Inna duszaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Spójrzcie na to biedne ciało! Jego cierpienie i pożądanie ta biedna dusza tłumaczyła sobie – tłumaczyła jako morderczą rozkosz i pożądanie szczęśliwości noża.

FRYDERYK NIETZSCHE, To rzekł Zaratustra, tłum. Zdzisław Jaskuła, Sława Lisiecka, Warszawa 1999

Wejście
2013

– PRZY PIERWSZYM CIOSIE TAK, potem już nie. Pewno po temu dziabałem ich tyle razy – mówi Jędrek. – Pewno myślałem, że znów coś poczuję, a tu nie. Tylko za pierwszym ciosem – powtarza, zwieszając ciężką głowę. Niebieska bluza opina się na szerokich barkach. Zawsze ubierał się na niebiesko. Mówił, że to kolor wojownika.

Siedzimy naprzeciw siebie przy brązowym stole, na prostych szarych krzesłach. Dwa okna na przeciwległym końcu sali widzeń kojarzyłyby mi się ze sklepikiem na stołówce zakładowej, gdyby nie kraty i strażnik pod bronią. Więźniowie rozmawiają z żonami, rodzicami, kochankami, dziećmi. Ktoś płacze. Jakiś berbeć lgnie do wytatuowanej dłoni, mówi, że pani w sądzie nie chciała, żeby przyszedł. Mówi, że popełni jakieś straszne przestępstwo, aby być razem z tatusiem.

Jestem zdziwiony, bo Jędrka odwiedzam od lat i opowiedział mi o tym, co zrobił, i dużo więcej, ale nigdy się nie zająknął, jak mu z tym było, tam, w środku.

– Dobrze, że przyszedłeś – mruczy Jędrek i zaraz pyta: – Jak ojciec? – Nie wiem, o kogo mu chodzi, więc dopowiada: – Jak mój kochany stary?

Mówię, że nic się nie zmieniło. Pan Ryszard siedzi w Toruniu z nową rodziną. Ma dwoje dzieci, jedno już chodzi do szkoły. Zniknął z radaru i ludzie o nim nie rozmawiają. Jędrek znów kiwa głową: szare policzki zjeżdżają ostro do pełnych ust i cofniętego podbródka z nastroszoną szczeciną. Gdy tutaj trafił, ledwo zarastał.

– A matka? – dopytuje.

Teraz przynajmniej wiem, kogo ma na myśli. Przedwczesna emerytura pchnęła panią Hanię w trzecią już pustkę. Pani Hania jeździ na działkę. W samotnym mieszkaniu w Fordonie przyjmuje psy, nieraz głuche i ślepe, próbując znaleźć dla nich nowy dom. Jest sucha i blada jak trup znaleziony w zamieci. Niedługo zapisze się na uniwersytet trzeciego wieku i powybija okna w piwnicach, żeby koty miały się gdzie schronić. Zostawiam tę myśl dla siebie i mówię Jędrkowi, że z jego matką wszystko w porządku. Nie wierzy mi.

– A reszta? Co z resztą? – chce wiedzieć.

Jego ciemne oczy przypominają jamy oblepione błotem, w jego głosie próżno szukać żalu, a jednak te imiona nie przejdą mu przez gardło. Nigdy nie przeszły. Mógłbym opowiedzieć mu o cierpieniu i obojętności, o człowieku, który runął na pysk i leży od osiemnastu lat w gównie rozcieńczonym przez łzy, i o kobiecie, która nim się opiekuje, bo tak trzeba, bo opieka przynosi ulgę i zapomnienie. Osiemnaście lat, dłużej, niż żył ich syn. Opowiedziałbym o Beatce zakotwiczonej w Warszawie, jej dzieciach, o prywatnym przedszkolu i dwupoziomowym mieszkaniu na starym Mokotowie. O matce, która straciła jedyną córkę. Dodałbym: niektórym się udaje, chciała, to ma. Lecz wolę inaczej. Odpowiadam po prostu, że oni akurat jakoś się poskładali. Mówię też, że niedługo przestanę jeździć na Jasną. Jędrek wzrusza ramionami.

– Twój tatko, jak się ma? – zagaduje.

Nie odpowiem. Jędrek zawsze zadaje te same pytania, zawsze odpowiadam tak samo, to jedno puszczając mimo uszu.

– Dobrze, żeś do mnie znów zajrzał, no. Tyś to nigdy na Jasną nie pasował. – Prostuje się na krześle, opuszcza dłonie na stół, splata palce i trze kciukiem o kciuk. Blizna jest niemal niewidoczna. – U ciebie w porządku, co nie?

