Dom, którego nie było

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

II

Lato lub jesień 1945 roku. Pięć zdjęć z radomskiego cmentarza żydowskiego. Właściwiej byłoby napisać: z tego, co pozostało po miejscu wiecznego spoczynku setek, a najpewniej tysięcy radomian. Zmarli wciąż leżą pod zwałami darni i chwastów porastających groby. Nie ma macew. W czasie okupacji kamienne płyty z hebrajskimi inskrypcjami utwardziły błotniste ulice i place lub stały się materiałem budowlanym. Podzieliły los niezliczonych żydowskich nagrobków w całej Polsce. Do dziś podczas robót budowlanych czasem odnajdywane są płyty z napisami w języku niezrozumiałym dla współczesnych mieszkańców, a kiedyś tak powszechnie obecnym na ulicach miasta. Pierwsza macewa, którą widziałem, to był właśnie fragment nagrobka wydobyty z ziemi w centrum Radomia. Przedsiębiorczy kolega z podstawówki przytaszczył ważący kilkanaście kilogramów kamień do swojego domu i się nim pochwalił. Nie planował zanieść go na cmentarz. Ku zadowoleniu (a może i dumie) swojej matki oświadczył, że fragment macewy sprzeda w desie. Nie pamiętam, co wtedy czułem. Chciałbym, aby było to coś więcej niż tylko dziecięcy podziw dla przedsiębiorczego kolegi.

Wykonane w 1945 roku zdjęcia cmentarza nie są tylko dokumentami wizyty na zdewastowanej przez Niemców nekropolii. Jeśli przyjrzeć się bliżej fotografii sześciu mężczyzn i kobiety w białej bluzce zgromadzonych wokół pozostałości nagrobka, okaże się, że ludzie ci obcują z bliższą przeszłością, z wydarzeniami sprzed kilku miesięcy, a być może tylko tygodni. Napis na zniszczonej płycie rozwiewa wszelkie wątpliwości: „Ludwik Gutsztadt – żył lat 40 – zmarł śmiercią tragiczną 19 VI 1945 – kochanemu mężowi i ojcu – żona i synowie”. To grób znanego w Radomiu właściciela sklepu jubilerskiego, który wrócił po wyzwoleniu do miasta. „Nieznany sprawca” wszedł do jego mieszkania i strzelił mu w tył głowy. Nagrobek wkrótce po pogrzebie zdemolowali „nieznani sprawcy”. Niemców już wtedy w mieście nie było. Ostatnie oddziały okupacyjne uciekły pół roku wcześniej. Nowy pomnik na pustym polu wykorzystywanym teraz przez okoliczną ludność do wypasania bydła musiał kłuć w oczy kogoś z miejscowych. To zdjęcie po raz pierwszy pokazał mi mieszkający w Izraelu syn Ludwika Gutsztadta. Potem widziałem je jeszcze raz, w Polsce – znajdowało się wśród nielicznych dokumentów przechowywanych przez inną, pochodzącą z Radomia osobę.

Pozostałe cztery zdjęcia z radomskiego cmentarza odnalazłem w Toronto. Też mają związek z powojennymi zabójstwami Żydów. Jedno w sposób bardziej oczywisty niż pozostałe – według opisu na odwrocie przedstawia szwagierkę Gutsztadta nad pozostałościami jego grobu. Kolejne trzy fotografie byłyby niezrozumiałe, gdyby nie towarzyszące im odręczne opisy po angielsku informujące, że to groby ofiar powojennego pogromu w Radomiu. Prawdopodobnie chodzi o trzy osoby zamordowane w żydowskiej Spółdzielni „Praca” w sierpniu 1945 roku. Być może wśród grobów jest też ten należący do milicjanta zastrzelonego po służbie we własnym mieszkaniu w lipcu 1945 roku. Raczej nie ma na tych zdjęciach grobu spadkobiercy składu żelaznego, który całą okupację ukrywał się w mieście. Zamordowano go dopiero w listopadzie. Zdjęcia zostały wykonane chyba wcześniej – znajdujący się na nich ludzie nie są ciepło ubrani ani nie wyglądają na zmarzniętych. Z pewnością wśród sfotografowanych grobów nie ma miejsca pochówku Żyda, który służył w Armii Czerwonej, a zginął razem z innymi w spółdzielni – jako żołnierza radzieckiego pogrzebano go w kwaterze wojskowej cmentarza prawosławnego.

