Inna dusza

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Po chwili siedzą przedzieleni owalnym blatem. Jędrek zanurza wzrok w herbacie, a pani Miłka opowiada o książkach. Ma ich cały pokój – przez dwie ściany biegną półki ze sklejki, książki znajdują się po obu stronach łóżka i na parapetach. Wszystkie o niewyraźnych kolorach, jakby za długo leżały na słońcu. Jędrek przenosi wzrok na gospodynię. Zauważa całkiem obfity biust ukryty pod sweterkiem i dłonie, które chyba nigdy nie podnosiły niczego ciężkiego. Pani Miłka chce wiedzieć, co Jędrek lubi czytać.

– Mi to z książkami nie bardzo po drodze. Tata czasem chce, żebyśmy razem poczytali, tylko że mi się zaraz wszystko plącze, nic nie wiem, no i idę spać. – Bierze łyk herbaty. – Tata też chyba tak naprawdę nie lubi czytać, tylko chce, żebyśmy byli razem. Cała rodzina robi coś wspólnie, te rzeczy. Zasypia nad tym czytaniem i tyle z tego jest.

Wierci się na krześle, zerka po książkach. Pani Miłka przechyla się przez stół, tak że bursztynowe korale dotykają blatu. Wyznaje, że w wieku szesnastu lat była dokładnie taka jak Jędrek i nawet groziła jej dwója z polskiego na półrocze. Puszcza szelmowskie oko, jak nastolatka, i pyta Jędrka o filmy. Chłopak osusza filiżankę.

– Bo to na filmy czas jest? Życzenie śmierci całkiem fajne, to znaczy myślę, że to dobry film. Właściwie mają ich kilka, ale jedynka najlepsza. Jeszcze znam Bezlitosny cień, taki sensacyjny. I drugi, horror niby, tylko się nie bałem. Koszmar nad… nad czymś koszmar, w każdym razie. – Podrywa się z krzesła. – Wie pani co, dziękuję za tą herbatę. Jestem, jak to gadają, człowiek czynu.

Wypruwa z pokoju. Pani Miłka zatrzymuje go w kuchni. Podsuwa książkę. To Dzień Szakala. Czarną okładkę zdobi głowa mężczyzny w celowniku. Mówi, że ta powieść bardzo przypomina filmy, o których wspominał, tylko daje dużo więcej detali. Są całe strony o broni, można się dowiedzieć, jak ustawić celownik optyczny, poczytać o pracy wywiadów i zabójcy na zlecenie. Zauważa, że książka Forsytha i film z Charlesem Bronsonem wcale tak bardzo się nie różnią. Opowiadają o powodach, dla których zabijamy.

– To pani widziała Życzenie śmierci? – pyta Jędrek. Bierze książkę, lecz nawet na nią nie spogląda. Gapi się na wodę stojącą w zlewie. – Coś się zatkało?

Pani Miłka odpowiada, że mąż od czterech dni zabiera się do tego zlewu i zabrać się nie może, a Życzenie śmierci lubi, i to bardzo. Jędrek wyrasta przy zlewie, wsadza palec w wodę, pompuje otwartą dłonią i daje do zrozumienia, żeby mu nie przeszkadzać. Klęka, gmera przy rurze, wypruwa na korytarz i powraca z wiadrem. Podwija rękawy. Nagle wyostrzają mu się rysy twarzy. Szybkim ruchem spuszcza wodę i wkłada palce w rury, tak że jego policzek przylega do zlewozmywaka. W wiadrze ląduje zgniły groszek, kukurydza, makaron. Lustro wody obniża się gwałtownie. Jędrek podrywa się i woła:

– Zrobione!

Pani Miłka nie zdąży nawet podziękować, bo w przedpokoju pojawia się jej córka, z plecaczkiem przerzuconym przez ramię. Ledwo zwraca uwagę na Jędrka i jego umorusane przedramiona, zajęta rozsznurowywaniem butów. Kręcone mysie włosy opadają jej przy tym na czoło. Dagmara całuje mamę w policzek i dopiero teraz dostrzega Jędrka, zlew i wiadro pełne brudnej wody, a na niej unoszące się napuchnięte ziarna groszku. Ze śmiechem stwierdza, że strasznie tutaj nabałaganili i trzeba było poczekać na ojca. Jędrek niedbale wyciera dłonie o ścierkę.

– Cześć – mówi.

Ale Dagmara już wypakowuje plecak w pokoju, rozkłada zeszyty i książki. Jędrek sięga po Forsytha brudnymi palcami, zabiera wiadro i zamyka za sobą drzwi. Podłoga jeszcze nie wyschła. Jędrek opiera się o ścianę i czeka wpatrzony w okładkę książki, w mężczyznę wziętego na cel.

8.