Tak, u mnie w porządku. Widzenie zaraz dobiegnie końca. Opowiadam Jędrkowi o rzeczach, które nigdy nie będą do niego należały. Na Dworcowej, blisko Gdańskiej, machnęli apartamentowiec jak ta lala i będę tam mieszkał, na drugim piętrze, a strażnik przegoni nieproszonych gości. Strażnik ma niebieski mundur i wąsy zażółcone od papierosów. Zamówiłem meble na wymiar, chcę mieszkać jak człowiek, ale stolarz ociąga się z wykonaniem. Jeżdżę do niego do Raciniewa i poganiam. Gdy wracam, parkuję na prywatnym parkingu w podziemiach budynku. Mój volkswagen jetta ma już sześć lat i chciałbym kupić coś nowego, tylko czasu brakuje – wciąż te wyjazdy. Nie wybrałem nawet telewizora. Chciałbym usiąść i być sobą u siebie.

– To dobrze – mówi Jędrek. – Dobrze, że się poukładało.

Podnosi się ociężale, jakby wielkim wysiłkiem odrywał się od krzesła. Z pierwszym krokiem odzyskuje dawną sprężystość, a gdy staje przed zakratowanymi drzwiami, czekając, aż go wpuszczą, przyjmuje tę pozę, którą dobrze pamiętam z czasów, gdy bujaliśmy się razem. Nogi w lekkim rozkroku, łopatki ściągnięte, pofałdowany kark, ramiona ugięte w łokciach i powolny ruch palców, jakby miętoszących coś niewidzialnego.

A to, co mam
wrzesień 1995

1.

JĘDREK SIEDZI PRZY STOLE NAPRZECIWKO OJCA. Trzyma dłonie na kolanach i patrzy w telewizor wyświetlający Prawników z miasta aniołów. Nad nimi wisi lawendowa Matka Boska z bezbronnym wężem zaplątanym w stopy. Meblościankę wypełniają kieliszki, karafki, szklanki w koszyczkach i książki oprawione w płótno. Ojciec pyta, czy Jędrek czuje się przygotowany, ale nim uzyskuje odpowiedź, z kuchni wyłania się matka. Niesie patelnię z jajecznicą. Wraca jeszcze po chleb, już posmarowany masłem, i słoik z powidłami, których nikt nie ruszy. Rozkłada jajecznicę i kromki na trzech talerzach, każdemu po równo. Ojciec gasi telewizor.

Ojciec Jędrka przypomina chudego szaropiórego ptaka. Na drobnym przedramieniu błyszczy bransoletka. Pan Ryszard przełyka drobny kęs i pyta syna, jakie ma dziś przedmioty. Jędrek, który właśnie popchnął chlebem tłustą żółtą papkę w głąb ust, musi poczekać z odpowiedzią.

– Polaka, towaro, matmę i wuef dwie godziny, tatuś – mówi. – Ale matmy pewno nam nie zrobią, babka była chora wczoraj. Więc może nam te wuefy przesuną na wcześniejszą. Podobno czasem tak przesuwają.

Pan Ryszard duma nad tym, co usłyszał. W tym czasie matka, pani Hania, zdąży poprawić kosmyk na głowie syna. Może weźmie kurtkę? Lato już się przecież skończyło. Jędrek kiwa głową – tak, weźmie – a pan Ryszard przypomina, że zawsze może zadzwonić do szkoły i zapytać, czy syn jest na lekcjach.

– Pytaj, tatuś – odpowiada Jędrek. Bierze łyk herbaty.

Pan Ryszard zmienia temat i wspomina Lecha Wałęsę, który niedawno ogłosił się biednym i zapowiedział powrót do stoczni, w robotniczych butach. Zdaniem pana Ryszarda to zagrywka pod publiczkę, Wałęsa odegrał swoją rolę i teraz czas na mądrzejszych, otrzaskanych w świecie. Uważa, że były prezydent czeka, aż tępy lud przypełznie doń na klęczkach. Gdy pani Hania, szara i sucha jak gnat, rzuca parę słów o kłopotach rozstawania się z władzą, bierze ostatnią kromkę, nazywa Wałęsę tłukiem i wyraża życzenie, by syn nie poszedł jego śladem. Pyta Jędrka, co będzie robił po szkole. Jędrek posyła mu znudzone spojrzenie.

– Praktyki, tatuś. Zejdzie do piątej jak nic, jeśli nie dłużej. Przed siódmą zajadę, jakoś tak.

Odkłada widelec i nieruchomieje. Słyszy, że w takim razie powinien być w domu przed szóstą, ale jak chce tę siódmą, niech ma, tylko siódma punkt, żeby nie było. Chłopak kiwa głową. Matka dojada ostatnia, podrywa się i sięga po talerze. Pan Ryszard kładzie jej dłoń na przedramieniu: w tym tygodniu kolej na Jędrka. Pani Hania przypomina, że już późno, chłopak spóźni się do szkoły. Pan Ryszard jest jednak zwolennikiem zasad, a Jędrek wcale nie zamierza się kłócić. Sprząta ze stołu, podwija rękawy niebieskiej bluzy i bierze się do zmywania. Garbi się, nie chce uderzyć skronią w okap. Pani Hania opiera się o framugę bez drzwi i patrzy, jak gąbka w rękach syna ślizga się po talerzach.

