Lubimy dziewczyny, lecz nie umiemy ich zdobyć. Jeszcze jedną rzeczą, której nie ogarniamy – i to po całości – jest sport. Albo raczej, jak je nazywano w mojej nowej szkole, gry ruchowe.

W moim rozumieniu gry zawsze oznaczały gry wideo. Gry wideo byłyby w porządku. Jak większość podobnych do mnie osób, jestem zapalonym graczem. (Fortnite. Uncharted IV. Link’s Awakening. I mój ulubiony oldschoolowy tytuł, Myst.) Jasne, niektóre z nich nie stronią od agresji. Ale to tylko agresja w świecie wirtualnym, więc jest nieszkodliwa.

To, co się działo w mojej szkole, bynajmniej nie było nieszkodliwe.

Tam grano na serio.

Do wieku trzynastu lat udawało mi się uniknąć gier ruchowych dzięki temu, że w ogóle unikałem szkoły. Od najmłodszych lat, czyli odkąd przeprowadziliśmy się do Anglii, uczyłem się w domu i było mi z tym całkiem dobrze. Urodziłem się na Zachodnim Wybrzeżu Ameryki. Moi rodzice pracowali jako wykładowcy w hippisowskim college’u, gdzie wszyscy nosili ręcznie farbowane T-shirty i sandały oraz kolekcjonowali naturalne kryształy. Po jakimś czasie oboje dostali propozycję pracy badawczej na Uniwersytecie Oksfordzkim w Anglii, więc przeprowadziliśmy się do Oksfordu.

Wszyscy musieliśmy się dostosować. Moi starzy wyglądają tak, jakby czas zatrzymał się dla nich w latach siedemdziesiątych. Tato nosi fryzurę afro, brodę i okulary o dużych zaokrąglonych szkłach, a jego ulubiony strój to nylonowe koszule, które trzeszczą, kiedy się do niego przytulisz. Mama zapuściła włosy do pasa i chodzi w spódnicach długich aż do ziemi. Na Uniwersytecie Palo Alto (ich starej uczelni) wszyscy, nawet studenci, znali ich po prostu jako Paula i Marilyn. Chyba ani razu nie widziałem, żeby nosili inne buty niż sandały. W Oksfordzie zwracano się do nich per profesor P. Selkirk i profesor M. Selkirk. Ponadto musieli nosić normalne buty. Zdaje się jednak, że nie mieli nic przeciwko temu. Fascynowała ich historia, stare budynki uniwersyteckie i cała reszta, a praca nad przełomowym projektem w dziedzinie behawioryzmu dodawała im skrzydeł. Jeśli zaś chodzi o mnie, to sądzili, że przejście z wyluzowanej amerykańskiej podstawówki na Zachodnim Wybrzeżu, w której nauczyłem się malowania palcami i niewiele więcej, do sztywnej, brytyjskiej szkoły w mieście słynącym z akademickich tradycji może się okazać dość trudne, więc postanowili uczyć mnie sami.

Ucząc się w domu, właściwie nie znałem nikogo innego, dopóki nie ukończyłem trzynastu lat. Oczywiście chodziłem na przyjęcia urodzinowe dzieci kolegów moich rodziców, ale nie nawiązałem żadnych trwałych znajomości. Główną przyczyną było to, że pracownicy akademiccy często żyją na walizkach – wciąż krążą po świecie w pogoni za stażami albo stanowiskami przewodniczącego sekcji lub wykładowcy takiego czy innego przedmiotu. W związku z tym dzieciaki, które poznałem w Oksfordzie, mieszkały tam jedynie jakieś dwie sekundy. Drugą przyczyną braku przyjaciół był fakt, że nie potrzebowałem nikogo oprócz rodziców. Byli związani z nowym, innowacyjnym ośrodkiem badawczym – Instytutem Behawioryzmu – a jednocześnie z niesamowicie starym i niesamowicie pięknym college’em znanym pod nazwą Trinity. Jednak któreś z nich zawsze zostawało w domu i zajmowało się pogłębianiem mojej wiedzy.

Uczyli mnie nauk ścisłych – rzecz jasna – oraz matematyki i angielskiego, a nawet podstaw łaciny, bo tata twierdził, że to język nauki. Uczyli mnie polityki, którą interesowałem się od zawsze z powodu mojego imienia. Całe życie wiedziałem, że moje imię jest hołdem dla prezydenta Lincolna, ale z jakiegoś powodu dopiero po przeprowadzce do Anglii zapytałem rodziców, dlaczego wybrali właśnie jego.

– Bo to mój ulubiony prezydent – powiedziała mama.

– A ponadto zdarza się, że jeśli nosisz czyjeś imię, podświadomie go naśladujesz – dodał tata. Często mówili w taki sposób, uzupełniając wzajemnie swoje wypowiedzi. Stanowili idealny dwuosobowy zespół, nie tylko w pracy, ale i w domu. – To się nazywa determinizm nominatywny.