Zguba się znalazła, śmierdzi i chrapie. Mówię matuli, że w sobotę będę spał u Jędrka, a tatuś leży na wznak, w kurtce i rozchełstanej koszuli. Dżinsy na kroczu są wyraźnie ciemniejsze. Tatko pachnie bełtem, orzechami i gównem. Mamrocze coś przez sen. Pytam mamy, czy zamierza go tak zostawić, powtarzam kłamstwo o nocy w Fordonie, ale mama ma dla mnie tylko wzruszenie ramion. Wygląda bardzo staro, starzej od pani Teresy.

Tatuś mamrocze, gdy ściągam mu buty. Teraz kolej na spodnie. Próbuje się ode mnie opędzić. Członek mojego tatusia jest malutki, jakby próbował uciec do wnętrza brzucha. Sadzam tatusia na łóżku. Patrzy takim dziwnym wzrokiem, jakby mnie nie rozpoznawał. Zdejmuję mu kurtkę i koszulę, a on wybucha płaczem i obejmuje mnie brudnymi ramionami. Przeprasza za to, że jest. Pomagam mu wstać i pytam mamy, czy jeśli umyję ojca, pozwoli mi spać u Jędrka.

W łazience tatuś prześlizguje mi się przez ramiona i ciężko siada na dnie wanny. Próbuje się pozbierać. Widzę jego biały zadek i strupy na łydkach. Polewam go wodą. Tatuś jęczy, to, że za zimna, to znów, że gorąca. Prosi, bym go zostawił w spokoju. Mówi, że nie zasłużył na takiego dobrego syna, jest zerem i śmieciem. Powinien umrzeć, zniknąć. Powinny rozerwać go konie. Słucham tego wszystkiego i podaję mu mydło. Niech umyje się sam. Tatuś smarka w gąbkę i niesłychanie powoli naciera swoje ciało, jakby się go brzydził. Szoruje podeszwy stóp. Szampon spływa mu po karku. Odkrywam świeżą bliznę na czubku jego głowy. Nie potrafi wyjść z wanny i mówi, że tu zostanie. Wszędzie dobrze, ale w wannie najlepiej. Muszę go z niej wyciągnąć.

Przewraca się na łóżku. Pościel zachowała jego zapach. Matula przewędrowała do kuchni i siedzi między brudnymi naczyniami. Nie potrafię znaleźć sobie miejsca. Zalegam na amerykance i myślę o duchach. Wracam do kuchni, pytam, co z tym Jędrkiem. Zrobię obiad i posprzątam mieszkanie, jeśli matula się zgodzi. Nie mogę się doczekać odpowiedzi, więc zaczynam myć te gary. Ostatni talerz trafia na ociekacz, a w kuchni melduje się nagi tatko i mówi, że niepotrzebnie się męczę, zrobiłby to za mnie, tylko wystarczyło powiedzieć.

9.

Pan Ryszard jest jak wąż i długo trawi pytania. Starannie odkłada gazetę. Spogląda na Jędrka zza okularów. Zaczyna masować sobie skronie, czoło mu się marszczy. Przełyka ślinę i bierze głęboki oddech, jakby namysł nad prośbą Jędrka sprawiał mu wielki wysiłek. Okulary kładzie obok gazety i uroczystym tonem oznajmia, że się nie zgadza. Jędrek jest jeszcze za młody i nie ma żadnego powodu, aby nocował u Darka. Przypomina Jędrkowi, że ma dom, a dom to nie hotel. Dlaczego Darek nie prześpi się raz w Fordonie, pyta pan Ryszard. Kąciki ust unoszą mu się w łagodnym uśmiechu. Pan Ryszard zna odpowiedź. Rodzice Darka to przyzwoici ludzie i nigdy nie zgodziliby się na coś takiego. Pan Ryszard odrywa wzrok od Jędrka, zakłada okulary i sięga po gazetę. Jędrek stoi przed ojcem i zerka błagalnie na matkę. Nogi ma złączone.

Panią Hanię stać na wzruszenie ramion i boleściwe westchnienie. Zanurza nos w krzyżówce. Pan Ryszard przypomina Jędrkowi, żeby nigdy nie próbował niczego ugrać przez matkę, bo przecież rodzice zawsze mówią jednym głosem. Tak powinno być. Jędrek wciąż stoi na baczność. Kiwa głową, po wojskowemu, robi w tył zwrot i odmaszerowuje, by rzucić już sprzed drzwi:

– Jak sobie chcesz, tatuś, bo ja pójdę i tak.

Pan Ryszard ciska gazetę, głos ma jednak spokojny. Przypomina Jędrkowi, gdzie jest jego miejsce, mówi, że powinien się uczyć, a jeśli go nie posłucha, konsekwencje będą bardzo bolesne. Jędrek idzie na ojca. Wygląda, jakby ciągnął za sobą czarną chmurę.

– Co mi zrobisz, tatuś?

