Inna dusza

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Otwiera siostra Darka, Beata. Ma minę, jakby ostatni zjedzony rozum właśnie podchodził jej z powrotem do gardła. Puszczam mamę przodem i trochę chowam się za nią. W dużym pokoju, przy stole i na kanapach, rozsiadła się reszta towarzystwa. Darek zaraz wyrywa się do mnie. Pan Artur, jego ojciec, przycupnął na brzegu krzesła, jakby zaraz miał się zerwać i polecieć przed siebie. Prowadzi biuro doradztwa finansowego w centrum miasta. Rodzice mówią, że urodzaj ma głównie wiosną, kiedy wszyscy rozliczają podatki. Przez resztę roku robi różne dziwne rzeczy i czasem mu się wiedzie, a czasem wprost przeciwnie. Pani Krysia, jego żona, nawet nie próbuje kryć znudzenia. Za to państwo Boruccy przypominają poselstwo jakiegoś bogatego księstwa przybyłe do Murzynowa: on w garniturze, ze złotym zegarkiem, ona błyszcząca jak świeżo pomalowany płot. Rozwalili się na kanapie, jedzą ciastka, pan Ryszard opowiada o trudach pracy miejskiego geodety, święcie przekonany, że wszystkich to interesuje. Jest i on, w prostych dżinsach i bluzie Adidasa z trzema paskami na ramionach. Zabrakło dla niego miejsca na kanapie, więc stoi oparty o drzwi balkonowe i próbuje się uśmiechać.

Matula pcha mnie przed sobą na środek pokoju i przedstawia. Kuzyn Darka podchodzi do mnie, mierzymy się wzrokiem, podajemy sobie dłonie. Drapie się w głowę przystrzyżoną po żołniersku i mówi:

– Jędrek.

Siedzimy gdzie bądź: na kanapie, przy stole, na krzesłach przyciągniętych z kuchni. Na kaloryferze pod oknem suszą się ręczniki. Dostajemy z Jędrkiem po ryczce i szklance soku. Milczymy. Darek kursuje między nami a siostrą. Pyta jej, czy czegoś nie potrzebuje, wyraża gotowość zrobienia jeszcze jednej herbaty, Beata dziękuje mu wymuszonym uśmiechem. Nie mam ochoty na ciasto. Pan Borucki opowiada o smogu w Bydgoszczy. Narzeka, że ludzie palą węglem i ładują śmieci do pieców, cała energetyka też na węglu stoi, co jego zdaniem powinno się zmienić, jeśli kiedykolwiek mamy dogonić Europę. Uważa, że Polak jest jak człowiek po wylewie: musi nauczyć się mówienia, chodzenia, mycia się i wszystkiego innego od początku.

Darek ciągnie mnie i tego Jędrka do swojego pokoju. Zapowiada, że niedługo się przejdziemy. Na ścianie wisi ze trzydzieści kolorowych proporczyków, a każdy inny. Proporczyki pasują mi do Darka, ale poza tym pokój wygląda, jakby należał do kogoś innego. Przy łóżku leżą stare numery „Flexa”, a obok hantelki. Darek przyczepił do nich odważniki, obwiązał szmatami, bielizną i taśmą klejącą. Pokój to straszna klita, ale zdołał w nim zmieścić rower i worek treningowy. Teraz nie ma gdzie się podziać i stoi przy tym worku, drobny, z dziecinnym spojrzeniem. Jędrek siada na łóżku i zwraca się do mnie:

– Jak ci mogę pomóc?

Chcę go przeprosić. Wygląda na kogoś pochłoniętego swoimi sprawami, kogoś, kto już coś widział i coś wie. Mówię, że rodzice martwią się moją przyszłością i tego cukiernika wymyśliłem na szybko, chcąc ich zadowolić. Może będę kimś innym, nie mam pojęcia kim. Jędrek mruży oczy, śle porozumiewawczy uśmiech, jakbyśmy znali się lata.

– Jak wylądowałem w zawodówce, myślałem, że stary mi głowę urwie. W pale mu się to nie mieściło: taka dobra rodzina. Ale przynajmniej mam luz. W ogóle, chłopie, czym ty się przejmujesz? Szkoła jak szkoła, w zawodówce mniej głowę zawracają, no nie?

Darek się zgadza. Mówi, że jego siostra poszła w tym roku do ogólniaka i trudno pojąć, co tam jej kładą do głowy. W jego głosie brzmi troska i miłość. Jędrek przymierza się do worka bokserskiego. Ugina nogi, przechyla tułów do przodu i zaczyna walić. Ledwie dotyka pięściami skórzanej powierzchni, mimo to sapie.

– Szkoła to tam chuj, wszędzie te same pierdolniki. – Ściera pot z czoła. – Praktyki to co innego, szczaj na budę i wybierz se dobre miejsce na praktykowanie. Ja tam trafiłem nieźle, znaczy baba to ropa, ale mam materiały, warsztat, wiem, co jest grane, i mogę się naumieć. Powiem tam o tobie, jak chcesz. Ale szkoła chuj – powtarza, ściszając głos. – Chujów sto!

