Małe GrozyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Agrest

Z daleka przyjeżdżali, żeby kupować naszą agrestówkę. Sława wsi Małe Grozy niosła się za horyzont. Docierała wszędzie tam, gdzie kobiety i mężczyźni lubili zapaść w nagły sen w mokrej trawie lub we mgle gonić się po lesie.

Nie trzeba było strzec receptury owocowego trunku. Wszyscy, którzy próbowali podrobić nasz bimber, wiedzieli, że agrestówka była pędzona na kurzym gównie. Łajno zbierano do wielkich kadzi, aby mogło spokojnie bulgotać i fermentować. Nad powierzchnią brei unosiły się wtedy niebieskie ogniki. Ale to, co jadły kury w Małych Grozach i czym srały, było już nie do podrobienia. W kadziach było tak cudownie ciepło, że bimber dostawał prądu.

Ważny był moment zbierania agrestu. Zwyczaj kazał się nam spotykać w drugą sobotę sierpnia. Ale że każdy coś ze sobą przynosił, zanim wzięliśmy się do roboty, mijały trzy, cztery dni. Czasem dziesięć. Agrest dojrzewał wraz z nami i tylko gwiazdy wiedziały, kiedy trafi w nasze ręce.

Uwielbiałem te dni, bo to był czas mojego dziadka zwanego Jerychem. To on dowodził przy pędzeniu agrestówki. W upstrzonych kolorowymi plamami spodniach i rozpiętej koszuli stawał twarzą do słońca. Brązowa skóra na jego czole odcinała się od siwizny. Rozkładał szeroko ramiona i zamykał oczy. Czekał na wiatr, który miał przynieść dobrą nowinę. Gdy jego długie lniane włosy zaczynały unosić się nad skroniami, przykładał dłonie do ust i odwracał się w stronę wsi.

– Zbieramy! – krzyczał.

Wszyscy ze śmiechem brali kosze i ruszali na zagony.

Dziadek Jerycho był artystą bimbru. Był jego twórcą i jego tworzywem. I tylko on miał zdolność przeżywania wizji.

Tańczył. Nie potrzebował muzyki, sam sobie przyśpiewywał coś, co brzmiało mniej więcej tak: ta, ta, ta, ta, taaaa, ta, ta, taaaa! Kiedy szedł, przypominał kunę skradającą się do kurnika, był jeleniem na łące, szczupakiem atakującym stado uklejek. Z czasem brakowało mu sił i wtedy tylko dreptał wkoło. Spod jego palców uwalniała się elektryczność, która w postaci małych fioletowych prądów krążyła nad naszymi głowami. Przywoływał ciepły deszcz, który chłodził zmęczonych i spragnionych. Z chmur wycinał pierzaste anioły, które na niebie tańczyły wraz z całą wsią.

Pamiętam jego zwyczaj – na raz połykał garść agrestu, aż sok wypływał mu z ust.

– O to chodzi w życiu – mówił. – Ciśnij mocno, aż wypłynie sama słodycz.

Pod koniec dnia przygotowywaliśmy wielkie ognisko.

Jerycho był naszym opowiadaczem. Naszą książką, gazetą i radiem. Odbiornikiem starych historii, które wciąż fruwały w powietrzu, a on łapał je swoją wewnętrzną anteną. Dar ten nosił w sobie od chwili narodzin.

Krążył wokół ognia, czasami ginął w ciemnościach i powracał do nas w niespodziewanym miejscu. Mrok i pełgające światło płomieni nadawały mu zwierzęcy wygląd. Przynajmniej mnie tak się zdawało. Ale inni też to chyba widzieli.

W jego głosie mieszkał ciepły warmiński wiatr, przepalony słońcem i mocą bimbru.

– Kiedyś w naszej wsi starcom nie chciało się umierać. Wymyślili, że zbudują taką maszynę, zwaną trebuszem – Jerycho przerwał, żeby nabrać powietrza – która wyrzuca przedmioty na dużą odległość. Pamiętacie? Mój syn Michał Toporek też ją później zbudował.

Wszyscy z uśmiechem pokiwali głowami na wspomnienie pierwszego lotnika we wsi.