Twarz pana Ryszarda robi się purpurowa. Zaczyna od tego, że Jędrek jest na jego łasce. Je jego jedzenie, myje się w jego wodzie, a jego dom daje mu schronienie przed deszczem: dach nad głową i kibel pod dupą. Chcesz iść na ulicę, to precz. Pan Ryszard ostrzega Jędrka, że będzie z nim chodził do szkoły jak z małym chłopcem. Obetnie kieszonkowe. Da szlaban. Koniec z powrotami o dziewiętnastej, ostrzega i wpatruje się w rosnącą sylwetkę syna, w jego ciemne oczy.

– Co mi zrobisz? Co mi zrobisz? – powtarza Jędrek. Pan Ryszard przełyka ślinę, już inaczej niż wcześniej. Jak kulkę kurzu, coś, co nie chce przejść przez gardło. Pani Hania podrywa się znad krzyżówki i próbuje wcisnąć się między męża i syna. – Co mi zrobisz? Co mi zrobisz? – pyta dalej Jędrek. – Mamuś, ja tylko jestem ciekaw, co on mi zrobi.

Wysuwa ręce przed siebie i wykonuje szybki ruch, jakby pchał coś niewidzialnego. Wielkie dłonie zatrzymują się jakieś dwadzieścia centymetrów przed pobladłą twarzą pana Ryszarda. Pan Ryszard wciska się w fotel. Szybko mruga powiekami, jego oddech robi się świszczący. Jędrek wrzuca na luz, opuszcza ręce i idzie do swojego pokoju. Brakuje tylko, by zaczął pogwizdywać. Pan Ryszard mokrymi palcami sięga po gazetę, ale nie potrafi jej utrzymać.

10.

Bydgoszcz rozwadnia się za oknem autobusu. Kamienice, pościskane w centrum jak gołębie podczas ulewy, rozluźniają się z każdym kolejnym przystankiem. Ich okna robią się mniejsze, bramy zieją czernią i pyłem. Między nimi wyrastają czteropiętrowe bloki, plomby, mokre ogródki i place zabaw z rdzewiejącymi zjeżdżalniami. Błyska stalowa tafla Brdy. Pojawiają się zaniedbane wille ze sztucznymi kwiatami na parapetach i wiejskie domki, pobielane, o czerwonych dachówkach. Są też szare kloce, bliźniaki, gdzie każde okno i drzwi są inne, obsypane przez anteny satelitarne, z gałęziami i liśćmi na dachach.

Pasażerów jest mniej z każdym kolejnym przystankiem. Stają się do siebie podobni. Znikają studenci w płaszczykach trzy czwarte, przepadają licealiści w grubych, ciepłych koszulach, jakie noszą chłopaki z Machine Head, ostatnia zadbana kobieta wysiada bodaj na Lisim Ogonie, unosząc torebkę o błyszczącym uszku, nabitą jak piłka do rugby. Zostają babiny w chustach, jak wymyślone. Stary dryblas z wąsem zawisł na uchwycie. Rękaw w podróbce Adidasa zsunął się po łokieć, odsłaniając plątaninę sznytów i więziennych tatuaży. Wali od niego wódą i wodą kolońską. Są jeszcze jakieś szczyle, głupie synki, ciągną redbulla i klną. No i my. Darek z nosem przy szybie i plecakiem na kolanach ma minę, jakby autobus wiózł go na własny pogrzeb. Jędrek fajny, mocny, z nogą założoną na nogę. Przycupnąłem na tylnym siedzeniu i gapię się na wszystko, co zostaje za nami.

 

Wjeżdżamy na pętlę, czyli plac z wiatą i dyżurką. Nieliczni pasażerowie rozłażą się we wszystkich kierunkach, tylko smarkateria leci watahą przed siebie, tam gdzie drzewa, gdzie wiejskie domy i gdzie pójdziemy także my.

11.

Za przewodnika służy nam strona z „Expressu Bydgoskiego” z artykułem ozdobionym zdjęciem. Fotografia przedstawia podniszczony budynek ze spadzistym dachem, przesłonięty przez gałęzie. Takich tutaj od groma. Przekazujemy sobie gazetę z rąk do rąk, próbując coś wykombinować. Pociemniało, jest siódma, a Darek marudzi, odkąd tylko wysiedliśmy z autobusu. Uważa, że żadną miarą nie znajdziemy domu, że ktoś nas pobije i powinniśmy wracać. Już sobie udowodniliśmy, jacy jesteśmy odważni. Patrzę na te ciemne budynki, na grupkę pijaczków koczujących przy sklepie przemysłowym, na chudego kota przemykającego poboczem i zastanawiam się, czy Darek nie ma racji. Ale Jędrek wie lepiej. Wyrywa do przodu i rzuca przez ramię:

– Jak chcesz, to wracaj!

