Inna dusza

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie mam mu nic do powiedzenia. Powtarzam, że chciałbym się wyspać, i boję się trochę, bo tatko może zapytać, dlaczego wróciłem w środku nocy, czy coś u Jędrka mi nie odpowiadało. Tatuś ma to jednak w czterech literach i gapi się na butelkę zdziwionym wzrokiem, jakby jej zawartość ulotniła się w jednej chwili i bez jego udziału. Przynajmniej takim zastaję go, wróciwszy z łazienki. Tatuś stwierdza, że jestem prawie dorosły i musi pogodzić się z moimi wyborami. Podobno nawet pracuję, co bardzo go cieszy. Sam uważa się za bardzo pracowitego człowieka, tylko życie mu się nie udało. Jego zdaniem inny, gorszy ojciec oczekiwałby, abym łożył na swoje utrzymanie, ale on taki nie jest. Prosi tylko o drobną pożyczkę. Odpowiadam, że zbieram na rower. Tatuś odstawia butelkę i strzela piękną przemowę, jak nie mam pojęcia, ile co kosztuje: woda, prąd, gaz, jedzenie. Spółdzielnia mieszkaniowa to bandyci, a my jesteśmy bezbronni. On, mój tatko, wciąż walczy, tylko sił jakby mniej. Dziesięć złotych uczyni go mocnym, dwadzieścia niezniszczalnym, a pięćdziesiątka chyba przemieni w półboga.

Udzielam tej samej odpowiedzi. Chcę kupić rower i nie mam pieniędzy. Tatko kiwa głową, jakby godził się z tą wiadomością. Wstaje i ściąga mnie z amerykanki. Wyrywam się, idę do kuchni, on za mną. Mówi, że teraz na własnej skórze przekonam się, jak ciężkie jest życie. Zobaczę, do czego go doprowadziłem. Nie potrafię się ruszyć. Tatko ciska mi buty pod stopy i zakłada swoje. Runąłby przy tym, gdyby nie ściana. Coś mamrocze o zmarnowanych latach i próżnym wysiłku. O dobrych dzieciach i miłości synowskiej. Stoję i mu się przyglądam. Tatko toczy długą i nierówną walkę ze sznurowadłami. Wrzeszczy, żebym się ruszył, i rzeczywiście, natychmiast rzucam się na swoje buty. Na progu kuchni, niczym skruszone widmo, materializuje się mamusia w koszuli nocnej. Wyraźnie chce coś powiedzieć, ale nie mówi nic.

19.

Mój tatko, znawca obu wojen światowych, arcymistrz modelarstwa i najlepszy kumpel naszej dzielnicy, jakimś cudem nie zlatuje ze schodów i opuszcza kamienicę, popychając mnie przed sobą jak surowy pan Murzyniątko. Wleczemy się Jasną. Czwarta rano, zimno jak diabli, pochowały się psy, pijaki i koty. Niebo jak denaturat, popękany asfalt, mży. Morda się tatusiowi nie zamyka. Mówi, że dla swojego ojca zrobiłby wszystko, choćby ten był kawał skurwiela. Nigdy mnie nie uderzył, przypomina, wbijając mi palec między łopatki. Uważa, że wyciągnął wnioski ze swojego nieszczęśliwego dzieciństwa i stanął na głowie, bym miał dzieciństwo szczęśliwe, tylko ja tego nie chcę. Pastwię się nad nim, nienawidzę.

Na rogu Jasnej i Grunwaldzkiej tatko przystaje, podpierając się pod boki. Grunwaldzką śmigają taksówki, poza tym, jak okiem sięgnąć – nikogo. Jest mi zimno, oczy się zamykają. Tatko wykonuje półobrót, chwieje się, rozkrzyżowuje ramiona i odzyskuje pion. Naprzeciw jego pomarszczonej gęby rysują się zakratowane drzwi do sklepu pana Docenta. Prócz stali dostępu broni kartonowa reklama EB: wyblakły od słońca Jean Reno zanurza usta w pianie. Tatuś też by sobie zanurzył. Szarpie za kłódkę, bredzi coś o skurwysynach i zasuwa kaczym krokiem na tył sklepu.

Pośrodku niewielkiego podwórka stoi trzepak. Pod ścianą zalegają kartony, foliowe worki i kraty po piwie, ale tatkę interesuje głównie gerda broniąca dostępu do magazynowej części sklepu. Wali w nią z buta, napiera barkiem, drzwi ani drgną. Przychodzi mi do głowy, że to moje drugie włamanie tej nocy. Z niepokojem wypatruję ciekawskich twarzy w ciemnych oknach. Tatko ponawia swój wysiłek z podobnym efektem i ryczy w moją stronę, że jestem bezużyteczny. Pyta, czy zdaję sobie sprawę, do czego go doprowadziłem: musi kraść, byśmy mieli na jedzenie. Przeze mnie trafi do więzienia, a matka będzie głodować.