Wszystkie te groby łączy nieistnienie. Prawdopodobnie po zbezczeszczeniu miejsca pochówku pierwszego zamordowanego po wojnie w Radomiu Żyda nikt nie widział sensu w budowaniu pomników kolejnym ofiarom. „Nieznani sprawcy” postawili więc na swoim. Nie ma śladu po tych, dla których przez chwilę w 1945 roku miasto stało się domem i którzy zostali tam już na zawsze. Do dziś na uporządkowanym i ogrodzonym terenie cmentarza żydowskiego mieszkańcy Radomia-Żydzi, ofiary powojennych mordów, nie są upamiętnieni. Nie mają nagrobków, ale oni tam leżą.


[^]


[^]


[^]


[^]


[^]

Przemoc
Przemoc antyżydowska tuż po wojnie w Polsce

Pisanie o przemocy antyżydowskiej w kontekście powojennym nastręcza wiele trudności. Z jednej strony to temat wielokrotnie podejmowany w ostatnich latach253. Z drugiej zaś problematyka ta jest silnie upolityczniona, co stwarza niebezpieczeństwa. Należy wystrzegać się co najmniej dwóch poważnych zagrożeń. Jednym z nich jest skrajny redukcjonizm, próba wyjaśnienia każdego aktu przemocy, którego ofiarą padli Żydzi, pochodzeniem etnicznym ofiar. Przyjęcie takiej optyki oznaczałoby przyznanie, iż Żyd może stać się ofiarą napaści tylko dlatego, że jest Żydem. A przecież Żyd, tak jak Polak, Amerykanin czy Chińczyk, może zostać napadnięty, pobity czy zamordowany z wielu powodów, nie tylko z racji swojego pochodzenia. Drugie niebezpieczeństwo to przyjęcie przeciwnego stanowiska; wyjaśnianie przemocy antyżydowskiej jedynie powojenną, pospolitą przestępczością. Takie podejście dyskwalifikuje prosta konstatacja, że jednak zdarzali się napastnicy, dla których pochodzenie etniczne ich ofiar miało kluczowe znaczenie. W przypadku wielu zabójstw i napadów na Żydów dokonanych tuż po wojnie w Polsce żydowskość ofiar była bezspornie głównym, jeśli w ogóle nie jedynym, motywem zbrodni.

Inną przeszkodą w badaniu powojennej przemocy wobec ocalałych jest to, że po siedemdziesięciu latach często nie zachowały się dokumenty ani świadectwa pozwalające na jednoznaczną kwalifikację tych zdarzeń. Dodatkowa trudność wynika z faktu, iż już w latach czterdziestych wydarzenia te i motywy ich sprawców podlegały interpretowaniu przez ofiary napaści lub ich bliskich. Jesteśmy więc dziś skazani na poruszanie się w materiale źródłowym, w którym oddzielenie suchego opisu zdarzeń od subiektywnych opinii bywa wyjątkowo trudne. Szczególnie, że na temat wielu przestępstw, zarówno tych motywowanych antysemityzmem, jak i pospolitych zbrodni istnieją bardzo ograniczone informacje.

Napady rabunkowe

Plaga napadów rabunkowych, obecna w Polsce w pierwszych latach po zakończeniu okupacji niemieckiej, nie ominęła Radomia. W meldunkach o dokonanych przestępstwach, składanych przez radomskiego komendanta MO zwierzchnikom w Kielcach, rzuca się w oczy powszechność rozbojów dokonywanych w mieście. Można je podzielić na dwa typy. Pierwszy to napady rabunkowe na siedziby różnego rodzaju instytucji. W samym tylko październiku 1945 roku w Radomiu napadnięto na młyn, Spółdzielnię Kolejarzy, kasę towarową Polskich Kolei Państwowych, skład skór, garbarnię, dwukrotnie na sklep Państwowego Monopolu Spirytusowego i biura dwóch przedsiębiorstw handlowych254. W wyniku każdego z tych przestępstw łupem bandytów padło przeciętnie kilkadziesiąt tysięcy złotych w gotówce. Były to sumy duże dla osób prywatnych, ale nie zawrotne. Wyjątek stanowił napad na garbarnię „Elgold” z 18 października 1945 roku, kiedy to trzydziestu napastników zrabowało skóry o łącznej wartości około dwóch milionów złotych255. Zarówno wyjątkowo duża liczba zaangażowanych w zdarzenie napastników, jak i niezwykle wysoka wartość łupu pozwalają sądzić, że za tym rabunkiem stała któraś z działających na terenie powiatu radomskiego grup zbrojnego podziemia. Napady na instytucje związane z przemysłem skórzanym to rzecz specyficznie radomska. Kilkadziesiąt znajdujących się w mieście garbarni stanowiło łakomy kąsek dla bandytów ze względu na wysokie ceny skór oraz na istniejący na nie popyt. W dobie powojennej inflacji skóry i inne cenne przedmioty miały wręcz większą wartość niż pieniądz. Drugim typem rozbojów, bardzo powszechnych w Radomiu tuż po wojnie, były napady rabunkowe na osoby prywatne. Jak wynika z milicyjnych meldunków, przeciętna wysokość rabowanego podczas nich łupu nie różniła się znacząco od napadów na instytucje, a oprócz gotówki i przedmiotów powszechnie uznawanych za cenne, obrączek ślubnych, pierścionków i zegarków, przestępcy często kradli także garderobę, bieliznę pościelową, kupony tkanin i inne rzeczy, których brakowało tuż po wojnie.