– Każdy ze starców przyniósł po złotej monecie – kontynuował dziadek, znikając w ciemnościach. – Bo kiedy umierasz, nic ci po złocie. – Zaśmiał się. – Ale ja nie widziałem już człowieka, tylko szarego wilka.

Dziadek pamiętał, że szybko zbudowali trebusz. Przygotowali kotwicę i wielki zapas sznura. Czekali tylko na księżyc w pełni. A tamtego lata był on tak duży, że rano ludzie znajdowali na polach olbrzymie doły. Bo księżyc zahaczał o ziemię, rzeźbiąc w niej kratery.

– Wiecie, co to są kratery? – zapytał, a my zaprzeczyliśmy, kręcąc głowami. – No, ja się nie dziwię, że nie wiecie! Kratery to takie wielkie dziury w ziemi. Ale u nas, na Warmii, zaraz wszystkie wypełniają się wodą. Teraz to są jeziora.

A kiedy to mówił, znów zniknął słuchaczom z oczu. Tylko ja widziałem, jak w ciemnościach pośpiesznie pociąga z butelki.

– Gdy tylko zaszło słońce, załadowali kotwicę na trebusz, a sznur czekał w kołowrocie. Jak nadszedł księżyc, to było jasno jak w dzień. Wycelowali w niego i wystrzelili, a ja do dziś pamiętam ten szum kotwicy w powietrzu. Na srebrnym tle widać było tylko kontur haków i ciągnącą się za nimi czarną nić. Nie trafili dobrze, kotwica ślizgała się trochę po powierzchni, zanim dobrze się zaczepiła. Widzieliście takie ciemne plamy na księżycu? To od tej kotwicy właśnie.

Dziadek zamilkł, choć tym razem nie zniknął. Zatrzymał się i rozejrzał po zebranych, wiercących się niecierpliwie.

– Sznur na początku był luźny – wrócił do opowieści. – Ale zaraz się naciągnął, bo księżyc chciał iść dalej. Sznur napiął się jak struna, a księżyc sapał, wzdychał, ale do przodu nie poszedł. Więc i czas stanął w miejscu.

– Naprawdę stanął? – zapytało jedno z dzieci.

– No mówię, jak było – odpowiedział dziadek. – Nikt nie umierał i nikt się nie starzał, ja byłem wtedy dzieckiem i nie mogłem dorosnąć. Ciągle byłem taki jak ty teraz.

Zawiesił głos, by po chwili wrócić do opowieści.

– W końcu i to się zmieniło, czas zaczął się cofać. Starcy pozamieniali się w przystojnych młodzieńców, ja z kolei w oseska. Mój tata stał się małym chłopcem i musiał się nami opiekować mój dziadek. Aż wreszcie ja i mój ojciec zniknęliśmy.

– To skąd to wszystko wiesz, jak ciebie nie było? – zapytałem.

– Tę część historii znam z opowieści innych – odpowiedział Jerycho. – Cofający się czas nie był przyjemny. Umarli wstawali z trumien. Dziewczyny po raz kolejny łamały chłopakom serca. Ludzie we wsi na nowo przeżywali cierpienia, z którymi już raz się uporali. Księżyc wisiał nad wsią, oświetlając noc, i nie dawał ludziom spać. A wiatr wył na sznurze.

Znów ciemności pochłonęły Jerycha. Agrest wypełniał światłem jego umysł i serce.

– Aż w końcu – Jerycho wychynął z mroku w postaci wielkiego ptaka – aż w końcu dziadek mojego dziadka, który był wtedy w twoim wieku – wskazał palcem na mnie – wziął siekierę i przeciął sznur.

– I co, i co? – dopytywali go.

– Dajcie powiedzieć. – Zaśmiał się. – Jak ten sznur pękł, to księżyc jak z procy skoczył do przodu. A czas razem z nim. Wszystko zaczęło migotać. Dziesięciolecia zamieniały się w godziny. Dziadek mego dziadka w sekundę się zestarzał i umarł. I tak to szło, coraz szybciej i szybciej. Zatrzymał się dopiero niedawno, pewnego lata. Na pamiątkę tamtych zdarzeń co roku o tej porze robimy agrestówkę. Teraz rozumiecie?

– Tak, Jerychu, rozumiemy – przyklasnęli słuchacze.

