Szlag mnie trafiłTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Strona redakcyjna

PRO­STA SUKIENKA

PRAWO JAZDY

PRO­WI­ZJA

KEJ PI AJE

CO PANI JEST?

KIEDY UMRZE?

W OKA­MGNIE­NIU

MRU­GAJ, RUDA, MRU­GAJ

PRO MORTE

SUFIT

PORU­SZE­NIE

GLOB­TRO­TER

KIBE­LEK Z POR­CE­LITU

LILKA

ALA MA KOTA

CAŁU­SKI

APOLLO DELTA JET

„PIER­DOŁY”

Od autora

Biblio­gra­fia

Copy­ri­ght ©Rin­gier Axel Sprin­ger Pol­ska Sp. z o.o. War­szawa

Wszel­kie prawa zastrze­żone.

Tekst: Łukasz Grass

Redak­cja: Kata­rzyna Łopa­ciuk

Korekta: Mał­go­rzata Koniar­ska

Pro­jekt okładki: Agata Leman-Gostyń­ska

Zdję­cia wyko­rzy­stane w książce: z archi­wum Moniki Micha­lak

Zdję­cie Łuka­sza Grassa na okładce: Rafał Meszka

Zdję­cie Moniki Micha­lak na okładce: Agata Leman-Gostyń­ska

Wydawca:

Rin­gier Axel Sprin­ger Pol­ska Sp. z o.o.

ul. Doma­niew­ska 52, 02-672 War­szawa

ISBN 978-83-8091-805-4

War­szawa 2019

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Roz­dział I

PRO­STA SUKIENKA

Gru­dzień 2013

 Pol­ska. W wieku 113 lat umiera kapi­tan Józef Kowal­ski. Ostatni żyjący wete­ran wojny pol­sko-bol­sze­wic­kiej z 1920 roku.

 USA. NASA ogła­sza odna­le­zie­nie wody w atmos­fe­rach pię­ciu pla­net, które okrą­żają inne gwiazdy. Odkry­cie umoż­li­wił tele­skop Hub­ble’a.

 RPA, Johan­nes­burg. W wieku 95 lat umiera Nel­son Man­dela.

Ruda wła­śnie skoń­czyła 39 lat. Była pewna, że jest w naj­lep­szym momen­cie swo­jego życia. Atrak­cyjna, z dobrą pracą agentki od ubez­pie­czeń na życie, z dwójką dzieci, trzy lata po roz­wo­dzie i po nie­mal rocz­nej walce z wiru­sem HCV. Miała nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej.

– Naj­gor­sze za mną – powie­działa do sie­bie, wsia­da­jąc do auta.

Była wkur­wiona na życie i wszyst­kich wokół. Przez wiele lat myślała, że nic gor­szego od tego, co spo­tkało ją w ostat­nich latach albo w dzie­ciń­stwie pozba­wio­nym rodzi­ciel­skiej miło­ści, już się nie zda­rzy. Myliła się. Naj­gor­sze miało nadejść. Teraz doświad­czała tego samego, co więk­szość ludzi po trzy­dzie­stce z kre­dy­tem na gło­wie, w świe­cie ści­ga­ją­cych się szczu­rów. Cią­gły stres, goni­twa za pie­niędzmi na spłatę rat kre­dytu na dom, życie z pięt­nem zdra­dzo­nej żony, która rów­nież wpa­dła w spi­ralę kochan­ków na pocze­ka­niu – wszystko to stało się prze­kleń­stwem jej codzien­no­ści. Cie­szyła się jed­nak, że ma pracę, która na pro­win­cji pozwala wycią­gnąć wię­cej niż śred­nia kra­jowa.

Tego dnia jechała do klientki – boga­tej, bez­ro­bot­nej dwu­dzie­sto­pię­cio­latki, żony nadzia­nego po zęby biz­nes­mena. Takie to mają życie! Wstają rano z łóżka i jedy­nym ich zmar­twie­niem jest to, czy poranną kawę wypiją na tara­sie czy w salo­nie. Psio­czyła w myślach na kobiety, które nie potra­fiły zadbać o swoją przy­szłość i już zawsze będą zdane na boga­tych mężów. Czy one mają świa­do­mość, że ich piękna cera, dłu­gie nogi i zadbane paznok­cie nie są żadną gwa­ran­cją bez­pie­czeń­stwa? Podzi­wiała kobiety, które mimo peł­nego konta swo­ich mężów pra­co­wały, wymy­ślały co rusz nowe rze­czy i udo­wad­niały, że aktywne kobiety mają siłę więk­szą niż męż­czyźni z wypcha­nym port­fe­lem. Chciała być taka jak one.