Na podstawie doniesień Komendy Miejskiej MO możliwe jest opisanie typowego napadu rabunkowego na osobę prywatną w Radomiu w 1945 roku. Z bardzo nielicznymi wyjątkami rozboje te miały postać najścia na mieszkanie. W materiałach milicyjnych niewiele jest informacji o rozbojach dokonywanych na przechodniach na ulicy. Wiązały się one z większym ryzykiem niepowodzenia – ofierze łatwiej było uciec, mogli się pojawić przypadkowi świadkowie lub patrol milicji. Poza tym rozboje dokonywane na ulicy były prawdopodobnie mniej opłacalne niż rabunki w mieszkaniu ofiary, gdzie łupem bandytów padały nie tylko gotówka i kosztowności, które ofiara miała przy sobie, ale też przedmioty znajdujące się w jej domu. W typowym najściu na mieszkanie udział brało od dwóch do pięciu napastników. Kiedy przestępców było trzech lub więcej, jeden zostawał zwykle na czatach poza napadniętym lokalem i dawał reszcie grupy sygnał do odwrotu w razie pojawienia się zagrożenia.

 

Ze względu na niską wykrywalność przestępstw niewiele można powiedzieć o sprawcach. Jak wynika z milicyjnych meldunków, byli to bez wyjątku mężczyźni, przeważnie młodzi. Większość bandytów nie była zamaskowana. Zdarzało się, że napastnicy przedstawiali się ofiarom jako funkcjonariusze milicji lub UB:

Dnia 23 października 1945 r. został dokonany napad rabunkowy na P[–] Aleksandra w Radomiu przy ulicy Górnej […], przez trzech niezn[a]nych osobników, uzbrojonych, którzy podawali [się] za funkc[jonariuszy] UBP z Kielc, przeprowadzili rewizję domową i zrabowali 50 tysięcy złotych i biżuterię wartości 150 tysięcy złotych256.

Nie wiadomo, czy osoby, które dokonały tego napadu, rzeczywiście pracowały w UB. Nie można tego wykluczyć, podobnie jak możliwości, że pospolici przestępcy przedstawili się swoim ofiarom jako funkcjonariusze Urzędu w celu łatwiejszego złamania ewentualnego oporu.

Czasem sprawcy utrzymywali, że są członkami Armii Krajowej. Jak zeznał Franciszek Gaworek, którego napadnięto 13 listopada:

[…] do mieszkania mego przy ulicy Podwalnej […] weszło trzech osobników w ubraniach cywilnych z bronią krótką „Vis”, którzy po stereryzowaniu znajdujących się w mieszkaniu osób oświadczyli, że są z AK i będą szukali broni, bo tu podobno mieszkają peperowcy. Osobnicy ci weszli do pokoju i przeprowadzili rewizj[ę] w szafie i innych meblach, wyżucając z nich wszystkie przedmioty na podłogę. Z torebki damskiej leżącej na stole zabrali około 700 zł, natomiast żona moja dała im dobrowolnie 1000, a z torebki córki mojej zabrali 800. Razem sprawcy zabrali około 2500 zł. Nadmieniam, że osobnicy ci po wejściu do mieszkania zażądali 10 000 zł. Po zabraniu pieniędzy sprawcy napadu zbiegli w niewiadomym kierunku257.