Cisnę, pytam, czy lubi tę naukę. Jędrek ociera czoło.

– Trzeba coś w życiu lubić, no nie?

Rozważam jego słowa, tymczasem Darek proponuje, żeby się przejść. Ma rację – dzień jest ciepły, a niedługo nadejdzie jesień i będzie można skisnąć w chałupie. Darek pyta, czy Beata mogłaby się z nami zabrać, i leci do niej, nie czekając na odpowiedź. Beata przygląda się Jędrkowi i pewno myśli, że nikt tego nie widzi. Staje na tym, że wychodzimy we trzech. Pan Artur życzy nam pomyślnych wiatrów, natomiast pan Ryszard nie może się powstrzymać i sadzi monolog poświęcony Wesołemu Fido. Słyszę, że nie wolno nam rozmawiać z nieznajomymi ani przyjmować prezentów. Ta, jasne – takie rzeczy powtarzali nam już w przedszkolu. Tata Jędrka przypomina, że faceci w typie Wesołego Fido najchętniej przebywają właśnie w parku koło dworca, dokąd idziemy. Akurat nie ma racji, bo Wesoły Fido ze swoją radosną kompanią obciągaczy całe dnie przestaje pod mostem na Focha, o czym wiedzą nawet dzieci. Zwłaszcza one, śmieję się do własnych myśli. Jędrek zawiązał już buty. Prostuje się w przedpokoju.

– Nie martw się, tatuś! – woła. – Jak Fido mnie zaczepi, urwę mu fajfusa i będzie spokój!

Pan Ryszard łapie powietrze, jakby mu głos odebrało, za to pan Artur wybucha śmiechem. Gospodyni podrywa się, proponuje więcej ciasta, i tylko Beata siedzi przy stole odklejona, najwyraźniej nie rozumiejąc, co zaszło.

10.

W parku rozmowa natychmiast schodzi na Wesołego Fido, na to, kim jest i co robi, wyjąwszy bieganie ze wzwodem od przedszkola do Opola. Darek nie ma za wiele do powiedzenia na ten temat i dziwi się tylko, jakim cudem jeszcze go nie zamknęli. Mówię, co słyszałem: Fido jest synem ważnej figury w mieście, może posła z AWS albo samego prezydenta, i dlatego nikt nie zrobi mu krzywdy.

– Otóż nie – odzywa się Jędrek. – Fido nie nazywa się Fido, tylko zupełnie inaczej. Ma wielką firmę w Warszawie. Gość sra forsą i ma zdjęcie z papieżem, a przyjeżdża do nas, żeby, no wiecie, życie poczuć, złożyć się do chłopczyka. Nikt go nie ruszy, bo szasta dolarami, no nie?

Darek, oszołomiony tą wiedzą, próbuje zdobyć nas informacją, że jakaś starowina na Królowej Jadwigi, a więc niedaleko, otworzyła domek z pięterkiem, gdzie można dupić się z babami. Używa właśnie takich słów. Opowiada o domku i pięterku pełnym małych pokoi. Zaraz chcemy wiedzieć, czy widział to na własne oczy. Darek truchleje, a Jędrek w śmiech.

– U nas po Fordonie włóczy się taka Malwina. Weźmie do ręki za dziesięć, do buzi za dwadzieścia, a za trzydzieści pięć całą resztę, czy jakoś tak, w każdym razie taniej niż Aneta Gorące Usta, co jest w gazecie, albo babeczki w hotelu Brda.

Pytam go, czy płacił Malwinie albo odwiedził hotelowy dancing. Darek nadstawia uszu. Jędrek podnosi się z ławki i idzie na łączkę, ku wydeptanej trawie i bramkom zrobionym z koszy na śmieci. Odwraca się. Widzę, że moja szczerość mu odpowiada.

– Jeszcze nie – mówi. – Ale ją wytarmoszę, jak będę miał chwilę. Chciałbym mieć to już z głowy.

Rżniemy w piłkę na wrześniowej trawie; pełno tu kretowisk, puszek i ciemnych butelek po nalewkach spirytusowych. Buty ślizgają się na pudełkach po carmenach i caro, lecz to nie przeszkadza: piłka jest jedna i bramka też. Darek przebiera krótkimi nóżkami, kiwam go lekko i gnam ku bramce, gdzie czai się Jędrek w pozie jak bramkarz z japońskiej kreskówki: nogi szeroko rozstawione i ugięte, cały pochylony, rozczapierzone palce na wysokości kolan. Kopię z całych sił i tak jak jestem pewien, że wejdzie gładko, tak też gładko nie wchodzi. Jędrek rzuca się, chwyta i spada ciężko na ziemię. Sekundę później jest już na nogach, kopie w kierunku Darka, który koncertowo marnuje swoją szansę – szmata toczy się prosto pod reeboki Jędrka. Ten wybucha krótkim śmiechem pozbawionym wesołości.