Zapytałbym o drogę, tylko odwagi brakuje. Jędrkowi chyba to nie przyjdzie do głowy. Ciągnie nas głębiej, w wieś. Droga opada. Otaczają nas ziemiste zbocza najeżone kamieniami. Gdzieś niedaleko szumi strumień. Od czworaków niesie się wrzask. Za drewnianym płotem ujada pies. Jego właścicielka ma zimny wzrok jaszczurki. Darek powtarza swoją prośbę. Trzeba wracać, póki jeszcze jeżdżą autobusy. Wlecze się na samym końcu i mamrocze, a Jędrek staje niespodziewanie, wskazuje palcem i mówi:

– To tu.

Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest pochylone drzewo o guzowatym pniu i koronie z poskręcanych gałęzi. Opiera się o pordzewiałe ogrodzenie. Tabliczka z nazwą ulicy jest już nieczytelna, ocalał tylko numer domu i drewniana plakietka ostrzegająca przed złym psem. Trzy wykrzykniki podkreślają jeszcze grozę zwierzęcia, którego już nie ma: wyjechało lub zdechło. Za ogrodzeniem, między badylami, walają się stłuczone butelki, paczki po radomskich, supermocnych i klubowych. Leży wózek dziecięcy bez kół. Żadna ścieżka nie wiedzie do poszarzałych drzwi.

Budynek to szary klocek o oknach dużych i brudnych. Szyby ocalały, co wydaje mi się dziwne – dzieciaki powinny ciskać w nie kamieniami. Na pierwszym piętrze loggia. Dach jest płaski, więc jakby go nie było. Jego obecność sygnalizuje tylko powyginana antena. Z rynną też niedobrze: rdzawa i dziurawa, wygina się przy końcu w znak zapytania. Przysiągłbym, że frontowa ściana również nachyla się troszeczkę, gotowa runąć i pogrzebać naszą trójkę. Palec Jędrka mierzy w okno.

– Podobno chłop zadusił tutaj babę kablem od żelazka, no i teraz kibluje. Nie ma komu dbać o chałupę. A w tamtym oknie, o, czasem można zobaczyć tę babkę. Stoi, chlipie i się gapi. Normalnie, ma szyję siną jak gołąbek.

Furtka ani drgnie, więc Jędrek lekko nad nią przeskakuje i nawołuje nas spomiędzy badyli. Darek ma problem z osadzeniem stopy, but mu się ślizga. W końcu podciąga się na obu rękach, przełazi, szorując brzuchem, i ciężko ląduje po drugiej stronie. Przełażę i ja. Wszystko mokre. Gęsiego maszerujemy w stronę domu, a dom puchnie, czernieje, wypełnia sobą przestrzeń. Nieruchome dotąd powietrze zaczyna drżeć. Gwałtowny wiatr zasieka słabym deszczem. Mówię, tak pod Jędrka, że to trochę dziwne. Jeszcze na drodze pogoda była całkiem do rzeczy. Jędrek macha na to ręką i zabiera się do otwierania drzwi. Pcha, próbuje z buta, nic. W końcu szarpie i otwierają się gwałtownie. Jędrek traci równowagę, ślizga się po stopniach, uchwycony klamki. Wygląda to tak, jakby coś w środku go popchnęło. Wnętrze domu bije wilgocią, zapachem kurzu, brudu i przegniłych ubrań. Zastanawiam się, czy duchy pachną, a jeśli tak, to czym. Darek unosi głowę i nie patrząc nam w oczy, oświadcza, że nie idzie dalej. Prosi, byśmy wracali. Jego zdaniem posunęliśmy się za daleko.

– Jak chcesz, to wracaj. Ja idę, nawet sam.

Darek nie ma ochoty na samotny spacer przez wieś i oczekiwanie na autobus. Pyta, co ze mną, czy zachowałem resztki rozumu. Nie wiem, co odpowiedzieć. Spoglądam w oczy Jędrka, ciemne jak okna nad nami. Ten nie zachęca, nie przegania, po prostu stoi w tej swojej pozie, na lekko ugiętych nogach, z palcami nerwowo miętoszącymi powietrze. Dmie coraz mocniej. Decyzja zapada, przepraszam Darka i mówię, że powinniśmy się trzymać umowy. Idziemy we trzech, spędzamy noc, i tyle. Darek cały się trzęsie – może z zimna, może z innego powodu. Podajemy mu ręce i już go nie ma – pędzi drogą, nie oglądając się za siebie.

12.

Z sieni możemy pójść w dwie strony: do mieszkania na parterze lub po schodach wiodących na piętro. Zaczynamy od dołu. W korytarzu leży rozwalona szafka, stołek i kilka butów, każdy nie do pary. Nad zlewem sterczy urwany kran, szafkom brakuje drzwiczek. Lodówka leży na drzwiach. Ktoś próbował ją wynieść, ale zrezygnował. Żartuję, że w środku można by schować trupa. Jędrek nie zwraca na mnie uwagi, zajęty oglądaniem wyrwanego gniazdka elektrycznego.