Skrę­ciła w ulicę Gre­na­die­rów. Minęła zabyt­kowy, ale wciąż czynny zakład karny dla męż­czyzn recy­dy­wi­stów. Mury z czer­wo­nej cegły z neo­go­tyc­kimi budyn­kami w środku przy­po­mi­nały jej tro­chę zamek, a tro­chę kościół. Jak więk­szość wię­zień na tere­nie Pol­ski, które powstały w XVIII wieku, rów­nież to w Gole­nio­wie pre­zen­to­wało się dostoj­nie i groź­nie zara­zem. Tylko kraty w oknach i gęsta sieć dru­tów kol­cza­stych na szczy­cie murów nie pozo­sta­wiała wąt­pli­wo­ści, że po dru­giej stro­nie miesz­kają ludzie z kiep­ską repu­ta­cją. Z kiep­ską repu­ta­cją? Zła­pała się na poli­tycz­nej popraw­no­ści, mimo że zawsze sta­rała się mówić, co myśli. Jaką, kurwa, kiep­ską repu­ta­cją? Nie zacho­wuj się, jak­byś była na spo­tka­niu dyplo­ma­tów? Prze­cież to prze­stępcy. Gdy­bym mogła, wsa­dzi­ła­bym tu wszyst­kich dup­ków, któ­rzy zdra­dzają swoje żony. Powinni tam umrzeć, gwał­ceni każ­dego dnia przez dużych, czar­no­skó­rych prze­stęp­ców z ame­ry­kań­skich fil­mów. Pod­gło­śniła radio, chcąc zagłu­szyć wła­sne sumie­nie.

– Nie prze­sa­dzaj. Ty też zdra­dza­łaś – ode­zwał się w niej głos, który natych­miast zdła­wiła krót­kim tek­stem.

– Nie pier­dol… Jakie to ma zna­cze­nie? Nie ja byłam pierw­sza.

– Możesz tak nie prze­kli­nać?! – dys­ku­to­wała znowu ze sobą.

– Daj mi spo­kój. Wolę prze­kli­nać, niż pić.

Wul­garne słowa zde­cy­do­wa­nie czę­ściej gościły w jej ustach niż alko­hol. Ruda nie gar­dziła whi­sky i dobrą wódką, ale po drinka się­gała oka­zjo­nal­nie – najczę­ściej na poprawę humoru pod­czas kor­po­ra­cyj­nych imprez inte­gra­cyj­nych raz w roku, i od czasu do czasu w domu, kiedy przy­cho­dził week­end. Zda­rzało się, że hasło „Pią­tek, pią­tu­nio” otwie­rało barek. Kiedy już wypiła, zawsze pła­kała. Ana­li­zo­wała swoje życie, nie tylko dale­kie od ide­ału, ze wzlo­tami i upad­kami, ale przede wszyst­kim dale­kie od nor­mal­no­ści. Miała osiem­na­ście lat, gdy pew­nego dnia matka razem z ojczy­mem zamknęli przed nią drzwi domu. Cztery dni po uro­dzi­nach, kiedy chciała wyjść wie­czo­rem, powłó­czyć się bez koniecz­no­ści infor­mo­wa­nia rodziny, kiedy wróci, drogę zagro­dził jej ojczym.

– Ni­gdzie nie pój­dziesz – zako­mu­ni­ko­wał.

– Od czte­rech dni mogę już decy­do­wać sama za sie­bie – odpo­wie­działa, patrząc mu pro­wo­ka­cyj­nie pro­sto w oczy. – Nie mam poję­cia, o któ­rej wrócę – dodała i osten­ta­cyj­nie zdjęła z wie­szaka kurtkę.

Kiedy obra­cała się do drzwi wyj­ścio­wych, poczuła mocne ude­rze­nie w twarz. Pra­wie upa­dła. Zła­pała się za poli­czek i poszu­kała wzroku matki. Ta, nie­wzru­szona, stała w dru­gim końcu przed­po­koju. Brak reak­cji Ruda odczy­tała tylko w jeden spo­sób: „Nie znaj­dziesz we mnie sojusz­nika”. Wybie­gła z pła­czem na dwór. Rzu­ciła się w ramiona naj­lep­szej kole­żanki i poszły w mia­sto. Zamie­rzały spę­dzić razem wie­czór, ale nie przy­pusz­czały, że będą zmu­szone spać w pokoju Anki, w jed­nym łóżku. Kiedy bowiem przed pół­nocą Ruda poja­wiła się z powro­tem w domu, zastała zamknięte drzwi, przed któ­rymi leżały dwa duże foliowe worki z jej rze­czami. To był jasny sygnał, że skoń­czyła się jej przy­goda w rodzin­nym domu. Nikt jej tu nie chciał, a i ona nie miała zamiaru jeść śnia­dań w ponu­rej atmos­fe­rze. Nie zapu­kała do drzwi. Jeżeli spa­ko­wane rze­czy miały być tylko stra­sza­kiem poka­zu­ją­cym jej miej­sce w sze­regu, to ona wła­śnie zde­cy­do­wała, że do niej się nie strzela… nawet ze śle­pej amu­ni­cji. Chwy­ciła worki, podała Ani ten lżej­szy i wybie­gły z klatki scho­do­wej. Po dwóch nocach spę­dzo­nych u przy­ja­ciółki poje­chała do ojca, któ­rego prak­tycz­nie nie znała. Miała dwa lata, kiedy odszedł. Poznała go dopiero czter­na­ście lat póź­niej, i to tylko na swoją prośbę. Czuła, że musi wresz­cie spoj­rzeć w oczy komuś, kto dał jej życie. Mię­dzy nimi nie było żad­nych więzi emo­cjo­nal­nych, żad­nej tęsk­noty i potrzeby roz­mowy. Nawet powi­ta­nie odbyło się bez poca­łunku w poli­czek. Jesz­cze wtedy nie mogła sobie zda­wać sprawy z tego, że ojciec wróci do jej życia i ode­gra ważną rolę, kiedy ona znaj­dzie się w śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwie.

