Małe GrozyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Warmia

I. DZIADEK JERYCHO

Powrót Michała Toporka

Dzieci Warmii

Ziarno

II. PERŁY

Agrest

Moc rumianku

Pegaz z Warmii

Golem

Pole Karola

Józwa, syn Raroga

Starcy

Śmigło

Strach

Karolina

Szumy i szepty

Lampa

Siekiera

Dżdżownice

Bałwan

Drzwi

Upał

Dzięcioł

Idź, nazbieraj jabłek

Kartka

Polne kamienie

Jętki

Serafin

Wesele Cygara

Ikary warmińskie

Jazgarz

Piec Magdaleny

Klątwa

Pastucha

Śmieszek

Jeden

Narodziny

Nożyczki

Oczy rzeźnika

Adam

Śmierć Michała Toporka

Jak powstały Małe Grozy

Perły Jerycha

Droga na wzgórze

III. PIOTR

Krowy świętego Maciei

Przypisy

Opieka redakcyjna: KRZYSZTOF LISOWSKI, PIOTR TOMZA

Redakcja: ANNA RUDNICKA

Korekta: ANNA DOBOSZ, EWA POLAŃSKA, JOLANTA STAL

Projekt okładki i stron tytułowych: AGNIESZKA ODRAKIEWICZ

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Łukasz Staniszewski

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07175-5

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Warmia

Byłeś tu kiedyś? Powietrze jest tu ostre, jakbyś wdychał pokruszone szkło. Tak duchy zmarłych wchodzą w twój krwiobieg. Teraz możesz podejść do drzewa i zobaczyć, jak jego wnętrze wypełnia się muzyką, która delikatnie porusza konarami w rytm wiatru.

Podnieś rękę, przysłaniając sobie niebo. Wokół dłoni powstanie purpurowa obwódka, bo właśnie taki kolor ma tutejsze słońce. Ale to mogą widzieć tylko wariaci.

Byłeś tu kiedyś? W miejscu dzielonym przez duchy, ludzi i zwierzęta? Niech ci się nie zdaje, że wiesz, kto jest kim! Nawet jeśli przemawiają do ciebie językiem, który rozumiesz.

Tu myśli krążą swobodnie. Przynoszą ukojenie lub szaleństwo.

Możesz poczuć głód. Jak czekoladowe dziecko Zarembów, które łakomie lizało się po ręce, żeby wreszcie odgryźć sobie palec. Ze smakiem zjadło nogę i nadgryzło biodro. Na koniec została tylko szczęka. Wciąż kłapiąca w poszukiwaniu smakołyku.

Tu możesz oszaleć z pragnienia. Jak Magdalena, której łono płonęło niebieskawym płomieniem w tęsknocie za mężczyzną. Wyło nocami niczym wilk, któremu łapa utknęła we wnykach. Aż wreszcie tam, między nogami, wyrosły jej zęby. Klęknęła wtedy Magdalena, żeby móc gryźć ziemię.

Znasz tu kogoś? Może poznałeś Jerycha, który odwracał starą balię do góry dnem i zanurzał się w wodzie. Oddychając uwięzioną bańką powietrza, wędrował po dnie jeziora. Szukał mieszkańców zatopionej wioski Duże Grozy, którzy do życia nie potrzebują już słońca.

Nie pytaj Jerycha, dokąd masz pójść. Zawsze ci powie, że źle zadajesz pytanie. Wyjaśni, że nie ma kierunków. Tu nie ma dróg ani mostów, jest tylko miłość. I dzięki niej możesz podróżować najdalej.

Więc po co pytać? Podejdź do mnie i połóż mi rękę na czole. Poczuj, jak przepływa przeze mnie rzeka. Jak tańczą wodorosty poddające się naporowi wody, a ryby są tu tak wielkie, że pożerają rzekę.

Jak tu trafić? Zapytaj dziecko. Ono wskaże ci drogę na Warmię. A jeśli jesteś już zbyt głuchy i ślepy, żeby zrozumieć cokolwiek, dziecko cię zaprowadzi. Polecicie na łabędziu przytuleni do jego białej szyi, uważając, żeby głową nie zahaczyć o gwiazdy. W świetle księżyca zobaczysz rozwidlenie drogi.