W ustępie zastajemy tylko cuchnącą rurę, kafelki w łazience są potrzaskane. W pierwszym pokoju, przy kanapie podziurawionej przez papierosy, walają się butelki, trochę ubrań i puszki po konserwach. Są też książki, głównie tygryski. Lokator miał najwyraźniej trochę wspólnego z moim oczytanym tatusiem. Poruszamy się w ciszy, patrząc cały czas pod nogi.

Drugi pokój był kiedyś sypialnią małżeńską. Szerokie łóżko rozpruto, na ścianie pozostały gwoździe i plamy po zdjęciach, ze stołu ocalał tylko ciężki blat – resztę pewnie spalono. Pod sufitem plotą się pajęczyny, tłusty szczur umyka pod rozwalone klepki. Uwagę Jędrka przykuwa szafa w rogu. Mówię, żeby jej nie otwierał, lecz jest już za późno. Na podłogę wypada kłąb ubrań przeżartych przez mole, kij od szczotki i rura od odkurzacza. Jędrek odskakuje zgrabnie, jakby tańczył, i zanurza obie dłonie we wnętrzu szafy. Staję za jego plecami i dałbym głowę, że z samego rogu łypią na mnie ślepia jakiegoś oburzonego zwierzęcia. Momentalnie gasną, bo Jędrek schyla się jeszcze, łapie za coś i woła:

– Facet, patrz, co mam, ale jaja, ale jaja!

Trzyma żelazko, takie stare, z pokrętłem pod uchwytem i prążkowanym kablem. Zaraz okręca go sobie wokół szyi, napręża na wyciągniętym ramieniu i wywala język na brodę. Proszę, aby przestał, to nie jest śmieszne. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek był taki zadowolony. Rozpadało się na dobre. Szybą suną szare strugi. Jędrek zaczyna charczeć i w końcu wzbudza moją wesołość. Odrzuca żelazko. Nic tu po nas. Ruszamy na pierwsze piętro, w narastający łoskot deszczu bijącego o blaszany dach.

Układ mieszkania jest taki jak na dole. Po kiblu nie została nawet rura. W pierwszym pokoju potykam się o biurowe krzesło na kółkach, plączę się w kable, a Jędrek kopie pustą obudowę po pececie. W ekranie monitora zionie dziura. Dyskietki trzeszczą pod butem. Zerkam przez okno na parcelę i dziwnie pochylone drzewo. Pierwszym światłem, jakie rzuca mi się w oczy, jest neon stacji benzynowej, kawał drogi stąd. Rozprostowuję zadrukowaną kartkę. Faktura na piłę do cięcia drewna, widnieje nazwa firmy, numer się zgadza. Mówię, że ktoś tutaj zajmował się budowlanką, ale Jędrka trapi coś innego.

Dostępu do pomieszczenia z loggią bronią drzwi zamknięte na kłódkę. Otwierają się na zewnątrz. Kopniak nie pomoże. Jędrek szarpie się z klamką. Grzebie w śmieciach zdewastowanego pomieszczenia biurowego. Rozprostowuje znaleziony spinacz i próżno gmera w zamku. Próbuje zajrzeć przez dziurkę od klucza. Wraca do zabawy spinaczem, wali pięścią w drzwi i się odsuwa.

– Masz, ty spróbuj. – Podaje mi spinacz.

Przez parę minut bezowocnie mocuję się z zamkiem. Jak przez mgłę przypominam sobie filmy o włamywaczach i coś mi świta, że potrzebujemy dwóch spinaczy, nie jednego. Trudno, mówię, tam nie wejdziemy. Jeśli duch siedzi akurat tam, to nici z rozrywki. Jędrek stracił zainteresowanie tajemnicą zamkniętego pokoju. Siada na monitorze i gapi się w ścianę. Nim do niego dołączę, uderza mnie pewien drobiazg. W tym domu wszystko rozpada się i gnije. Ale kłódka jest nowa i lśni.

13.

Deszcz przestał padać i nastała cisza. Dom powinien trzeszczeć, lecz tego nie robi. Przerzucam papiery, ale jest za ciemno, by czytać. Jędrek podświetla ekranik na zegarku elektronicznym. Opiera głowę o ścianę, czeka. Wstaję. Zastanawiam się, czy zdołałbym coś stąd ocalić. Jeśli znalazłbym dobrą płytę główną i twardy dysk, jakoś dozbierałbym na resztę. Miałbym komputer. Obracam pustą obudowę. Karta muzyczna trzaska pod butem. Obracam w palcach kość pamięci i chowam ją do kieszeni. Mówię, że trochę szkoda tego Darka. We trzech byłoby raźniej.