Zmieniamy się zgodnie z ruchem wskazówek zegara: wskakuję na miejsce Jędrka, a ten wraz z Darkiem próbują strzelić mi gola. Potem na bramce staje Darek i tak w kółko. Przepocone bluzy zwisają z gałęzi, piłka wali w pień i płoszy ptaki siedzące na konarach. Ślizgam się po trawie, gubię krok i plączę stopy swoich przeciwników. Jestem w środku zielonej bombki rozgrzanej wieczornym ciepłem, gdzie wszystko pachnie niewinnością ciała i ziemi. Czuję spodnie lepiące się do tyłka, patyk w bucie i obtarte kolano. Ukosem podaję do Jędrka, ten rozpoznaje zmyłkę i ignoruje moje zamierzenia, wyciąga nogi, cwałując prosto na Darka, który strzela oczami na prawo i lewo. Kopie i pada na trawę, pada też Darek, trafiony w splot słoneczny, mówi, że nie było, Jędrek wrzeszczy, że był, a ja nie chcę tego rozsądzać. Kolejna zmiana. Łapię oddech na bramce. Darek prędko zostaje w tyle, próbuje nie wejść Jędrkowi w drogę, a Jędrek nie potrzebuje pomocnika. Zachodzi z boku, mokry i skupiony. Próbuje mnie zmylić, lekko popycha piłkę i nagle kopie, mocno, lecz nie dosyć. Klnie. Przekręcamy się na łące. Uda mi spuchły, oczy szczypią od potu. Biegnę razem z Jędrkiem. Nie pamiętam o Jasnej, o ojcu i o tym, że niedługo zostanę cukiernikiem, po prostu frunę nad trawą i nieszczęsny Darek znów nie ma szans. Zatrzymałem się, lecz frunę nadal. Jeszcze raz na bramce. Darek zwiesił głowę i dyszy. Czuję się, jakby ktoś poprzetrącał mnie w środku i dopiero teraz, przed chwilą, kości poukładały się we właściwym porządku. Ciemnieje zielona bombka, czerwienieje torowisko, Darek zwala się na trawę, a Jędrek, podbijając piłkę, nadciąga w moim kierunku. Wiem, że strasznie chce wbić mi tego gola i nie pójdzie do domu, póki tego nie zrobi. To świetnie, mówię sobie. Zostańmy jeszcze trochę, ale nie zostajemy, bo pan Artur i moja mama wołają nas: dzieci, do domu.

11.

Po kolacji Jędrek nalewa ciepłej wody do miski, skrawa trochę szarego mydła i pierze bluzę, półnagi i pochylony nad wanną. W progu pojawia się pan Ryszard, cmoka, kręci głową i wycofuje się do pokoju. Jędrek szoruje starannie, zwracając szczególną uwagę na pachy i plecy. Matka siada na brzegu wanny. Pyta, czy dobrze się bawił.

 

– Było w porządku. Krzysiek też okej – szoruje miarowo, tymczasem matka przypomina mu, że mają pralkę. – Dziękuję, mamuś – odpowiada Jędrek. – Ale w pralce bluza się zniszczy. Szkoda takiej bluzy, no nie?

Matka zgadza się z Jędrkiem i martwi się tylko, żeby nie zaspał do szkoły. Bluza może poczekać do jutra.

– Umówiliśmy się na rowery w piątek po szkole – mówi Jędrek. Chcemy pojechać do Myślęcinka. – Nie mam praktyk.

Matka natychmiast się zgadza. Dodaje, że Darek to fajny chłopak, do tego rodzina, a i ja zrobiłem całkiem dobre wrażenie. Cichy i spokojny. W drzwiach łazienki znów melduje się ojciec i mówi, że rowery to świetny pomysł, tylko ktoś taki jak Krzysiek Hoppe na pewno nie ma roweru. Dodaje, że cała ta rodzina to niezłe ziółka i lepiej, aby Jędrek znalazł sobie inne towarzystwo. Mówi coś jeszcze, niepomny, że przez szum wody do Jędrka dochodzi co trzecie słowo, zresztą Jędrek zna na pamięć takie przemówienia. Dopiero gdy wspomina o dołach społecznych, pasożytach i nierobach, pani Hania prosi, aby nie oceniał ludzi po pozorach. Pan Ryszard wznosi oczy ku niebu i przypomina, że ich syn, i tak niezbyt otrzaskany z kulturą, zaczął gadać coś o fajfusach, gdy tylko poznał nowego kolegę. Pani Hania radzi mężowi, aby posłuchał siebie samego. Pan Ryszard twierdzi, że to już za wiele i nie życzy sobie takich porównań. Tak rozmawiają. Pani Hania mówi coraz głośniej i szybciej, pan Ryszard starannie dobiera słowa. Jędrek płucze bluzę, wykręca i wiesza na sznurku. Ojciec wskazuje na pralkę.