Jak we śnie krążę po podwórku, wypatrując czegokolwiek, co by się nadało, ale świat to zlewka bez konturów, bez jednej wyraźnej barwy. Nawet nie wiem, o co się potykam, ponaglany przez ryk tatusia. Od tego wrzasku drży powietrze. Podwórko, domy i rozbełtane niebo załamują się, jakby osuwały się w otchłań pod moimi stopami. Pochylam się – tam jednak nie otchłań, lecz srebrna felga samochodowa. Lecę z nią do tatusia. Cieszy się, jakbym przytargał złoto w sztabkach. Napierdala tą felgą w gerdę, aż dom się trzęsie. Szybko opada z sił i bierze się na sposób: wciska felgę między drzwi i framugę. Próbuje zrobić dźwignię, ale felga się gnie. Ciska mi ją pod nogi. Wrzeszczy, że jestem do niczego, że chciałem, by się nie udało. Chciałem, żebyśmy byli głodni. Chciałem, żeby zrobił sobie krzywdę, żeby mu rany pootwierały się w dłoniach. Słucham tego niezdolny do uniesienia ramienia.

Ryk tatusia przechodzi w niezrozumiały skrzek. Tatko chwyta cegłówkę i wali w drzwi na oślep, znad głowy, raz za razem. Odpryski wypalonej gliny strzelają na boki. Na drzwiach pojawiają się brązowe rysy. W końcu cegłówka pęka mu w dłoni. Tatko wydaje z siebie stłumione przekleństwo. Gapi się to na drzwi, to na resztki cegłówki. Osuwa się na ziemię. W jego oczach dostrzegam pierwszy przebłysk trzeźwienia.

20.

Przekrwione oczy tatusia spoglądają na mnie spod brudnych włosów. Wyciąga rękę, prosi, żebym podszedł. Wmurowało mnie w podwórko. Tatuś mówi, że doskonale mnie rozumie, że sam by do siebie nie podszedł. Zaczyna szlochać, i to tak, że jego słowa stają się niezrozumiałe. Coś o byciu potworem, o niezasługiwaniu na litość, takie rzeczy. Stoję tak, jak stałem. Tatko wyciera nos w rękaw.

Mówi, że wie, jak bardzo przesadził. Nie ma nic na swoje usprawiedliwienie. Jest okropnym, słabym człowiekiem, który zawiódł wszystkich. Nie wie, co w niego wstąpiło. A może wie. Zaczyna pełznąć w moim kierunku, jakby właśnie wygrzebał się z ziemi. Błaga mnie o wybaczenie. Nie zdziwi się, jeśli odejdę. Powinienem go zostawić, mówi. Powinienem powiedzieć o wszystkim dobremu panu Docentowi i zaraz zadzwonić na policję. Tak gada i lezie ku mnie na czworakach. Klękam naprzeciw niego, próbuję podnieść, ale nie mogę. Tatko przytula mnie mocno i płacze. Czuję jego łzy i jego smród.

Tatko szepcze mi w ucho najróżniejsze cudowności. Już nigdy więcej się nie napije. Pójdzie na odwyk, jeśli tylko go poproszę, a jeśli nie, spróbuje dać radę samemu. Pomoże mi w odrabianiu lekcji. Posprzątamy razem mieszkanie, a w weekend to dopiero się podzieje: pójdziemy do kina, a potem po rower. Ma jakieś dojścia w Romecie. A jak nie ma, no to co? I tak kupi. Obiecuje, że zrobi dla mnie wszystko. Na moje wybaczenie poczeka, aż sobie zasłuży. Moje wybaczenie jest dla niego najważniejsze na świecie. Mówię, że mu wybaczam, a on znowu się maże.

Już świta. Wracamy do domu, tatko wsparty na moim ramieniu.

21.

Jędrek otwiera oczy pięć minut przed dzwonkiem budzika. Siada. Rozmasowuje kark, a gdy niezdarnie podnosi się do pionu, krzywi się z bólu. Utyka, więc robi kilka rundek po przedsionku, żeby rozruszać nogę. Przegląda się w szybie, otrzepuje spodnie, kurtkę i idzie na górę. Głowę trzyma nisko i może dlatego nie zauważa Dagmary wiążącej buty na wspólnym korytarzu. Trąca dziewczynę, przytomnieje. Dagmara podnosi się i obcina Jędrka znudzonym spojrzeniem. Jędrek jest siny. Policzki mu się zapadły, ma brudne spodnie i dłonie. Dagmara pyta, czy coś się stało, czy wszystko w porządku. Jędrek zwleka z odpowiedzią, wreszcie mówi:

– Biłem się na pięści, w klatce. Pięć rund. W końcu zwyciężyłem, ale ciężko było. – Unosi pięść. – Za nogi go wyciągnęli, tak go walnąłem.