– Czego żeś się spodziewał? – zagaduje Jędrek. Odpowiadam, że nie znam Darka zbyt dobrze, ale wydaje mi się fajnym chłopakiem. Uczynnym. Chciałbym tylko wiedzieć, co notuje w tym zeszycie.

– Pewno wierszyki dla siostrzyczki – słyszę. – Toż do niej tak popędził, wyszczać się bez niej nie może.

Powtarzam: nie znam go tak dobrze, a siostry prawie wcale. Jędrek pochyla się do przodu. Usadzony na rozwalonym monitorze, w rogu pomieszczenia, potracił kształty i kolory. Jest tylko niewyraźną chmurą z zegarkiem na przegubie.

– To się lepiej przypatrz – radzi mi Jędrek. – Lata za nią jak z piórkiem, jakby, normalnie, jedną nerkę mieli. Gdzie ona, tam i on. Zawsze tak było, odkąd pamiętam, tylko jak podrosła, jemu już bije na dekiel. Tornister by za nią nosił, gdyby tylko mógł. A ona jest, wiesz, cwaniara, ciągnie z tego, ile może, choć pewno czasem jej głupio. Zakochany frajer, normalnie. Powiedz mi, on dostaje kasę od starych, robi na myjni, coś tam jeszcze dłubie, ciekawe swoją drogą co. Obrotny gość. Na co wydaje te wszystkie pieniądze? Na siostrzyczkę! A ona fajna jest – dorzuca pospiesznie i opiera się o ścianę.

Dla hecy mówię, że jakby nie byli kuzynami, to kto wie, Jędrek miałby teraz pannę i nie bujał się z chłopakami. Jędrek macha ręką.

– Przejdźmy się lepiej do tej Malwiny. Bierze dosłownie parę złotych. Niektórzy gadają, że wytrzepie ci za snickersa.

Zastanawiam się, co odpowiedzieć. Nie umiem sobie tego wyobrazić: siebie maszerującego przez Fordon, z batonikiem w kieszeni, do jakiegoś nieznanego mieszkania. Boję się spojrzenia tej Malwiny i jej ciała też się boję. Pułapek tam poukrywanych. Odpowiadam, że zmarnowaliśmy ten wieczór. Mogliśmy kupić parę puszek hammera albo kujawiaka, to czas mijałby szybciej. Ale Jędrkowi ani to w głowie.

– A jak się spierdoli, co zrobisz? Po pijaku dasz chodu? E, to nie dla mnie. Ja chyba nigdy się nie napiję. Swoje widziałem w Fordonie.

Mówi to z naciąganym znawstwem. Mógłbym podzielić się z nim swoim doświadczeniem. Za płotem terkocze silnik. Mały fiat kolibie się po wybojach. Światło z jedynego reflektora na przedzie rozsupłuje się i niknie w ciemności. Na wysokości domu samochód zwalnia. Jędrek, nie odklejając nosa od szyby, zanurza dłoń w plecaku. Maluch przyspiesza i Jędrek odkłada plecak na parapet.

– Chodźmy lepiej do Malwiny. W sumie ciekawi mnie, jak to jest. I pomyśl se, jak potem przygruchasz sobie jakąś laskę, będziesz wiedział, co i jak, żadnej wtopy.

Dziwi mnie, dlaczego taki super facet jak Jędrek musi dawać snickersy jakiejś Malwinie. Tacy mają dziewczyn na pęczki, wystarczy, że pójdą do Savoya na dyskotekę. Tego nie powiem, zdradzam jednak swój sekret. Bardzo chciałbym uskładać na rower, potem komputer by się przydał i nie mogę tak po prostu szastać snickersami na prawo i lewo. Jędrek wydaje się to rozumieć i w milczeniu siada na monitorze. Ale duch Malwiny zostaje z nami. Snuje się na parterze, a jej bose stopy nie dotykają ziemi. Mokre ubranie przylega do białego ciała. Widmo rozchyla usta, rozkłada się na kanapie i rozchyla nogi w dżinsach. Powietrze robi się mokre i parne jak w słoneczny dzień.

14.

Duch Malwiny rozwiewa się dobrze przed dziesiątą, pozostawiając inny rodzaj upiora, nudę. Nawet Jędrek nie usiedział na monitorze – klapnął po turecku i przegląda szmelc z podłogi, zbiera te dyskietki, segregatory, połamane długopisy i zwala na stosik pod ścianą. Darek dobrze zrobił z innego powodu. Tu nic się nie stanie. Przesiedzimy tak do pierwszego autobusu, w kurtkach naciągniętych pod nos. Dom nieogrzewany, okna nieszczelne, a będzie jeszcze gorzej. Pytam Jędrka, skąd wiedział o tej kobiecie uduszonej kablem od żelazka.

– Gadają o tym, i tyle. – Jędrek znalazł trochę folii pakunkowej i strzela z bąbelków. Poprosiłbym, żeby dał mi kawałek, ale to głupie. – Ludzie mówią różne rzeczy, jak im się nudzi. Słyszałem, że było jeszcze trochę inaczej, że ta babka po prostu przepadła. Jej facet mówił, że z kimś uciekła, a tak naprawdę załatwił ją tym kablem i zamurował w piwnicy. Oszalał potem od tego, przez ducha. I nie jest w żadnym więzieniu, tylko polazł w kaftan, do Świecia.

 

Przesuwa się na następny kawałek podłogi, ku poplątanym kablom. Wyjmuje jeden po drugim. Pytam, czy on tak serio, czy tylko próbuje mnie przestraszyć. Zwleka z odpowiedzią. Powtarzam swoje pytanie. Jędrek odkłada kabel i wbija wzrok w podłogę. Męczy się z każdym słowem:

– Ja za głupi jestem na takie rzeczy. Nie mówię, że w ogóle jestem głupi, tylko do myślenia o takich sprawach się nie nadaję. Takich duchów, co chodzą po cmentarzach, na pewno nie ma. Ktoś by sfilmował, no nie? Ale chyba są inne duchy, wiesz, takie, co żyją w człowieku obok tych naszych dusz, zwyczajnych. I czegoś tam sobie chcą. Niektóre są ciche, inne głośne. Wrzeszczą, hałasują. To jest nie do wytrzymania. Znaczy, tak mi się wydaje, że z takim duchem w środku strasznie ciężko żyć, zwłaszcza jak on chce czegoś, na co ty nie masz ochoty.

Wraca do swoich śmieci. Wygląda teraz jak człowiek, który przegląda rzeczy kogoś bliskiego, kto niedawno umarł. Chciałbym zapytać, czy wódka jest takim duchem. Jędrek gwałtownie pochyla się do przodu. Unosi stalowy pręt, długi na pół metra. Prawdopodobnie pochodzi z ogrodzenia. Nim pojmę, co się dzieje, Jędrek jest już na nogach i idzie do drzwi zamkniętych na kłódkę. Zawraca tylko po to, żeby zabrać swój plecak.

15.

Omijam rozwaloną kłódkę, jakby cuchnęła, i ładuję się za Jędrkiem do zamkniętego pokoju. Jest tam duszno i czysto. Pod oknem stoi biurko z lampką, a obok akumulator i fotel obrotowy. Półki regału są puste, jeśli nie liczyć kilku albumów na zdjęcia ustawionych tak wysoko, że musiałbym się wspiąć na palce, żeby tam sięgnąć. Na złożonej kanapie znajduję koc i poduszkę bez poszewki. Ściany pachną świeżością.

Zapalam lampkę, tymczasem Jędrek zasuwa ku loggii i morduje się z drzwiami. Gdy ustępują, kręcę się po pokoju, usiłując odkryć jego przeznaczenie. W szufladzie biurka znajduję plik papierów z umową kredytową na wierzchu. Firma pożyczkowa Fortuna powierza siedem tysięcy złotych niejakiemu Wacławowi Korczyńskiemu i w długich akapitach tłumaczy zasady spłaty. Pewno glejt od zbójców wygląda przy tym jak list miłosny. Jędrek w tym czasie kręci się po loggii. Opiera się o kolumnę i patrzy w noc. Dziwnie delikatny, jakby zaraz miał się rozpłynąć w powietrzu.

Odkładam umowę na miejsce. W pozostałych szufladach nic nie ma. Wokół łóżka walają się paczki chusteczek higienicznych, cała masa zalega w koszu, zużytych i posklejanych. Pod kołdrą, wciśnięty w zagłębienie, leży olejek aloesowy w butelce z miękkiego plastiku. Nie umiem tego ogarnąć, wołam Jędrka, lecz ten ani drgnie. Zostały tylko albumy ze zdjęciami. Zdejmuję pierwszy, otwieram. Tym razem Jędrek przybiega natychmiast.

Chłopcy. W naszym wieku, często młodsi, poupychani starannie za folię. Półnadzy podczas zajęć gimnastycznych albo w kąpieli. Powycinani z zachodnich gazet. Na końcu znajduję samotną fotografię zrobioną polaroidem, z góry. Mój rówieśnik leży na poduszkach, w kolorowej pościeli. Oczy ma jak brudna woda, uśmiech – pełen napięcia. To ostatnia strona. Jędrek przejmuje album, siada na kanapie i przegląda. Przybliża twarz do zdjęć i mruży powieki, jakby chciał wypatrzyć każdy detal: wystające żebra i meszek na podbrzuszu. Pokój zaczyna wirować, zaraz ściany zacisną mi się na głowie. Na schodach brzmią kroki.

16.