– Oszczędzam, tatuś – mówi Jędrek. Idzie do siebie. Siada na łóżku i patrzy na ciemny plakat, ale bardzo krótko. Zwala się do łóżka i natychmiast zasypia na wznak, z zadartą brodą. Faraon Fordonu. Później, gdy pogasną już światła, matka zagląda do jego pokoju. Nakrywa go kołdrą. Siada na łóżku, jak on wcześniej.

12.

Pan Ryszard Borucki, geodeta z Wojewódzkiej Inspekcji Geodezyjnej i Kartograficznej, ten, co zrobił jednego syna i miał jedną kobietę, przyjaciel Wólczanki i Vistuli, stały czytelnik tygodników opinii, a przede wszystkim facet zdolny do pokonania trasy z Fordonu na Konarskiego trzema różnymi autobusami bez spoglądania komukolwiek w oczy, ma co do mnie odrobinę racji. Nie posiadam roweru i nie wiem, skąd go wziąć. Kumpli na Jasnej niewielu i też cienko przędą, kolegów z klasy wstyd prosić, matula rozkłada ręce i obiecuje, że pomyśli o rowerze na Gwiazdkę lub urodziny. Przyszedłem na świat w styczniu, Gwiazdka wypada wiadomo kiedy. Komu wtedy po głowie chodzi rower? Tatko na mój dylemat ma tylko pomruk. Garbi się, nanosząc ślady po kulach na spitfire’a.

Myślę sobie, że gdybym odkładał codziennie złotówkę, gdybym nie kupował owocowych mentosów i lizaków Hip o smaku toffi, jakoś zebrałbym te dwieście pięćdziesiąt złotych, akurat na przyszłą wiosnę. Chodzi jednak o najbliższy piątek. Śmieciarze mogliby pomóc. Jeżdżą od świtu i wypatrują rowerów pozostawionych na noc. Tną zapięcia, ładują do swojej kolubryny, pozostawiając na chodniku przecięty łańcuch. Akcja zajmuje może pół minuty. Przy dobrych wiatrach rower sprzedaliby i za pięćdziesiąt złotych. Co, jeśli pedałując do Myśla, natknę się na właściciela? Nie upadłem na głowę. Jest czwartkowe popołudnie, kręcę się chwilę po Jasnej i drałuję przez nasze podwórko do magla, do pani Teresy.

Magiel mieści się w piwnicy na Chełmińskiej, obok Jasnej. Znam skrót. Przecinam podwórko na skuśkę, dla zabawy plączę się w rozwieszonej pościeli, odginam siatkę i zeskakuję na betonową ścieżkę obok zaniedbanego ogródka, gdzie wokół drewnianej budki wylegują się koty. Na klatce schodowej – czystszej, ale i ciemniejszej niż nasza – pachnie wybielaczem. Schodzę po betonowych stopniach, pcham wzmacniane drzwi i zaraz siedzę przy stole pokrytym folią, jem ciastka domowej roboty, popijam herbatę i patrzę na wały wielkie jak pnie drzew, obracające poszewki i zasłony. Pani Teresa sama przypomina drzewo, zwłaszcza teraz, gdy nosi zielony fartuch. Ma twarz płaską jak sęk, siwe kręcone włosy, proste kolczyki i fioletowe dłonie o bardzo białych paznokciach.

Pytam, czy mogę pomóc. Pani Teresa macha dłonią. Słyszę, że mam siedzieć spokojnie, że jeszcze się w życiu napracuję. Czekam cierpliwie i jem ciastka. Pani Teresa kończy taniec z firanką, przynosi sobie spodeczek do filiżanki, zapala papierosa i pyta, co mnie sprowadza. Wstydzę się powiedzieć. Przychodzi mi do głowy, że mógłbym nająć się do magla. Tak odpracowałbym rower. Pani Teresa strzepuje popiół do salaterki i powtarza swoje pytanie. Mówię, w czym rzecz. Roweru potrzebuję tylko na jedno popołudnie. Odprowadzę go w sobotę rano lub nawet w piątek wieczór, jeśli tak trzeba. Będę bardzo uważał. Na pewno nie zniszczę. Pani Teresa ma mnóstwo dorosłych dzieci i hordy wnuków, które być może nie potrzebują już swoich rowerów, poza tym ludzie przynoszą do magla różne rzeczy na sprzedaż. Pani Teresa trzyma je w pomieszczeniu gospodarczym, zamkniętym na klucz. Z tego tak naprawdę żyje. Mógłbym nawet odpracować tę pożyczkę, ale pani Teresa śmieje się i mówi, że w ten sposób pozbawiłbym pracy własną matkę.