To tam.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Powrót Michała Toporka

Ludziom ze wsi Małe Grozy nigdy nie przyszło do głowy, żeby z własnej woli odebrać sobie życie. Zresztą nie było powodu, bo Śmierć odwiedzała ich często, choć nikt jej nie zapraszał. Łatwo można ją było spotkać pod powalonym drzewem albo na dnie zamarzniętego jeziora. Niektórzy odchodzili we śnie, zastygając na zawsze z szeroko otwartymi ustami. (W obnażonych zębach odbijało się żółte światło świec). Innym przyszło umrzeć przy stole podczas niedzielnego obiadu lub upaść wprost w błoto podczas pracy w polu.

Skoro Śmierci podobało się w Małych Grozach, to nie było potrzeby jej wyręczać. Spodziewana czy nie, zaglądała do warmińskich chałup, jakby była u siebie.

Każdy chciał spotkać Śmierć dopiero ostatniego dnia. Dlatego jedni z nadzieją patrzeli w niebo i robili w powietrzu znak krzyża. Inni, dla których niebo było zawsze za daleko, szukali nieśmiertelności w gorzałce. Na Śmierć i tak nie było sposobu. Wciąż się spierano, czy lepiej żyć pobożnie, odmawiając sobie wszystkiego, czy może czerpać z życia całymi garściami. Koniec jednych i drugich wyglądał zawsze tak samo. Wyznaczonego dnia wszyscy zgodnie kładli się do grobów wykopanych w mokrej warmińskiej ziemi. (Gdy wbijesz w nią szpadel, wyda dźwięk podobny do cmoknięcia).

Byli też tacy, którzy próbowali oszukać Śmierć. Kiedyś Michał Toporek wczesną wiosną wypadł z łódki do lodowatej wody i skurcz odjął mu ręce. Ale zamiast pójść na dno, przytrzymał się zębami drewnianego wiosła. Wgryzł się w nie głęboko z nadzieją, że go jeszcze znajdą. Trzymał się wytrwale, chociaż Złe już go na dno ciągnęło za nogi. Czuł na języku smak starego drewna, bo wiosło wystrugał jeszcze jego ojciec. Człowiek, którego nazywano Jerychem i którego pod takim imieniem szukała kiedyś Śmierć.

 

Michał tkwił na środku jeziora i tylko głowa wystawała mu z wody. Chciał krzyczeć z rozpaczy, ale nie mógł, bo usta miał zapchane drewnem. Jego ręce i nogi były niewiele cieplejsze od sopla lodu. Drżące zęby coraz słabiej trzymały się wiosła. Nie było rady – koniec końców musiał kiedyś rozewrzeć szczęki.

Michał Toporek tonął, ale jakoś przyjemnie. Nie czuł bólu ani żalu, chociaż życie skurczyło mu się do jednego haustu powietrza. Nie on pierwszy umierał na świecie. Doświadczał teraz chwili, w której przed oczami przelatuje całe życie. Myślał o kładce, którą zbudował w trzcinach nad brzegiem rzeki. Mógł z niej zarzucać wędkę tam, gdzie podchodziły zielone liny. Musiał tylko poczekać na koniec zimy, żeby zeschłe trzciny i twarde od mrozu błoto nie przeszkadzały w robocie. Bo gdy Warmią włada słońce, to tylko łosie i duchy potrafią unosić się nad torfowiskiem.

Dużo się Toporek napracował, drzazgi z noszonych desek wbijały mu się w plecy, w błocie gubił gwoździe, a siekierą prawie odrąbał sobie palec. Zdarzało się też, że wpadał do rzeki, a wtedy z kurwami na ustach musiał zdejmować kalosze. Wyżymał mokre skarpetki czerwonymi od zimna dłońmi i zakładał z powrotem. Nigdy nic mu nie było, bo wtedy jeszcze na Warmii nie wiedziano, że od czegoś takiego można chorować.