Przysiągłbym – olbrzym. Tak tupie. Dopadam drzwi balkonowych. Jędrek leniwie podnosi głowę. Odkłada album na kanapę. Bierze plecak i w nim gmera. Stoi do mnie tyłem, więc nie wiem, co z niego wyciągnął – choć jednak wiem, tylko wolę nie wiedzieć. Wypadam na loggię i oceniam wysokość. Na dole krzaki. Dźwięk kroków narasta. Ktokolwiek przyszedł, dotarł już na piętro i zaraz, za moment zobaczy otwarte drzwi do swojej samotni. Syczę na Jędrka. Świszczę, żebyśmy uciekali, ale on ani drgnie. Przecież go nie zostawię. Nie chcę być jednak świadkiem tego, co nastąpi.

Wpadam do pokoju, szarpię Jędrka za rękaw. Odwraca się gwałtownie. Odsłania zęby, minę ma, jakby mnie nie poznał. Trwa to tylko chwilę. Obciąża plecak, zapina i razem przeskakujemy przez balkon, dokładnie wtedy, gdy w progu staje jakiś facet w skórzanej kurtce, z papierosem i nabitą reklamówką. Skaczę prosto w badyle i ani się obejrzę, a Jędrek gna do bramy. Lecę za nim. Niemal przefruwam przez ogrodzenie. Dopiero na drodze pozwalam sobie na spojrzenie wstecz. Pan Korczyński upuścił już siatkę. Zaciska palce na barierce loggii, drugą pięść unosi w bezsilnej złości, ale jego twarz pozostaje niewidoczna, stopiona w jedno z nawiedzonym domem.

Nie zatrzymujemy się nawet na pętli, tylko jakiś kilometr dalej. Zarośla dają nam schronienie. Chwytam się pnia, dyszę, Jędrek także się zasapał. Nie wiem, co powiedzieć, więc mówię co bądź. Natychmiast, od razu – policja. Niech go zgarną. Jędrkowi nawet nie chce się gadać, tylko kręci głową, spluwa, pochyla się, opierając dłonie o uda. Trwamy tak kilka minut, para leci nam z ust. Dochodzi nas szum silnika, na drodze migają światła samochodu. Ktokolwiek nim jedzie, nogę ma lekką. Przywieramy do ziemi, a światła mijają nas pomalutku. Nie mogę dostrzec, kim jest kierowca, nie rozpoznaję marki samochodu. Następne ciężkie chwile spędzamy w kucki, skryci za drzewami, aż Jędrek daje znak do odejścia. Nawet nie spojrzy za siebie.

Idziemy w kierunku Bydgoszczy w ciemności i ciszy. Za każdym razem, gdy słyszymy samochód, dajemy nura w chaszcze lub na jakieś podwórko. Wymieniamy spojrzenia, słuchamy własnych oddechów. Chciałbym się schować za Jędrka. Zniknąłbym w jego ogromie, ale i broniłbym go, gdyby zaszła potrzeba. Na początku Jędrek idzie zgarbiony, na miękkich nogach. Gdy łuna miasta rozsypuje się na mrowie świetlnych punkcików, na autobusy nocne, stacje benzynowe i okna nocnych marków, krok Jędrka odzyskuje sprężystość. Już nie chowamy się na poboczu, bo Jędrek jest mocny i żadna siła nie zawróci go z drogi.

17.

Dochodzi trzecia. Jędrek żegna się, wyskakuje z nocnego i szybkim krokiem drałuje przez Fordon, nie spoglądając pod nogi. Cisza nawiedzonego domu przywędrowała aż tutaj. Jędrek pochyla głowę i jeszcze przyspiesza. Na Gordona dociera truchtem tylko po to, by zwalić się na ławkę. Wbija wzrok w okno własnego pokoju. Zapina kurtkę. Próbuje naciągnąć kołnierz na zmarznięte uszy, lecz w ten sposób odsłania brzuch. Wpycha więc bluzę do spodni.

Zamiast na górę, do siebie, wybiera schody prowadzące do piwnicy. Dostępu do niej bronią stalowe drzwi, których Jędrek nie potrafi otworzyć. Szarpie za klamkę. Siada w przedsionku, pod wysokim okienkiem. Alarm w zegarku elektronicznym ustawia na siódmą. Kładzie dłonie pod głowę i natychmiast zasypia.

18.

Myślę tylko o śnie, ale tatko ma inne marzenia. Siedzi na brzegu łóżka, na bosaka, w dżinsach i dopija bełta. Wcale nie dziwi go mój widok, przeciwnie – cieszy się, że przyszedłem. Prosi, żebym usiadł i z nim porozmawiał. Odpowiadam, że jestem bardzo zmęczony, i zabieram się do rozkładania amerykanki. Zdaniem ojca pięć minut mnie nie zbawi. Mówi, że więź między nami straciła na sile, mijamy się przez tę moją naukę i nowych kolegów. Cały czas się włóczę, zostawiając go z wszystkimi problemami. Jak matka ma to udźwignąć? Matula wybyła do kuchni i wcale nie wygląda na przytłoczoną przez obowiązki.