Przed wyjściem Jędrek zagląda do swojego pokoju. Na białych półkach meblościanki stoją kaktusy, miniwieża Edyta z odczepianymi kolumnami, ale kaset jest niewiele – kilka składanek o kolorowych grzbietach, Ace of Base i Dr. Alban. Niżej trochę gazet o sporcie i samochodach. Ścianę naprzeciwko złożonego łóżka zdobi plakat filmu Predator: Arnold wyłania się z dżungli, usmarowany czarną mazią, i mierzy karabinem prosto w pana Ryszarda, który wyjmuje z plecaka Jędrka kolejny zeszyt, otwiera, sprawdza i wkłada z powrotem.

– Och, tato! – mamrocze Jędrek. Robi krok, pochyla się do przodu, jakby chciał wyrwać ojcu plecak, ale rezygnuje. Pan Ryszard wstaje, oddaje synowi, co jego. Jędrek zakłada buty już na zewnątrz, w zabudowanym korytarzyku, który dzielą z sąsiadami. Zerka za siebie. Widzi ojca, wiążącego krawat przed lustrem.

2.

Matula prosi, żebym poszedł po chleb na śniadanie dla siebie i ojca. Ona nie zje, bo musi już do magla. Tatko, jak wstanie, zaraz będzie głodny.

Teraz leży zagrzebany w pościeli, wystaje tylko stopa. Łóżko jest dla niego za małe, walnął się skosem i chrapie, oddychając przez nos. Podnoszę spodnie, wyciągam skarpetki z nogawek. Pójdą do kosza na brudy, razem z koszulą flanelową, za to katana jest jeszcze w porządku i trafia na wieszak.

Na klatce schodowej zawsze mamy zaćmienie słońca. Poręcz się chybocze, przeskakuję przez strzaskane szkło i po chwili jestem na Jasnej. Jasna ciągnie się prawie od Brdy. Zaraz przy rzece mają zakład usług chłodniczych, ale od jakiegoś czasu kręcą się tam tylko goście od wyklepywania samochodów zza Odry, migiem pchanych przez Bug. Dalej, po obu stronach ulicy, kruszą się jednopiętrowe rudery. Niektóre dawno straciły barwę, inne trzaśnięto na róż, inne, jak nasza, straszą pstrokacizną. W nich siwe głowy, wytatuowane ramiona na parapetach, koty i twarze staruszek. W wąskich gardłach wiodących na podwórka gęsto rozwieszone pranie. Mijam zaparkowane samochody. Obracam monety w kieszeni.

 

Idę do Grunwaldzkiej i po drodze zrównuje się ze mną Darek. Mieszka dwie kamienice dalej i jest w porządku, tylko chyba za bardzo chce być lubiany. Ma jasne włosy i twarz dziewczynki. Mamy tyle samo lat, a przewyższam go o głowę. Przybijamy piątkę i Darek zaraz zaczyna gadać o siłowni. Szuka kogoś, kto chciałby z nim poćwiczyć. Chyba rzeczywiście powinien przybrać, bo wygląda jak nieszczęście. Nosi podróbki reeboków, jakie sprzedają na Chemiku, wytarte dżinsy i flanelową koszulę w kratę naciągniętą na golf. Zaraz wsiądzie w autobus i pojedzie na Kruczą, do sześćdziesiątki dwójki, ja się cofnę kawałeczek, na Śląską. Najpierw jednak zakupy.

Darek nawija o tej siłowni, jakby przybierał masy od samego paplania. Zna już podstawowe ćwiczenia i nazwiska kulturystów, brakuje mu jednak towarzystwa. Mówi, że na Czarneckiego starsze chłopaki złączyły kilka piwnic i cisną stal, da się wytrzymać, choć duchota i goły kran bez kibla. Biorą trzydzieści złotych za miesiąc, można chodzić do woli. Zaraz pytam, skąd ma takie pieniądze i czy mu nie szkoda: odpowiada, że rodzice dadzą, jeśli będzie im przynosił piątki, poza tym jest poważnym człowiekiem i ma własne źródła dochodu. Własne źródła dochodu to jest coś, myślę sobie, próbuję pociągnąć temat, lecz Darek milczy. Żegnamy się pod sklepem. Jego uścisk dłoni raczej nie kojarzy się ze stalą.