W dokumentach dochodzenia brak informacji o ewentualnej przynależności Franciszka Gaworka lub innego domownika do PPR. Taka informacja, jeśli byłaby prawdziwa, raczej nie zostałaby pominięta w raporcie sporządzanym przez śledczych. W aktach nie ma też nic oprócz zeznań napadniętych osób, co wskazywałoby na udział ludzi związanych z podziemiem w najściu na mieszkanie przy ulicy Podwalnej. Przestępstwo to nie zostało przez milicję zaklasyfikowane jako napad na tle politycznym. Najprawdopodobniej był to pospolity rabunek, a jego sprawcy, chcąc wyglądać poważnie, przedstawili się jako członkowie antykomunistycznej partyzantki. Biorąc jednak pod uwagę dużą aktywność zbrojnego podziemia w okolicach Radomia, nie można wykluczyć, że niektóre napady rzeczywiście miały podłoże bardziej polityczne niż rabunkowe. Oddzielną kwestią pozostaje rzeczywiste powiązanie tych grup z AK. Jak wskazuje Jan Tomasz Gross, w latach 1944–1956 istniały co najmniej pięćdziesiąt dwa oddziały zbrojne używające w nazwie „AK”, a „termin »Armia Krajowa« albo »AK« używany był potocznie jeszcze długo po rozwiązaniu się AK dla oznaczenia jakiejkolwiek antykomunistycznej formacji. Tak samo zresztą »chłopcy z lasu«, którzy na własną rękę kontynuowali jakąś formę działalności podziemnej, często sami mówili o sobie »AK«”258.

Część napadów została dokonana przez oddziały podziemia, ale również nie ma wątpliwości co do tego, że podszywanie się pod członków AK (podobnie jak funkcjonariuszy milicji i UB) było strategią stosowaną przez pospolitych przestępców i obliczoną na wyeliminowanie ewentualnego oporu i zastraszenie ofiar napadu. Przedstawiając się jako zbrojne podziemie, bandyci mogli mylić trop i sprowadzać ewentualne śledztwo na błędny tor. Jednak na ogół staranne zacieranie śladów okazywało się niepotrzebne, ponieważ zwłaszcza w pierwszym okresie po wyzwoleniu milicja często nie miała możliwości ścigania sprawców i prowadziła dochodzenia w sposób nieudolny i niedbały.

Bardzo wyraźną cechą powojennych rozbojów było posługiwanie się przez napastników bronią palną (z reguły bronią krótką, ale zdarzały się też pistolety maszynowe). Dostęp do niej był wtedy powszechny. Ludzie mieli ją jeszcze z czasów wojny lub wchodzili w jej posiadanie podczas pośpiesznego wycofywania się Niemców. Chociaż nowe władze próbowały ograniczyć liczbę broni będącej w rękach osób prywatnych poza kontrolą państwa, to działania te nie przynosiły oczekiwanych rezultatów.

W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1945 roku radomska milicja wraz z Urzędem Bezpieczeństwa przeprowadziła akcję mającą na celu wykrycie osób nielegalnie posiadających broń:

o godz[inie] 17 zostały obstawione jednocześnie wszystkie kina i u wszystkich osób została przeprowadzona rewizja osobista oraz legitymowanie, wynik: zabrano 4 szt[uki] broni krótkiej oraz zatrzymano 9 osób podejrzanych o dokonywanie napadów na tle politycznym. Od godz. 19–24 tegoż dnia wysłano na ulice miasta Radomia cztery patrole lotne w sile po 12 ludzi, które legitymowały mężczyzn przechodzących oraz dokonywały rewizji osobistej u osób podejrzanych o posiadanie broni. Wynik – zatrzymano kilku ludzi oraz zabrano 2 sztuki broni krótkiej259.

Choć rezultat tej akcji nie był imponujący, to już sam fakt, że milicjanci i funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa rewidowali przygodnych przechodniów w poszukiwaniu broni, świadczy o tym, jak powszechne stało się jej noszenie w mieście przez osoby do tego nieuprawnione.

Mimo że w trakcie właściwie każdego napadu na osoby prywatne sprawcy posługiwali się bronią, to, jak wynika z milicyjnych meldunków, bardzo rzadko w czasie rozbojów zdarzały się ofiary – ranni lub zabici. Już sama groźba użycia broni odnosiła skutek. Potwierdzałoby to tezę sformułowaną kilka dekad później przez nestora polskiej kryminalistyki Brunona Hołysta, że napad rabunkowy w swojej klasycznej formie wprawdzie może zakończyć się śmiercią, jeśli ofiara stawia opór, ale zagrożenia można uniknąć poprzez zastosowanie się do poleceń napastnika260. W 1945 roku w Radomiu doszło jednak do co najmniej dwóch napadów, podczas których ofiary najścia na mieszkanie bez sprzeciwu wykonały polecenia napastników, a mimo to zostały zamordowane. Obaj zabici byli Żydzi.