 

Po dwóch mie­sią­cach poznała chło­paka z osie­dla. Miesz­kał w bloku naprze­ciwko. Zako­chała się miło­ścią mło­dzień­czą, nie­doj­rzałą i pełną skraj­nych emo­cji. Nie miała wąt­pli­wo­ści, że chce z nim być, rów­nież dla­tego, żeby zacząć doro­słe, samo­dzielne życie na wła­sny rachu­nek. Czę­ściej noco­wała u chło­paka niż w domu ojca. W końcu, któ­re­goś dnia do pokoju zapu­kała matka chło­paka. Sta­nęła w drzwiach z gotową pro­po­zy­cją, która w zasa­dzie nie pozo­sta­wiała jej moż­li­wo­ści wyboru.

– Możesz tu miesz­kać – zako­mu­ni­ko­wała suchym gło­sem – ale musi być ślub – dodała i zamknęła drzwi.

Zgo­dziła się. Wszystko zała­twili w kilka tygo­dni. Kiedy w sobot­nie przed­po­łu­dnie poja­wili się w urzę­dzie stanu cywil­nego uzgod­nić ter­min ślubu, oprócz nich były jesz­cze cztery pary. Wszyst­kie dziew­czyny w ciąży. Ona jedna z pro­stą sukienką na brzu­chu. Kiedy sta­nęli przed urzęd­niczką, ta zdez­o­rien­to­wana zsu­nęła oku­lary na nos i patrząc na Rudą, zako­mu­ni­ko­wała:

– Nie widzę pod­staw do udzie­le­nia ślubu.

Zawo­łała przy­szłego teścia Rudej i z wyrzu­tem, połą­czo­nym z żąda­niem, powie­działa:

– Pan chyba nie wie, co robi! Jestem tole­ran­cyjna, ale pan? Pozwala pan tym dwojgu wziąć ślub w tak mło­dym wieku? Bez ciąży, bez żad­nego istot­nego powodu?

– To moja sprawa, na co ja pozwa­lam, a na co nie – odparł przy­szły teść Rudej.

Urzęd­niczka poki­wała odmow­nie głową. Nie chciała dać zgody mię­dzy innymi ze względu na zbyt młody wiek chło­paka. Nie miał jesz­cze 21 lat. Wtedy do roz­mowy włą­czyła się Ruda.

– Wysoki sądzie – zaczęła z należną powagą i god­no­ścią, aby chwilę póź­niej przejść do ataku. – Czy gdy­bym bzyk­nęła się za rogiem z przy­pad­ko­wym chło­pa­kiem i miała z nim dziecko, to wtedy mia­łaby pani istotny powód, aby udzie­lić mi ślubu? Bez miło­ści? Bez naj­waż­niej­szego powodu, dla któ­rego ludzie są ze sobą przez całe życie? – spy­tała odważ­nie z mło­dzień­czą naiw­no­ścią i wiarą w nie­śmier­tel­ność motyli w brzu­chu.

Kiedy sytu­acja sta­wała się bez­na­dziejna, zawsze mówiła, co myśli, zawsze brała sprawy w swoje ręce. Tam, gdzie inni kapi­tu­lo­wali, ona dopiero roz­po­czy­nała walkę.

Urzęd­niczka prze­wró­ciła oczami. Spoj­rzała na Rudą z poli­to­wa­niem.

– Miło­ści? Przez całe życie? Dziecko, nie masz poję­cia, o czym mówisz. Gdyby motyle w brzu­chu odpo­wia­dały za szczę­śliwe mał­żeń­stwo, żadna zupa w tym kraju nie byłaby za słona. Wiesz, dla­czego ludzie opi­sują miłość moty­lami w brzu­chu? Bo one krótko żyją. Więk­szość zdy­cha po kilku godzi­nach, a te naj­bar­dziej wytrwałe po kilku mie­sią­cach. Ot i cała miłość. – W gło­sie kobiety sły­chać było coraz wię­cej nega­tyw­nych emo­cji.

Ruda słu­chała w mil­cze­niu i zasta­na­wiała się, kto kobie­cie zro­bił krzywdę i jak wielką. Musiała tra­fić na nie­złego palanta – pomy­ślała. Chwilę póź­niej z zamy­śle­nia wyrwał ją głos urzęd­niczki.

– Dobrze, dam wam ten ślub. Cie­kawe, na któ­rej roz­pra­wie sądo­wej się spo­tkamy, o ali­menty czy roz­wo­do­wej? – mówiąc to, uśmiech­nęła się zło­śli­wie.