Rozglądam się po sklepie. Wszędzie podwójna cena, aktualna i sprzed denominacji. Na ścianie reklama lodów Magnum i kalendarz z zeszłego roku. Widząc mnie, pan Docent podnosi się ospale, lecz czujnie, niby strażnik zaczarowanej wieży pełnej słodkości. Jasna koszula w prążki, ta co wczoraj, opina mu się na brzuchu. Pyta, czego mi trzeba. Zaraz wyjmuję pieniądze, żeby się nie złościł bez potrzeby. Podchodzę, patrzę sobie na chipsy z tazo Star Wars, na Hubbę Bubbę, chrupiące Kukuruku i słodki napój w kolorowym woreczku. Proszę o chleb, delmę w małym pudełku, dwadzieścia deko mortadeli, kilo ziemniaków i trochę boczku. Wysypuję monety na ladę i oczy pana Docenta zwężają się, jakby właśnie spojrzał w światło. Udaje, że przelicza, i pcha złotówkę w moim kierunku. Wolę lizak Hip o smaku toffi, za złoty dwadzieścia. Pan Docent protestuje, tylko po to, by zaraz zmięknąć.

Siadam na skraju stopnia do sklepu, tak by nikomu nie przeszkadzać. Mój lizak jest ciemny i bardzo słodki. Zawsze obiecuję sobie, że zjem go powoli, i nigdy mi się nie udaje. Rozgryzam tę cukrową masę chemiczną, aż wchodzi mi między zęby, potem oblizuję słodki patyk, czując twardość plastiku. Wstaję i widzę Darka. Siedzi na przystanku i notuje coś w czarnym zeszycie, który zawsze nosi ze sobą, nawet jeśli nie chodzi do szkoły.

W domu ojciec przewrócił się na brzuch i już nie chrapie. Odkrywam zadrapanie na jego ramieniu. Drażni mnie sam ten widok, naciągam kołdrę aż na czerwone uszy mojego tatusia i zmykam do kuchni, zrobić nam kanapki. Mortadelę kroję cienko, lecz i tak schodzi cała, za to mam kopiasty talerz kromek we wszystkich jasnościach brązu. Część zanoszę ojcu, dwie kromki składam, zawijam w folię i chowam do plecaka. Rano nie bywam głodny. Reszta zostaje na stole. Matka siedzi po staremu, trzyma się za łokcie i patrzy za okno, na magiel, gdzie tak się spieszyła. Przeprasza. Niepotrzebnie. Przecież się na nią nie gniewam.

3.

Jędrek siedzi na podłodze wyłożonej terakotą i głaszcze Safonę. Safona jest czarną kotką o krótkich łapkach, wiecznie sterczącym ogonie i płaskim pyszczku wyrażającym jakąś pretensję. Doskonale wie, jak jej dogodzić. Drapie pod brodą, za uchem, przejeżdża otwartą dłonią po miękkim futerku i drapie po grzbiecie, na wysokości tylnych łap. Safona mruczy i przewraca się na bok, odsłaniając pękaty brzuch. Wkrótce zostanie mamą. Ściany cukierni pokrywa olejna lamperia. Dół drzwi obito blachą, a w oknach są kraty.

Jędrek ma na sobie roboczy fartuch i foliowy czepek. Pieści Safonę i słucha, jak Bolo rozmawia z Marchewą o grach. Bolo nosi lewisy pięćset jeden i mówi niewyraźnie ze względu na zajęczą wargę. Opowiada o swojej konsoli PlayStation, o Tomb Riderze i zabawnej strategii o górnikach i potworach. Przyoszczędził na karcie pamięci i każdą grę musi przechodzić od początku. Chwali się, że rodzice na urodziny kupią mu nowy telewizor. Marchewa kiwa głową. Jego tłuste włosy wyłażą spod czepka, a sam Marchewa roztacza delikatną woń przepoconych ubrań. Z plecaka wyjmuje pudełko dyskietek: pierwszy Quake, Blood, Dungeon Keeper. Ta ostatnia gra podoba mu się najbardziej. Mówi o księżulku od salezjanów, bardzo życzliwym młodzieży. Księżulo ma komputer i pozwala czasem pograć u siebie, nie oczekując niczego w zamian. Tylko chłopaki rwą się do tego komputera, cała ulica Śnieżna i pół Lawinowej jak nic, więc Marchewa musi czekać na swoją kolej. Safona ociężale podnosi się i człapie za przesiewacz. Marchewa próbuje wysondować, czy Bolo pozwoli mu pograć na PlayStation. Ten ratuje się, jak może, i pyta Jędrka, co ten woli: komputer czy konsolę.

– Nie gram na niczym – odpowiada Jędrek i patrzy za kotem. – Nudzi mnie to.

Obaj praktykanci robią identyczną zdziwioną minę, na wardze Bola zawisa pytanie, które nigdy nie padnie, bo w drzwiach staje pani Wanda i rozpoczyna wykład o obsłudze pieca trzykomorowego. Czarne włosy spięła w wysoki kok, w uszach ciążą jej złote kolczyki, wielkie i masywne. Jej krótkie, grube przedramiona mogłyby należeć do mężczyzny. Chłopcy wstają jednocześnie. Pani Wanda porusza się, kołysząc pękatym tyłkiem. Po kolei otwiera wszystkie trzy komory. Z ostatniej wyjmuje blachę i pokazuje, w jaki sposób należy nasmarować ją tłuszczem. Nerwowym głosem opowiada o nagrzewaniu. Ciasto drożdżowe wymaga dwustu stopni, a taki pączek o pięćdziesiąt mniej. Zapowiada, że teraz będzie o czyszczeniu pompki tłoczącej i nalewaczki, gdy jej wzrok pada na Safonę, rozłożoną w najlepsze za przesiewaczem.