Spokojnie czekam na odpowiedź. Pani Teresa, jak każdy o gołębim sercu, broni się, zwlekając z odpowiedzią. Kręci głową, nastawia wodę na kolejną herbatę, pyta o mojego ojca i stwierdza, że jestem dzielnym młodym człowiekiem. Nie potrafi tego uzasadnić. Powraca do poprzedniej pozycji: papieros nad salaterką, piersi falujące pod fartuchem. Zobaczy, co da się zrobić. Niczego nie obiecuje, ale doradza, żebym zajrzał do niej w piątek przed szkołą. Brak obietnicy jest najlepszą obietnicą. Mam ochotę wyściskać panią Teresę, lecz tylko się kłaniam. Pani Teresa ujmuje mnie za rękę i zastanawia się głośno, czemu życie rozdaje karty tak nierówno. Kiedyś dobre życie fundowała uczciwa praca. Teraz już nie wiadomo. Pyta, dokąd pojadę na tym rowerze i z kim. Odpowiadam. Pani Teresa zauważa, że Darek to porządny chłopak i ma bardzo mądrą siostrę. Nic dziwnego, że tak się jej trzyma. Siostra Darka zrobi wszystko, żeby wyjechać z Bydgoszczy, i ma rację. Tu tylko nędzarze i złodzieje.

Nim pójdę, pani Teresa pakuje trochę ciastek dla mamy, dorzuca biały ser, wędlinę i dobre słowo: mam już nie zawracać jej głowy. Wracam tą samą drogą, przez dziurę w siatce, a lecę tak szybko, że koty pryskają na wszystkie strony. Wkręcam się w pranie na podwórku. Wyobrażam sobie, że jestem duchem i materializuję się dokładnie przed tatusiem, który, z rękami w kieszeniach i z siatką zawieszoną na nadgarstku, dziarsko maszeruje w stronę domu. Roztacza wokół siebie mocny zapach wody kolońskiej i obwieszcza radosną nowinę: spitfire zszedł za okrągłe trzy stówki, nabywca się cieszy i może zamówi coś jeszcze. Opowiadam o obietnicy pani Teresy. Dzielimy się radościami, ojciec i syn. Tatko drapie się w nos, a siatka zjeżdża mu aż do kanciastego łokcia. Głośno wyraża żal, że wcześniej nie podzieliłem się swoim rowerowym marzeniem. Wydaje mi się to dziwne, bo każdy chłopak chce mieć rower, no ale tatuś nie jest taki jak wszyscy. Obiecuje pomyśleć o rowerze i macha ręką. Co tam, w sobotę pójdziemy do Rometu i jakiś kupimy, należy mi się za samą pomoc przy spitfirze. Deszcz się nasila. Tatuś prosi, żebym zawsze mówił mu, czego potrzebuję. Promieniuje energią. Razem wracamy do domu.

13.

Biuro pani Wandy wypełniają zdjęcia dzieci. Stoją na biurku, parapecie, ciągną się przez ścianę. Zasłaniają książki na półce. Pani Wanda ma również wielki kalkulator i stos numerów „Przeglądu Piekarskiego i Cukierniczego” ułożony niedbale na samym skraju blatu. Wiszą też dyplomy. Na widok Jędrka pani Wanda uśmiecha się i wstaje z fotela. Proponuje, żeby usiadł. Jędrek spuszcza głowę i zaciska dłoń na nadgarstku. Przypomina oskarżonego zasłuchanego w surowy wyrok. Podchodzi do pani Wandy. Nie siada.

Pani Wanda pyta, czy czegoś się napije. Jędrek kręci głową. Pani Wanda składa dłonie jak do modlitwy. Na każdym palcu ma pierścionek. Pyta, jak Jędrkowi podoba się na praktykach.

– Bardzo, proszę pani – odpowiada Jędrek i podnosi wzrok.

Na biurku pojawiają się czekoladki. Pani Wanda także cieszy się z Jędrka, uważa, że tak zdolny praktykant zdarza się raz na pięć lat, może na dziesięć. Jej zdaniem Jędrek będzie kiedyś wielkim cukiernikiem. Żałuje tylko, że tak mało o nim wie. Pyta o rodziców, chce wiedzieć, dlaczego Jędrek wybrał ten akurat zawód. Jędrek przełyka ślinę.

– Bo nauka mi nie szła, proszę pani.

Pani Wanda zachęca Jędrka, by wziął czekoladkę. Świdruje go wzrokiem. Mówi, że jej zdaniem Jędrek mógłby się uczyć dobrze, gdyż w lot pojmuje wszystko, co się do niego mówi. Potrafi słuchać, a to rzadka cecha. Życzy sobie, aby wytrwał, nie rozmyślił się, nie zaniedbał praktyk. Wówczas może zostanie przyjęty na stałe. Chce wiedzieć, co go najbardziej interesuje. Pyta i zjada czekoladkę.

– Ja bym chciał robić ładne rzeczy – wyznaje Jędrek – na przykład zamki z cukru.

W opinii pani Wandy nie mógł trafić lepiej. Ktoś taki bardzo jej się przyda. Opowiada przez chwilę o cukiernictwie jako o sztuce. Szkoda, bo ludzie bardzo rzadko myślą w ten sposób. Wstaje zza biurka, ujmuje Jędrka pod ramię i przyznaje, że jest zakłopotana. Ma problem, z którym nie wie, co zrobić. Potrzebuje pomocy kogoś zaufanego. Zastanawia się głośno, czy Jędrek jest takim człowiekiem.

– Tak, proszę pani – mówi Jędrek.