Dagmara wydaje z siebie pogardliwe prychnięcie. Natychmiast spuszcza głowę, jakby naprawdę się wstydziła. Mówi Jędrkowi, aby na siebie uważał. Wielu dobrych chłopaków się zmarnowało. Ona nie może patrzeć, jak się biją, nawet na filmach. Zarzuca na ramię kolorowy plecak i zbiega po schodach. Jędrek odprowadza ją wzrokiem i idzie do siebie. Drzwi otwiera bardzo cicho, jakby liczył, że wszyscy jeszcze śpią.

Ojciec siedzi przy stole, nad gazetą. Matka rozkłada talerze, musztardę, chrzan i chleb. Jędrek wita się z rodzicami i mówi, że zaraz usiądzie, tylko chciałby wziąć prysznic. Pan Ryszard nic nie odpowiada, tylko patrzy na zegarek i kręci głową. Jędrek znika w łazience, rozbiera się i wchodzi pod prysznic. Nie potrafi określić temperatury wody, nie wie, czy jest ciepła, czy zimna. Mydli się w pośpiechu. Woda zalewa mu twarz. Jędrek wyciera się niedbale, owinięty ręcznikiem pędzi do swojego pokoju. Chwilę później zasiada z rodzicami. Różową dłonią sięga po chleb. Na twarzy pana Ryszarda pojawia się coś miękkiego, jakby topił się od środka. Pan Ryszard cieszy się z powrotu syna i ma nadzieję, że ten dobrze się bawił. Tak właśnie mówi i sięga po parówkę. Jędrek wstaje i mocno obejmuje ojca. Ten jest tak zaskoczony, że nie odwzajemnia uścisku. Jędrek szepcze:

– Boję się, tata. Co ze mną będzie?

Czas przypływu
listopad 1995

1.

DLA TATUSIA PORANEK ZACZYNA SIĘ W POŁUDNIE. Tatko kręci się w rozbebeszonej pościeli, skomle o szklankę wody i zaraz później woła o kawę. Zasypuje ją cukrem. Brązowe fusy osiadają mu na wąsach. Jego zdaniem dzień będzie po prostu kapitalny. W łazience zatrzaskuje się niemal na godzinę. Słyszę jednostajny szum wody i wyobrażam sobie ojca, jak polewa sobie głowę zimnym strumieniem. Wychodzi tylko w slipach, roztaczając wokół siebie mocny zapach perfum Vanilla Fields. Jego ciało jest kościste i pełne blizn. Na łokciach czernią się strupy. Tatko klęka, wyrzuca rzeczy z szafy, poszukując czystych spodni i koszuli. Wszystko ma zmięte, ale w końcu dopina swego. Siada na tapczanie, zwiesza głowę i mruży podkrążone oczy. Matka przynosi mu kolejną kawę, nie mówiąc ani słowa.

Tatko grzebie w portfelu i staje się jasne, że o żadnym rowerze nie ma już mowy. Portfel tatusia, wykonany z brązowej skóry, ma grubość dowodu osobistego i taki też urok. Tatuś czochra mi czuprynę i mówi, że będzie po prostu super. Prosi, żebym ładnie się ubrał. Wkładam polarową bluzę i tę kurtkę co zwykle – bombera kupionego na placu. Tatko wbił się już w dżinsy. Z półdługimi włosami przypomina gitarzystę jakiegoś zapomnianego zespołu rockowego. Wychodzimy na Jasną, a klęska emanuje z każdego jego ruchu.

 

Jak gdyby nigdy nic zachodzimy do sklepu pana Docenta. Pan Docent podnosi się na widok tatusia, a ten uśmiecha się promiennie i mówi, że na razie może oddać jakieś piętnaście złotych. Kładzie pieniądze na ladzie, demonstracyjnie odwraca wzrok od półki z alkoholem i wsadza nos pomiędzy płachty „Expressu Bydgoskiego”. Sprawdza, co grają w kinach, pyta mnie, na co mam ochotę, a pan Docent postękuje zza lady. Nie potrafię wybrać filmu, tytuły nic mi nie mówią, więc decyzję podejmuje tatuś. Odkłada gazetę. Nieoczekiwanie pan Docent żali się, że w nocy drzwi mu prawie rozpierdolili, i zagaduje, czy czegoś o tym nie wiemy. Tatko zasypuje go nawałnicą pytań: kiedy, czy bardzo, jak to możliwe. Zostawiamy pana Docenta z konkluzją, że na Jasnej mieszkają same skurwysyny.

Idziemy przed siebie. Wieje. W rejonach Jackowskiego tatko opada z sił i ledwo podnosi nogi. Nieustannie zostaje w tyle i gdy docieramy na Gdańską, traci równowagę, omal nie wpadając pod tramwaj. Łapię go, odciągam, a on giba się nad krawężnikiem, ze zdziwieniem gapiąc się na czerwony kadłub. Mówię, że mogliśmy pójść do kina Orzeł na Marcinkowskiego, bo bliżej. Tatko uważa ten pomysł za karygodny, jeśli już kino, to najlepsze w Bydgoszczy. Kładzie mi rękę na głowie i zapewnia, że wszystko jest w porządku. Spod zapachu Vanilla Fields przebija się woń przetrawionego alkoholu.