Głos pani Wandy robi się miękki. Z czułością pyta Safonę, co tutaj robi i jak, do diabła, weszła. Patrzy po chłopcach. Bolo mówi, że już ją tu zastał, Marchewa milcząco przytakuje, a Jędrek nie robi nic. Pani Wanda usiłuje wydobyć kota zza przesiewacza, ale nie potrafi. Ledwo przyklęka, wyciąga krótkie ramię i dyszy. Jędrek sprężystym krokiem melduje się przy niej i zręcznie chwyta Safonę. Kotka ufa mu, zaczyna lizać łokieć i przymyka oczy. Sterczą jej łapki. Pani Wanda kwituje tę scenę uśmiechem. Prosi Jędrka, żeby wyniósł Safonę poza cukiernię, od strony podwórka, broń Boże nie od frontu, bo tam samochody, złe dzieci, pijani rowerzyści.

4.

Po szkole zastaję ojca, jak szykuje sobie warsztat pracy. Siedzi na złożonym tapczanie, umyty i ogolony. Jego palce u stóp przypominają smocze zęby. Tatko cieszy się na mój widok, ściska, mówi, że dużo zarobi, i pyta, czy mu pomogę. Ustawiamy dwa krzesła plecami do siebie, po obu rogach tapczanu. Tatko kładzie na nich ochlapane farbą drzwi, te same, które trzyma obok meblościanki, i wyjmuje papierosa. Na drzwiach pojawiają się gazety, na gazetach farbki w małych metalowych puszeczkach, żyletka, skalpel, dwie linijki, lupa, pędzle ułożone od najmniejszego do największego, cienkie paski kartonu, kleje modelarskie, rozpuszczalnik i almanach lotnictwa otwarty na czarno-białym zdjęciu spitfire’a. Pytam zaraz, czy to wszystko będzie nam dzisiaj potrzebne, skoro nie wyjdziemy poza wnętrze kadłuba, a tatko ze śmiechem odpowiada, że prawdziwy artysta musi być gotowy na każdą ewentualność i kto wie, może dzisiaj popracujemy do świtu.

Na drzwiach pojawia się spitfire do sklejenia. Kosztuje może siedemdziesiąt złotych, tatko sprzeda go za trzysta albo i więcej. To konkretne zamówienie, stwierdza, otwiera pudełko, sięga po skalpel, wykrawa kolejne części i układa obok siebie. Nie patrzy w instrukcję. Zapewnia mnie, że tego akurat spitfire’a mógłby skleić z zawiązanymi oczami, sztuka leży w doborze kolorów i w szczególe. Rzeczywiście, skleja jak błyskawica, gada, oczy mu błyszczą. Mówi, że ze spitfire’ami był poważny problem. Kamuflaż różnił się najwyżej kolorem, nie rozkładem barw, i byłoby cholernie nudno, gdyby nie rozporządzenie pozostawiające dowolność dla samolotów rozpoznawczych, słowem, poszczególne jednostki malowały samoloty, jak tylko chciały, nawet na różowo. Wesoły Fido mógłby latać takim samolotem, mówię. Ojciec wybucha śmiechem i dodaje, że ktoś taki jak Fido może latać, czym chce, a my tutaj zrobimy wersję maltańską, z górą w panterkę khaki i niebieskim spodem. Końcówki śmigła zaznaczy na żółto. Tato wskazuje na książkę. Autorzy pominęli ten szczegół, ale on to wie.

Siedzę na samym brzegu tapczanu, tak by nie znaleźć się w zasięgu łokci i zarazem pozostawać do dyspozycji. Mój czarodziejski tatuś miesza kolory w garnku dla krasnoludków. Zanurza papierek i sprawdza pod światło, czy osiągnął właściwy efekt. Cierpliwie powtarza tę czynność aż do skutku. Na jego palce spada srebrna kropla. Za chwilę będzie ich więcej. Podaje mi kartonik i pyta, czy tym razem trafił we właściwy odcień. Zwlekam z odpowiedzią. Tatko śmieje się i prosi, żebym odsłonił firankę. Tak robię i siadam na tapczanie, już bliżej. Słońce spowija nasz dom.

5.

Jędrek nie ma kluczy do mieszkania w Fordonie. Zdejmuje buty na progu i dzwoni. Otwiera mu ojciec w rozpiętej koszuli i sztruksowych spodniach, cofa się i wpuszcza syna do środka. Pyta, o której to się przychodzi, a Jędrek nic z tego sobie nie robi, próbuje tylko minąć ojca bez dotykania i przeciska się przez przedpokój obity boazerią. Ojciec mówi, że czekają z kolacją i są bardzo głodni.