– Ale to nie wszystko – przerwał im dziadek. – Te skoki w czasie były tak duże, że nigdy nie spotkałem swoich rodziców, a sam ocknąłem się jako stary człowiek.

Wokół ogniska zapadła cisza. Wiedziałem, że dziadek Jerycho trochę mija się z prawdą, bo z innych powodów nie poznał rodziców. Ale nawet nam, swojej rodzinie, rzadko o tym opowiadał.

– A teraz wybaczcie – odezwał się Jerycho, któremu z głowy wyrastało poroże. – Muszę się z kimś zobaczyć.

Płomień ogniska odbił się jeszcze raz w jego oczach, zanim dziadek zniknął w ciemnościach.

Bulgotały wielkie kadzie w Małych Grozach. Dojrzewała w nich moc, która sprawiała, że ludzie znów potrafili cieszyć się sobą.

Słońce Warmii rodziło owoce agrestu dla wszystkich. Ich smak ceniono po tej i po tamtej stronie.

Moc rumianku

Dobrze przyrządzony napar z rumianku jest cierpki w smaku i gębę potrafi wykrzywić niemiłosiernie. Lecz wszystko to idzie w niepamięć, gdy pojawi się pierwsza wizja.

Dlatego najlepiej wywar pić w towarzystwie ludzi, którzy przytrzymają cię za świeżo wyrośnięte skrzydła i odlecieć za daleko nie pozwolą.

Na przykład Józwa, który na życie zarabiał, budując piece kaflowe, zobaczył drzewo, na którym na gałęziach zamiast liści rosły dłonie. I szeptem przebierały palcami na wietrze.

Karol Macięga miał apetyt na piasek. Smakował językiem grudki, które roztapiały mu się w ustach. Czuł w nich smak piorunów bijących w ziemię i słodycz majowego deszczu.

Po rumianku ludzie stawali się trochę wariatami. Kładli się w polu i przytykając ucho do trawy, słuchali, o czym rozmawiają korzenie drzew. Dowiadywali się, jak skarży się ziemia miażdżona ludzką stopą i jak śpiewają kamienie pieszczone przez słońce.

Mówi się, że wywaru nie można nadużywać, bo wizje mogą zostać w człowieku na zawsze. I nie odróżnisz już prawdy od nieprawdy.

Po rumianku odradza się patrzeć na dzieci. Przekonała się o tym Karolina, do której synek sąsiadki przemówił głosem prababki.

Michał Toporek lubił sobie grzebać w nosie. Chudymi palcami wyciągał z siebie strumienie światła najpierw niebieskiego i czerwonego, a później fioletowego. Z tych strumieni, jak z drutów, wyginał kształty zwierząt, które goniły się później po łące, aż do pierwszego brzasku.

Do picia rumianku z reguły nie zaprasza się obcych. Na pewno żadnych mądrali z miasta z mikroskopami zamiast oczu. Trudno jest słuchać płaczących ludzi, którzy w człowieku widzą tylko zbiór połączonych ze sobą komórek.

– A czym są połączone? – zapytasz dla żartu.

– Miłością, proszę pana – odpowiedzą.

Upijam pierwszy łyk. Krzywię się i podaję dalej drewniany kubek. Po chwili wydobywa się ze mnie postać, która rośnie uwolniona z krępującej ją tkanki. To świetlisty koń, który niecierpliwie przebiera nogami. Czekam, aż pojawią się kolejne postacie. Ptaka, który usiądzie na grzywie konia, i człowieka, który zaciągnie zwierzęta do purpurowego lasu. Nie pójdę za nimi. Jeszcze nie pora.

 

Tomasz Pawlik zawsze mówił, że po rumianku to on widzi czas. Jak katarynkę, która wciąż wygrywa tę samą melodię. Bez początku i bez końca. Dalej Pawlik już nic nie mówił, bo się przemieniał w posąg z piasku, a wiatr rozwiewał go zaraz na drogę.

Ale najbardziej lubię wspominać swojego dziadka Jerycha. Jeszcze przed piciem zawiązywał sobie na brodzie czerwone wstążki. Podnosił wysoko nad głowę sękatą laskę i tańczył.

– Co widzisz, dziadku?! – krzyczeliśmy.

– Nic nie widzę, po prostu jestem! – odpowiadał.

– Kim jesteś? – pytaliśmy z radością.

– Jestem jednością! – śpiewał.

– Czym?

– Wszystkim, co znacie: człowiekiem, psem, niebem, kamieniem, oddechem, a nawet waszymi myślami.

– I o czym teraz myślimy?

– Że czas chędożyć!

Pękaliśmy ze śmiechu.

Przypomniał mi się ten taniec, gdy spotkaliśmy się z dziadkiem Jerychem przy jego łożu śmierci. Powiedział wtedy:

– Niedługo wrócę.

Pochyliliśmy ze smutkiem głowy, żałując, że dziadka rozum opuszcza.

– Niedługo tu wrócę – powtórzył. – Dlaczego beczycie?

– Gdzie tata wróci? – pytała moja mama. – Jak? Kiedy?

– Kiedy przyjdzie czas – zdążył jeszcze powiedzieć, ale za chwilę oczy mu się rozbiegły i umarł.

Płakaliśmy długo w noc. Nikt później do ostatnich słów Jerycha nie wracał i każdy inne rzeczy o nim wspominał.

Ale ja nie mogę zapomnieć. Wciąż na niego czekam. Gdy spotykam noworodka, cielaka lub pisklę, to patrzę mu prosto w oczy. I pytam:

– Dziadku Jerychu, to ty?

Pegaz z Warmii

Do Małych Gróz prowadziła kręta droga przez las i pagóry. Jak komuś brakowało cierpliwości, można było powrót do domu skrócić – pójść przez tory biegnące koło wioski. Trzeba było tylko strzyc uszami, czy lokomotywa nie nadjeżdża, żeby na spotkanie ze Stwórcą nie wybrać się za wcześnie. Chyba że taka Jego wola była.

Mówili we wsi, że w księżycowe noce nad lasem fruwają skrzydlate konie. Mało kto jednak wierzył w takie gadanie.

Karol Macięga, kiedy jeszcze żony nie miał, sam prowadził gospodarkę, wynajmując ludzi i uczciwie płacąc. Wodziły za nim wzrokiem okoliczne panny, lecz on pochłonięty pracą, z okazji nie korzystał.

Nawet nie zauważył, że Natalia zagięła na niego parol. Natura u niej obrodziła szczodrze, urodę podbierając chyba wszystkim dziewczynom ze wsi. Nazywano ją Natka, trochę od imienia, a trochę dlatego, że się bez korzenia obejść nie mogła.

Karol nie lubił z nią sam na sam zostawać, bo zaraz się zaczynała gadka: „A podejdź, zobacz, jakie miękkie, oddychać nie mogę przy tobie, Karol, Karol, Karol!”.

Szukał sposobów, żeby uciec, ale nie zawsze mu się to udawało i dochodziło czasem do zdarzeń. Raz nawet, z zaskoczenia, dał sobie rękę pod spódnicę zaciągnąć. Tam poczuł kwiat nabrzmiały i wilgotny. Jeszcze mu się zdawało, że popiskiwanie usłyszał spomiędzy ud, gdy tylko palcem poruszył.

Wreszcie, gdy dość miał widoku perłowej piersi, co przez przypadek wypadała ze stanika, postanowił ostatecznie rozmówić się z dziewczyną. A że nie miał doświadczenia dużego, krzywo się jakoś tłumaczył, pannę upokorzył i w twarz dostał. Ale sprawę zakończył.

Nie minęło dużo czasu, gdy znów Natkę zaczął widywać. Wpadła ona w ramiona Tomasza Pawlika, jego serdecznego przyjaciela. Pawlik, zapatrzony w dziewczynę jak w obrazek, dogadzał jej, jak mógł. Na biednego nie trafiło, więc Natka miała wszystko. A nawet więcej.

Ludzie we wsi gadali, że w futrach zamiast pościeli śpi, że złotem się obwiesza, aż rąk unieść nie może.

Znów, gdy sam Karol z Natką zostawał, gadki się zaczynały, ale już inne: „Ty kmiocie, zobacz, czym wzgardziłeś, nie żal ci? Teraz ty będziesz dla mnie pracował, bo ty jesteś nikt!”. Nie ruszały Karola te słowa, bo się z Pawlikiem bardzo lubił, a i Natka nagle zaczęła mu się podobać.