Moi rodzice niczego nie upraszczali, nawet kiedy byłem mały. Oczekiwali, że postaram się dotrzymać im kroku.

– Czy to znaczy, że chcecie, żeby po moich pięćdziesiątych czwartych urodzinach ktoś mnie zastrzelił w teatrze? – zapytałem.

Zaśmiali się.

– Nie, głuptasie – odparła mama. – Chodziło mi raczej o to, jak Lincoln żył, a nie, w jaki sposób zginął. Dla wielu był wzorem etycznym, przywódcą kierującym się wewnętrznym kompasem moralnym. Na pewno wiesz, że zniósł niewolnictwo.

Wiedziałem.

– Zdaje się, mamo, że sprawa niewolnictwa została rozwiązana raz na zawsze. Raczej nie da się znieść go po raz drugi.

– W niektórych miejscach na świecie ludzie nadal żyją w niewoli – powiedział tata. – Ale mama ma na myśli to, że pewnego dnia możesz zostać prezydentem.

– Tyle że teraz mieszkamy w Anglii.

– To nieistotne – stwierdził tata. – Wielu prezydentów przyjeżdżało do Oksfordu. John Quincy Adams. JFK. Bill Clinton. Najważniejsze, Link, że urodziłeś się w Ameryce. A przy okazji, proszę bardzo.

Rodzice zawsze nazywali mnie Linkiem. Nie, nie miało to nic wspólnego z Zeldą, jeżeli takie było twoje pierwsze skojarzenie. Bardzo długo sądziłem, że to skrót od Lincolna, ale tata wyjaśnił, że źródłem tego przezwiska był fakt, że nigdy nie mogli mnie znaleźć, kiedy przychodziła pora posiłków, bo za bardzo pochłaniały mnie gry wideo, wyprowadzanie za pomocą szachownicy dowodu twierdzenia o liczbach pierwszych, budowa modeli samolotów albo coś w tym rodzaju. Widząc kolejny raz puste miejsce przy stole, jedno z nich w końcu wzdychało, odkładało serwetkę i szło mnie znaleźć. Tak powstało powiedzonko o missing link, czyli brakującym ogniwie, które zawsze ich rozśmieszało, ale mnie zajęło kilka lat, zanim je zrozumiałem.

Najfajniejszą cechą nauki w domu był brak sztywnego programu. Jeżeli akurat pracowałem nad jakimś wynalazkiem w ogrodzie, mogłem się nim zajmować tak długo, aż na dworze robiło się za ciemno. Albo gdy naprawdę wciągnęła mnie jakaś książka, rodzice pozwalali mi ją dokończyć, chyba że wcześniej wilczy głód oderwał mnie od lektury. Zdarzały się też ekscytujące dni, kiedy wszyscy zostawali w domu, a mama i tata decydowali przy śniadaniu, że tym razem zrezygnujemy z lekcji i pojedziemy na wycieczkę. Te wyprawy zawsze miały wymiar edukacyjny, ale dla kogoś lubiącego wiedzę tak bardzo jak ja były arcyciekawe. Jeździliśmy pociągiem do Londynu, gdzie spędzaliśmy całe dni w brązowych, pachnącym kurzem salach Muzeum Historii Naturalnej, w których dominowały szkielety dinozaurów. Wybieraliśmy się do Stratfordu, żeby karmić łabędzie, a potem obejrzeć spektakl w Królewskim Teatrze Szekspirowskim. Jeśli się zastanowić, to jak na gościa nazwanego imieniem prezydenta, którego zastrzelono w teatrze, bywałem z rodzicami na wielu spektaklach. Zabierali mnie nawet na sztuki o wiele za trudne dla dziecka w moim wieku. Pamiętam pierwszy spektakl, na który poszedłem w Anglii. Miałem wtedy mniej więcej osiem lat. Sztuka opowiadała o lokaju, który jest totalnie oddany rodzinie swoich nadętych, snobistycznych pracodawców. Pewnego dnia wszyscy trafiają na bezludną wyspę, gdzie role się odwracają i teraz to lokaj rządzi, a członkowie rodziny stają się jego niewolnikami. Rodzice zachęcili mnie do obejrzenia tej sztuki, mówiąc, że jej autorem jest ten sam facet, który napisał Piotrusia Pana. Byłem o wiele za mały, żeby ją zrozumieć, ale można powiedzieć, że połknąłem haczyk.