Co z tego, kiedy ryba nie brała.

Toporek przeczekał wiosnę, bo czasem na wiosnę ryba nie była głodna. Doczekał lata, gdy woda w rzece mocno opadła i kładka zaczęła się kiwać. Ale liny nie chciały podejść i już. Co innego płotka czy krasnopióra. Tylko nie po to Toporek w zimę skarpetki moczył, żeby łowić jakieś małe gówno.

Tonął Michał w zimnym jeziorze i zamiast godzić się ze Śmiercią, wolał myśleć o swojej kładce nad rzeką.

I o dniu, w którym odkrył, że kładka stoi obok niewidocznego z brzegu kąpieliska. Upatrzyły go sobie kobiety ze wsi i przekonane, że nikt ich nie widzi, kąpały się, jak je Pan Bóg stworzył, a trzeba przyznać, że stworzył je pięknie.

Gdy tylko dzień zapowiadał się gorący, biegł Toporek na swoją kładkę, a spieszył się tak bardzo, że zapominał wędki.

Sam niewidzialny, szczególnie lubił obserwować młode dziewczyny. Nigdy nie miał dość odkrywania nowych kształtów piersi, cycków, cyców i melonów oraz tych niewydarzonych, płaskich, z sutkami niby winogrona pośrodku. Notował w pamięci dupy, dupeczki i dupska, cmokał też na widok białych pośladków, kształtem przypominających wypukłości porcelanowych filiżanek. Zachłannym okiem łowił łona obrosłe w trójkąty, paski, krzaczki i krzaczory, a czasem wygolone do samej skóry. Większość była czarna, trochę rudych, ale zdarzały się i jasne, lśniące wilgocią w warmińskim słońcu.

Już nie liny łowił ani nie krasnopióry. Pług pamięci orał bruzdy jego mózgu głęboko i na zawsze.

Michał Toporek wstawał rano i niecierpliwie patrzył w niebo. Gdy nie widział słońca lub szło na deszcz, rozczarowany rozgryzał zębami przekleństwa i szedł rąbać bukowe szczapy za stodołą. A ponieważ warmińskie lato bywa kapryśne, uzbierał się stos prawie że pod dach.

No bo kto w deszczu chodzi się kąpać nad rzekę? Toporek już dwa razy wolał to sprawdzić, ale tylko wściekle zmókł. Nie wierzył więc, że będzie inaczej, gdy poszedł sprawdzić kolejny raz. Ale poszedł, bo nie miał nic lepszego do roboty.

Siedział Michał w deszczu na kładce i oczom nie wierzył. Przed nim kąpała się Magdalena, matka jednej z dziewczyn, która też lubiła przychodzić na ukrytą plażę.

O tym wspominał sobie Michał Toporek, kiedy tonął w jeziorze. Musiał już umierać, bo mu się wydawało, że pod wodą coś widzi. Chociaż na tej głębokości nie dochodziło już słońce, to jednak mógłby przysiąc, że ma przed sobą ludzką postać. Wyglądała jak starzec z zieloną, przemieszaną z wodorostami brodą i wielkimi rybimi oczami. Tylko te oczy widział wyraźnie, bo odbijało się w nich zimne światło.

Naga Magdalena obmywała ramiona i brzuch, żeby przyzwyczaić się do wody. Chlapała się też po udach, a raz nawet, Toporek widział to wyraźnie, zmoczyła się między nogami. Mężczyzna chciał patrzeć i nie chciał, bo kobieta miała swój wiek i jej ciało różniło się od ciał młodych dziewczyn ze wsi. Głupi Michał nie znał jeszcze takiego dzieła i dlatego trochę się bał. Magdalena miała duże, kopulaste piersi, które leżały na porozciąganej skórze brzucha. Ciemnoczerwone sutki przypominały owoce maliny i trzeba by było szeroko otworzyć usta, żeby poczuć ich smak. Uda promieniowały siłą, tworząc krótkie i mocarne nogi. Gdy robiła krok, fałdy tłuszczu podskakiwały na jej podbrzuszu i tyłku. Łono nieobrośnięte, chyba niedawno strzyżone, nie przesłaniało dużych i mięsistych warg oraz wystającego spomiędzy nich czerwonego języka. Michałowi przyszło do głowy, że musi on pachnieć garbowaną skórą i zbutwiałym drzewem.