Pomorzanin to szary kloc z rzędem małych okien pod samym dachem. Tatuś samodzielnie pokonuje ciemny pasaż i tłumaczy bileterce, że przysługuje mi bilet ulgowy. Wyjaśnia, że nie skończyłem jeszcze dwunastu lat, ale bileterka jest niewzruszona. W końcu tatko płaci. Portfel wepchnięty w tylną kieszeń przypomina garść pozlepianych liści. Idziemy do wielkiej, ciemnej sali. Myślę o tych olbrzymich kinach z amerykańskich filmów, gdzie dzieciaki w kolorowych ciuchach żrą popcorn i piją colę z wielkich papierowych kubków.

Puszczają Wodny świat. Jesteśmy prawie sami. To dobrze, bo zapach tatusia zrobił się przykry. Tatko nieustannie się wierci, podpiera brodę zaciśniętą pięścią, rusza nogami i maca się po twarzy. Tylko Kevin Costner, poobijany i w łachmanach, wygląda gorzej od niego. W końcu zaczyna chrapać na całe kino, z głową odgiętą do tyłu. Mruczy, więc chyba coś mu się śni. Film jest nudny i głupi. Zazdroszczę tatusiowi.

2.

Tatuś wraca na jawę równo z napisami końcowymi i pyta, jak podobał mi się film. Odpowiadam zgodnie z prawdą. Tato kręci głową, stwierdza, że prawdziwe filmy kręcono w latach siedemdziesiątych, teraz to kolorowy chłam na Murzynów, perkal i paciorki dwudziestego wieku, dawane pod nos, żeby jakoś wysiedzieli w getcie. Niemniej wypad do kina uznaje za słuszny i wart powtórzenia. W przyszłą sobotę wybierzemy lepszy film. Wystarczy poczytać recenzje. Zresztą, jego zdaniem, największy cud ekranu odpada w przedbiegach przy książce.

Postawiony przed wyborem ciastka albo lodów wybieram te drugie. Tatko kręci głową i powiada, że nikt o zdrowych zmysłach nie jada lodów w listopadzie, ale to moje święto, mój dzień i ja decyduję. Cieszy się, bo lodziarnia jest tuż obok, przy Gdańskiej. Drałuje raźniej, kołysze się na boki. Mówi, że lody, na które chodził z ojcem, to chyba jedyne dobre wspomnienie związane z tym człowiekiem. Cukiernia mieści się w przesmyku. Tatko teatralnym gestem puszcza mnie przodem. Współczucie w oczach tęgiej sprzedawczyni niezbyt mi się podoba. Lody sprzedają w waflu, musimy jeść na zewnątrz. Tatuś słabującym głosem prosi, żebym wybrał sobie smaki, i zaznacza, że lepsze byłyby dwie gałki, a nie trzy, co czyni decyzję boleśnie kłopotliwą. Smaków jest zresztą tylko sześć. Nad ladą zastanawiam się tak długo, że sprzedawczyni zaczyna się niecierpliwić. Wybieram i zaraz zmieniam zdanie. Sprzedawczyni zerka to na mnie, to w „Claudię” rozłożoną za ladą.

Decyduję się na bakalie i czekoladę. Sprzedawczyni bełta łyżką w naczyniu z wodą, gdzie mieszają się kolory. Z rosnącym niepokojem patrzę, jak nabiera lody: zetrze ich nadmiar z łyżki czy nie? Często w ten sposób próbują przyoszczędzić. Jednak nie – do wafla trafiają dwie grudy, potężne i pyszne. Sprzedawczyni przejmuje pieniądze, wydaje resztę i wyraża nadzieję, że będzie mi smakowało. Mówi to takim głosem, że lody zmieniają się w breję z cukrem.

Jem powoli. Przesmyk osłania nas przed wiatrem. Tatuś gapi mi się w wafla i rozsmarowuje skronie. Nieoczekiwanie mówi, że to popołudnie mogło być lepsze, gdyby tylko wczoraj tak się nie umordował. To jego wina, odczuwa wstyd. Ale najdłuższa nawet droga zaczyna się od małego kroku, a on, mój ojciec, zamierza ich zrobić jeszcze bardzo dużo, aż staniemy się prawdziwą rodziną. Za tydzień wymyśli jakieś nowe atrakcje. Może cyrk przyjedzie do Bydgoszczy? Zjadam końcówkę wafla, a on nie przestaje mówić. Dowiaduję się, że jestem dla niego bardzo ważny i od lat czekał, byśmy zaczęli wspólnie wychodzić. Chciałby, abym mówił mu o swoich problemach. Wygląda dnia, kiedy przedstawię mu swoją pierwszą prawdziwą dziewczynę, i nieoczekiwanie zaczyna gadać o mamie. Spotkali się jak dwa piękne motyle nad bagnem. Nie widzieli poza sobą świata. Tatko wspomina dobre lata i twierdzi, że gdybyśmy nie żyli w Polsce, nasz los potoczyłby się zupełnie inaczej. Tu dobrze mają tylko politycy i biskupi. Skończyłem jeść już chwilę temu, ale tatuś dopiero teraz rusza z miejsca i idzie w kierunku ulicy.