Ruda pierw­szy raz zaszła w ciążę osiem lat po ślu­bie. Nie dla­tego, że wcze­śniej nie mogła, ale dla­tego, że nie chciała. Ona usta­lała reguły. Chciała sza­leć, zwie­dzać i zdo­by­wać świat. Żyła chwilą. Myśle­nie o bli­żej nie­zde­fi­nio­wa­nej przy­szło­ści było dla niej abs­trak­cyjne i śmieszne. Wolała żyć w świe­cie, w któ­rym wizyty u kole­ża­nek na piżama party zda­rzają się zde­cy­do­wa­nie czę­ściej niż zakupy kremu na zmarszczki. Prze­cież trzy­dzie­sto­lat­ko­wie się nie sta­rzeją. Ow­szem, mają dzieci, męczącą i stre­su­jącą pracę, ale siwie­jące włosy zda­rzają się wyłącz­nie tym, któ­rym Bóg namie­szał w genach za karę. Na pewno ist­nieje na świe­cie grupa ludzi, która obok potę­pie­nia za grzech pier­wo­rodny, dostała jesz­cze bonu­sowe nie­do­god­no­ści, jak siwie­jące włosy albo kurze łapki wokół oczu w wieku trzy­dzie­stu lub czter­dzie­stu lat. Ona była pewna, że wymyka się tej kla­sy­fi­ka­cji. W swo­jej wizji przy­szło­ści była nie­zmien­nie młoda i zaje­bi­ście szczę­śliwa. Nawet kiedy uro­dziła dwóch synów, nie prze­sta­wiła się na inny tryb myśle­nia, w któ­rym prio­ry­te­tem jest myśle­nie o wła­snej sta­ro­ści. Była cho­dzą­cym zaprze­cze­niem powie­dze­nia „Z kim się zada­jesz, takim się sta­jesz”. Prze­by­wa­nie wśród spe­cja­li­stów od ubez­pie­czeń na życie nie uru­cho­miło w niej potrzeby zadba­nia o wła­sne w takim stop­niu, w jakim pro­po­no­wała dbać o nie swoim klien­tom. Była jak otyły lekarz spor­towy lub die­te­tyk z cho­ro­bliwą nad­wagą, prze­ko­ny­wała do cze­goś, do czego sama ni­gdy się nie sto­so­wała.

Od kiedy została agentką ubez­pie­cze­niową, sporo jeź­dziła, odwie­dzała klien­tów w ich domach, w miej­scach pracy i odpo­czynku. Z powo­dze­niem mogłaby zostać prze­wod­niczką tury­styczną z licen­cją na Pomo­rze Zachod­nie. Pod­czas podróży miała czas na rachu­nek sumie­nia i pod­su­mo­wa­nia, cho­ciaż w tam­tym cza­sie powie­dze­nie c’est la vie było wytłu­ma­cze­niem wszyst­kich jej błę­dów i pro­ble­mów. Wolała zwa­lić winę na los i skwi­to­wać wszystko zda­niem „jakoś to będzie”, niż zna­leźć błąd w swoim postę­po­wa­niu. Mimo trud­nych lek­cji, jakie dosta­wała od życia, nie wycią­gała wnio­sków, nie uczyła się na cudzych, a tym bar­dziej na swo­ich błę­dach. Wybie­ga­nie myślami w przy­szłość dal­szą niż kilka dni nie miało dla niej sensu. Zbyt czę­sto jako młoda dziew­czyna spa­rzyła się poraż­kami, które nie były zależne od niej, żeby dzi­siaj wie­rzyć, że ma wpływ na to, co będzie za dzie­sięć lat. Żyła chwilą, którą musiała mieć pod kon­trolą. Każdy, kto obser­wo­wał ją z boku, widział dwie Rude – dia­bła i anioła, anioła i dia­bła. Była w niej jakaś schi­zo­fre­niczna dwu­bie­gu­no­wość – z jed­nej strony wie­działa, jak powinno się postą­pić, ale z jakichś nie­zna­nych przy­czyn robiła dokład­nie odwrot­nie. Pra­co­wała w ubez­pie­cze­niach, ucząc ludzi sza­cunku do pie­nię­dzy, swo­jego życia i losu bli­skich, ale ni­gdy nie pomy­ślała, że pierw­szą osobą, któ­rej powinna dać taką lek­cję, jest ona sama.

Od dwu­dzie­stu minut jechała już poza mia­stem, prze­ci­na­jąc samo­cho­dem zale­sione tereny i wąskie drogi asfal­towe Pomo­rza Zachod­niego.

– Kiedy oni wresz­cie zro­bią te lokalne drogi? – powie­działa gło­śno do sie­bie, pod­ska­ku­jąc na kolej­nych dziu­rach i wybo­jach – Cho­lerna pro­win­cja. Pomor­skie, zapo­mniane przez świat zadu­pie! – narze­kała, mija­jąc kolejną pope­ge­erow­ską wieś.

Sporo było takich miejsc w Zachod­nio­po­mor­skiem – opusz­czo­nych, wylud­nia­ją­cych się mia­ste­czek i wsi widm z ponie­miec­kimi, cegla­stymi dom­kami. W każ­dym z nich obo­wiąz­ko­wym punk­tem były roz­pa­da­jące się budynki po Pań­stwo­wych Gospo­dar­stwach Rol­nych i wyma­ga­jące kapi­tal­nego remontu kościółki z czer­wo­nej cegły. Po osiem­dzie­sią­tym dzie­wią­tym roku i prze­mia­nach gospo­dar­czych ktoś chyba posta­no­wił, że takie miej­sca muszą umrzeć śmier­cią natu­ralną, albo naiw­nie wie­rzył, że więk­szość ludzi zda­nych kie­dyś na pracę w PGR-ach, nie­ma­ją­cych poję­cia o wol­no­ryn­ko­wym budo­wa­niu pry­wat­nych biz­ne­sów, weź­mie sprawy w swoje ręce i zrobi z tego drugą Japo­nię. Absurd. Nowe poko­le­nia musiały uczyć się na wła­snych błę­dach tego, jak w miarę bez­bo­le­śnie prze­sko­czyć z epoki real­nego socja­li­zmu do kapi­ta­li­zmu. Mło­dzi, przy wspar­ciu odważ­nych rodzi­ców z wyobraź­nią, ucie­kali do miast. Więk­szość marzyła o pracy w kor­po­ra­cjach. Ci, któ­rzy mieli mniej szczę­ścia, ucie­kali za gra­nicę do pracy fizycz­nej. Nie­licz­nym uda­wało się zostać i na zglisz­czach gospo­darki cen­tral­nie pla­no­wa­nej zbu­do­wać gospo­darkę indy­wi­du­al­nego suk­cesu. Wła­sny biz­nes na początku lat dzie­więć­dzie­sią­tych rzą­dził się wła­snymi pra­wami. Były wśród nich takie, które pozwa­lały jedy­nie wią­zać koniec z koń­cem, takie, które mozol­nie budo­wały klasę śred­nią, ale też takie, które przy­no­siły milio­nowe zyski. Nie zawsze legalne. W każ­dym z tych przy­pad­ków wła­ści­ciele budzili powszechną zazdrość oraz bar­dziej lub mniej skry­waną nie­na­wiść, typowo pol­ską żółć, która uru­cha­miała naj­gor­sze instynkty. Kra­dzieże i znisz­cze­nia mie­nia nowo­bo­gac­kich nie budziły więk­szego zdzi­wie­nia. Zasta­na­wiano się nie czy, tylko kiedy na wsi okradną jakiś pry­watny skle­pik lub dla zasady wybiją szybę, żeby się skur­wy­sy­nowi za dobrze nie wio­dło. Ruda jechała wła­śnie do trze­ciej żony jed­nego z biz­nesmenów, który w latach dzie­więć­dzie­sią­tych dobrze wyczuł kie­ru­nek zmian i zało­żył wła­sny biz­nes, czę­ściowo wyko­rzy­stu­jąc infra­struk­turę PGR-u. On zaj­mo­wał się firmą, ona miała po pro­stu być. Dużo młod­sza od Rudej, miała już tyle, ile ona nie będzie miała ni­gdy. Nawet całe życie harówki nie da jej tyle, co rok bycia żoną jed­nego z boga­tych. Pani Bogata, jak ją nazy­wała, ni­gdy nie pra­co­wała. Piękna i zgrabna jak z okładki „Vogue’a”. Jedna z tych, które leżą i pachną. Kiedy otwo­rzyła drzwi, powiało zło­tem, chwilę póź­niej chło­dem:

– Ma pani pięć minut – usły­szała od kobiety, która po przy­wi­ta­niu z non­sza­lan­cją obró­ciła się na pię­cie, tak aby saty­nowy szla­frok zafa­lo­wał przed nosem Rudej.

Ruszyła w kie­runku dębo­wego stołu w salo­nie z wido­kiem na ogród w stylu japoń­skim. Już od drzwi widać było, że kobieta żałuje, że zgo­dziła się poświę­cić kilka minut agentce od ubez­pie­czeń. Kiedy Ruda zadzwo­niła do niej tydzień temu i powo­łała się na jej kolegę z daw­nych lat, sły­chać było zasko­cze­nie i nie­skry­waną radość. Musieli mieć romans, bo mówiła o nim w taki spo­sób, że gdyby Ruda go nie znała, zako­cha­łaby się w nim już na pod­sta­wie rela­cji Pani Boga­tej. Chyba tylko dla­tego zgo­dziła się na spo­tka­nie z Rudą. Dziś oka­zy­wała już nie­chęć. Mowa jej ciała wyra­żała: byle szybko, szkoda mi czasu na jakieś ubez­pie­cze­niowe bzdety. No, cze­kaj ty, kurwo – Ruda odpo­wie­działa w myślach, idąc za Bogatą.

Kiedy usia­dły w salo­nie, Ruda nie zro­biła żad­nego wstępu, nie siliła się na small talk i nie pochwa­liła nowych mar­mu­rów spro­wa­dzo­nych z Włoch na spe­cjal­nie zamó­wie­nie. Posta­no­wiła roz­po­cząć od hasła „Polisa na życie”, które zawsze wywo­łuje w klien­tach strach i odrzu­ce­nie. Dla więk­szo­ści to abs­trak­cyjne poję­cie i nie­wielu chce roz­ma­wiać otwar­cie o czymś, co według nich odda­lone jest o lata świetlne. Tym bar­dziej że miała przed sobą dwu­dzie­sto­pię­cio­latkę. Dla takich mówie­nie o śmierci ma sens tylko pod­czas oglą­da­nia seriali kry­mi­nal­nych i to z ogra­ni­cze­niem zestawu poten­cjal­nych umar­la­ków wyłącz­nie do boha­te­rów dru­giego planu. Ruda posta­no­wiła wypro­wa­dzić dziew­czynę ze strefy kom­fortu.

– Co pani zrobi, jeżeli dziś wie­czo­rem pani mąż nie wróci na kola­cję? – zaczęła.

Wie­działa, że ma tylko pięć minut, a to sta­now­czo zawę­ziło listę pytań, któ­rymi mogła roz­po­cząć kon­wer­sa­cję zorien­to­waną na sprze­daż.

– Co pani wyga­duje?! Ma być za godzinę. Dzwo­nił wła­śnie – odpo­wie­działa prze­ra­żona Pani Bogata, jakby sce­na­riusz, o któ­rym usły­szała, był nie­odwo­łal­nym wyro­kiem, a nie mani­pu­la­cją spraw­nego sprze­dawcy.

– Załóżmy, że nie wróci. Mógł mieć wypa­dek. Być może nawet nie żyje.

Ruda nie miała lito­ści. Była jak młody, ale już obe­znany z naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nymi stra­te­giami sza­chi­sta, który posta­wił sobie za cel skar­ce­nie począt­ku­ją­cego kolegi. Mat szew­ski w czte­rech ruchach był tym, co dawało jej przy­pływ adre­na­liny, a wyrzut hor­mo­nów szczę­ścia po ostat­nim ruchu mogła porów­nać tylko z dzia­ła­niem nar­ko­tyku. Napa­wała się chwilą, która dawała jej poczu­cie wła­dzy i pano­wa­nia nad świa­tem.

– Boże… nie wiem, co zro­bię – odpo­wie­działa kobieta, się­ga­jąc ner­wowo po fili­żankę do połowy wypeł­nioną chłodną już kawą.

– To ja pani powiem – odpo­wie­działa Ruda. – Nic pani nie zrobi. Będzie pani w czar­nej dupie. Macie roz­dziel­ność mająt­kową i firmę, któ­rej nie jest pani udzia­łow­cem – tłu­ma­czyła Boga­tej sce­na­riusz poten­cjal­nych wyda­rzeń.

Nawet tro­chę się dzi­wiła, że ludzie w takiej sytu­acji pozwa­lają jej na bez­par­do­nowe ataki i malo­wa­nie przy­szło­ści w czar­nych bar­wach. Ona ni­gdy by sobie na to nie pozwo­liła. Wywa­li­łaby takiego agenta za drzwi już po pierw­szym zda­niu, w któ­rym wyczu­łaby chęć domi­na­cji.

– Ale…

– Pani jest tylko żoną – prze­rwała.

Delek­to­wała się wyra­zem jej twa­rzy. Wyobraź­nią malo­wała pod jej oczami kurze łapki, samotną sta­rość i bez­sens. To cze­kało takie jak ona.

 

– Macie trzy samo­chody – kon­ty­nu­owała Ruda. – Wszyst­kie w leasingu. Kre­dyt obro­towy i kon­ce­sje na wódkę. Jeżeli firma popad­nie w kło­poty, a pani mężowi coś się sta­nie, nie zdąży go pani pocho­wać, a syn­dyk masy upa­dło­ścio­wej wszystko pani zabie­rze. Na trumnę dla męża poży­czy pani od rodziny.

Uświa­da­mia­nie naiw­nych to przy­jemna chwila. Upa­jała się prze­ra­że­niem w oczach kobiety i brzmie­niem osta­tecz­nego pyta­nia, które klienci zada­wali nie­mal natych­miast po tym, jak skoń­czyła przed­sta­wiać wizję orga­ni­za­cji pogrzebu.

– Ile to będzie kosz­to­wało? – Bogata wska­zała pal­cem na papiery ubez­pie­cze­niowe leżące na stole.

Ruda w takich sytu­acjach pra­wie ni­gdy nic nie mówiła. Spo­koj­nie wycią­gała z tek­tu­ro­wej teczki plik doku­men­tów, prze­wra­cała na ostat­nią stronę i poka­zy­wała dwa punkty – cenę oraz miej­sce na pod­pis.

Pani Bogata wzięła dłu­go­pis do ręki, szybko prze­je­chała wzro­kiem po tre­ści doku­mentu, uda­jąc, że przy­swaja wie­dzę zawartą w aka­pi­tach pisa­nych małym dru­kiem, i bez jed­nego słowa pod­pi­sała papier.

– Pro­szę pozdro­wić męża – powie­działa Ruda na poże­gna­nie i już miała wycho­dzić, kiedy na koniec posta­no­wiła jesz­cze zarzu­cić przy­nętę. – Wie pani, bo ja pra­cuję nie tylko w „życiówce”, rów­nież w „mająt­kach”… gdyby mąż potrze­bo­wał wspar­cia przy zabez­pie­cze­niu firmy, jakichś nie­ru­cho­mo­ści, maszyn, to pro­szę o mnie pamię­tać. Chęt­nie pomogę, a jak pani widzi, to nie zaj­muje dużo czasu – zakoń­czyła i z rado­ścią opu­ściła mar­mu­rowe salony.

Pięć minut… nie lubiła tej pre­sji czasu, ale kiedy już przy­szło jej dzia­łać z pisto­le­tem przy gło­wie, była w tym dobra. Zada­niowcy tak mają. Wbrew pozo­rom nie są to ludzie, któ­rzy kochają nie­ustan­nie wysoki poziom adre­na­liny. Zado­wa­lają się odpo­wied­nio dużą dawką raz na jakiś czas. Naj­chęt­niej pisa­liby książki w zaci­szu domo­wego gabi­netu z wido­kiem na góry lub morze, ale pre­sja i stres nie zabi­jają w nich sku­tecz­no­ści.

Czas. Tak mało miała go dla sie­bie. Zawsze wsta­wała przed wszyst­kimi, żeby wyko­rzy­stać każdą minutę w ciszy, spo­koju i samot­no­ści. Była pierw­sza na nogach nie tylko w domu, ale w całym mia­steczku. Chciała mieć chwilę dla sie­bie, kiedy wszy­scy jesz­cze śpią. Towa­rzy­szyły jej wtedy tylko ptaki. Po natę­że­niu ich głosu wie­działa, która jest godzina, śpie­wały bowiem jak sza­lone, a dźwięki wyda­wały się tak inten­sywne, jakby ktoś prze­pusz­czał je przez naj­lep­szej jako­ści wzmac­niacz. Ptaki śpie­wają tak gło­śno tylko rano, tuż przed świ­tem. Zaczy­nają zwy­kle około pią­tej drobną roz­grzewką, aby pół godziny póź­niej przejść w naj­waż­niej­szą część swo­jego kon­certu, a około szó­stej zakoń­czyć łagod­nie, jakby odczy­ty­wały na zapi­sie nuto­wym pole­ce­nie calando.

Ruda czę­sto spała przy otwar­tym oknie, żeby nie włą­czać budzika. Jego dźwięk posta­wiłby z pew­no­ścią na nogi cały dom. Dziwne. Więk­szość ludzi ni­gdy nie budzi się na dźwięk śpiewu pta­ków, a nawet naj­bar­dziej wyci­szony dzwo­nek elek­tro­nicz­nego urzą­dze­nia potrafi wyrwać ich z łóżka w kilka sekund. Była pewna, że pro­du­cenci tych gadże­tów weszli w posia­da­nie jakichś tajem­ni­czych badań, które udo­wod­niły, że czę­stotliwość dźwię­ków wyda­wa­nych przez tele­fony, zegarki i budziki, w spe­cy­ficzny spo­sób pobu­dza naszą pod­świa­do­mość, która następ­nie wysyła infor­ma­cje do kory nad­ner­czy, a ta zaczyna pro­du­ko­wać kor­ty­zol. Nara­sta­jący poziom hor­monu stresu natych­miast prze­łą­cza nasz orga­nizm w stan walki, przy­po­mina, że za dwie godziny czeka nas kor­po­ra­cyjny młyn, gdzie głę­boko w dupie mają śpiew pta­ków i łagodne wybu­dza­nie pro­mie­niami słońca. Po takiej pobudce nasz układ wzro­kowy, zamiast zie­lo­nych liści drzew, w któ­rych sie­dzą pustułki, sójki i wró­ble, zaczyna widzieć czer­wone słupki nie­do­wie­zio­nych celów sprze­da­żo­wych.

Ruda nauczyła się uni­kać takich poran­ków jak ognia. Miała swój wła­sny patent na pobudkę, ale był to jedyny moment w ciągu całego dnia, w któ­rym żyła w zgo­dzie z naturą. Ta na dro­dze milio­nów lat ewo­lu­cji wypra­co­wała nie­za­wodny mecha­nizm, który ste­ro­wał gatun­kami zwie­rząt i roślin – natu­ralne budze­nie się orga­ni­zmu pod wpły­wem pro­mieni sło­necz­nych i przy­spie­sza­ją­cego meta­bo­li­zmu. Budze­nie się w ryt­mie nie­sły­szal­nego zegara sło­necz­nego było jak roz­pę­dza­nie cięż­kiej maszyny paro­wej, powoli, od środka, przy­spie­sza­jąc sys­te­ma­tycz­nie, aby po chwili sunąć po torach płyn­nie i szybko. Czło­wiek jest jedyną istotą, która utra­ciła instynkt samo­za­cho­waw­czy i świa­do­mie ten pro­ces zabu­rza. Żaden inny gatu­nek na Ziemi ni­gdy nie podej­mo­wał i nie podej­muje dzia­łań tak destruk­cyj­nych dla sie­bie jak homo sapiens. Yuval Har­rari ma rację, pisząc, że możemy wykoń­czyć się sami, pędząc w tem­pie wykład­ni­czym od homo sapiens do homo deus. Potra­fi­li­śmy zabić lub przy­czy­nić się do wygi­nię­cia wielu gatun­ków zwie­rząt i roślin, ale jeste­śmy jedy­nym, który świa­do­mie wynisz­cza sie­bie, wie o tym i nie robi nic lub nie­wiele, by temu zapo­biec. Sam tylko cukier zabija w ciągu roku wię­cej ludzi niż wszyst­kie wojny i zama­chy ter­ro­ry­styczne razem wzięte.

Te ostat­nie jed­nak widać. Są spek­ta­ku­larne, media zapę­tlają zdję­cia z momentu wybu­chu do kilku minut, a eks­perci od ter­ro­ry­zmu dys­ku­tują nad tym na wizji przez wiele godzin. Biała śmierć zabija po cichu, od środka. Jest dużo gor­sza od nar­ko­ty­ków, bo nie nie­sie z sobą odrzu­ca­ją­cego widoku upodlo­nego, znisz­czo­nego czło­wieka, któ­rego prze­cież można zmu­sić jesz­cze do pod­ję­cia tera­pii. Miaż­dżycy, nad­ci­śnie­nia i nie­ustan­nej obec­no­ści zawy­żo­nego poziomu kor­ty­zolu we krwi nie widać gołym okiem. Umie­ramy cicho i przed­wcze­śnie. Jed­nak rów­no­le­gle trwa wyścig o uczy­nie­nie czło­wieka nie­śmier­tel­nym i za kil­ka­dzie­siąt lat fak­tycz­nie garstka z nas będzie żyła „wiecz­nie”. Już nie­długo nauka umoż­liwi nam doży­wa­nie dwu­stu i wię­cej lat. Uła­twią to nie tylko leki, ale rów­nież prze­szczepy narzą­dów dru­ko­wa­nych na bio­dru­kar­kach. Para­doks naszych cza­sów – powoli docho­dzimy do per­fek­cji w skra­ca­niu sobie życia, zabi­ja­niu samych sie­bie jedze­niem, czyn­no­ścią, która w swo­jej isto­cie ma utrzy­mać nasze funk­cje życiowe, a z dru­giej strony część ludz­ko­ści będzie za chwilę cybor­gami żyją­cymi po 200 lat. Gdyby tylko Ruda miała świa­do­mość, że jej życie będzie balan­so­wać na kra­wę­dzi, na pewno zmie­ni­łaby jego styl, na pewno by zwol­niła, na pewno w porę zacią­gnę­łaby hamu­lec.

Dzi­siej­szy pora­nek zaczęła tak jak lubi naj­bar­dziej. Leżała w wan­nie i prze­glą­dała się w ręcz­nym lusterku. Wni­kli­wie ana­li­zo­wała układ swo­ich brwi. Za grube – pomy­ślała – i zbyt krza­cza­ste. Muszę coś z tym zro­bić. Spoj­rzała na zega­rek. Docho­dziła 7.30. Czas zro­bić śnia­da­nie i obu­dzić dzieci do przed­szkola.

– Znowu nie zdążę zro­bić maki­jażu! – powie­działa na głos ze smut­kiem.

Ruda była jedną z tych osób, które przy­pi­sy­wały nad­rzędną rolę apa­ry­cji. Pierw­sze wra­że­nie miało być pio­ru­nu­jące. Ale ktoś, kto dba o wygląd bar­dziej niż o to, czy zapła­cił rachu­nek za świa­tło, wcze­śniej czy póź­niej zde­rza się z pro­ble­mem pod tytu­łem czas. Miała go sta­now­czo za mało.

Wyszła z łazienki. W domu było jesz­cze bar­dzo cicho. Chłopcy spali w naj­lep­sze. Poszła do kuchni i włą­czyła eks­pres. Kawa nie tyle ją budziła, ile pozy­tyw­nie nakrę­cała do życia. Lubiła jej zapach i smak. Efekt pod­wyż­szo­nego ciśnie­nia po wypi­ciu espresso już dawno prze­stał jej doty­czyć. Aby mogła stwier­dzić pobu­dza­jące dzia­ła­nie kawy, musia­łaby wlać w sie­bie tyle kofe­iny, ile zmie­ści się w dzie­się­ciu fili­żan­kach naraz. To był efekt wie­lo­let­niego sto­so­wa­nia małej czar­nej jako zamien­nika wody, her­baty i soków owo­co­wych. Była nało­go­wym kawo­szem. W ocze­ki­wa­niu na naj­po­pu­lar­niej­szą używkę świata włą­czyła kom­pu­ter. Zaczęła spraw­dzać e-maile, naj­now­sze wia­do­mo­ści z kraju i ze świata. Wczy­tała się w jakąś infor­ma­cję o poża­rze kamie­nicy. Po kilku minu­tach wpa­try­wa­nia się w ekran znowu to poczuła – nara­sta­jący ból głowy. Poja­wiał się od jakie­goś czasu. Zazwy­czaj łapał ją w pracy, kiedy sie­działa przy kom­pu­terze, wypeł­nia­jąc tabelki w Excelu. Była pewna, że to wła­śnie kon­cen­tra­cja na znie­na­wi­dzo­nych cyfer­kach, komór­kach pro­gramu od tabe­lek, słup­kach i wykre­sach była przy­czyną tego, że jej mózg buzo­wał, goto­wał się od nad­miaru zbęd­nych ilo­ści danych. Jed­nak tym razem ból poja­wił się w innych oko­licz­no­ściach, co bar­dzo ją zanie­po­ko­iło. Poło­żyła czoło na sple­cio­nych dło­niach opar­tych o kuchenny blat i zamknęła oczy. Przez chwilę sta­rała się ziden­ty­fi­ko­wać źró­dło bólu. Dotknęła ręką poty­licy. Czuła, że boli w środku i pro­mie­niuje lekko do góry w stronę kości cie­mie­nio­wej. Odcze­kała chwilę, nim orga­nizm zaak­cep­to­wał pierw­szy próg bólu i przy­zwy­czaił się do sygnału ostrze­gaw­czego, po któ­rym mógł wró­cić do wyko­ny­wa­nia czyn­no­ści, które wła­śnie prze­rwał. Spoj­rzała znowu w ekran lap­topa. Chciała dokoń­czyć czy­ta­nie arty­kułu, wciąż jed­nak nie mogła prze­stać myśleć o nie­po­ko­ją­cych obja­wach. Czy tak wygląda począ­tek migreny? – pytała samą sie­bie. A może to ze stresu? – szu­kała przy­czyny. Usły­szała hałas w pokoju star­szego syna. Za chwilę jego gło­śne pyta­nia i krzą­ta­nina po domu obu­dzą młod­szego. Zacznie się ner­wówka. Zer­k­nęła na zega­rek. Minęła ósma. Mimo utrzy­mu­ją­cego się bólu prze­szła w stan dzia­ła­nia pra­cu­ją­cej matki Polki. Szy­ko­wa­nie śnia­da­nia, pako­wa­nie i spraw­dza­nie ple­ca­ków, ubie­ra­nie. Póź­niej zajęła się sobą. W pośpie­chu zro­biła maki­jaż, obie­cała sobie, że to po raz ostatni i na pewno za tydzień zafun­duje sobie maki­jaż per­ma­nentny. Dopiła chłodną kawę. Poranny stan­dard w życiu samot­nej matki z kil­ku­let­nimi dziećmi.

Inne książki tego autora