Starzec unosił się nad Michałem i ruchem rozpuszczonej w wodzie dłoni pokazał, żeby płynąć za nim. Toporek, który nagle odzyskał władzę w rękach i nogach, posłusznie ruszył we wskazanym kierunku. Gdyby przyszło mu do głowy się odwrócić, zobaczyłby, jak szczątki jego łodzi i wiosło Jerycha opadają powoli na dno.

Przemoczony Michał wrócił do domu i położył się na łóżku. Woda spływała z niego po pościeli na podłogę. Nie rozumiejąc jeszcze do końca, co mu się przytrafiło, wsłuchiwał się w deszcz, który bił o drewniany dach. Ale gdy tylko zamykał oczy, pod powiekami majaczył mu się obraz cycków Magdaleny. Wyraźnie widział poranioną od karmienia dzieci skórę i bulwiaste sutki. Toporek nie wiedział, dlaczego wciąż o nich myśli, bo wcale mu się ten widok nie podobał.

Nie podobały mu się też niebieskie żyłki na jej policzkach. Ani wyraźny wąsik nad górną wargą i indycza szyja. I z pewnością nie pociągał go uśmiech kobiety pozbawiony kilku zębów.

Nie chciał też widzieć długich i prostych włosów pod jej pachami, które mokre, przylepiały się do skóry. Żeby zasnąć, próbował przywołać w pamięci widok innych ciał kobiet, które przychodziły się kąpać nad rzekę. Wolał wspominać córkę Magdaleny, na którą powinien mieć ochotę. Jednak nic nie mogło przesłonić obrazu nagiego ciała jej matki. Nic oprócz kubka agrestowego bimbru popijanego w oknie, na które wściekle napierał deszcz.

Im dłużej Toporek płynął za starcem, tym mniej bał się, że umiera. Zdziwiony dostrzegł, że znów może oddychać i nie czuje oporu wody. Starzec, o twarzy podobnej do facjaty jego ojca Jerycha, wskazał coś przed sobą. Michał pojął, że nie jest już na dnie zimnego jeziora.

Wrócił do siebie, na Warmię.

Dzieci Warmii

Mama mojego dziadka Jerycha miała na imię Matylda i nie dane jej było przeżyć jego narodzin. Z jej martwego, ale wciąż ciepłego ciała wyciągnięto kawałek czerwonoróżowego mięsa, owiniętego w błoniasty worek. Kobiety, które przyjmowały poród, podejrzewały, że prędzej na świat przyszła ryba lub żaba niż człowiek. Nawet u nas, na Warmii, rzadko się zdarza, żeby kobiety rodziły zwierzęta. Możemy takie przypadki policzyć na palcach jednej ręki. Kiedyś w Małych Grozach urodziło się wilcze szczenię i na jego widok matka zawyła z rozpaczy. Z czasem jednak dziecko nabrało ludzkiego wyglądu i na całe życie otrzymało imię Józwa oraz talent do budowania pieców kaflowych.

Opowiadano też o dziewczynie, która zaszła w ciążę, chociaż nigdy nie obcowała z mężczyzną. Ale ona powiła tylko stado białych motyli.

Najstarsza z kobiet przecięła nożem worek z błony. Po stole rozlały się zielone wnętrzności i coś, co na pewno nie było kijanką. Nie było też rybą, chociaż na podobieństwo ryby nie wydawało z siebie dźwięku. I nie było wilkiem, bo nie miało ogona. W Małych Grozach na świat przyszło dziecko o długich białych włosach, które całkowicie zakrywały jego twarz. Dlatego nikt nie widział, że nie może zaczerpnąć powietrza. Na szczęście starowieczny klaps w pośladki pomógł uruchomić w nim życie. Powoli fiolet jego skóry przechodził w czerwień.