Pani Wanda uśmiecha się znowu i prowadzi go na podwórko.

14.

Punkt czwarta czekam na rogu Jasnej i Grunwaldzkiej oparty o kierownicę. Mój rower to bezimienny góral wyróżniający się niebieską ramą przechodzącą w szeroki błotnik. Pierwszy raz widzę coś podobnego i idę o zakład, że jakiś podpity dziadzio sprzedał to dziwadło w maglu za butelkę. Przerzutki są zdarte, opony wyłysiały, ale robię rundkę po ulicy i śmiga, aż miło. Po chwili zjawia się Darek, pedałując zawzięcie na czarnym BMX-ie. Rower ma barwę i blask karawanu, wydaje się odlany z jednej mocnej bryły, kierownica rozwidla się wysoko, nad siodełkiem. Darek się zasapał. Wygląda na jeszcze mniejszego, niż jest w rzeczywistości. Zsiada z BMX-a, zaraz sięga po wodę i mówi, że Jędrek jak zwykle się spóźnia i nie można na niego liczyć.

Nie mam czasu odpowiedzieć, bo Grunwaldzką popycha Jędrek na składaku kolorowym jak kalejdoskop. Dosłownie jaśnieje na tle szarości i beżu. Na Jędrku łopocze flejers z wściekle pomarańczową podpinką. Dzwonią klaksony, a Jędrek skręca ostro w Jasną tuż przed czerwonym frontem gwałtownie hamującego autobusu i staje przy nas, wzbijając w powietrze chmurę pyłu. Gęba mu się śmieje, przybijamy sobie piątkę jak młodzi gangsterzy na filmach sensacyjnych, Darek podsuwa mu bidon pod czerwoną gębę, Jędrek pociąga zdrowo, jeszcze zdrowiej spluwa i woła:

– Wio, chłopaki, żeby uda nie ostygły!

Jestem pewien, że myślał nad tym tekstem przez całą drogę. Zjeżdżamy Jasną i zaraz prujemy przez tereny kolejowe, kamienistą ścieżką, koło piaskowych budynków pełnych dziur, między zapadnięte dachy i grubych kolejarzy trzymających szlugi w krótkich palcach. Tu Darek radzi sobie doskonale, skręca, balansując ciałem, i wkrótce wysuwa się na prowadzenie, które straci ledwo na moście przez Brdę. Daję z siebie wszystko, żeby nadążyć – oni regularnie jeżdżą na rowerach, ja nie, i wkrótce widzę tylko czarną kurtkę Darka i flejers łopoczący wokół plecaka. Rozpędzam się z mostu, stopy gubią pedały i hamuję dopiero na Dworcowej, zwanej Aleją Lombardów, gdzie na mnie czekają.

Przez moment nie mają siły udawać. Darek złożył głowę na kierownicy, Jędrek obwiązuje flejersa wokół bioder i sapie. Dworcową wali popołudniowy tłum, szyldy zapraszają do ciucholandów, na hamburgera, do salonu gier. Lombardy można rozpoznać po kratach, witrynach ze zbrojonego szkła i złotych literach informujących o skupie wszystkiego. Gromadzą się przed nimi potężni faceci z wąsami i płetwą opadającą na kark. Noszą adidasy do marynarek, bransoletki z ruskiego złota i koszulki polo nieprzepuszczające powietrza. Hipisi z naręczami korali, zarośnięci, o poczerwieniałych uszach, sprzedają pocztówki dla niewidomych sierot czy kogoś takiego. Dolę dzielą błyskawicznie, do dwóch osobnych kieszeni. Środkiem ulicy człapie grubas przebrany za bociana. Rozdaje ulotki informujące o błyskawicznym kredycie.

Ruszamy dalej, wzdłuż muru cmentarza, tym razem już spokojniej. Skręcamy, mijamy niedokończoną budowlę z pustaków, armaty i czołgi z muzeum wojskowego i już jesteśmy na Gdańskiej. Trzeba zwolnić. Pedałujemy gęsiego, Darek na przedzie, unosząc mokry tyłek, ja na ogonie, a i tak wypluwam płuca, żeby nadążyć. Ciąg bloków naprzeciw stadionu Zawiszy przesuwa się nazbyt wolno. Jasny dym unosi się nad ogródkami działkowymi.

 

Do Myśla już niedaleko, wjeżdżamy do lasu. Mijają nas piesi i rowerzyści, objuczeni baniakami z wodą. Niektórzy targają nawet po sześć. Objuczone, wściekłe bachory wloką się za przygarbionymi rodzicami. Przy Źródełku, studni artezyjskiej, wije się ogonek na trzydzieści osób. Zaciskają pięści, sapią, rozglądają się lub stoją jak kołki – strużka tak wolno cieknie. Zasuwamy dalej, za pętlą rozwidlenie i Jędrek, który nie oddał prowadzenia, wybiera skręt w prawo. To dłuższa trasa, pewno chce nas zmęczyć. Darek zwalnia, by zaraz przyspieszyć.

