Co gryzie weterynarza

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Łukasz Łebek, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Redaktorka prowadząca: Weronika Jacak

Marketing i promocja: Agata Gać

Redakcja: Joanna Jeziorna-Kramarz

Konsultacja merytoryczna: lek. wet. Przemysław Łuczak

Korekta: Agata Tondera, Karolina Borowiec-Pieniak

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Barbara Adamczyk

Ilustracje we wnętrzu książki: Izabella Lachowicz

Projekt okładki i stron tytułowych: Martyna Wójcik-Śmierska

Fotografia autora na skrzydełku: Aleksandra Szczygieł

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66570-48-1

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@wydawnictwopoznanskie.pl

www.wydawnictwopoznanskie.pl

Spis treści


Wstęp,

czyli jak wszystko się zaczęło

Rozdział I

Nie jedz tego!

Rozdział II

To bolało!

Rozdział III

Gówniana robota

Rozdział IV

Doktorze! Ja wiem, co mu jest!

Rozdział V

Pies to nie człowiek. Owca to nie mała krowa

Rozdział VI

Nocki, niedziele i święta

Rozdział VII

No to w teren

Rozdział VIII

Pacjenci w pudełku

Rozdział IX

Koty – koty są miłe?

Rozdział X

On nie jest gruby, tylko ma grube kości

Rozdział XI

Ile zwierzęcego cierpienia potrafi znieść człowiek?

Rozdział XII

Starość nie radość

Rozdział XIII

Wszystko się kiedyś kończy – rzecz o eutanazji

Rozdział XIV

Partnerstwo – tak. Autokratyzm – nie

Zakończenie z bonusem

Podziękowania

Polecamy również

WSTĘP,

czyli jak wszystko się zaczęło

Zawsze chciałem napisać książkę o mojej pracy. Dlaczego? Nie wiem. Po prostu czułem, że weterynaria ma potencjał. Miałem w głowie setki scenariuszy i konspektów. Szczególnie gdy brałem prysznic. Jednak te toaletowe pomysły uciekały szybko niczym woda z brodzika. Gdy już zacząłem pisać książkę, okazało się, że nie stawała się ona podobna do niczego, co sobie wyobrażałem. Weźmy sam wstęp. Już na studiach wymyśliłem sobie rozpoczęcie mojego „dzieła”. Miało ono wyglądać tak:

Jest druga w nocy, sierpień. Siedzę na progu przed drzwiami przychodni i palę papierosa. Noc jest piękna. Na bezchmurnym niebie gwiazdy próbują przebić się swoim blaskiem przez łunę miasta. Jednak cuda wszechświata są mi w tej chwili obojętne. Teraz ważny jest dla mnie tylko ten kawałek tytoniu tlący się w mojej dłoni. Muszę rzucić – myślę i wypuszczam kłąb dymu, który na chwilę zasłania zarówno łunę, jak i gwiazdy. Z cichym przekleństwem na ustach znowu zerkam na zegarek. Od czterdziestu minut czekam na psa, który wpadł pod samochód. Patrzę w końcu w niebo i szukam wśród gwiazd odpowiedzi na pytanie: Dlaczego nie wybrałem stomatologii?

Moja opowieść miała zakończyć się w tym miejscu konkluzją, że ludziom śmierdzi z ust i z dwojga złego lepiej szyć pokrwawione zwierzęta. Tak to miało wyglądać. Ale nie wygląda. Po pierwsze nie palę. Więc nie musiałem rzucać. Pod drugie nie noszę zegarka. Może gdzieś w światach równoległych istnieję w wersji, która wypala dwie paczki dziennie i nosi zegarek na lewym nadgarstku. Jednak ten ja, który siedzi przed komputerem i uderzając w klawisze, pisze te słowa, palaczem nie był i nie jest, a do kwestii pomiaru czasu nie przykłada większej wagi.

No i stomatologia mi nigdy po głowie nie chodziła.

Poza tym to nie jest powieść, a już na pewno nie w gatunku fantasy, którą planowałem napisać od czasów podstawówki. Wiecie, taka z elfami, krasnoludami i pierścieniem mocy, jeśliby się jakiś przydarzył. Tymczasem przed wami leży… No właśnie, co? Z pewnością książka. Ale jaka dokładnie? Lubimy przecież precyzyjne określenia. Nie jest to powieść, jak już ustaliliśmy, nie jest to także zbiór opowiadań ani tomik poezji. Długo się zastanawiałem nad naturą tej książki. Ważne jest dla mnie, aby móc ją przedstawić. Mimo szczerych chęci sprecyzowania i przyporządkowania mojego „dzieła literackiego” do jakichkolwiek schematów otrzymałem jedynie listę tego, czym ta książka nie jest. Zdecydowanie nie jest to pozycja naukowa, choć zdarzyło mi się zerknąć do literatury fachowej, żeby być merytorycznie poprawnym. Nie oddaję wam także w ręce poradnika. Co to, to nie! Nawet jeśli czasem udzielam rad, chciałbym, aby przytaczane historie były materiałem do przemyśleń, nie gotową receptą.

Książka ta jest po prostu zbiorem opowieści z codziennego życia zwykłego lekarza weterynarii. Weterynarza lub, jak często słyszę, weta. Nazywajcie mnie, jak chcecie. Wszystkie historie zdarzyły się naprawdę, można więc powiedzieć, że napisało je życie. Dodatkowo opatrzone są moimi osobistymi przemyśleniami, czasem emocjami. „Subiektywne historie z życia weta”, myślę, że tak to określę. Mam nadzieję, że dzięki nim spojrzycie na wizytę w gabinecie moimi oczami.

Nie wszystko da się precyzyjnie ułożyć i przyporządkować. Nie zawsze można w pełni zrealizować plan. Nie zacząłem książki w sposób, jaki sobie zaplanowałem. Jednak jakoś zacząć należy. Wszystko ma swój początek. Zacznijmy więc od tego, jak to się stało, że nie zostałem ludzkim lekarzem…

Wielokrotnie zadawano mi pytanie, dlaczego wybrałem zawód lekarza weterynarii. Odpowiadam zawsze, że tak po prostu wyszło. Nie zrobiłem tego z miłości do zwierząt czy pieniędzy… Dobra, muszę przyznać, że to nie jest całkiem prawda. Zwierzęta bardzo lubiłem (o czym dowiecie się już w następnym akapicie) i te ciepłe uczucia dalej mi zostały. Spokojnie! Jestem zwierzolubny. Chciałem tylko zaznaczyć, że ani miłość do zwierząt, ani chęć zarobienia pieniędzy nie były głównym motywatorem wyboru ścieżki zawodowej. Nie podążałem za wskazaniami jakiegoś mistycznego powołania. Prawda jest jedna. Jestem weterynarzem, bo chciałem. Od zawsze. Albo prawie od zawsze.

Jako mały pędrak byłem strasznie zafiksowany na punkcie zwierząt. Moi koledzy bawili się modelami samochodzików, udawali strażaków czy żołnierzy, a ja miałem menażerię plastikowych zwierzaków. Pewnego dnia dostałem od rodziców dużą ciężarówkę z lawetą. Myślicie, że woziłem nią samochodziki? Gdzieżby! Wystarczyło usunąć z niej przeszkadzające resoraki i voilà, mamy wóz do transportu słoni, świń, żółwi i innych jeżozwierzy.

Poza tym stałem się postrachem wszystkich małych stworzeń. Wiosna i lato były czasem zakładania „hodowli”. Wsadzałem do słoików wszystko, co nie zdołało mi uciec. Pewna biedna jaszczurka zostawiła mi w dłoni swój ogon. A może nawet więcej niż jedna. Teraz nad tym strasznie ubolewam. Moje „hodowle” insektów nie przeżywały długo. I nie chodzi o to, że o nie nie dbałem. Problem w tym, że w latach dziewięćdziesiątych dostęp do informacji był znacznie bardziej utrudniony niż obecnie. Dlatego nie wiedziałem, czym karmić te moje pasikoniki, chrząszcze i inne im podobne. Moja „fachowa” literatura milczała na ten temat lub wyrażała się niejasno. Teraz bym przeczytał w internecie. A prawdopodobnie po prostu dałbym tym istotom święty spokój. Z perspektywy czasu wiem, że nieświadomie się nad nimi znęcałem. Nie usprawiedliwiam się. Było, jak było. Moim dzieciom jednak nie pozwalam na taką zabawę. Owady podglądamy w ich naturalnym środowisku. Swoją drogą, świetnym wynalazkiem są pojemniki do obserwacji insektów. Przypominają mały słoik z lupą. Dzięki nim dziecko może obejrzeć stwora z każdej strony i po zakończonym badaniu bez szwanku wypuścić stworzenie na wolność.

Myślę, że istotny wpływ na moje przyszłe decyzje miała fascynacja filmami Jacques’a Cousteau i Davida Attenborough. Fraza: „Czytała Krystyna Czubówna” budzi we mnie same miłe wspomnienia. Już w wieku pięciu lat postanowiłem zostać przyrodnikiem. Wyobrażałem sobie, że będę jeździł po świecie i oglądał zwierzęta. Nie miałem pojęcia, co robi taki przyrodnik poza oglądaniem.

 

Wszystko się zmieniło, gdy zachorował nasz pies Luks, wielki owczarek niemiecki. Właściwie anioł, nie pies. Można by o nim napisać książkę, ale tu wspomnę tylko, że był to taki zwierz, który każdemu psiarzowi trafia się raz w trakcie jego egzystencji na tym łez padole. Kojarzycie książki Erica Knighta, których bohaterem był owczarek szkocki o imieniu Lassie? Zwierzę wykazuje się niezwykłą bystrością, ratuje rodzinę z opresji i zawsze wraca do domu. Luks był naszym odpowiednikiem Lassie. Kiedy miałem kilka lat, razem z moją przyjaciółką Kasią postanowiliśmy uciec z domu. Wykorzystując nieuwagę rodziców, zwialiśmy z podwórka i schowaliśmy się w jakichś chaszczach. Oczywiście nie reagowaliśmy na paniczne okrzyki szukających nas ludzi i świetnie się bawiliśmy. Mój tata wypuścił psa na ulicę i powiedział mu: „Przyprowadź Łukasza”. Nie minęło pięć minut, a już wbiegaliśmy na podwórko, szturchani w tyłki przez zaganiającego nas psa. Taki właśnie był nasz Luks. Mądry i troskliwy. Przyjazny dla rodziny i przyjaciół, a jednocześnie pilnie stróżujący na posesji. Nie przepuścił okazji do przejażdżki w bagażniku poloneza, a na spacerze pozwalał się prowadzić nawet kilkulatkowi. Pies nad psy.

Jak wszyscy wiemy, życie jest brutalne i każdy z nas będzie je musiał kiedyś zakończyć. Nawet ci, których bardzo kochamy. Luks zachorował w sobotę. Męczyły go uporczywe wymioty. Pojechaliśmy do weterynarza. Niestety mimo udzielonej pomocy nie udało się go uratować. W niedzielę rano wszedł na schody prowadzące do naszego domu. Było to jego ulubione miejsce. Położył się i odszedł.

Miałem chyba 10 lat.

Po przeszło dwóch dekadach wszyscy wciąż go wspominamy z łezką w oku. Taki to był pies. Myślę jednak, że jego śmierć była jednym z punktów zwrotnych w moim życiu. Jednym z tych, które doprowadziły mnie do miejsca, w którym dziś stoję. Bo od tamtej pory chciałem leczyć zwierzęta. Żeby inne Luksy nie musiały odchodzić. Gdybym nie doświadczył tak silnego przeżycia, mógłbym obrać inną drogę. Na przykład uczyć biologii. W szkole. O zgrozo!

Myśli, że będę weterynarzem, trzymałem się wiele lat. Z tego prostego, mogłoby się wydawać, toru, wybiło mnie zdrowie. Od siódmego roku życia walczę z alergią. W skrócie – wszystko, co ma kwiatki, próbuje mnie zabić. A jak nie ma kwiatków, które mogą pylić, atak przypuszczają roztocza. Ze zwierzętami nie miałem problemów. Kiedy miałem naście lat, moja lekarka prowadząca powiedziała: „Łukasz, są cztery zawody, których nie możesz wykonywać: weterynarz, bibliotekarz, piekarz i weterynarz”. Jak widzicie, podkreślając wagę zakazu, wymieniła mój wymarzony zawód dwukrotnie. Świat mi się zawalił. Nie miałem innego pomysłu na życie.

Dlaczego nie weterynarz?! Argumentem było to, że muszę unikać zawodów wymagających kontaktu z dużym zapyleniem, kurzem, sianem itd. Tak więc leczenie zwierząt miało odpłynąć do krainy zapomnienia. Wymyśliłem więc, że zostanę ludzkim lekarzem. To nawet wydało mi się prostsze, bo trzeba ogarniać tylko jeden gatunek. Okłamywałem się przez dwa lata liceum, twierdząc, że pójdę na medycynę. Mój tata woził mnie nawet na kursy przygotowujące do Warszawy (mieszkam zaledwie 250 kilometrów od niej), abym maturę zdał tak, żeby się dostać na ten kierunek. Był tylko jeden problem. Nie chciałem leczyć ludzi. Bardzo nie chciałem mieć z nimi kontaktu.

Czas liceum to dla mnie pora nasilającej się mizan­tropii. Towarzystwo ludzi było mi zbędne, wtedy wystarczały mi książki i muzyka. Byłem strasznym odludkiem. Zresztą dalej nie należę do imprezowiczów i dusz towarzystwa. Wtedy jednak nie wyobrażałem sobie, że mógłbym codziennie wchodzić z ludźmi w – bądź co bądź – bliskie kontakty. Przeszła mi przez myśl idea zostania lekarzem sądowym, jednak w naszym kraju wiąże się to z ukończeniem medycyny i zrobieniem późniejszej specjalizacji. Nie istnieje osobna ścieżka zawodowa dla medyków sądowych. Wszystko było na nie. Mogłem męczyć się całe życie, robiąc to, czego nie chcę robić, albo męczyć się zdrowotnie całe życie, podążając za marzeniem. Te wewnętrzne rozterki „wygrała” weterynaria. Stwierdziłem: „Pieprzyć to! Wezmę coś na alergię i dam radę!”. Rodzicom powiedziałem o swojej decyzji dopiero po złożeniu deklaracji o wyborze przedmiotów maturalnych. Nie zgłosiłem chęci zdawania fizyki, co przekreśliło mnie jako kandydata na medycynę. Przyjęli to dobrze, a tata powiedział tylko: „Tak czy siak, będę miał syna na medycynie”.

A teraz przeskakujemy w czasie.

Zanim o studiach, pragnąłbym was zapewnić, że naprawdę trzeba je skończyć, żeby być weterynarzem. Myślicie, że to oczywiste? Nie dla wszystkich. Pewien pan spytał mnie kiedyś: „A żeby być weterynarzem, to trzeba jakąś szkołę skończyć?”. Gdy odpowiedziałem twierdząco, był równie zaskoczony, jak ja jego pytaniem. Dlatego o tym piszę. Nie wystarczy iść do mistrza i zadeklarować chęci podjęcia terminu. Poważnie, trzeba te studia skończyć. Na skróty się nie da.

Studiowałem na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Wtedy medycynę weterynaryjną można było studiować na czterech wydziałach: w Warszawie, we Wrocławiu, w Olsztynie i Lublinie. Obecnie studiować ją można również w Krakowie, Poznaniu i Toruniu. Walczyłem dzielnie przez 11 semestrów i finalnie, bez poślizgów czasowych i powtarzania roku, zdobyłem upragniony tytuł lekarza weterynarii. Nie było łatwo! I nie jest to kwestia przechwalania się. Nie byłem superuzdolnionym studentem, miałem jednak dużo samozaparcia.

Studia wspominam ambiwalentnie. Z jednej strony dobrze, z drugiej koszmarnie. Studia weterynaryjne można porównać do tego, co o dobrym filmie powiedział Alfred Hitchcock. One też zaczęły się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie stopniowo rosło. Stopniowo i nieprzerwanie. Pierwsze, co musi uświadomić sobie młody student (i pewnie jest tak na każdym wydziale), to to, że studia to nie liceum. Nikt nie będzie za tobą chodził i prosił, żebyś coś zrobił, a mama nie napisze ci usprawiedliwienia, bo nie chciało ci się przyjść. Miejsce na studiach zostało wywalczone i tylko od ciebie zależy, czy je utrzymasz. Nie stawiasz się na określonych terminach zaliczeń, oblewasz. Nie chodzisz na zajęcia? Wypad. Studenci przychodzą i odchodzą. Nikt was na siłę tu nie trzyma. Zupełnie inaczej niż w liceum, gdzie niejednokrotnie nauczycielom bardziej zależy na ocenach niż uczniom. Studia mają jednak skończyć ludzie dojrzali, odpowiedzialni za swoje czyny.

Kolejna prawda, którą trzeba było przetrawić, to, cytując kilka pierwszych zdań skierowanych do nas przez jednego z profesorów: „Studia to poszukiwanie wiedzy. Nie podamy wam jej na talerzu. Wykłady i ćwiczenia to tylko ułamek wymaganego od was materiału”. I na przykład wykłady z anatomii takie były. Wskazówki do dalszego odkrywania zakamarków zwierzęcego ciała. Dodatkowo analogowe w dobie cyfryzacji. Prowadzący stawał przy rzutniku, na którym kładł czystą kartkę. Na niej pisał pięknym kaligraficznym pismem łacińskie nazwy omawianych struktur anatomicznych. Pisząc, cały czas opowiadał o budowie ciała różnych gatunków. Bez kolorowych prezentacji, bez tej całej nowoczesnej otoczki. I wiecie co? To były wykłady, które najmilej wspominam. Świetnie słuchało się człowieka o wysokiej kulturze osobistej, który miał do tego ogromną wiedzę. Prawdziwy profesor. Taki powinien być wykładowca uczelni.

Pamiętajmy jednak, że ludzie są tylko ludźmi i jeśli się spodziewacie, iż na wydziale medycyny weterynaryjnej spotkacie samych kryształowych obywateli, to czeka was rozczarowanie. Jak w każdej społeczności i tu poznacie pełen zakres ludzkich charakterów. Nie ma się co dziwić i nie ma co się na ten temat rozpisywać. Jeśli ktoś chce zobaczyć, jak to jest, to zapraszam na wydział medycyny weterynaryjnej. Ważne jest jedynie to, że nie każdy dobry naukowiec będzie dobrym dydaktykiem. Z ręką na sercu mogę jednak stwierdzić, że większość akademików była wobec nas w porządku i nie rzucała nam kłód pod nogi. Czego nie należy mylić z pobłażaniem i pozwalaniem na brak pracy. Wymagano od nas dużo i konsekwentnie egzekwowano spełnianie tych wymagań. Jednak zwykle łączyło się to także z szacunkiem wobec studenta. A gdy czuliśmy, że jedyną winę za niepowodzenie ponosimy my sami, nie mogliśmy żywić urazy do prowadzących zajęcia.

Oczywiście bywały także sytuacje, gdy obojętnie co byście zrobili, i tak byście oblali. Pamiętam egzamin, na którym prawidłowa odpowiedź musiała zawierać słowo „erytrocyt”, a wyrażenie „czerwona krwinka” równało się niezaliczeniu pytania. Na egzaminie poprawkowym było zupełnie na odwrót. I rozumiem, można uznać, że czerwona krwinka to nazwa potoczna, a erytrocyt jest określeniem, którego wypada używać lekarzowi. Tylko po co zmieniać wersję z egzaminu na egzamin? Nie pojmuję tego, bo to przecież to samo. Wtedy było to denerwujące. Teraz opowiadam to w charakterze zabawnej anegdotki.

Na szczęście, jak już wspominałem, większość profesorów i doktorów była pozytywnie nastawiona do studentów. Tych nieogarniętych stworzeń, które czasem zachowują się jak dzieci we mgle. Szczerze muszę przyznać, że studenci bywają utrapieniem, i nie dziwię się, że temu czy innemu profesorowi puszczają nerwy. Przecież student to taki uczeń, tylko bardziej cwany i z wybujałym ego. Mój ukochany Terry Pratchett w jednej z książek pisze: „Chociaż, kiedy się zastanowić, z pewnością mógłbym prowadzić znacznie lepszy uniwersytet, gdyby nie ci przeklęci studenci, którzy bez przerwy plączą się pod nogami”[1]. I pewnie jest to prawda. Faktem jest, że większość kłopotów, które spadały na nas, była tylko i wyłącznie naszą winą. A to niestawienie się na pierwszy termin zaliczenia, a to przyłapanie na ściąganiu. Mimo iż wtedy ten i ów, w tym także ja, użalaliśmy się na niesprawiedliwość, w 99% przypadków sami byliśmy sobie winni. Tak to widzę z perspektywy czasu. Jak się studiuje weterynarię? Nie mogę wypowiadać się za wszystkich, ale moim zdaniem ciężko. Przynajmniej mnie wszystko przychodziło z trudem. Mistrz drugich terminów, oblatywacz komisów. Zawsze jeden punkt pod progiem. To ja. Oczywiście grubo przerysowany ja. Nie było aż tak źle. Jednego razu wymiatałem i wygrywałem życie, innego ponosiłem sromotną klęskę. Jak to w życiu, raz na wozie, raz pod wozem. W sesji zimowej drugiego roku nie zdałem niczego w pierwszym terminie. I nie były to przedmioty typu „pogromca studentów”, jak np. farmakologia czy anatomia patologiczna. Istny orzeł wydziału medycyny weterynaryjnej. Jednak dokładnie wiem, dlaczego tak się stało. W moim życiu pojawiła się wtedy Kluska.

Kluska była szczeniakiem w typie beagle’a, prezentem dla mnie od rodziców, abym nie czuł się samotny z dala od domu. Wydawało się to genialnym pomysłem. Nie wziąłem jednak pod uwagę, że pierwsze trzy lata studiów były najtrudniejsze pod względem materiału. Zwłaszcza jego ilości. A tu poza studiami pojawił się pies. Nie myślcie jednak, że Kluska była niespodzianką. Nie! Ja bardzo chciałem mieć psa i dość długo nosiłem się z zamiarem przygarnięcia go. I było fajnie. Tylko nie pomyślałam o kilku istotnych rzeczach. Pierwszym moim niedopatrzeniem był fakt, że szczeniaka trzeba wychować, poświęcić mu czas, nauczyć go czystości. Nie ma zmiłuj. Spacery, zabawa, karmienie, sprzątanie. A w przerwach nauka. Początkowo denerwowałem się, że musiałem sprzątać to, co z Kluski wyleciało. Później, po treningu czystości, nie musiałem sprzątać, za to suczka maltretowała mnie chęcią wyjścia co godzinę. Pamiętam, jak pewnej nocy zakuwałem do jakiegoś egzaminu, a ta przyszła i jęczała, że siku. TERAZ! Załamałem się i prawie rozpłakałem.

Kolejną kwestią było to, że wtedy spędzałem na uczelni mnóstwo czasu. Często od rana do wieczora. A pies sam w domu. Nudził się. Zdarzało się, że wracałem przed dwudziestą i otwierając drzwi do mieszkania, myślałem tylko o tym, że zrobimy szybki spacer, zjem jakieś byle co i będę się uczył na jutro. Spacer był, byle co było, ale nauki już nie. Gdy wszedłem do mieszkania, pierwsze, co ujrzałem, to pies siedzący na stosie moich notatek na jutro. Podartych na drobne kawałki i przeżutych. Kluska miała minę mówiącą: „Mam nadzieję, że jesteś zadowolony. Ileż można na ciebie czekać?!”. Tego samego dnia zjadła też moje okulary. Mniej więcej dlatego niczego nie zdałem w tamtej sesji.

Można by pomyśleć, że jako student weterynarii powinienem wykazać się większą dozą rozsądku. Wziął szczeniaka, a potem narzeka, że biedny. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że byłem młody i niedoświadczony. Kluska jest pierwszym „naprawdę moim” psem. Na niej uczyłem się opieki nad zwierzęciem. Ona natomiast nauczyła mnie najwięcej o psiej naturze. O tym, jak wymagające jest żywe stworzenie, zwłaszcza w tych pierwszych miesiącach życia. Dała mi lekcję pokory i odpowiedzialności. I mimo że zeżarła moje notatki (zagryzając wspomnianymi wyżej okularami) i niezliczoną ilość razy sprawiała, że czułem się bezsilny, jestem jej wdzięczny, że była wtedy ze mną. Bo po tej całkowicie oblanej sesji to ona siedziała na kanapie z łbem na moich kolanach i przejmowała cząstkę mojego bólu. Dzięki niej wychodziłem z mieszkania i dawałem mózgowi szansę na dotlenienie. Poza tym wielokrotnie wysłuchiwała moich żalów, co jest po dwakroć cenne, gdyż, jak wiecie, pies się nie wtrąca, gdy narzeka się na wszechświat. I tak jak Luks był moim „bohaterem dzieciństwa”, tak Kluska już zawsze będzie zajmowała w moim sercu szczególne miejsce jako ta, która nauczyła mnie, jak żyć z psem. I jak poznać psa.

 

Tak naprawdę czas studiów nie był jakimś porywającym okresem mojego życia. Nie jestem imprezowiczem. Miałem dziewczynę daleko od Warszawy, więc bardzo często wracałem do domu na weekend. Poza tym nauka pochłaniała całą moją energię. Jeśli wyobrażacie sobie studia jako coś rodem z filmów American Pie, to weterynaria taka nie jest. Przynajmniej dla mnie nie była. Zamiast tego miałem masę materiału do przyswojenia, ciągłe kolokwia, wejściówki, egzaminy. Tysiące skserowanych stron i setki godzin w uczelnianej czytelni. Poza tym wyjazdy w różne miejsca, bo w środku stolicy jakoś tak brakuje gospodarstw rolnych. Nabiliśmy trochę kilometrów w czasie studiów, nie ma co. Ale przede wszystkim nauka. Dobrze, że chociaż praktyczna ze zwierzętami…

Błąd! Jakie zwierzęta! Zapomnijcie. Zanim dotrzecie do miejsca, które nazywa się przedmioty kliniczne, musicie przebić się przez teorię zwaną naukami przedklinicznymi. Jak chcecie pchać się z łapami do pacjentów, skoro nie znacie jeszcze cyklu Krebsa[2] albo farmakodynamiki pięciu tysięcy substancji leczniczych. Nie, moi drodzy, pierwsze trzy lata studiów to głównie sucha teoria. I nie wyobrażajcie sobie, że będziecie się uczyć samych przydatnych, z punktu widzenia praktykującego lekarza, rzeczy. Studia nie na tym polegają. Mają służyć do zdobycia wykształcenia wyższego i poza przedmiotami kierunkowymi trzeba zmierzyć się z masą innych, które sprawią, że wasza egzystencja będzie jeszcze bogatsza. Są zatem: filozofia, biofizyka, statystyka, zajęcia z komunikacji społecznej i nie pamiętam, co jeszcze. Zapewne jest tak na każdym kierunku studiów.

Mimo tego, że zaliczyłem liczne upadki i pewnie mogłem lepiej wykorzystać dany mi czas, nie musiałem się uczyć dłużej niż te pięć i pół roku. Medycynę weterynaryjną studiuje się bowiem 11 semestrów. Studia są jednolite (bez podziału na licencjat i magisterium) i nie kończą się egzaminem ani obroną pracy. Ukończenie studiów równa się zdobyciu tytułu. Dostałem swój dyplom w łapę i byłem gotowy do akcji. Pełen optymizmu, ponieważ miałem w zanadrzu dwie inne możliwości zatrudnienia…

…które okazały się iluzoryczne. Mimo wcześniejszych gorących zapewnień, że jest dla mnie miejsce, okazało się, że nie teraz, może za pół roku. Albo kiedyś tam. Stąd też ścieżkę zawodową zacząłem od bycia bezrobotnym. Czas ten wykorzystałem na załatwianie formalności związanych z uzyskaniem prawa do wykonywania zawodu i zastanawianiem się, co dalej. Rozważałem otwarcie własnego gabinetu. Na szczęście tego nie zrobiłem!

Zamiast tego wydrukowałem swoje CV i ruszyłem szukać szczęścia poza swoim miastem. Zawiozłem CV w jedno miejsce. Dlaczego? Naiwnie stwierdziłem, że jak posypią się oferty, to nie będę wiedział, co wybrać. Przeszło mi przez myśl, że zachowuję się dziecinnie. Postanowiłem jednak czekać. Okazało się, że miałem rację. Po tygodniu otrzymałem telefon. „Przyjedź, pogadamy”. Pojechałem, pogadałem i dostałem miejsce. Na staż…

Wiecie, staż z urzędu pracy to dobra opcja dla młodych lekarzy weterynarii. Dostajesz jakieś groszowe pieniądze, ale masz jednocześnie kilka miesięcy, aby liznąć praktyki, nie będąc obciążeniem dla pracodawcy.

Rozpocząwszy staż, błyskawicznie zorientowałem się, że:

1. Mam zerowe umiejętności praktyczne.

2. Nie potrafię wykorzystać tej całej teorii, którą mam w głowie.

Pierwsze dni mojej pracy zatytułowałbym: „Dziecko we mgle i z ręką w nocniku”. Ależ ja byłem nieogarnięty! Wracając do domu, zadawałem sobie pytanie, co poszło nie tak i co ja właściwie najlepszego zrobiłem. Na szczęście trafiłem na starcie na bardzo fajnych ludzi. Dzięki nim udało mi się wyjść ze skorupy i odkryć, że mogę leczyć i że wiem, jak to robić. Jestem przekonany, że te osiem miesięcy stażu miało najistotniejszy wpływ na to, jakim jestem lekarzem. Wiele zawdzięczam moim kolegom z pracy, mimo że czasem denerwują mnie tak, że miałbym ochotę popełnić ciężki mord. Albo trzasnąć drzwiami i nie wracać. Myślę jednak, że tak czuje się większość ludzi pracujących w zespole. Każdy z nas ma coś za uszami i pewnie ja także często gram moim współpracownikom na nerwach. Oczywiste jest, że się różnimy. I to bardzo. Sześciu lekarzy, w tym trzech emerytów, nie może się zawsze dogadywać. Nie będzie – tak sądzę – nadużyciem stwierdzenie, że właściwie zwykle mamy odmienne zdanie, bez względu na to, o czym dyskutujemy. Choć przecież z różnych opinii na dany temat może wyniknąć coś dobrego! Burza mózgów w medycynie zawsze jest w cenie. Mój największy problem to fakt, że jestem najmłodszy. Skończyłem staż, pracuję ładnych parę lat, a dalej mam status młodego. I moi koledzy – zwłaszcza ci emerytowani – czasem chcą pomóc młodemu. Mimo że nierzadko mam ochotę krzyczeć: „Jestem już dużym chłopcem!”, czuję wdzięczność za to wsparcie, które cały czas otrzymuję. Duża zaleta pracy w takim zespole to możliwość czerpania z bagażu doświadczeń zbieranego przez kilkadziesiąt lat. Bo takim stażem mogą się pochwalić moi współpracownicy. Nie zawsze się ze sobą zgadzamy, to fakt. Ja jednak z chęcią idę co dzień do pracy. Jestem przekonany, że moi koledzy również. Owszem, bywa nerwowo. Mimo to lubię tu pracować. Wszak ci lekarze zaprosili mnie do swojego zespołu, pozwolili zostać i stać się jego częścią.

Zawiozłem jedno CV. Do jednej przychodni. Po stażu zostałem tam zatrudniony. Jest to moja pierwsza i jedyna praca. Mam przyjemność tworzyć miejsce, które może

poszczycić się długą tradycją. Weterynarią zajmowano się tu od zakończenia drugiej wojny światowej, a moja przychodnia jest jedną z pierwszych prywatnych lecznic na Śląsku. Cieszę się, że mogę tu pracować, i jestem wdzięczny za ogrom wiedzy, który tu zdobyłem.

Teraz już wiecie, jak to się zaczęło. Jak widzicie, powołanie nie maczało tu swych palców. Nie zostałem lekarzem weterynarii, tchnięty przez istotę nadprzyrodzoną. Zrobiłem to, co chciałem. Mogłem jeszcze zostać tym ludzkim lekarzem, ale – nie odbierzcie tego osobiście – zwierzęta są lepsze od ludzi. Zwierzęta zwykle pachną lepiej niż ludzie. Zwierzęta nie są ludźmi. To poważne plusy. Poza tym, gdybym został na przykład ginekologiem, to o czym bym pisał?

Na szczęście się uparłem i nie zostałem lekarzem ludzkim. Decyzja nie była w pełni świadoma, bo nie byłem przygotowany na to, co mnie spotka w pracy. Jednakże dzięki uporowi oddaję wam kawałek siebie. Mam nadzieję, że ta książka pozwoli wam lepiej zrozumieć wasze zwierzęta i waszych wetów. Liczę na to, że spojrzycie na nas trochę życzliwszym okiem. Ale przede wszystkim życzę wam miłej lektury. Zaczynamy?

[1] Terry Pratchett, Wiedźmikołaj, tłum. P.W. Cholewa, Prószyński i Sk-a, Warszawa 2004, s. 255.

[2] Cykl Krebsa, czyli cykl kwasu cytrynowego. W jego wyniku w komórce powstaje energia. W bardzo telegraficznym skrócie. Rysowanie tego cyklu wraz ze wzorami substancji i reakcji pojawia się w trakcie nauki biochemii i biologii komórki. Lekarze weterynarii śmieją się, że absolwent może nie potrafi założyć wenflonu, za to cykl Krebsa rozrysuje bezbłędnie.