Zabójstwa podczas napadów: Ludwik Gutsztadt i Aron Hendel

W wiosenne popołudnie 16 czerwca 1945 roku Ludwik Gutsztadt, właściciel sklepu jubilerskiego w Radomiu, razem z żoną wszedł do swojego mieszkania na drugim piętrze oficyny kamienicy w centrum miasta, przy ulicy Żeromskiego. Za nim podążył nieznajomy męż­czyzna. Wyciągnął rewolwer i kazał Gutsztadtowi oddać teczkę, którą jubiler przyniósł ze sobą do domu. Gospodarz podał teczkę napastnikowi, a ten polecił mu przejść do drugiego pokoju. Kiedy Gutsztadt się odwrócił, mężczyzna strzelił mu w tył głowy i uciekł. Żonie Ludwika Gutsztadta, Eugenii, nic się nie stało. Kobieta przez cały czas znajdowała się w tym samym pomieszczeniu co napastnik. Była jedynym naocznym świadkiem zbrodni i to ona opisała wydarzenie swojemu starszemu synowi261.

Obaj synowie Gutsztadtów przebywali poza domem w czasie napadu. Ktoś podszedł na ulicy do bawiącego się trzynastoletniego Elego i powiedział: „Idź prędko do domu, bo strzelili do twojego ojca”262. Kiedy chłopiec dotarł na miejsce, zastał grupę gapiów stojącą na ulicy, a na podwórku kamienicy dorożkę, do której wnoszono nieprzytomnego ojca z głową owiniętą zakrwawionym ręcznikiem. Ludwik Gutsztadt został przewieziony do szpitala miejskiego. Nie odzyskał przytomności. Zmarł po trzech dniach, 19 czerwca 1945 roku. Zaraz po postrzeleniu męża Eugenia wyprawiła swoich synów do Warszawy, na Pragę, do ludzi, którzy w czasie wojny ukrywali jednego z chłopców. Sama czuwała przy mężu w szpitalu. Dzień po śmierci Ludwik Gutsztadt został pochowany na zdewastowanym w czasie wojny cmentarzu żydowskim w Radomiu263. Nie ma żadnych informacji o zabójcy Gutsztadta, nic nie wskazuje, żeby został złapany, a tym bardziej osądzony. Syn zamordowanego twierdzi, że Eugenia Gutsztadt zgłosiła napad na milicji264. Nie natrafiłem jednak na żadne akta pochodzące ze śledztwa. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek istniały.

Z pewnością nie umożliwi to jednoznacznego wskazania motywów zbrodni, lecz warto przyjrzeć się temu, kim był zamordowany jubiler i co robił w mieście przed tragicznym czerwcowym popołudniem. Ludwik Gutsztadt pochodził z osiadłej od dawna w Radomiu rodziny kupców. Przed wrześniem 1939 roku prowadził w centrum miasta sklep jubilerski. Specjalizował się w handlu zegarkami, złotem i diamentami. Jego żona Eugenia pochodziła z zamożnej rodziny. Jej ojciec był kupcem zbożowym i właścicielem kilku dużych nieruchomości w centrum Radomia. Ludwik i Eugenia Gutsztadtowie oraz ich dwóch synów, Eli i Henryk, przeżyli radomskie getto. Całej czwórce udało się przejść na „aryjską” stronę dzięki pomocy Józefa Doleckiego, przyjaciela Ludwika Gutsztadta z czasów służby w polskim wojsku265. Po wyjściu z getta rodzina się rozdzieliła. Ludwik Gutsztadt miał „dobry wygląd” – był blondynem o niebieskich oczach i jasnej karnacji. Przebywał w lewobrzeżnej Warszawie i brał udział w powstaniu warszawskim266. Jego żona i dwaj synowie również ukrywali się w stolicy, w dwóch różnych miejscach na prawym brzegu Wisły. Jeszcze w 1944 roku, zaraz po zajęciu Pragi przez Armię Czerwoną, kobieta z chłopcami wyjechała do Lublina. Ludwik Gutsztadt odnalazł ich tam w końcu stycznia 1945 roku. Wkrótce potem cała czwórka wróciła do Radomia. Przeżyli także matka i brat Ludwika Gutsztadta. Oni również przybyli do rodzinnego miasta. Wraz z powrotem w rodzinne strony Gutsztadtowie zaczęli też używać swojego prawdziwego nazwiska. „W Radomiu my żeśmy byli tak znani, że nie było żadnego celu zostać na aryjskich papierach” – powiedział mi w trakcie wywiadu syn jubilera267. Jeszcze zimą 1945 roku Gutsztadt znów otworzył w mieście sklep. Handlował zegarkami z żołnierzami radzieckimi, sprzedawał obrączki i drobną biżuterię268. Z relacji jego syna wynika, że interes dobrze się rozwijał, a rodzina mogła sobie pozwolić między innymi na wynajęcie prywatnych nauczycieli dla synów.

Dobrze prosperujący sklep Ludwika Gutsztadta, Żyda, który dopiero niedawno powrócił do miasta, musiał przyciągać uwagę. Szczególnie, że większość przybywających do Radomia ocalałych nie tylko nie była w stanie wrócić do swoich przedwojennych zajęć, ale też w ogóle nie miała grosza przy duszy269. Również wielu nieżydowskich mieszkańców miasta żyło w nędzy, a obecność wśród nich dobrze prosperującego Żyda u wielu osób z pewnością budziła zawiść. Jeśli głównym celem napadu na Gutsztadta był rabunek, to napastnik nie przygotował się do niego dobrze. Jubiler nie chodził po ulicy z większą gotówką – w sklepie zamontował bowiem kasę pancerną. W odebranej Gutsztadtowi teczce najprawdopodobniej nie było nic szczególnie cennego270.

Śmierć Gutsztadta to raczej nie wynik osobistych porachunków. Nic nie wskazuje na to, aby Gutsztadt próbował odzyskać utracony przez siebie lub swoich krewnych w czasie wojny majątek (nowo otwarty sklep znajdował się w wynajmowanym lokalu) albo żeby popadł w jakiś konflikt. Nie ma też żadnych informacji o jego aktywności politycznej. Wprawdzie w lutym 1945 roku Ludwik Gutsztadt wszedł w skład utworzonego w Radomiu Komitetu Żydowskiego, ale występował tam jako osoba bezpartyjna i nie pełnił żadnych administracyjnych funkcji271. Choć element rabunkowy odegrał niewątpliwie pewną rolę w napaści na Gutsztadtów, to raczej nie był przyczyną śmierci jubilera. Napadnięty mężczyzna nie bronił się. Bez oporu spełnił żądania napastnika. Gutsztadt został zastrzelony z zimną krwią – strzałem w tył głowy oddanym z bliskiej odległości. Fakt ten sprawia, że zbrodnia ta przypomina bardziej egzekucję niż śmiertelne postrzelenie osoby napadniętej.

 

Inny rozbój, podczas którego zabito Żyda, wydarzył się w Radomiu 6 listopada 1945 roku. Dwóch uzbrojonych, ubranych po cywilnemu mężczyzn wtargnęło do mieszkania znajdującego się w niewielkiej kamienicy położonej na uboczu przy ulicy Zacisze. Napastnicy wylegitymowali przebywającego w lokalu Arona Hendla, po czym zastrzelili go na miejscu. Postrzelona została także szwagierka zabitego – Anna. Bandyci przebywali w napadniętym mieszkaniu przez trzy kwadranse, demolując je i okradając. Wezwana milicja zabezpieczyła ciało Arona Hendla w opieczętowanym lokalu. Anna Hendel została odwieziona do szpitala. Sprawców morderstwa nie wykryto. Tyle wiadomo o zabójstwie z lakonicznego meldunku sporządzonego przez szefa Wydziału Śledczego Komendy Miejskiej MO w Radomiu272. Nieco bardziej dokładny opis wypadków tamtego listopadowego popołudnia został przedstawiony trzy miesiące później przez Annę Hendel. Przebywając już w Niemczech, kobieta złożyła zeznanie:

6.11.1945 o godz. 15.30 do mieszkania przy ulicy Zacisze […], gdzie zamieszkiwałam z rodziną, wtargnęło 2 napastników w cywilnych ubraniach z rewolwerami w rękach. W mieszkaniu były obecne 4 osoby: ja, szwagier mój Hendel Aron lat 30, oraz 2 chrześcijanki znajome. Napastnicy zażądali od nas pieniędzy, twierdząc, że nam nic złego nie zrobią. Jeden pozostał przy nas, a drugi rewidował mieszkanie. Zabrali z mieszkania wszystkie wartościowe rzeczy. Rewizja ta trwała około 45 minut. Po upływie tego czasu trzeci osobnik zapukał do drzwi i coś powiedział do ucha jednemu z napastników, na co ten odpowiedział: „Dobrze, za chwilę”. W tym samym czasie zgasło światło i dotychczas nie udało się ustalić, czy to było przypadkowe, czy też celowo spowodowane przez napastników.

Jeden z nich wyprowadził wówczas obie polki z mieszkania, a drugi kazał nam wejść do drugiego pokoju, mnie kazał wziąć dziecko na rękę, poczem strzelił do szwagra, trafiając w skroń i powodując natychmiastową śmierć, a potem do mnie, raniąc mnie w prawą rękę, gdyż zdążyłam uskoczyć, poczym wybiegł z mieszkania. Na skutek zranienia amputowano mi 2 falangi273 z IV i 1 falangę z III palca prawej ręki274.

Podany przez Annę Hendel opis wydarzeń wnosi nowe informacje i pozwala na rekonstrukcję chronologii zdarzenia, która została zatracona w krótkim milicyjnym raporcie. Z relacji kobiety wynika, że w napadzie na mieszkanie na Zaciszu można wyodrębnić dwie fazy. Pierwszą byłby rabunek. Do mieszkania weszło dwóch napastników. Jeden pilnował osób znajdujących się w środku, a drugi w tym czasie szukał cennych przedmiotów. Drugim etapem napadu było zabójstwo Arona Hendla i postrzelenie jego szwagierki.

Istotny wydaje się moment przejścia pomiędzy dwiema fazami. To wtedy w relacji Anny Hendel pojawia się wzmianka o trzecim napastniku, pozostawionym poza mieszkaniem, najpewniej jako „czujka”. Wszedł on do mieszkania i dyskretnie porozumiewał się z przebywającym już w środku bandytą. Nie jest jasne, czy napastnicy mieli wcześniej przygotowany plan działania, czy dopiero go ustalali. Pewne jest jednak, że był to punkt zwrotny, od którego najście na mieszkanie przy ulicy Zacisze przestało być zwykłym rabunkiem, napadem, jakich wiele zdarzało się w 1945 roku w Radomiu.

W lokalu zgasło światło. Jak przyznała Anna Hendel, nie było wiadomo, czy prąd odłączyli bandyci, czy też nastąpiła chwilowa przerwa w dostawie energii – jedna z wielu w tym czasie, związanych z problemami miejskiej elektrowni. W mieszkaniu musiały zapanować ciemności, gdyż w listopadzie o tej porze zapada już zmrok. Napastnicy wyprowadzili z mieszkania znajdujące się w nim dwie chrześcijanki, znajome Hendlów. W ten sposób bandyci oddzielili nieżydowskie od żydowskich ofiar napaści. Nie wiadomo, co stało się z dwiema kobietami. Nie wydaje się, żeby spotkała je jakaś krzywda. Być może bandyci, którzy zorientowali się, że w mieszkaniu przebywały dwie nie-Żydówki, stwierdzili, że bezpieczniej będzie usunąć je z lokalu.

Od momentu opuszczenia mieszkania przez dwie Polki i wyprowadzającego je bandytę napad na mieszkanie przy ulicy Zacisze przypomina zabójstwo Ludwika Gutsztadta. W mieszkaniu przebywał już tylko jeden napastnik, który kazał Aronowi i jego szwagierce z dzieckiem na rękach przejść do innego pomieszczenia (w mieszkaniu znajdowało się więc początkowo pięć osób, a nie cztery, jak zeznała kobieta). Wtedy padły strzały. Aron Hendel został zabity na miejscu strzałem w głowę, natomiast Anna Hendel została ranna. Biorąc pod uwagę przebieg zdarzenia i fakt, że napastnicy wyraźnie się nie spieszyli, wolno przypuszczać, że zabójca mógł celowo pozostawić Annę Hendel przy życiu. Wskazują na to również odniesione przez nią niegroźne obrażenia – postrzał w prawą dłoń. Być może, co sugeruje Anna Hendel w swojej relacji, udało jej się uskoczyć spod lufy napastnika. Jeśli tak, to dlaczego nie strzelił ponownie? Może zwyczajnie drgnęła mu ręka przed zabiciem kobiety i malutkiego dziecka?

O napadzie na Hendlów poinformowała Żydowska Agencja Prasowa (ŻAP). W Biuletynie ŻAP z 12 listopada 1945 roku pojawiła się krótka wzmianka: „W dniu 6 listopada 1945 r. nieznani sprawcy dokonali napadu w Radomiu na mieszkanie prywatne przy ul. Zawiszy [sic!] […]. Ob. Hendler [sic!] został zamordowany przez napastników, jedna osoba ciężko [sic!] ranna”275. Błędną nazwę ulicy i przeinaczone nazwisko ofiary napadu należy uznać za zwykłą niedokładność lub pomyłkę sporządzającej notatkę osoby, która z pewnością nie znała Radomia – Biuletyn ŻAP był wydawany w Łodzi. Trudniej wytłumaczyć, skąd wzięła się w tekście informacja o ciężkim stanie osoby rannej. Wiadomość ta dotyczy z pewnością Anny Hendel. Odniesione przez nią rany, choć niewątpliwie bolesne, nie stanowiły jednak zagrożenia dla życia kobiety. Prawdopodobnie notatka ŻAP została sporządzona na podstawie niepełnych informacji, a jej autor (bądź informator, z którym rozmawiano) założył, że strzelanina w mieszkaniu musi się wiązać z poważnymi obrażeniami.

Osobne zagadnienie w całej historii napadu na Hendlów stanowi rabunek. Milicyjny raport informuje o zdemolowaniu mieszkania i zabraniu z niego „niektórych rzeczy”276. Zabór mienia jest w ogóle nieobecny w notatce Biuletynu ŻAP. Potwierdza to, że twórca krótkiego tekstu dysponował nieprecyzyjnymi informacjami na temat wydarzeń w Radomiu. Kradzież mienia podczas napadów na Żydów zdecydowanie leżała w polu zainteresowania ŻAP. Na tej samej stronie biuletynu, obok informacji o napadzie na Hendlów, znalazła się równie krótka notka o napadzie na samochód wiozący Żydów z Kielc do Siedlec – wspomniane zostało tam morderstwo jednej z pasażerek, ale także rabunek.

O ile o kradzieży podczas napadu przy ulicy Zacisze jedynie napomknięto w milicyjnym raporcie, w notatce ŻAP w ogóle zaś jej nie odnotowano, o tyle relacja Anny Hendel rozwija ten wątek. Według relacji kobiety wyjście napastników nie oznaczało końca rabunku. Część znajdujących się w lokalu rzeczy została później ukradziona przez wezwanych na miejsce zdarzenia milicjantów: „Policja prowadząca dochodzenie zapieczętowała mieszkanie, ale przy okazji skradła wiele rzeczy wartościowych z ubrań i innych rzeczy […]”277. Ze świadectwa Anny Hendel wynika, że zachowanie milicjantów nie pozostawiało wątpliwości co do tego, że zabójcy jej szwagra nie będą ścigani i pozostaną bezkarni: „[milicja] robiła trudności w wydaniu zezwolenia na pochowanie zwłok. Policja chciała wmówić nam, że morderstwa dokonali żydzi”278.

W trakcie kwerendy archiwalnej nie natrafiłem na żaden ślad pozwalający sądzić, że po napadzie na Hendlów prowadzono śledztwo. Najprawdopodobniej w ogóle go nie było. Choć okoliczności wskazy­wały na przestępstwo motywowane antysemityzmem, milicjantów obowiązywał rozkaz komendanta głównego MO o bezwzględnym przeprowadzeniu śledztwa i dążeniu do ujawnienia tła zbrodni, to wydaje się, że polecenie to nie zawsze, by nie napisać: rzadko, było realizowane279. Sugerowana przez milicjantów teza, że Arona Hendla zabili Żydzi, jest nieprawdopodobna. Można za to wskazać powody, dla których niechętni ściganiu sprawców milicjanci mogli trzymać się tej wersji. Jeśli zabójstwa dokonałby ktoś z kręgu ofiary, to zbrodnia byłaby sprawą środowiskową, a nie przestępstwem politycznym, motywowanym nienawiścią rasową280. Ukazanie sprawy zabójstwa Hendla w takim świetle mogło służyć milicji jako usprawiedliwienie dla jej zbagatelizowania i zaniechania ścigania napastników.

Dlaczego więc i z czyjej ręki zginął Aron Hendel? Najprawdopodob­niej nie istnieją dowody umożliwiające udzielenie jednoznacznej odpowiedzi na tak postawione pytanie. Być może Aron Hendel zginął tylko dlatego, że był Żydem, a jego zabójcy – polskimi nacjonalistami. Nawet jeśli nie zdawali sobie oni sprawy z tego, kto mieszka w napadniętym lokalu (w co trudno uwierzyć), to wszelkie wątpliwości musiały zostać rozwiane po wylegitymowaniu ofiary. Sprawdzanie dokumentów podczas napadów było tuż po wojnie dosyć powszechną praktyką. Umożliwiało sprawcom rozeznanie się w sytuacji, ustalenie, czy wśród napadniętych znajdują się milicjanci lub członkowie PPR. Pomagało także zastraszyć ofiary. W przypadku zajścia w mieszkaniu przy ulicy Zacisze – umożliwiło również ustalenie pochodzenia etnicznego napadniętych osób. Inna ewentualność jest taka, że śmierć Arona Hendla to wynik nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Jeśli wyłączenie światła było nieplanowane, to zaskoczony (być może także niedoświadczony) napastnik mógł zacząć strzelać z obawy, że ofiary próbują stawić opór. Jednak można również znaleźć inne potencjalne motywy zabójstwa Arona Hendla. Aby je odkryć, należy przyjrzeć się historii Arona Hendla i jego rodziny, ich losom wojennym i życiu w miesiącach poprzedzających zabójstwo.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?