Po szczęśliwych dniach spędzonych na lekcjach albo poza domem nadchodziły szczęśliwe wieczory w zaciszu domowym. Mieszkaliśmy w wiktoriańskim domu z czerwonej cegły w przyjemnej dzielnicy Oksfordu, która z jakichś nieznanych mi powodów nosiła nazwę Jericho. Po kolacji siedzieliśmy przy stole w ciepłej kuchni i słuchaliśmy zawsze tej samej audycji w radiu przy wtórze pralki warczącej niczym samolot podchodzący do lądowania. Ulubiona przez moich rodziców w Anglii była BBC, w BBC najbardziej lubili Radio 4, w Radio 4 zaś uwielbiali audycję pod tytułem Płyty z bezludnej wyspy. Prowadzi ją taka jedna laska o bardzo przyjemnym głosie (chyba ze szkockim akcentem). Program polega na tym, że prezenterka zaprasza różne znane osoby do przedstawienia swoich ośmiu ulubionych utworów muzycznych i pyta gości, dlaczego wybrali akurat te kawałki, a potem odtwarza je na antenie. I nie przychodzą do niej żadne gówniane celebrytki w rodzaju sióstr Kardashian, tylko naprawdę świetni aktorzy, naukowcy, politycy i tak dalej. Goście mogą także wybrać jedną książkę. Już mają w walizce Biblię i Dzieła wszystkie Shakespeare’a, więc te tytuły mogą pominąć. Ostatnią rzeczą, którą mogą wziąć na bezludną wyspę, jest jeden przedmiot luksusowy, na przykład fortepian albo wanna z gorącą wodą. W pierwszej chwili może się zdawać, że to bzdury, ale program naprawdę jest całkiem niezły. Podobno jest na antenie przynajmniej milion lat i występowali w nim tacy niesamowici ludzie, jak Stephen Hawking. (W 1963 roku autorzy audycji zrobili słuchaczom primaaprilisowy żart, prezentując program z totalnie fikcyjną „gwiazdą”. Wymyślili gościa, sir Harry’ego Whitlohna, rzekomo słynnego alpinistę. Głos podłożył aktor, który opowiadał o swoich wyprawach, wybrał ulubioną muzykę i tak dalej. Wszyscy dali się wkręcić.) Audycji przyświeca idea, że wybory muzyczne mówią o człowieku więcej niż krótkie wywiady prowadzone między utworami. Bardzo ją lubiłem, bo pod względem upodobań muzycznych nigdy nie czułem się dzieckiem swoich czasów. Mam wrażenie, że obecnie muzyka jest nierozerwalnie związana z mediami społecznościowymi (no wiesz, reprezentują ją tacy ludzie, jak Taylor Swift, która sprzedaje swój towar przez Instagram), a media społecznościowe budzą we mnie strach z powodów, które wyjaśnię później. Tymczasem Płyty z bezludnej wyspy zapoznały mnie ze starą muzyką – taką, jakiej słuchali moi rodzice. Takiej, jaka znajdowała się na fizycznym dysku albo na płycie winylowej, a nie ściągało się jej z Internetu ani nie streamowało w formacie mp-cośtam. To była bezpieczna muza. I od razu ją skumałem.

 

No więc miałem różne lekcje i zajęcia, a wieczorami słuchałem Płyt z bezludnej wyspy albo zamykałem się w swoim pokoju i grałem, ale nigdy, przenigdy nie były to gry ruchowe. Żadne tam wychowanie fizyczne. Żaden sport. Nie wiem, czy udałoby mi się porządnie zrobić pajacyki. A potem nagle ukończyłem trzynaście lat i wszystko się zmieniło, kiedy zapadła decyzja, że muszę iść do szkoły, bo właśnie w tym wieku reszta dzieciaków w Anglii wybiera przedmioty, w których chce się specjalizować, i zaczyna zakuwać do egzaminu GCSE[1]. W niektórych sprawach wyprzedzałem o krok moich rodziców – oczywiście nie w kwestiach naukowych, ale w innych rzeczach. Rodzice nie głaskali mnie po głowie, mówiąc: „No, no, patrzcie, jaki z ciebie geniusz. Już nic więcej nie możemy cię nauczyć”. Ale w pewnym sensie mieli to na myśli. Potrzebowałem nauczycieli konkretnych przedmiotów, ekspertów różnych dziedzin. Potrzebowałem programu nauki i poważniejszego podejścia do edukacji niż kilka przypadkowych godzin dziennie poświęconych nauce. Ponadto, zdaniem moich starych, musiałem się uspołecznić. Rodzice często posługiwali się żargonem behawiorystycznym – chodziło im po prostu o to, że mam poznać inne dzieci.

– Jesteś jedynakiem, kochanie – mówiła mama. – Do licha, gdybyśmy tylko mogli, zatrzymalibyśmy cię w domu na zawsze i nasza trójka miałaby się tylko dla siebie. Ale musisz nawiązać znajomości z rówieśnikami.

Potem tata dorzucił uwagę, którą od tej pory często wspominałem:

– Żaden człowiek nie jest samotną wyspą.

Tak więc znaleźli prestiżową prywatną szkołę – jak na ironię znajdowała się na wyspie – która przyjmowała na szczególnych zasadach dzieci nauczycieli akademickich. W ten sposób w wieku trzynastu lat trafiłem do piekła na ziemi, którym była szkoła Osney.

Inne książki tego autora