3.

Wracamy do domu. Tatko zauważa, że jest ciepło jak na listopad, i proponuje powrót piechotą. Jeszcze na Gdańskiej wpycham podkoszulek do spodni i zapinam kurtkę pod szyję. Myślę o wezwaniach wysyłanych na nasz adres z Zarządu Dróg Miejskich i Komunikacji Publicznej. Na takim po raz pierwszy zobaczyłem swoje nazwisko w druku. Leżą w grubym pliku na najwyższej półce naszej meblościanki, razem z pismami ze spółdzielni mieszkaniowej, od straży miejskiej, policji, ze Żłobka i z sądu grodzkiego. Układają się w wielką księgę smutków naszej rodziny. Tatko twierdzi, że nie można się tym przejmować, a życie to wielka walka z potworami rządzącymi tym światem. Każdy uczciwy obywatel to święty Jerzy współczesności, tylko smoków jakby więcej. Pewnego dnia je pokona. Pewnego dnia wyśle te papiery w wielkiej skrzyni do Jacka Kuronia, ale jeszcze nie teraz.

Na zbiegu Dworcowej i Gdańskiej tatko przystaje, ugina nogi i szoruje chudym zadem o mur, zupełnie jak kotka w rui. Mówi, że kiszki już nie te, że zaraz mu przejdzie, tylko musi chwilkę poczekać. Próbuję osłonić ojca przed wzrokiem przechodniów i wyobrażam sobie, co to się podzieje, gdy zwieracz jednak puści. Tatuś robi się coraz bardziej nerwowy i zaczyna się rozpaczliwie rozglądać. Jego wzrok pada na hotel Pod Orłem. Chce, abym mu pomógł. Rozumiemy się bez słów.

Odpicowanego boya hotelowego mijamy, nim zdąży powiedzieć słowo. Schody przykryte grubym, czerwonym dywanem prowadzą do części hotelowej, lecz tatuś wybiera drogę ku restauracji. Kelnerka w białej bluzce, z grubym, słowiańskim warkoczem przerzuconym przez ramię, pyta, czy jesteśmy tylko we dwóch, i już chce wskazywać stolik. Tatuś wyjaśnia, że nażarliśmy się w Muzycznej, przeprasza, lecz z dziećmi nigdy nic nie wiadomo, i chciałby tylko, abym skorzystał z toalety. W Muzycznej nie karmią tak dobrze, jak ludzie mówią, śmieje się mój tatuś. Przestępuję z nogi na nogę. Po chwili jesteśmy w łazience. Tatko rzuca się na klopa, zatrzaskuje za sobą drzwi, ale jestem pewien, że odgłos jego wypróżniania się słyszą goście w restauracji, a może nawet ruskie w pokojach na górze. Tatuś wydaje z siebie sapnięcie przepełnione ulgą. Potem długo myje dłonie. Mówi, że świetnie sobie poradziliśmy. Mamy iść. Zerkam w głąb lokalu, a tam siedzi Jędrek z rodziną.

Pan Ryszard rozparł się na ławie, ma na sobie niebieską koszulę z białym kołnierzem, przegub oplata mu bransoletka z ciemnego złota. Pani Hania w białej bluzce z trójkątnym dekoltem kojarzy mi się z Alexis Colby, tylko jest bardziej zniszczona. Jędrek gniecie się w swojej marynarce. Powinienem odpuścić, ale nazbyt cieszę się na jego widok. Wołam jego imię, nim ojciec zdoła mnie powstrzymać.

4.

Na widok tatusia pan Ryszard podnosi się z ciężkiego krzesła. Wraz z jego zwalistym ciałem ku górze idą również kąciki ust i gdy trzeba uścisnąć sobie ręce, jego uśmiech rozjaśnia restaurację. Witam się z panią Hanią i mówię Jędrkowi, jak fajnie tak wpaść na siebie. Jędrek milczy. Goście odwracają głowy. Kelner przestępuje z nogi na nogę. Tatko gnie się w ukłonach, wyrzucając z siebie mnóstwo przypadkowych słów. Wynika z nich, że nie ma większego szczęścia nad przypadkowe spotkanie kogoś z rodziny. Pan Ryszard, wciąż uśmiechnięty, zaprasza, byśmy usiedli. Pyta, czy często tutaj bywamy i co chcemy zjeść. Ręka tatusia nerwowo błądzi przy kieszeni z portfelem. Tatko powtarza kłamstwo o wcześniejszym obiedzie i dodaje, że wpadliśmy tutaj tylko na kawę i sok. To właśnie zamawiamy.

W szkole pan od plastyki pokazywał nam średniowieczne obrazki, gdzie ludzie różnili się od siebie rozmiarami. Król był większy od szambelana, święty od króla. Mój tatko jakby skurczył się przy panu Ryszardzie. Pan Ryszard jest tak ciekawy, gdzie jadamy, że pyta i nie czeka na odpowiedź. Tutaj przyszli po raz pierwszy. Wcześniej jeździli do Ostromeckiej. Ta restauracja to otoczone podmiejską zielenią królestwo dobrego smaku. Tłok taki, że trzeba rezerwować miejsca, zwłaszcza w niedzielę. Pan Ryszard opowiada o gęsich wątróbkach podawanych z cebulką, jabłkami i żurawiną, wspomina jeszcze o pizzy w Romie, zalecając wyłącznie cienkie ciasto.

Usta tatusia układają się w wąską kreskę. Bąka, że na pewno sprawdzi te wszystkie restauracje, ale na razie jest skupiony na kupnie nowego samochodu, więc musiał zawiesić swoją miłość do pizzy i drobiu. Nabiera powietrza, zerka w moim kierunku, przysiągłbym – puścił oko. Na stole jest już kawa i mój sok. Jędrek trąca mnie pod stołem i chyba przeczuwa, że coś się święci. Tatko wrzuca do filiżanki cztery kostki cukru, bełta i zaczyna rozwodzić się nad smakiem słodkich bułeczek anpan nadziewanych pastą z czerwonej fasoli. Wspomina suszoną rybę bonito polewaną specjalnym alkoholem, którego nazwa wylatuje mi z głowy, gdy tylko zostaje wypowiedziana. Mówi o twardych serach, winie i chrupiących bagietkach mieszających się w czystą rozkosz pod słońcem Alzacji. Uświadamia zbaraniałemu panu Ryszardowi, jak trudno o potrawy staropolskie z prawdziwego zdarzenia, choćby o rybę niekrojoną, upieczoną w środku i przysmażoną w rejonach głowy, podawaną z tłustą potrawką. Jadł taką ponad miesiąc temu i wciąż czuje smak pod językiem. Opowiada o sarmackim jesiotrze ze świeżą pietruszką i masłem i kończy dokładnie w chwili, gdy pan Ryszard dostaje pod nos kotleta z frytkami. Tatuś unosi filiżankę z kawą i się uśmiecha. Mały palec dłoni odstaje mu w bok. Pan Ryszard z widocznym wysiłkiem odwraca wzrok od jego zadowolonej twarzy i wbija widelec w kotlet. Jędrek strzela z palców i mówi:

– Tatuś, smacznego!

5.

Wychodząc z hotelowej restauracji, tatko rechocze. Drałuję za nim przez deszcz i nie mogę dopędzić. W końcu odwraca się i czeka wsparty o barierkę odgradzającą nas od wody. Jesteśmy jak mali chłopcy. Chce mi się śmiać, to się śmieję. Pytam go, skąd zna te wszystkie potrawy, skoro od lat nie ruszył się z Bydgoszczy. Tatko robi łobuzerską minę i odpowiada, że mógłbym choć raz go posłuchać. Naprawdę warto czytać książki. Teraz jednocześnie wybuchamy śmiechem. Tatko czochra moje mokre włosy, ale tym razem ani trochę mi to nie przeszkadza. Otacza mnie ramieniem i idziemy razem, spokojni i zadowoleni, w stronę Jasnej. Tatko nawet pogwizduje. Pod jedną z kamienic rzuca mi się w oczy Wesoły Fido. Stoi pod przęsłem mostu w swojej kurtce bombce i luźnych dżinsach. Pali papierosa, chowając żar wewnątrz dłoni, jakby chciał pozostać niezauważonym.

6.

Darek z niewiadomych przyczyn nie zjawia się Pod Blankami. Umówiliśmy się, a jego nie ma. Pracuję razem z Bliźniętami, Księżniczką i młodym bandytą. Ten pali po staremu i pilnuje się, by wypowiadać nie więcej niż trzy słowa na godzinę. Za to Bliźnięta mają ciche dni. Młodszemu napuchła twarz od płaczu, Starszy jakiś chmurny. Staram się nie patrzeć w ich kierunku. Przydzielono mnie do nich ze względu na nieobecność Darka. Przerwę spędzam na krawężniku, rozmawiając z Czarną Owcą. Ma jakieś kłopoty, ale nie chce o nich mówić. Bez przerwy poprawia swoje rzadkie włosy i pali papierosa za papierosem.

Nieoczekiwanie dla samego siebie wyznaję jej, że chciałbym kiedyś opuścić Jasną, a potem Bydgoszcz. Ludzie wyjeżdżają do Holandii i Norwegii na truskawki, w miesiąc można zarobić na rok życia. Czarna Owca strzepuje popiół pod nogi i pyta, czy jestem niezadowolony z mycia samochodów. Odpowiadam, że nie, tylko przecież nie zawsze będę to robił. Natychmiast ogarniam ogrom własnej pomyłki, bo w oczach Czarnej Owcy dostrzegam pewność, że nasze miejsce, moje i jej, znajduje się właśnie tutaj, Pod Blankami. Wrośniemy w parking jak samochody bez kół. Czarna Owca dodaje, że znała wielu, którzy wyjechali. Chcieli porzucić dawne życie, ale zabrali ze sobą ich istotę, czyli samych siebie. Nie zdają sobie z tego sprawy i trudno im zrozumieć, dlaczego z każdym kolejnym wyjazdem są coraz bardziej rozczarowani i zrozpaczeni. Nikt nigdy do mnie nie mówił w ten sposób, takich słów mi oszczędziła nawet pani od polskiego. Czarna Owca dodaje jeszcze, że tam, na Zachodzie, wszystko jest wielkie i obce. Kształty i kolory wydają się sztuczne, a ludzie żyją tylko dla siebie. Mam wrażenie, że chce powiedzieć coś jeszcze, jednak milknie. Na parking podjeżdża czarny mercedes w124. Młody bandyta i Księżniczka pucują akurat fiata punto, więc Czarna Owca ogłasza koniec smęcenia. Mam robotę.

 

Mercedesem, pięknym jak statek kosmiczny, mógłby jeździć Bond albo Erich Honecker. Fotel kierowcy okupuje jednak tęgi gość w golfie i błękitnej marynarce. Na czoło opada mu kosmyk siwych włosów, a zamiast normalnego podgardla ma wór pomarszczonej skóry. Na mój widok kokosi się na zewnątrz. Pytam jak zwykle, czy mam umyć samochód, a biznesmen idzie na mnie, tocząc przed sobą własny brzuch. Nie da skończyć i wrzeszczy coś o kryminalistach i złodziejach. Jego zdaniem niszczymy samochody. Przyjeżdża tutaj codziennie i jeszcze nigdy nie daliśmy mu spokoju. Dziwię się, bo widzę go po raz pierwszy. Mówię, że to nieprawda. Otwarta ręka biznesmena przelatuje mi nad głową. Kopie moje wiadro i woda z mydlinami rozlewa się po asfalcie. Bliźnięta już lecą w naszym kierunku, podnosi się Czarna Owca z młodym bandytą. Starszy dopada biznesmena i pcha w pierś otwartą dłonią. Biznesmen traci oddech, opiera się plecami o samochód i chyba nie wierzy w to, co się dzieje. Starszy kłuje go palcem i radzi, żeby nie chojrakował, bo widział już nie takich cwaniaków i dobrze zna ich koniec. Bierzemy biznesmena w półkole. Młody bandyta kopci, jak to on, i patrzy wyzywająco. Trzymam się z boku. Czarna Owca podchodzi jako ostatnia i miękkim ruchem wsuwa się między Starszego a biznesmena. Facet próbuje poprawić marynarkę i nawet stojąc kilka kroków od niego, czuję zapach potu. Czarna Owca mówi mu, że wszystko jest w porządku i nie ma o co się kłócić. Wystarczyłoby, aby odmówił umycia samochodu.

Niedopałek młodego bandyty leci w kałużę, cofamy się. Biznesmen, zataczając się, wsiada do merola, a Czarna Owca przygląda się temu wszystkiemu z fałszywym uśmiechem. Biznesmen odpala silnik. Hamuje przy wyjeździe z parkingu i ryczy przez szybę opuszczoną na dwa palce, że wreszcie się doigraliśmy i załatwi nas wszystkich. Koniec interesu. Wylądujemy w poprawczaku albo w więzieniu, obiecuje i odjeżdża z piskiem opon, zakłóconym przez dźwięk kamienia spadającego na tylną szybę jego samochodu.

Trzęsę się. Nie wiem, czego boję się bardziej: utraty pracy czy zakładu poprawczego. Zdaniem Czarnej Owcy takie awantury zdarzają się co jakiś czas i nic z nich nie wynika. Bez przekonania opieprza młodego bandytę za ten rzut kamieniem, Bliźnięta są zgodni – zapamiętali sukinsyna i dadzą mu kiedyś w kość. Podnoszę gąbkę, pompuję wodę do wiadra. Czarna Owca mówi, że jeśli chcę, mogę dziś nie pracować. Podzieli się swoją dniówką. Odmawiam po chwili wahania, wracam pod mur i wyglądam samochodów, tymczasem od strony budynku sądowego nadciąga czarnowłosa czterdziestolatka w płaszczyku. Targa reklamówkę. Na jej widok Starszy i Młodszy podrywają się z krawężnika, lecą jeden przez drugiego, biorą w ramiona, całują w policzki. Matka przygląda im się z troską. Z reklamówki wyjmuje jedzenie owinięte w przetłuszczony papier, zerka jeszcze w naszym kierunku i odchodzi, zgięta, jakby w siatce nie ubyło ciężarów.

Bliźnięta rozwijają papier na blaszanym parapecie zniszczonej kamienicy. Coś szepczą i Młodszy woła w naszym kierunku. Czarna Owca zdaje się nie słyszeć, młody bandyta wzrusza ramionami, podchodzimy więc z Księżniczką. Na papierze leżą kanapki z pastą jajeczną, pasztetem i mortadelą, do wyboru. Trochę tego mało. Starszy ujmuje chleb w swoje brudne, pokryte bliznami dłonie, łamie i daje mi połowę.

7.

Tego dnia kończę pracę wcześniej i zaraz lecę do Darka opowiedzieć mu o przygodzie z biznesmenem. Otwiera mi pan Artur z miną, jakbym przeszkodził mu w jakiejś niecnej czynności. Mówi, że Darek poszedł z siostrą do drogerii na Łokietka, trochę im zejdzie, ale mogę poczekać, aż wróci. Odsuwa się pod ścianę, zaprasza do mieszkania i pyta, czy jestem głodny. Nie jestem, napchałem się kanapką. Wycofuję się na klatkę schodową. Pan Artur wysuwa się za mną, kiwa ręką. W jego oczach dostrzegam nieznośną troskę. Twierdzi, że jestem fajnym chłopakiem, a moja przyjaźń z Darkiem sprawia mu radość. Jestem twardy i bardzo, bardzo dzielny, lecz nawet tacy silni chłopcy czasem potrzebują pomocy i rozmowy. Gdyby coś się działo, on, pan Artur, udzieli pomocy. Wystarczy, żebym przyszedł i powiedział, w czym rzecz. Pan Artur chce jeszcze, abym mu obiecał, że tak zrobię, ale to już za wiele: dziękuję nieswoim głosem i zbiegam po schodach. Muszę przebiec truchtem aż do Śląskiej, żeby się uspokoić.

Między kamienicami na Łokietka co parę kroków otwierają się wyrwy pełne badyli i pokruszonego szkła. Jedną z nich zamyka ściana z czerwonej cegły, bez drzwi i okien. Słupy elektryczne stoją przekrzywione, jakby trzymały się na samych tylko kablach. Mijam niewielki placyk z kanciastymi budyneczkami w głębi. Murek, broniący dostępu do garaży, ma ledwo metr wysokości. Ktoś całkiem niedawno wymazał na nim napis: A WY ŻYDY GDZIE? Poniżej widnieje krzywa tarcza z literą Z w środku i data: 1946. Mam nadzieję, że natknę się na Darka. Ulicą Łokietka walą tylko dzieciaki, stare baby i chłopy z puszkami w poczerwieniałych łapach. Samochody mogą minąć się wówczas, gdy jeden wjedzie na chodnik.

Spoglądam przez szybę wystawową drogerii, w większości zakrytą reklamą szminek i zdjęciem Claudii Schiffer, i dostrzegam Beatę z Darkiem. Beata przystaje i grzebie w kosmetykach, o których nic nie umiem powiedzieć. Przerzuca różowe pojemniczki, zdejmuje zakrętkę z dezodorantu i fuka w jej dno, psika sobie w nadgarstek, rozsmarowuje i daje Darkowi do powąchania. Ten niucha, ale z wyrazu jego twarzy mogę wyczytać tyle, że chciałby już wrócić do domu. Nikną mi z oczu. Przesuwam się ku drzwiom, kusi mnie, by wejść do środka.

Kosmetyki – dezodorant i coś, czego nie potrafię nazwać – leżą już przy kasie, Beata robi miejsce bratu, który wysupłuje pięćdziesiątkę ze szmacianego portfela ozdobionego wizerunkiem samochodu, podaje sprzedawcy i czeka na resztę. Jej usta układają się w niemy wyraz podziękowania. Ze ściany przygląda się temu puszysty miś Coccolino, rozkosznie wtulony w butelkę płynu do płukania tkanin.

Na mój widok Darek robi krok w tył. Jego siostra zauważa mnie w ostatniej chwili. Wita się jednym słowem, chyba nie pamięta mojego imienia. Sprzedaje bratu buziaka, dziękuje raz jeszcze i mówi, że zostawia nas z naszymi męskimi sprawami. Darek spogląda to na nią, to na mnie, to na swoje sznurówki i pyta, co tutaj robię. Spod drogerii ruszamy, dopiero kiedy sylwetka Beaty zleje się z drzewem, kamienicą i słupem trakcyjnym.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?