Za drewnianym barem strumieniem leją rozcieńczonego kujawiaka. Ojcowie moczą w pianie wąsy, a ich dzieci wirują na poniemieckich karuzelach lunaparku. Pilnuje ich drewniana sowa. Szkraby wirują na konikach, kotłują się w chińskim basenie, zgrzyta stal, zderzają się elektryczne samochodziki. Starsi stoją w kolejce do zjeżdżalni wysokiej na dwa piętra, a wszyscy, mali i więksi, co chwilę zawracają do baru po drobne, by tatusiowie mogli dalej pić w spokoju.

Od strony miniaturowego zoo daje łajnem, a Darek uznaje za słuszne pokazać nam wszystkim, gdzie raki zimują. Niemal staje na swoim BMX-ie, wypina tyłek i pedałuje co sił. Gładko omija Jędrka i jeszcze przyspiesza. Wołam, żeby dali sobie spokój, na próżno. Jędrek pochyla się i gna przed siebie, plecak sterczy jak garb. Mijają się ze dwa razy, aż tracę ich z oczu. Natychmiast zwalniam. W kolanach pulsuje mi krew, kusi mnie, żeby stanąć. Wtedy jednak nie ruszę. Jak babcia pod górkę, pedałuję dalej, unosząc tyłek. Droga jest prosta, a jednocześnie stroma, wściekam się na siebie, na kolegów, na rower i panią Teresę, aż moim oczom ukazuje się skręt do parku i zasmarkany Darek, pod rowerem, na ziemi.

Pomagam mu wstać. Cały się krztusi. Opowiada, że nie wyrobił na zakręcie, upadł, zdarł skórę do mięsa, a Jędrek obejrzał się i popedałował dalej. Obciera śpik i obwieszcza powrót do domu. Sami możemy sobie jeździć po Myślu. Zapewne oczekuje, że wrócę z nim. Proszę, żeby pokazał mi tę straszną ranę, chcę zyskać w ten sposób na czasie. Zadziera nogawkę. Cóż, skóra ledwo czerwona, brud zagnieździł się w zadrapaniu. Mówię, żebyśmy poszli to przemyć. Zapytamy o jodynę w budce z hamburgerami. Dodaję, że nie zamierzam wcinać się między niego a Jędrka i niech załatwią to między sobą. Zostawiam go z tą myślą. Prowadzę rower. Darek bierze swój i zrównuje się ze mną. Nie zahaczamy o żadne hamburgery. Przed nami rysuje się polana i sitowie, jeziorko przesłania nam Jędrek z plecakiem przerzuconym przez ramię, mokry i dumny ze zwycięstwa.

15.

Wciąż ciepło, ale tu nie wolno pływać. We trzech ściągamy koszulki. Jędrek zwala się na trawę, pokazując włochate pachy. Darek ma bicepsy jak śliwki, zarys kwadracików na brzuchu i płaską klatkę piersiową. Cały czas zerka na swoje ramiona. Z plecaka wyjmuje termos i pognieciony pakunek. Dostajemy pić i po kawałku biszkopta. Pałaszuję natychmiast, a Jędrek przygląda się swojej porcji. Gryzie ostrożnie, jakby spodziewał się pułapki. Dałbym głowę, że jego plecak się poruszył.

– Całkiem do rzeczy – mówi, nie odrywając wzroku od ciastka. – Mógłbyś zrobić takie dziurki, o, tu i tu – pokazuje gdzie – potem dajesz marcepan czy tam jakiś kremik i masz buszejkę. No, ale niezłe i tak, nie? Podziękuj mamie ode mnie.

Darek kiwa głową, że tak postąpi. Słyszymy śmiech jakiejś bandy popijającej daleko, za szuwarami. Darek nie wie, co powiedzieć, więc mówi byle co: zauważa, że chyba nie miałem roweru, a jednak na jakimś przyjechałem. Nigdy nie widział takiej ramy. Wzruszam ramionami. Nie było roweru, rower jest, to wszystko, co powinien wiedzieć.

Znajdujemy krótkie molo osuwające się w brązową wodę. Zdejmujemy buty i siadamy na przegniłych deskach. Mącę toń paluchem. Nogi Darka są za krótkie i bujają się w powietrzu. Nad nami krążą ciężkie ważki. Pośrodku jeziorka stoi przekrzywiona łódka i nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś sobie w niej przysnął. Rybki trzepoczą się przy dnie, obok porośniętych mchem butelek. Darek mówi, że może mi pomóc z kasą. Popołudniami dorabia sobie, myjąc samochody pod Blankami na Mostowej, starsze chłopaki, co tym trzęsą, są właściwie w porządku i potrzebują ludzi. Czasem jakiś kierowca się wścieknie, warto zadbać o cegłę pod ręką, poza tym da się żyć. Milknie i zagaduje Jędrka, czy on też by chciał. Jędrek grzebie w plecaku. Podnosi głowę.

– Na chuj mi to? – W jego głosie brzmi szczere zdziwienie. – Całe życie będę robił, teraz wolę pojeździć na rowerze.