– Jest tylko dziesięć po siódmej – przypomina Jędrek i ściąga bluzę. Zostaje w białym podkoszulku. Ciska plecak na łóżko w swoim pokoju, obmywa sobie twarz w łazience, zostawiając otwarte drzwi. Ochlapuje siebie i kafelki. Ojciec zastanawia się głośno, czemu Jędrek zawsze te dziesięć minut przechyla w jednym tylko kierunku, dlaczego nigdy nie przyjdzie dziesięć minut wcześniej. Jędrek przyciska ręcznik do policzków.

– Nie wiem, tatuś.

Z ojca uchodzi powietrze. Po chwili siedzi zadowolony przy stole i pałaszuje kanapki z wędliną i marynowanymi grzybami. W telewizorze przemawia marszałek Zych, lecz nie słychać, co ma do powiedzenia. Odbiornik chodzi bez dźwięku. Pan Ryszard woła żonę, ale jest zajęta wycieraniem podłogi pod umywalką, a potem zasuwa do kuchni, by wrócić z herbatą i sokiem. Stawia na stole. Otacza syna ramieniem i pyta, jak było w szkole, czy praktyki przebiegły gładko i czy nie zdarzyło się nic niepokojącego.

– Wszystko dobrze, mamuś.

Jędrek kończy kolację pierwszy, czeka, zerkając na nieme usta marszałka Zycha i zasłuchany tłum posłów w źle dopasowanych garniturach. Gdy rodzice również kończą jeść, podrywa się z krzesła i chce iść do swojego pokoju. Ojciec mówi, że powinien zostać. W telewizji poleci Dzika banda, a to dobry film, w każdym razie lepszy od tych bzdur, które Jędrek kiedyś przynosił na magnetowid, pożyczanych od chłopaków jeszcze głupszych od niego. Dawno niczego razem nie oglądali. Jędrek powinien polubić takie kino, mocne, męskie, mądre i dobrze nakręcone.

– Aha. – Jędrek drapie się w głowę. – Tylko że trochę nam zadali.

Ojciec macha ręką, przypomina, że Jędrek chodzi tylko do zawodówki, gdzie nikt się nie uczy, gdzie chodzą tylko ci, którzy na naukę nie mieli ochoty. Wskazuje wolny fotel. Jędrek siada, ojciec usadawia się obok i włącza dźwięk. Wspomina czasy, kiedy całą rodziną chodzili do kina. Takie wieczory przywołują czar tamtych dobrych dni. Pyta Jędrka, co o tym sądzi, ale ten milczy. Matka siada na krześle. Wytrzymuje do pierwszej strzelaniny i wycofuje się do kuchni.

6.

Tatuś pracuje na pełnych obrotach równo do siódmej. Przed sobą ma otwarty kadłub samolotu, obok leży kabina pilota, częściowo zmontowana. Tatko bierze ją w pęsetę i obraca pod światło. Nie jest zadowolony. Wciąż siedzę na brzegu tapczanu, a po mieszkaniu krąży matka, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Siada na mojej amerykance i pyta, jak nam idzie. Włącza telewizor i zaraz wyłącza, bo przeszkadza w pracy. Pyta, czy czegoś nie zjemy. Chce wiedzieć, kiedy zwolnimy tapczan. Tatuś odpowiada, że w ten sposób nie dojdziemy do niczego.

 

Oczy tatusia robią się szkliste. Czyści nadmiar kleju z kadłuba, wspomina, że pod sam koniec zrobimy tutaj dziury po kulach i plamy po oleju. Skalpel drży mu w dłoni. Nieoczekiwanie zagaduje o moje plany. W tym roku skończę podstawówkę i warto by wiedzieć, co dalej. Nie zastanawiałem się nad tym. Jakoś to będzie. Chciałbym szybko zarobić pieniądze. Chciałbym mieć rower i własny pokój. Kupiłbym u pana Docenta wszystko, co chcę. Muszę jednak coś odpowiedzieć. Zastanawiam się i mówię, że mógłbym zostać cukiernikiem. Tacie podoba się ta odpowiedź, odkłada skalpel i wygłasza przemowę o zawodach. Mechanik niedługo straci pracę, bo auta nie nadają się już do naprawiania, trzeba ciągle kupować nowe. Lekarze nie cieszą się już szacunkiem. Na prawnika się nie nadaję, choć syn adwokat by mu odpowiadał. Ale cukiernik to fach jak trzeba. Ludzie zawsze będą jedli słodycze, nawet jeśli braknie im na chleb. Ciastka są potrzebne staruszkom i na weselach. Zawsze będą wesela i jacyś staruszkowie, prorokuje tatko i garbi się nad spitfire’em.

Mama słucha. Jej zdaniem powinienem wiedzieć, w co się pakuję. Ponieważ zabraliśmy krzesła, mogłaby usiąść tylko na mojej amerykance, ale woli stać. Tatko prosi, by nie zasłaniała światła, więc robi krok do tyłu. Mówi, że syn sąsiadów ma kuzyna, który uczy się na cukiernika. Podobno fajny chłopak, tylko trochę cichy. Mama zorganizuje spotkanie, na pewno się polubimy. Nie odpowiadam, bo nie wiem, czy chcę być cukiernikiem. Mama nalega, żebym odpowiedział, a tatko stwierdza, że jeszcze nie ma co się spieszyć, i zaczyna opowiadać o tym, jakie życie jest ciężkie, niezależnie od tego, jaki zawód sobie wybierzemy. Nie zdołamy przewidzieć wszystkiego, co nas czeka, tak jak tatko nie przewidział Balcerowicza z bandą ubeków, zdrady kleru spasionego na krwi Popiełuszki i Niemców rozdrapujących nasz kraj po kawałku. Mama macha ręką na takie gadanie, odbierając ojcu zapał.

Tatuś się poci. Drżące są dłonie tatusia, mokry papieros. Tatuś prosi o kawę, lecz nim ją dostanie, wsadza w przygotowaną farbę jeszcze jeden kartonik. Unosi ku lampie. Porównuje z poprzednim. Stwierdza, że chyba się nada, i zaraz zmienia zdanie: spieprzyliśmy sprawę. Dodaje, że to nie moja wina, czasem w słońcu kolor wydaje się inny, niż jest. Proponuję, żebyśmy namieszali na nowo, tatuś jednak wie lepiej. Te farby są do niczego i pójdzie po nowe. Jest dwudziesta.

Tatuś gramoli się z tapczanu, niebezpiecznie przechyla stół. Ratuję model w ostatniej chwili, tymczasem tatko jest już w przedpokoju i zakłada kurtkę. Mama zaraz pyta, gdzie go gna, słyszy odpowiedź i tłumaczy nerwowo, że sklepy modelarskie są już zamknięte. Tatko chce jednak odwiedzić znajomego modelarza – ten sprzeda, co trzeba, po taniości. Mama nie daje za wygraną: model może poczekać, do pracy wrócimy jutro z nowym zapałem. Tatko się wścieka, mówi, że nikt nie szanuje jego starań. Kto zostawia rozgrzebaną robotę? Czerwienieje. Trzyma kurtkę, ale dalej tkwi w przedpokoju. Będę języczkiem u wagi, zawrócę kijem Wisłę. Idę do przedpokoju, obejmuję tatusia i proszę, żeby został z nami. Niech nie idzie już po farbki.

Ustępuje. Prowadzimy go przedpokojem jak przez śnieżycę. Nogi mu się gną. Puszczam się przodem, odsuwam krzesła wraz z drzwiami, robię miejsce. Dyszenie tatusia przechodzi w charkot, gdy pomagam mu ułożyć się na tapczanie. Ściągam mu mokrą koszulę przez głowę. Włączam telewizor. Tatuś nie trafia palcami w klawisze pilota, wścieka się i rezygnuje. Mama nastawia wodę na herbatę. Ostrożnie przenoszę narzędzia modelarskie do szuflady w meblościance. Zamykam farby. Chowam spitfire’a do pudełka i kładę na parapecie. Siadam przy tacie. Tato dziękuje i jest już spokojny.

7.

Fordon ciemnieje wcześnie. Latarnie znajdują się tylko przy głównych ulicach, niektórym utrącono głowy, pozostałe nie palą się jeszcze z innego powodu. Droga łącząca dzielnicę z resztą Bydgoszczy również bywa nieoświetlona. Jest jeszcze ciepło, więc wina wciąż pija się pod chmurką. Nie ma tutaj knajp. Nie ma tutaj bibliotek, kin, pubów z bilardem, nie ma klubów tanecznych ani ogniska kulturystycznego, nie ma placów zabaw ani kwiaciarni, nie ma kręgielni, pływalni czy hali do koszykówki. Salonów z flipperami również nie ma, podobnie jak działek. Są tylko niewielkie ogródki, do których schodzi się po brązowych schodach z pierwszych pięter bloków. Bloki te ciągną się w nieskończoność czy jeszcze dalej, do morza, osadzone na zielonych wzgórzach i wrosłe w kotliny, czteropiętrowe i dziesięciopiętrowe, przedzielone przez parkingi, przedszkola, podstawówki tysiąclatki i dyskonty spożywcze o dachach pokrytych blachą falistą. W chaszczach Fordonu chrumkają dziki. Kuny skaczą po gałęziach. Lis myszkuje w śmietniku. Piszczą opony – młodzi jeżdżą za osiedlem tam i z powrotem w swoich oplach i polonezach. Szarpią kierownicami i piją kujawiaka za złoty sześćdziesiąt dziewięć.

Ulica Wincentego Gordona jest krótka i nie wyróżnia się niczym. Przez skwerek, między blokami biegną krzyżujące się ścieżki wydeptane w trawie. Jedna prowadzi do sklepu monopolowego Źródełko, druga do bliźniaczej budki, gdzie znajduje się fryzjer i warzywniak. W bloku numer cztery, na drugim piętrze Jędrek siedzi i słucha, jak rodzice szykują się do snu. Ojciec szoruje zęby i przepłukuje gardło, wydając z siebie bulgotanie. Matka już leży w łóżku i ogląda telewizję. Dzika banda dawno się skończyła. Wszyscy poginęli. Matka prosi ojca, żeby przyniósł jej szklankę wody, tylko nie z lodówki. Jędrek siedzi na brzegu łóżka, w ciemności, wkłada dłonie między nogi i ściska, jakby chciał je sobie zmiażdżyć kolanami. Słyszy, jak ojciec niezdarnie porusza się po kuchni, odkręca wodę, nalewa i człapie do pokoju. Drewno jęczy, gdy pan Ryszard zwala się do łóżka. Niebawem dom zamilknie. Jędrek dalej siedzi, trzymając dłonie między kolanami, i patrzy prosto przed siebie na ścianę i ciemny prostokąt plakatu. Okno tłumi większość dźwięków Fordonu. Czasem odezwie się autoalarm, czasem ktoś wrzaśnie. Jędrkowi jest to obojętne. Jego łopatki zbiegły się ku sobie, brzuch jest wciągnięty, klatka piersiowa naprężona, łydki też. Plecy rozłożyły się w kołnierz. Jędrek podkurcza palce. Niedługo położy się spać, ale jeszcze nie teraz, jeszcze przez chwilę posiedzi w ciszy.

8.

Rodzice leżą na tapczanie, ja na amerykance pod meblościanką. Patrzę na śmieci na półce: parę figurek GI Joe, ruska gra elektroniczna bez baterii. Dawno już bym to sprzedał, gdyby starczyło czasu. Przy stopach mamy te ojca wydają się drobne, niemal dziecięce. Zawsze dziwię się, że ma takie małe stopy. Tatko się kręci. Zerkam na swój zegarek, mrużę oczy, żeby coś dostrzec. Minęła pierwsza.

Piętnaście minut później ojciec rozumie już, że prędko nie zaśnie, i ciężko wzdycha. Bardzo powoli przewraca się na drugi bok. Nie chce obudzić mamy. Tej nie zerwałby nawet nalot dywanowy, za to mnie przeszkadza każdy szmer. Tato znów się kręci, mamrocze coś do siebie i pochlipuje. Siada na brzegu łóżka. Z twarzą ukrytą w dłoniach i sterczącymi łopatkami przypomina mi cmentarnego aniołka. W samych tylko majtkach wlecze się do kuchni. Trzask zapalniczki. Dym papierosa dochodzi aż tutaj. Po chwili staje nade mną z tym swoim chudym owłosionym brzuchem i bladymi udami. Wybiera jakąś książkę z półki, patrzy na mnie i łamiącym głosem mówi, żebym spał smacznie, żebym nim się nie przejmował. Ani mi to w głowie. Tatuś, ożywiony anioł, kudłata rzeźba nagrobna, idzie z powrotem do kuchni. Nie muszę wstawać, żeby wiedzieć, że popija melisę i odpala papierosa od papierosa.

Przed trzecią wraca do łóżka pełen nadziei na dobry sen. W półśnie słyszę, jak szepcze, że chce umrzeć. Szamocze się w pościeli, wygraża Bogu. Obraca się na bok i widzę, jak bije się po brzuchu zaciśniętą pięścią w sekwencji ruchów szybkich i krótkich jak ciosy skrytobójcy. Cały ten cyrk kończy znajome pochlipywanie. Tatko dyszy. Zamykam oczy i wiem, co dalej się podzieje. Pojęczy do świtu i zaśnie, jakby oberwał przez łeb. Poleży do pierwszej, drugiej, zje śniadanie, które mu zostawię, poczeka, aż wrócę ze szkoły, i razem zabierzemy się do spitfire’a.

9.

W sobotę po południu idziemy z mamą do Darka spotkać się z tym chłopakiem z zawodówki cukierniczej. Przez całą drogę mama strofuje mnie, żebym zachowywał się jak należy, co trwa krótko, bo Darek mieszka dwie kamienice od nas. Budynek wygląda dużo lepiej niż nasz – mają domofon, fasadę odnowiono, ocalała nawet gablota ze spisem lokatorów. U wylotu korytarza prowadzącego na podwórko wisi karteczka podpisana przez Administrację Domów Miejskich: TRZEPANIE W OKNACH I NA BALKONACH ZABRONIONE. Śmieję się pod nosem, żeby mama nie słyszała.