Żeby przyjrzeć się dziecku, trzeba było odgarnąć mu włosy z twarzy i zaczesać je do tyłu. Kobiety od razu spostrzegły, że noworodek jest brzydki, ma niedomykające się usta i skórę poranioną przez czas jak u starca. Linia górnej wargi wyginała się w stronę nosa i odsłaniała bezzębne dziąsło. Może jednak na świat przyszło zwierzę, podobne do żaby, człowieka i zająca.

Świadkiem narodzin Jerycha był ksiądz Łukasz, który przez okno wyglądał nadejścia dziecka. A gdy już się przekonał, kto się urodził i że żyć będzie, rozpostarł skrzydła i odleciał ku czarnemu niebu.

Nikt nie znał kochanka Matyldy i sprawcy całego zamieszania. Kulawa dziewczyna samotnie mieszkała w starym domu i nie miała zwyczaju spotykać się z mężczyznami. Wiedziano tylko, że podkochiwała się w stolarzu Jakubiku, który jesienią wypłynął z Małych Gróz na drewnianej rybie. Ale chłopak jawnie nią gardził. Więc kto? – pytano, gdy na wiosnę Matylda nie mogła już ukryć wyrośniętego brzucha.

Kto mógł uwieść brzydką i milczącą dziewczynę, za którą nikt w życiu nie obejrzał się na drodze? Kto zechciałby sprawić, żeby wiła się pod twardym, męskim ciałem, zatykając sobie rękami usta? Czy ktoś znał smak i zapach jej skóry, mokrej od miłosnych uniesień?

Może odwiedzał ją któryś z demonów mieszkających w lesie? Być może, ale Matylda, a później i jej dziecko nigdy nie czuły wstrętu do święconej wody.

Żadna z kobiet nie podejrzewała też własnego męża. Co innego, gdyby chodziło o Faustynę, przeklętą dziewczynę, którą trzeba było wypędzić ze wsi. To przez nią mężczyźni w Małych Grozach zamykają oczy, gdy przychodzi im kłaść się w pościeli ze swoimi żonami.

Tym razem nie było powodu się martwić. Dziecko bardziej przypominało zająca niż któregoś z gospodarzy.

Chude i zwichnięte ciało Matyldy nie wytrzymało trudu narodzin warmińskiego olbrzyma. Dziecko od pierwszej chwili łaknęło życia, a jego głód był tak wielki, że wyssało je z mięśni i kości rodzicielki. Później, osierocone i wciąż głodne, karmiło się zapachem żywicy spływającej po świerkowej korze, promieniami słońca, na które nie było siły patrzeć, i miękkością żółtego piasku na dnie jeziora. Wszystko nadawało się do jedzenia i wszystko smakowało wspaniale. Wystarczyło tylko szeroko otworzyć usta, wystawiając je zdecydowanie na wiatr.

Przynajmniej tak mi opowiadał Jerycho, kiedy był już moim dziadkiem.

Opowiadał mi jeszcze, że nikt ze wsi nie chciał białowłosej sieroty z podwiniętą wargą. Żadna gospodyni nie miała odwagi wziąć dziecka do siebie. Dlatego zdecydowano, żeby niemowlę oddać w ręce najstarszych kobiet. Bo na najtrudniejsze pytania w Małych Grozach odpowiedzi znali tylko starcy, których sumienia już dawno rozsypały się w proch. Staruszki zdecydowały, że położą małego Jerycha na ziemi, na wybiegu dla koni. Niczyja wina będzie, gdy przypadkowe kopyto rozsądzi sprawę. Nie człowieka, nie zwierzęcia, może tylko losu.

Stado wyszło z zakrętu, nie tracąc prędkości. Upojone biegiem konie rżały cicho i radośnie. W takiej chwili nawet zwierzęta nie patrzą pod nogi, tylko ku niebu. Nie widzą maleństwa, które macha rączkami i próbuje powstrzymać wielogłową bestię o twardych kopytach i pękatych brzuchach.