Rzucam, że fajnie byłoby porobić we trójkę, taka praca to nie praca. Jędrek włada rękę do plecaka po łokieć.

– Nawet nie wiem, co miałbym robić z tą flotą – mówi. – Patrzajcie lepiej na to, jakie śmieszne są, no nie?

Na molo kładzie worek podobny do takiego, w którym w pierwszych klasach nosiliśmy buty. Jędrek rozwiązuje węzeł. Z worka gramoli się kotek, maleńki, o posklejanych jeszcze oczach i futerku. Ledwo stawia kroki i zaraz przewala się na bok. Za nim wyłazi kolejny, jakby bardziej ogarnięty, o zielonym spojrzeniu i nieśmiało podniesionych uszkach. Sunie z noskiem przy ziemi. Trzeci wtarabania się w swoich poprzedników, przewraca się miękko i liże sobie łapkę. Popiskują. Jest najsłabszy, nie potrafi się podnieść i tylko kiwa głową na wszystkie strony, jakby poszukiwał czegoś, o co mógłby się oprzeć. Gromadzimy się wokół tych pociech. Darek podsuwa palec i zielonooki, najbardziej kumaty, natychmiast zaczyna ssać opuszkę. Pytam Jędrka, skąd je wytrzasnął i po co targał je ze sobą aż do Myśla. Mogły zdechnąć w plecaku z gorąca.

– Tak ciepło to znowu nie jest – zauważa Jędrek. Pozwala, by pierwszy z kotów, burasek, lizał mu wierzch dłoni. – Jakby zdechły, tobym nie miał zmartwienia. Cukiernica kazała mi coś z nimi zrobić.

Darek zaraz chce wiedzieć, czemu padło na Jędrka. Ten drapie kota za uchem.

– A bo ja wiem?

Zastanawiamy się z Darkiem, jak rozwiązać ten kłopot. Wypuścimy je, to zginą. Proponuję, żeby każdy wziął po jednym i problem z głowy. Darek stwierdza, że matka prześwięci go, jak tylko zamelduje się z kotem. Faktycznie, tatko zareagowałby podobnie, zresztą i tak ledwo mieścimy się na tych dwudziestu metrach. Najsłabszy z kotków mieści mi się na ręce. Rozkraczają mu się łapki. Przypominam sobie, że gdzieś, chyba na Grunwaldzkiej, mają schronisko dla zwierząt. Pojedziemy zaraz. Tam zajmą się kotami.

– Akurat. – Jędrek bawi się, wsadzając mały palec kotku do pyszczka. – Dadzą je do uśpienia, i tyle. Cukiernicy chyba biegało o coś takiego.

Pozostawia palec w kocim pyszczku, drugą ręką sięga do plecaka po nóż sprężynowy. Matowe ostrze wysuwa się z cichym szczęknięciem. Jędrek kciukiem naciska blokadę i obraca nóż w dłoni.

– Jak jechaliśmy tutaj, to chciałem je potopić, niby tak się robi, no nie? Ale teraz mi świta, że to o kant dupy pomysł. Męczyć się będą, a jeszcze ktoś je znajdzie. Ja bym tam wolał, żeby mnie zadźgano, niż utopiono.

Zerkam na bladego Darka i nim zdążę coś powiedzieć, Jędrek delikatnie bierze kota za kark. Zwierzątko piszczy i przebiera dolnymi łapkami. Jędrek ze trzy razy trąca brzuch czubkiem noża, jakby chciał wypróbować jego ostrość, i szybkim ruchem wbija je w gardło tak, że wychodzi z drugiej strony. Kotek więdnie natychmiast, jak kwiat na przyspieszonym filmie, który kiedyś puszczali w telewizji. Pozostałe wciąż pełzają po molo, nieświadome niebezpieczeństwa. Na skupionej twarzy Jędrka miga coś na kształt zdziwienia. Wyjmuje nóż, gnie kota jak gąbkę i wyciera ostrze o futerko. Truchło ląduje w szuwarach. Jędrek przekłada nóż, tak że niknie mu w dłoni. Kciuk zamyka się na końcówce rękojeści. Jędrek pada na czworaki, oparty na przedramieniu. Słońce opada dokładnie za jego plecami. Sitowie trąca mu bark. Wygląda, jakby pełzł przez tunel o ścianach z zieleni i światła. Pochyla głowę. Widzę tylko jego głodne oczy. Kątem oka dostrzegam Darka unoszącego dłoń do ust. Ruch Jędrka jest szybki, nóż spada zza głowy i wbija się w miękki kręgosłup pełzającego kotka. Zwierzątko rozczapierza wszystkie łapki, wydaje z siebie przejmujący pisk i gaśnie. Sprawę kończy plusk, kręgi na wodzie biją o słupy podpierające molo. Trzeci kotek wciąż leży na boku. Jędrek unosi go za płat skóry na karku, podsuwa Darkowi pod twarz, zawiesza mi przed nosem. Pyta: