Wszechświat krok po kroku

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jest to znów ta sama historia: energia fotonów spadła poniżej energii wiązania elektronów wokół jąder atomowych: typowy foton nie jest w stanie wybić elektronu z jego „studzienki potencjału” wokół jądra, przelatuje więc przez niego na wylot. Ośrodek – którego składniki można już teraz w końcu określić jako gaz atomowy – jest więc przezroczysty dla promieniowania: fotony nie są już pochłaniane przez „gaz elektronowy”, lecz mkną swobodnie przez przestrzeń. Powstaje więc odpowiednik neutrinowego promieniowania tła, które określa się po prostu jako kosmiczne promieniowanie tła (powinno być pewnie: „fotonowe” albo „elektromagnetyczne”, ale zwykle się tego nie dodaje). Początkowo było ono równie gorące, co otaczający je gaz: ok. 3000 K, jednak miliardy lat unoszenia się na rozrzedzającej się przestrzeni „rozciągnęło” fale elektromagnetyczne[24] i dzisiaj temperatura ta wynosi zaledwie ok. 2,7 K: tak długie fale (czyli tak niskie temperatury, co na jedno wychodzi) wpadają w zakres mikrofal[25], stąd „mikrofalowe promieniowanie tła”.

Faza VII to więc faza obecna, którą można określić jako epokę atomów albo epokę chemii; często mówi się, że jest to epoka gwiazd, jednak określenie to trochę zaburza wcześniejsze nazewnictwo, które odwołuje się do budowy mikroskopowej – a poza tym np. 500 tysięcy lat po Momencie Zero, gdy na dobre trwała już faza VII, nie było jeszcze na świecie ani pół gwiazdy. Ponadto gwiazdy – choć stanowią jeden z najważniejszych składników galaktyk – w skali kosmicznej wcale nie są jej podstawowym elementem składowym (zob. rozdział [K5.4], gdzie omawiam „kosmiczny budżet masy”).

Kosmos składa się na obecnym etapie z coraz chłodniejszego kosmicznego gazu, składającego się głównie z atomów wodoru i helu, morza swobodnych fotonów oraz neutrinowego „tła”. I tyle. Cały ten hałas po to, abyśmy dostali do dyspozycji naprawdę prościutki zestaw aktorów. Czas przyjrzeć się więc nieco dokładniej, jakie sztuki zamierzają nam oni pokazać.


Rys. K3. Rozwój Wielkiej Struktury Wszechświata. Różne odcienie koloru niebieskiego symbolizują różną gęstość materii (im gęściej, tym ciemniej). W pokazanej tu skali nie widać poszczególnych galaktyk (zob. Rys. K3a poniżej), które zostały tu „rozmyte”. Strzałki czarne ilustrują kierunek ruchu materii kosmicznej pod wpływem wzajemnych oddziaływań grawitacyjnych (jej „prędkość własną” – zob. rozdział [K3.3]). Strzałki czerwone ilustrują kierunek oddalania się materii po prostu ze względu na ekspansję przestrzeni (jej „prędkość Hubble’a” – zob. rozdziały [K3.3] i [K1.2]). Etapy A-F to kolejne fazy rozwoju Wielkiej Struktury. Nie są one ostro odgraniczone, jak kolejne fazy Wielkiego Wybuchu, to raczej punkty orientacyjne należące do jednego, ciągłego procesu. Etap A odpowiada czasowi emisji kosmicznego promieniowania tła (ok. 380 tys. lat po Momencie Zero); etap D odpowiada mniej więcej dzisiejszej epoce (ok. 14 mld lat po Momencie Zero). Od etapu E materia we Wszechświecie jest już podzielona na osobne „wyspy”, pomiędzy którymi rozciąga się Wielka Pustka.

[K3] Wielka Struktura

• Gdy skończył się Wielki Wybuch (czyli w momencie emisji kosmicznego promieniowania tła, zob. rozdział [K2.5]), rozkład materii w przestrzeni był niemal jednorodny.

• Od tego momentu grawitacja zaczyna powoli ściągać materię ku tym miejscom w ich sąsiedztwie, gdzie gęstość kosmicznego gazu jest nieco wyższa. W ten sposób rodzącym się powoli galaktykom (zob. rozdział [K4]) nadawana jest prędkość własna.

• Miejsca, z których materia spływa ku galaktykom i ich gromadom, po paru miliardach lat przekształcają się w kosmiczne pustki. Obecnie (mniej więcej etap D na Rys. K3) są już one dobrze wykształcone i zajmują większość objętości Wszechświata, choć nie tworzą jeszcze połączonej sieci pustek.

• Miejsca, ku którym spływa kosmiczny gaz i zanurzone w nim galaktyki, to gromady i supergromady galaktyk. Obecnie galaktyki są rozłożone we Wszechświecie tak, że można by, przeskakując z jednej galaktyki do innej, w miarę bliskiej galaktyki, podróżować po całym Wszechświecie. Miejscami byłyby to jednak już dość długie skoki.

• Ostatecznie galaktyki i gaz znajdujące się dziś w otoczeniu jednej supergromady utworzą „wyspę”, oddzieloną od innych podobnych do niej wysp potężnymi odległościami, o wiele rzędów wielkości przekraczającymi rozmiar typowej galaktyki.

• Równocześnie wszystkie pustki będą łączyć się ze sobą, tworząc ostatecznie Wielką Pustkę, w której zanurzone będą oddalające się od siebie coraz bardziej wyspy.

Poprzedni rozdział zakończyliśmy w momencie, gdy kosmiczny gaz został „rozprzęgnięty” od promieniowania i zaczął ewoluować niezależnie – zdarzenie to można symbolicznie uznać za koniec embrionalnego okresu rozwoju Wszechświata i początek właściwego dramatu kosmicznego. Zacznijmy może od wyjaśnienia, co jest takiego szczególnego w tym momencie.

K3.1. Stan świata w momencie emisji promieniowania tła

Minęło 380 tysięcy lat od Momentu Zero. Temperatura Wszechświata spadła właśnie do poziomu, przy którym elektrony mogą osiąść wokół jąder, będących, nawiasem mówiąc, niemal wyłącznie pojedynczymi protonami – 1H (ok. 73% wszystkich jąder) oraz cztery razy cięższymi jądrami helu 4He o składzie: 2 protony, 2 neutrony (ok. 26% jąder). Gaz kosmiczny stał więc neutralny chemicznie, podczas gdy wcześniej był plazmą, czyli w zasadzie mieszaniną dwóch naładowanych ośrodków: „gazu jądrowego” i „gazu elektronowego”. Ważną cechą neutralnej materii kosmicznej w porównaniu z wcześniejszą plazmą kosmiczną jest jej przezroczystość. Fotony bardzo intensywnie reagują z wolnymi elektronami, ale nie z neutralnymi atomami[26]. Wraz z „atomizacją” gazu zostało więc „uwolnione” promieniowanie, stanowiące wcześniej tak naprawdę coś w stylu trzeciego składnika mieszaniny, „gaz fotonowy”, wymieniający się stale energią z kosmiczną plazmą, a więc „uwiązany” z nią. To również dlatego na wcześniejszych etapach nie dochodziło do grawitacyjnego skupiania się materii: te trzy ośrodki, „ciasno” ze sobą sprzęgnięte, wygładzały wszelkie pojawiające się w nich niejednorodności. Ów rozwód określa się w fizyce jako rozprzęgnięcie (decoupling).

Od tego momentu promieniowanie elektromagnetyczne z każdym rokiem wędruje przez Kosmos swobodniej, a dziś ta populacja fotonów, która jako pierwsza skorzystała z tej swobody i nie została przez nic po drodze pochłonięta, jest określana jako kosmiczne promieniowanie tła (cosmic background radiation). Sam fakt, że ją obserwujemy, po niemal 14 miliardach lat wędrówki przez Wszechświat, pokazuje, że świat od momentu rozprzęgnięcia jest względnie przezroczysty.

Początkowo promieniowanie to odpowiadało temperaturze ok. 3000 kelwinów, czyli mieściło się w widzialnym zakresie widma: hipotetyczny obserwator śledzący emisję tego promieniowania widziałby ładne żółciutkie światło, podobne do światła słonecznego. Po prawie 14 miliardach lat energia tych fotonów spadła do poziomu, na którym promieniowanie to ma „temperaturę”[27] 2,7 kelwina, czyli przypada na zakres mikrofalowy spektrum. Stąd pełna nazwa: kosmiczne mikrofalowe promieniowanie tła (CMBR).

To pierwszy dobry powód, aby uznać to właśnie przejście za punkt charakterystyczny: Kosmos nie tylko zmienił swój stan na taki, w jakim z grubsza występuje dziś, ale ponadto pozostawił nam do dyspozycji „fotkę” tego właśnie momentu. To dogodny punkt zaczepienia: od tego momentu możliwe są już obserwacje teleskopowe, ponieważ moment emisji CMBR wyznacza nam granicę Wszechświata obserwowalnego fotonami. Prościej: Wszechświata w zwykłym sensie „widzialnego”. Wszelkie zjawiska i procesy wcześniejsze (a więc wszystko, o czym mowa w poprzednim rozdziale!) są dla nas najprawdopodobniej nieobserwowalne na sposób bezpośredni; ostatnią nadzieją na złapanie dziś „kogoś, kto tam był” (i nie „zapomniał”[28]...) byłoby pochwycenie neutrin z kosmicznego tła neutrinowego albo wyemitowanych w czasie Wielkiego Wybuchu fal grawitacyjnych. Obydwa te zadania są jednak nietrywialne[29] i trochę jeszcze poczekamy na bezpośrednie informacje z pierwszych 380 tys. lat istnienia Wszechświata.

Drugi dobry powód, dla którego emisja CMBR stanowi niezły punkt orientacyjny, to fakt, że Wszechświat był wówczas prawie jednorodny w skali makroskopowej (zob. panel A na Rys. K3). Innymi słowy, wyobraźmy sobie hipotetycznego obserwatora, który zatrzymał czas na tym etapie rozwoju Wszechświata i ogląda na komputerze „zdjęcie” przedstawiające losowo wybrany wycinek Wszechświata o rozmiarze, powiedzmy, 1 metr na 1 metr. Przypuśćmy ponadto, że zdjęcie to jest w przyzwoitej rozdzielczości 1000 pikseli na 1000 pikseli (czyli jeden piksel obrazka reprezentuje 1 milimetr kwadratowy świata). Okazuje się, że Wszechświat był wówczas w tej skali jednorodny – bez względu na wybrane miejsce we Wszechświecie, wszystkie piksele będą w tym samym kolorze. (Dzisiaj sytuacja jest odmienna – nasz obserwator mógłby przecież wylosować do oglądania metr kwadratowy zawierający w sobie np. jakąś skałę na Marsie albo czyjąś nogę). Wyobraźmy sobie następnie, że nasz obserwator „przelatuje” przez wszystkie skale przestrzenne od średnicy pojedynczego protonu do skali, powiedzmy oględnie, dowolnie dużej. Standardowa teoria kosmologiczna mówi, że gdy tylko z oczu znikną mu poszczególne protony, jądra i atomy, nie zobaczy już na ekranie nic: wszystkie kolejne wycinki, czy to w skali metra, kilometra czy miliona parseków, będą jednorodne. Tak w każdym razie miałby wyglądać Wszechświat w momencie emisji CMBR.

W bardzo dużej skali kosmicznej występują, owszem, niewielkie niejednorodności – są one widoczne w obserwowanym przez nas CMBR jako plamki o wyższej i niższej temperaturze. Mówimy tu jednak o niejednorodności rzędu 1/100 000 – najgorętsze miejsca na „mapie” promieniowania tła są o ok. jedną stutysięczną cieplejsze od najzimniejszych. Owe niejednorodności temperatury CMBR są odbiciem faktu, że 380 000 lat po Momencie Zero niektóre obszary we Wszechświecie były odrobinę cieplejsze/zimniejsze od średniej, co z kolei wiąże się z gęstością (goręcej – rzadziej; zimniej – gęściej). Miejsca gęstsze stały się natomiast w toku późniejszej ewolucji Kosmosu „ziarnem” przy powstawaniu Wielkiej Struktury, protogalaktyk i gwiazd.

 

Niejednorodności owe nie byłyby jednak widoczne gołym okiem dla naszego hipotetycznego świadka emisji CMBR. Wróćmy więc do poprzedniego wątku – był to bardzo prosty Wszechświat – niezorganizowany w skali makroskopowej i o nieegzotycznych, znanych nam z życia codziennego składnikach w skali mikroskopowej. To Wszechświat, który dopiero zaczyna brać się do roboty. W rozdziale [K2] odwoływałem się do tego faktu, mówiąc o „fazie globalnej” – rzeczywiście, wydaje się, że cały Wszechświat był wówczas taki sam. Emisja CMBR odpowiada z grubsza momentowi wejścia w „fazę lokalną”. Tu robi się goręcej – tam zimniej; tu gęściej – tam rzadziej; tu powstają gwiazdy – tam nie.

K3.2. Wielka Struktura

W rozdziale [K1] zostało już trochę „spalone”, na czym będzie polegała ta robota w największej skali przestrzennej i czasowej. Grawitacja będzie z czasem lokalnie ściągała ku sobie kosmiczny gaz (zob. strzałki na Rys. K3), który jest jednocześnie rozciągany i rozrzedzany za sprawą „usuwającej mu się spod nóg” na wszystkie strony przestrzeni. Z biegiem czasu jednorodny gaz skupi się więc do postaci lokalnych „wysp”, które będą następnie w nieskończoność rozsuwać się od siebie nawzajem.

Dzisiaj – 13,8 miliarda lat po Punkcie Zero (zob. panel D na Rys. K3) – jesteśmy na etapie tego procesu, kiedy na mapach rozkładu galaktyk zaczynają być już powoli widoczne „miejsca centralne” tego procesu skupiania się – supergromady galaktyk (galaxy superclusters) – oraz główne obszary „ewakuacji” – kosmiczne pustki (cosmic voids) – i kiedy można zacząć zgadywać, jaka mniej więcej „porcja świata” trafi do jednej takiej wyspy. Nie żyjemy jeszcze we Wszechświecie odrębnych od siebie wysp, a więc dałoby się, przeskakując z jednej galaktyki na sąsiednią, relatywnie bliską galaktykę, podróżować po całym Kosmosie. Za kilkanaście–kilkadziesiąt miliardów lat (zob. panel E na Rys. K3) prawdopodobnie będzie już całkowicie jasne, jak przedstawia się podział na poszczególne wyspy, a przestrzenie pomiędzy nimi połączą się w pojedynczą, rozciągłą Wielką Pustkę.


Rys. K3a. Rozmieszczenie galaktyk w sąsiedztwie naszej Galaktyki (zaznaczonej strzałką). Przedstawiony tu obszar odpowiada wielkością mniej więcej zakresowi przedstawionemu na kolejnych panelach na Rys. K3, zaś obecny etap ewolucji Wielkiej Struktury przypomina ten widoczny na panelu D. Źródło: Richard Powell, Atlas of the Universe[30], rysunek na licencji Creative Commons, zmodyfikowany.

Przyjrzyjmy się może obecnej sytuacji. Rys. K3a pokazuje rozkład galaktyk w naszym otoczeniu, odtworzony na podstawie faktycznych danych astronomicznych.

Cóż takiego widać na tym rysunku? Poszczególne czarne kropki to galaktyki. Ich rozmiar został tu ze względów graficznych znacznie przesadzony. Przykładowo, strzałka wskazuje na naszą własną Galaktykę (zwaną Drogą Mleczną), która jest częścią niewielkiej grupy galaktyk zwanej Grupą Lokalną. Na Rys. K3a wygląda to tak, jak gdyby poszczególne galaktyki niemal stykały się ze sobą. W rzeczywistości Droga Mleczna ma średnicę ok. 50 kpc[31], a odległość do najbliższej nam dużej galaktyki, Andromedy, to ok. 15 razy więcej. Przestrzeni między galaktykami jest sporo, a zderzenia pomiędzy nimi, choć się zdarzają (zob. rozdział [K4]), są obecnie rzadkie.

W ostatnich latach przedstawioną na tej ilustracji społeczność galaktyk (minus te znajdujące się na peryferiach) przyjęło się nazywać Supergromadą Laniakea (Laniakea supercluster) [Tully i in. 2004]. Składa się na nią 5–6 większych gromad galaktyk (galaxy clusters), które są tu widoczne jako główne czarne grupy punktów. My sami znajdujemy się na peryferiach Gromady Panny[32] (Virgo cluster; na ilustracji jest ona po naszej prawej stronie). Typowa spora gromada składa się z ok. 500–2000 dużych („pełnowymiarowych”) galaktyk i kilkudziesięciu tysięcy galaktyk karłowatych (zob. rozdział [K4]). Pomiędzy grupami galaktyk oraz, przede wszystkim, pomiędzy poszczególnymi supergromadami galaktyk, czyli na obrzeżach Rys. K3a, znajdują się kosmiczne pustki (cosmic voids), w których prawie nie ma galaktyk, a gaz kosmiczny jest skrajnie rozrzedzony (zob. niżej w rozdziale [K3.4]).

Pomiędzy gromadami znajdują się większe i mniejsze grupy galaktyk (galaxy groups), składające się z kilku–kilkunastu dużych galaktyk. My sami należymy do dość skromnej grupy, zwanej po prostu Grupą Lokalną (Local Group), w której obok Drogi Mlecznej znajdują się tylko dwie inne „zwykłe” (tj. nie: karłowate) galaktyki: spora Galaktyka Andromedy[33] oraz schowana za nią, względnie niewielka Galaktyka Trójkąta. Pomiędzy tymi trzema muszkieterami poutykane są dziesiątki galaktyk karłowatych, chociaż ich wykrywanie jest diablo trudne i oszacowania ich liczby zmieniają się co parę lat. Można ostrożnie przyjąć, że jest ich ok. 50.

Obok gromad i grup występują także „samotnicze” galaktyki, określane czasami jako galaktyki tła (field galaxies). Ogółem na obszarze przedstawionym na Rys. K3a oraz na odpowiadającym mu z grubsza panelu D na Rys. K3 mieści się ok. 10–20 tysięcy dużych galaktyk i pewnie ok. 10–20 razy więcej galaktyk karłowatych.

Wszystkie galaktyki zanurzone są zaś w ośrodku międzygalaktycznym (intergalactic medium) – rzadkim gazie, który albo nie zdążył jeszcze „spłynąć” ku poszczególnym galaktykom (może to zresztą nigdy nie nastąpić), albo został z galaktyk wyrzucony, choćby w trakcie zderzeń galaktycznych (zob. rozdział [K4.3]). Co ciekawe, wydaje się, że przeważająca większość materii we Wszechświecie jest właśnie w tej postaci – owego tylko z największym trudem dającego się wykryć, rzadkiego ośrodka, z którego najwyżej ok. 5–10% stało się galaktykami (zob. rozdział [K5.4], gdzie omówiony jest „budżet masy” Wszechświata).

K3.3. Prędkość własna galaktyk, „kosmiczny przepływ”

W 2014 roku opublikowany został artykuł [Tully i in. 2014], w którym przedstawiono analizę ruchu galaktyk znajdujących się w odległości od nas zbliżonej do zakresu przedstawionego na Rys. K3a – to w nim upowszechniono termin „Supergromada Laniakea”. Warto poświęcić chwilę uwagi kwestii pomiaru prędkości we Wszechświecie; nie jest to sprawa banalna.

W rozdziale [K1.2] opisałem „prędkość ucieczki”[34], czyli czysto teoretyczną względną prędkość dowolnej galaktyki względem nas samych[35], wynikającą z występowania globalnej ekspansji przestrzeni Wszechświata. Prędkość tę można obliczyć ze wzoru Hubble’a i określa ją zwykle jako prędkość Hubble’a (Hubble velocity). Gdy wykonuje się pomiary ruchu odległych galaktyk, uzyskuje się w przybliżeniu taką właśnie wartość – różnica, pomijając oczywiście kwestię błędu pomiarowego, interpretowana jest jako „ruch własny”, czyli faktyczne przemieszczanie się danej galaktyki przez przestrzeń, pod wpływem przyciągania grawitacyjnego okolicznych galaktyk. Po odjęciu zmierzonej prędkości od teoretycznie wyznaczonej prędkości Hubble’a uzyskuje się więc prędkość własną (peculiar velocity).

Richard Brent Tully i współpracownicy bardzo starannie opisali prędkość własną galaktyk w naszym otoczeniu (tzw. cosmic flow, czyli przepływ kosmiczny) i odkryli, że da się na tej podstawie wyznaczyć granice tego, co ja określam w tej książce jako „naszą Wyspę” – zbiór galaktyk, które wędrują, czasem meandrując, ku jednemu wspólnemu środkowi masy. Autorzy tej pracy proponują, aby przedefiniować termin „supergromada” tak, aby obejmował właśnie tak rozumiany zbiór. Posługują się przy tym obrazową metaforą hydrologiczną, odwołując się do „zlewni” i „działów” rzek. My sami „płyniemy” ku Gromadzie Panny, mniej więcej w kierunku środka grawitacji naszej supergromady. Istnieją galaktyki, które nie poruszają się faktycznie w tej chwili ściśle w tym kierunku (zob. panel D na Rys. K3), lecz ostatecznie i tak „spływają” długimi włóknami (cosmic filaments) ku centrum Supergromady Laniakea. Wisła też na długim odcinku płynie na wschód (choćby w Krakowie), lecz istotne jest to, do jakiego ostatecznie wpadnie akwenu.

K3.4. Kosmiczne gęstości

Warto na koniec napisać wprost, jaki właściwie stopień niejednorodności wchodzi w grę w ewolucji Wszechświata i jakie panują w nim gęstości.

Ogólnie rzecz biorąc Kosmos jest bardzo rozrzedzony. Wnętrze najbardziej pustej kosmicznej pustki ma gęstość ok. 1×10-27 kg/m3 – jest to liczba tak absurdalnie niska, że znacznie lepiej jest przeliczyć ją na ilość atomów wodoru w jednym metrze sześciennym. Podana tu wartość to właśnie... jeden taki atom. W najgęstszych obszarach gromad i supergromad pomiędzy poszczególnymi galaktykami (czyli w ośrodku międzygalaktycznym, intergalactic medium), gęstość gazu jest jednak niewiele większa i wynosi ok. 1×10-22 kg/m3, co odpowiada ok. 10 tysiącom atomów wodoru na metr sześcienny.

W praktyce oznacza to dwie rzeczy. Pierwsza: obecna dysproporcja między obszarami najgęstszymi a najrzadszymi w największej skali kosmicznej (nie mówimy na razie o gęstościach panujących wewnątrz galaktyk) wynosi 10 tysięcy – najgęstsze obszary są dziesięć tysięcy razy gęstsze niż najrzadsze; niejednorodność masy zdążyła więc wzrosnąć od emisji CMBR ok. miliarda razy (początkowo 1/100 000 – zob. rozdział K3.1, obecnie 10 000). Druga: gęstości te mimo wszystko pozostają znikomo małe – Wszechświat w naszej epoce kosmicznej jest niemal pusty. Cząstki znajdujące się w kosmicznych pustkach praktycznie rzecz biorąc nigdy się ze sobą nie zderzają.

Wnętrza galaktyk są oczywiście gęstsze. Typowy gaz galaktyczny (zob. rozdział [K10.5]) ma już gęstość odpowiadającą milionom atomów w metrze sześciennym, przez co astronomowie zwykle przy opisywaniu go „przeskakują” na zliczanie cząstek w centymetrze sześciennym (1 cz./cm3 = 1 mln cz./m3). Gorący gaz wypełniający większość przestrzeni naszej własnej Galaktyki ma gęstość nieco niższą od 1 cząstki na 1 cm3; taka jest też mniej więcej, nawiasem mówiąc, gęstość wiatru słonecznego w pobliżu Ziemi[36]. W gęstych chmurach molekularnych (zob. rozdział [K5.1]), w których powstają gwiazdy, bywa to nawet 1 milion cząstek na 1 cm3 – sporo w skali Kosmosu, choć wciąż jest to rzadziej niż nawet 100 km nad powierzchnią Ziemi, gdzie symbolicznie kończy się atmosfera i zaczyna przestrzeń kosmiczna. Astronauci wychodzący na spacery kosmiczne i tak unoszą się więc w ośrodku o niewyobrażalnie dużej gęstości w porównaniu z typowymi warunkami panującymi we Wszechświecie.

Sama nasza planeta zbudowana jest już z materiału o wiele rzędów wielkości gęstszego od tego, z czego zbudowany jest Kosmos w skali galaktycznej. Stanowimy nieprawdopodobnie wręcz podgęszczony koncentrat materii kosmicznej. Gdyby chcieć „ulepić” Ziemię z gazu o takiej gęstości, jaką ma średnio Wszechświat (czyli ok. 1 cząstka na 1 m3), musielibyśmy zebrać w jednym miejscu materię z pudełka o boku długości 16 lat świetlnych, czyli nie tylko przekraczającym rozmiar Układu Słonecznego, ale mieszczącym w sobie spory fragment naszego galaktycznego sąsiedztwa. W rzeczywistości musiało nastąpić wiele takich kolejnych alchemicznych „zagęszczeń”, aby powstała Ziemia. O tym będą kolejne rozdziały.