Konie pobiegły dalej i prawie już ich nie było. Świat przestał drżeć, pozostały tylko zapach końskiej skóry i poraniona ziemia.

Kobietom, które z uwagą przyglądały się stadu, przyszło do głowy, że starość odbiera im rozum. Chyba musiało być coś na rzeczy, skoro dobrze widziały, że konie w biegu odrywają się od ziemi. Nie miały skrzydeł, a jednak zaczęły się unosić w powietrzu. Rozpędzone dosięgały wierzchołków drzew. I żaden nie ośmielił się dotknąć dziecka, leżącego na uwalonej łajnem trawie.

Po chwili stado wróciło. Konie lądowały wokół małego Jerycha, wyprostowanymi nogami wbijając się w ziemię. Przysiadały na zadach i szeroko otwartymi oczami spoglądały na staruszki.

Klacze podchodziły do dziecka ciekawe jego zapachu. Mięsistymi językami sprawdzały, czy nie zrobiły mu krzywdy. A gdy były już spokojne, ponownie zbiły się w stado i ruszyły z kopyta. Uśmiechnięte niemowlę machało im na pożegnanie.

To też wiem z opowieści Jerycha, mojego dziadka.

A na koniec dziadek powiedział mi jeszcze, że ksiądz Łukasz kazał zanieść niemowlę na skraj lasu i położyć je na mchu pod świerkiem. Ci, co to zrobili, opowiadali później, że nawet chcieli zawrócić, żeby ostatni raz spojrzeć na dziecko, które nie przestawało się uśmiechać. Ale Jerycha już nie było.

 

Mój dziadek wrócił do Małych Gróz dopiero, gdy skończył osiemnaście lat. Jego wargę zakrywał biały wąs. Zamieszkał na ziemi swojej matki i postawił dom, który służy nam do dziś.

Wkrótce zapuścił też brodę. Mieszkały w niej ptaszki, które wypadły matkom z gniazda.

To wiem na pewno, bo to moje pierwsze wspomnienie o Jerychu, moim dziadku.

Ziarno

Dziadek Jerycho nigdy nie chciał nam powiedzieć, dlaczego opuścił las i zamieszkał w Małych Grozach. Przez lata jego ciało wydzielało zapach mchu i mokrego drzewa. Kiedy pojawił się w naszej wiosce, miał przy sobie tylko brzozową laskę i puszkę pełną pereł. Za ten skarb postawił sobie wielki dom.

Moja mama Małgorzata, synowa Jerycha, nie przepadała za teściem. W najlepszym razie nie mówiła o nim wcale. Ale kiedy zdarzyło się Jerychowi rozsierdzić ją do czerwoności, przeklinała swój los i dzień, w którym poznała Michała Toporka, czyli mego ojca. Pominę szczegóły tego spotkania, chociaż poznałem wiele tajemnic Małych Gróz. Nie opowiada się takich historii o rodzicach.

Mogę tylko zdradzić, że Małgorzata najzwyczajniej w świecie zakochała się w Michale i nawet jeśli zaraz jej przeszło, było już za późno. W jej łonie, szczodrze oblewanym Toporkowym nasieniem, zalęgło się nowe istnienie. Zostałem spłodzony w sierpniu, w asyście ciemnego warmińskiego nieba, a tak trzęsło, że spadały gwiazdy.

Więc może powstałem z miłości, chociaż moja mama mówi, że jednak z głupoty.

Jerycho dzięki perłom był bogaty i nigdy nie musiał pracować. Mama podejrzewała, że dziadek puszkę komuś ukradł, a kiedy okazało się, że to nieprawda, upierała się, że to nie perły, tylko oszlifowane ludzkie zęby. To też mijało się z prawdą, ale mama nie przestawała złorzeczyć.

Dziadek Jerycho nie należał do gatunku mężczyzn, którzy mogą podobać się kobietom. Był brzydki od urodzenia i nie było jak tego zmienić. Moja mama drwiła, że dziadek tylko dzięki czarom mógł posiąść kobietę. Inaczej nie spłodziłby Michała Toporka oraz jego przyrodniego brata Karola Macięgi. I jeszcze kilkorga innych dzieci w okolicznych wsiach. Wydaje mi się, że mama mogła oceniać teścia zbyt surowo albo Jerycho był wielkim czarownikiem.

W domu mojego dziadka nie znalazła miejsca żadna pani. Uciekła z niego babcia Toporkowa i nie zamieszkała w nim matka Karola. Zresztą nie miała tam czego szukać, bo gdy rodziła mojego stryja, była akurat żoną sąsiada, Józefa Macięgi.

Jerycho nie poświęcał wiele uwagi ani swoim kobietom, ani swoim dzieciom. (Zwyczaj ten przejął także mój ojciec). Być może dziadek za dużo zajmował się myśleniem, bo często widywano go, jak siedział nad kartkami. Słowa zapisywał w nieznanym języku, którego nauczył się, gdy mieszkał w lesie. A o czym pisał? Jerycho zdradził mi, że do jego obowiązków należą spisywanie rodzajów wiatru, które odwiedzają Warmię, mierzenie wysokości śnieżnych zasp i pomiar głośności rechotu żab w okolicznych stawach. Ale kto go tam wie. Nie znając Jerychowego pisma, każdy mógł tylko zgadywać. Moja mama wierzyła, że to słowa zaklęć, po których kobiety rozkładają nogi. Na pewno dzięki czarom blaszana puszka wypełniała się perłami. Gdy je sprzedawał, starczało na wszystko – na nowe zaklęcia i na pojawiające się dzieci.

Moja mama Małgorzata urodziła się w Skowyczach, w domu bogatego chłopa z sąsiedniej wsi. Jerycho miał tam fatalną opinię. Zasłużenie, bo szedł w szkodę zapracowanym gospodarzom częściej niż lis w kurniku. A gdzie mojemu dziadkowi nie starczyło sił i wyobraźni, docierał jego syn, Michał Toporek. On również znał zaklęcia, po których kobiety rozkładają nogi. A miał o tyle łatwiej, że był przystojny. To jedyne dobre słowa, jakie usłyszałem z ust mamy o moim ojcu.

Chociaż Jerycho potrafił wygasić każde domowe ognisko, coś w nim się przełamało, gdy przyniesiono mu pierwszego wnuka. Tak przynajmniej się tłumaczył, a o dziwo, mama nigdy temu nie zaprzeczała. Dla nas Jerycho zawsze miał czas i cierpliwość. I kiedy byłem w potrzebie, zdradził mi tajemnicę, skąd brały się perły w blaszanej puszce.

Trzeba zacząć od tego, że z pewnością nie były to ludzkie zęby. Perły wytwarzał dziadek. Nauczył się tej sztuki, kiedy mieszkał w lesie, i była to jedna z najstarszych warmińskich tajemnic, jaką las mu zdradził.

Najpierw trzeba znaleźć właściwe ziarenko piasku. Najlepiej, żeby przepuszczało promienie warmińskiego słońca. Takie ziarenko trzeba położyć sobie na oku. Piasku pod żadnym pozorem nie można wcześniej myć. Należy wpuścić w siebie cały brud naszej warmińskiej ziemi. Oko ludzkie czegoś takiego nie zniesie, od razu zacznie łzawić, a później ropieć. Czerwone z wściekłości będzie próbowało wypluć obce ciało. Wtedy trzeba zagryźć zęby i przeczekać, chociaż chwilowo można stracić wzrok. W końcu oko pogodzi się z bólem. Już nie będzie chciało się pozbyć ziarenka, ale przyjmie je do siebie. Zacznie je pieścić, toczyć i powlecze szklistą błoną. Znajdzie sposób, żeby tylko przestało je ranić. Z czasem błona stwardnieje i nabierze idealnie kulistego kształtu. Ziarenko zamieni się w perłę o wyjątkowym blasku. Im dłużej człowiek będzie zmuszać oko do cierpienia, tym większy zdobędzie skarb.