Po świętach przyszły mrozy i śnieg zakrył świat po brzegi. Nastał czas kuligów i zabaw. Natka z Pawlikiem najpiękniejsze mieli sanie. Drogie futra chroniły od zimna, a gorzałka jeszcze bardziej. Na wieczór postanowili odwiedzić Karola Macięgę.

– Kocham cię – powiedziała do Karola Natka. – Nie mogę cię zapomnieć! – wrzasnęła na całe gardło. Ten nawet jej nie uciszał. Pijani, spoglądali na siebie przy stole, a obok w tył odchylony nieprzytomnie drzemał Pawlik. – Kocham cię, gnoju ty! – znów zaczęła Natka, a Macięga podniósł rękę, żeby ją uspokoić. Jego dłoń przypadkiem trafiła na miękką pierś i to zaraz uciszyło dziewczynę. Jej duże oczy błyszczały tak, że zlatywały się ćmy. Natka rozchyliła bluzkę, żeby palce mężczyzny mogły zanurzyć się głębiej. Rozsunęła uda, a woń kwiatów wypełniła pokój. Z przewróconych kieliszków kapało na podłogę.

– Argggh – chrapnął Pawlik, który przebudził się ze snu. – Wracamy do domu, Natka! Wracamy do domu... – powiedział, wstając od stołu.

Koń ciągnął sanie, mądrze odnajdując drogę. Jeszcze tylko Pawlik kierunek na tory mu wskazał. Nie ma większej przyjemności niż na mrozie siedzieć w ciepłych futrach. Czuć ziąb i rozkosznie tulić się do siebie. Księżyc i koń prowadzili spokojnie, a oczy kleiły się same.

Gwizd z komina mógłby chyba obudzić Diabła, gdyby ten nie był zajęty krzywdzeniem ludzi. Śnieg spod kół lokomotywy wylatywał do góry, z daleka przypominając jakiegoś węża, którego paszcza chce pożreć człowieka. Wkrótce biała bestia dogoniła sanie.

Powóz rozsypał się w drzazgi, malując wokół śnieg na czerwono. Tylko koń, siłą uderzenia, został wyrzucony na kilka metrów w powietrze. Wtedy z poranionego grzbietu wydostały się skrzydła i poleciał siwek nad lasem, ku gwiazdom.

Golem

Ludzie w warmińskiej wsi Małe Grozy na widok czarnego ptaka robili znak krzyża. Nie to, żeby bali się Złego, tylko że ich proboszcz Łukasz miał zwyczaj zaraz po mszy zamieniać się w kruka i odlatywać daleko w niebo. Niejeden widział, jak nie całkiem jeszcze zmieniony, wczepiał się pazurami w gałąź i z wysokości podglądał, jak się grzeszy we wsi.

Na początku to może i nie wszystkim się podobało, że on pół ptakiem był, pół człowiekiem. Ale kazania miał tak mocne, że niejednemu łza pociekła, w dusze skrucha wchodziła i o łaskę błagała. Z każdym rokiem coraz bardziej księdza szanowano, bo zjednał sobie ludzi stanowczym działaniem, a i dla większości dobrym.

Na przykład wtedy, gdy mój tata Michał Toporek zapragnął kochanki. Coś Złego mu podpowiedziało nawieźć gliny do stodoły i ulepić z niej kobietę. A ponieważ do rzeźby w glinie trzeba mieć zdolności, tata opłacił znajomego z sąsiedniej wsi, który na co dzień robił nagrobki. Gdy już go pieniędzmi i spirytusem przekonał, rzeźbiarz zamieszkał na tydzień w stodole. Niby pracował, ale więcej pił, więc mu się zamysł artystyczny wymknął spod ręki.

Jak dobrze poprosisz starozakonnych, to ożywią kobietę ulepioną z gliny. Powstanie istota nazywana Golemem, która każde życzenie potrafi spełnić. Tak też i Michał sobie to wymyślił. Ale że mu licho podpowiadało źle, a rzeźbiarz nocy od dnia nie odróżniał, zamiast kochanki powstała szkarada. Gdy tylko starozakonni skończyli dzieło i Golem oczy otworzył, rzucił się ludziom do gardeł. Kto uciekł, przeżył, po reszcie nawet jedna kość nie pozostała.

Przez miesiąc tata karmił Golema drobiem oraz psem Burkiem, który do stodoły na chwilę wskoczył. Kończyły mu się zapasy i już się zastanawiał, czy mojej mamy Małgorzaty do środka nie zaprosić.

Aż pewnego dnia nad naszym gospodarstwem kruki zaczęły krążyć i siadać na okolicznych dachach. Jeden z nich sfrunął na ziemię i przemienił się w księdza Łukasza. Zaraz też zaczął się głośno modlić i wyciągać ręce ku niebu jak Piotr Skarga na obrazie Jana Matejki.

Golem warczał i wył na przemian, aż w końcu przed Słowem Bożym się ukorzył i rozpadł się na tysiące glinianych liter.

Posłużyły one później do napisania tej historii.

Pole Karola

Orać trzeba było i tak. Nawet gdy deszcz ziemię rozmiękczał i człowiek grzązł w błocie. Karol Macięga nie narzekał, bo takie wybrał sobie życie i ciężko było nie pierwszy raz. A jak lemiesz znów o kamień zahaczył i Karol musiał się zatrzymać, to tylko przekleństwo między zębami zmełł i poszedł przeszkodę gołymi rękami wyciągać. Ale to nie był zwykły kamień. I nie dało się go pozbyć, choć Macięga potrafił gwoździe ze ściany bez obcęgów wyjmować. W polu siedziało coś większego. Długie na dwa metry i ciężkie jak diabli. Kiedy z sąsiadami w końcu na wóz to przenieśli i z błota obmyli, każdy znak krzyża zrobił, bo nikt jeszcze czegoś takiego we wsi Małe Grozy nie widział. Pole Karola Macięgi oddało ludziom kamiennego fallusa.

Furmanka jęczała jak żywa, tak jej trudno było. No bo kto wcześniej na świecie takie cuda woził? Ludzie przed chałupy wychodzili, najpierw dzieciakom oczy zakrywać, a później śmiać się do woli. Karol zwariował! Takie świństwo do domu przynosić.

Matka Macięgi ze wstydu do skrzyni się schowała, wiedząc, że na polu za stodołą kamienne przyrodzenie leży, własność jakiegoś olbrzyma chyba.

We wsi żartom nie było końca, dopóki warmińska ziemia nie zaczęła oddawać innych kamiennych części ciała. A to ucho znaleźli u siebie Toporkowie, a tam dłoń czteropalczasta Zarembom bronę połamała. Jakoś tak się ludzie zgadali, że znaleziska zwożono na pole za stodołą Karola. Gdy w końcu deszcze ustały, prawie wszystkie członki były w komplecie. Ludzie lubili tam przychodzić i głośno się zastanawiać, jakiego to boga posąg przedstawia. Bo przecież żadnego naszego.

Ale nie może tak być, żeby podziwiać obcych bogów. Nawet jeśli byli tu pierwsi. Dlatego ksiądz Łukasz nakazał wykopać wielki dół i wszystko w nim zostawić. Trochę to trwało, bo dziura w ziemi musiała być ogromna. A i kamienie swoje ważyły. W końcu ostatni szpadel przyklepał ziemię.

Nadeszły mrozy i śnieg, a później wiosna i ludzie wrócili do swoich spraw. A w zakopanym dole za stodołą Macięgi działy się cuda. Kamienne członki, znów złożone obok siebie, zaczynały się zrastać. I powstał olbrzym z kolan i zaczął wielkimi rękami przekopywać się do nieba. Aż na Jana Chrzciciela odrzucił ostatnią grudę czarnej ziemi i zobaczył nad sobą warmińskie gwiazdy. Odwrócił się jeszcze na chwilę, żeby spojrzeć na swą dawną mogiłę, którą mu ludzie wykopali. A dziura w ziemi była ogromna. I poszedł w las daleko, tam gdzie inni podobni do niego mieszkali. I nikt go więcej nie widział.

Na razie.

Nadeszły deszcze i dziura w ziemi szybko wypełniła się wodą. Tak powstało nowe jezioro. A jezior w okolicy mamy całkiem sporo.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?