Ale ten przepis znają wszyscy. Wystarczy zajrzeć do książek (u nas najwięcej miał ich mój stryj, Karol Macięga), żeby się przekonać, że podobnie robią małże w ciepłych morzach. Nie wystarczy tak po prostu sypać sobie piasek do oczu i czekać na cud. Tyle zdążył mi powiedzieć Jerycho, zanim przerwał opowieść. Nie miał zamiaru powierzyć mi całej tajemnicy wytwarzania pereł i długo musiałem go prosić, żeby zdradził mi resztę.

Moja mama wolałaby, żebym nie spotykał się z dziadkiem. Nie mogła spokojnie się przyglądać, jak z każdym rokiem z ukochanego synka przemieniam się w Jerycha. Bo ja też zapragnąłem poznać zaklęcia, po których kobiety rozkładają nogi.

– Nie ma żadnych zaklęć – wściekał się Jerycho i zamykał przede mną drzwi. – Złap którąś za cyca i zobaczysz, że zawsze coś z tego będzie.

– Może nie zaczynaj od mężatek! – krzyczał do mnie przez okno, usmarkany ze śmiechu, gdy wróciłem z podbitym okiem.

– Ugryź się w dupę – dodawał jeszcze, chociaż wiedziałem, że chce mi pomóc.

– Powiem ci, jak się robi perły – powiedział w końcu. – Nie ma takiego zaklęcia, po którym kobiety rozkładają nogi – tłumaczył cierpliwie. – To potrafią tylko perły.

Moją mamę najbardziej denerwowało w Jerychu to, że zmyślał on tak często, że sam nie wiedział, co jest na pewno, a co mu się przyśniło. Jeszcze przed moimi narodzinami w jego domu wisiało lustro, w którym padał deszcz. I podobno woda z tego lustra ugasiła kiedyś pożar, który zaczął się od przewróconej świeczki. Ale moja mama i tak wiedziała swoje – to pijany Jerycho, zasypiając, przewrócił świeczkę i zaprószył ogień. A później nieprzytomny, własnym ciałem zadusił zarzewie.

– Powiem ci, jak naprawdę robi się perły – powiedział w końcu dziadek Jerycho. – Żadna perła nie wyrośnie, jeśli nie będziesz patrzył we właściwą stronę. Ale... – Przerwał, żeby palcem zamknąć mi usta. – Ale każdy ma własny obraz i właściwy kierunek do patrzenia, i sam musi się dowiedzieć który. Trzeba mieć oczy szeroko otwarte, albo, jeśli jest taka potrzeba, mrużyć powieki. Zacznij widzieć ludzi, zwierzęta, las, a może niebo? I jeszcze jedno... Patrz tak, jakby nie było czasu. Przyglądaj się uważnie temu, co było i będzie, a nie tylko temu, co tu i teraz. Cholera wie, co ci się przyda.

– A ty na co patrzysz?

– Różnie... Na kobitki, na twoją matkę, kiedy gotuje, na jezioro, na drewnianą rybę albo jak dym układa się z komina.

– I z tego rodzą się perły?

– Cała puszka!

– I wciąż ją będziesz napełniał?

– Nie ma lepszej roboty – cieszył się chwilowo ociemniały dziadek, a z oczu ciekła mu ropa.

Moja mama nie wierzyła w żadne słowo teścia. Prychała ze złości, gdy przy obiedzie opowiadał, że świat istnieje tylko dzięki człowiekowi, który na niego patrzy. I że gdyby naraz wszyscy ludzie zamknęli oczy, to nic by nie zostało.

– To niech tata je kartofle, póki jeszcze są – syczała Małgorzata, podsuwając mu pod nos parujący półmisek.

– Nie wiem, na co patrzeć. Piasek strasznie swędzi – żaliłem się dziadkowi. Miałem tak zapuchnięte oczy, że z trudem znalazłem do Jerycha drogę.

– Przejdź się po wsi, kretynie. Na początek wystarczy.