Wystarczy przejść przez rzekęTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

1. Nadia

2. Zajtuna

3. Szarofat

4. Said

5. Parwiz

6. Umida

7. Bajram

8. Roza

9. Gulzat

10. Bołat

11. Ergasz

12. Ludwika

13. Erkin

Azja Środkowa – kalendarium najważniejszych wydarzeń

Notka redakcyjna

Przypisy


Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK

Redakcja: ANDRZEJ MUSZYŃSKI

Korekta: KAMIL BOGUSIEWICZ, HENRYKA SALAWA, ANETA TKACZYK, DOROTA TRZCINKA

Projekt graficzny: RK

Zdjęcia zamieszczone w książce: fot. LUDWIKA WŁODEK

Na okładce zdjęcie z Tadżykistanu

Opracowanie mapy: ANDRZEJ NAJDER

Przygotowanie zdjęć do druku: PIOTR KOŁODZIEJ

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

Skład i łamanie: Infomarket

© Copyright by Ludwika Włodek

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2014

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05714-8

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

1

Nadia

Na początku wydawało mi się, że jestem cwańsza niż miejscowi. Oni coś tam sobie mówią, ale to, co wynika z ich opowieści, jest tak pozbawione sensu, że wystarczy tylko trochę europejskiego opanowania, sprytu i dobrej logistyki, żeby pokonać wszystkie trudności. Potem wielokrotnie okazywało się, że to jednak miejscowi mają rację. Mimo to chyba już nigdy nie uda mi się oprzeć naiwnemu przekonaniu, że wystarczy przyjść wcześniej, chcieć bardziej, czy też jaśniej wyrazić swoje preferencje, żeby postawić na swoim. Ciągle wierzę, że tym razem się uda: przekonać kierowcę zbiorowej taksówki, żeby wziął tylko nas – przecież dopłacimy za brakujące osoby, zorganizować sobie transport wcześniej niż zwyczajowa godzina odjazdu albo pojechać inną drogą niż wszyscy. I zawsze ostatecznie kończę ściśnięta jak sardynka, upchana pomiędzy miejscowymi, albo czekająca w pustym samochodzie przed zamkniętymi drzwiami konsulatu czy na zapleczu nieczynnej restauracji.

Był wrzesień 1999 roku. Podróżowałam po Kirgizji z moim ówczesnym chłopakiem. Mieliśmy już za sobą cztery miesiące spędzone w Azji, przejechaliśmy lądem od Turcji po Indie i Nepal.

Po Indiach, w Kirgizji czuliśmy się jak w domu. Każdy napotkany Rosjanin wydawał nam się bliski jak brat, a sowiecka swojskość tej byłej republiki sprawiała, że ani razu nie poczuliśmy takiego wyobcowania jak przedtem w naszej podróży. Kiedy dwa miesiące wcześniej najedliśmy się bunk lassi (czyli jogurtu, zielonego od marihuany jak szpinak) w niegdysiejszej stolicy drawidyjskich Indii, starożytnym indyjskim Hampi, mieliśmy wrażenie, że wylądowaliśmy na innej planecie. Ruiny zagubione w dżungli, rachitycznie chudzi i dziwnie pachnący ludzie – wszystko to sprawiało, że wymyśliliśmy sobie paranoiczną, rasistowską teorię: miejscowi to małpy, a ich kobiety wywodzą się od kur.

W Kirgizji zawsze byli na podorędziu jakaś przemiła pani Irina albo cwany, ale swojski w tym swoim cwaniactwie, kierowca Igor, gotowi wytłumaczyć nam naprędce osobliwości miejscowej kultury, których nie byliśmy w stanie zrozumieć, obcując ze skośnookimi i czasem uparcie mało kontaktowymi Kirgizami. Brzmi strasznie. Wiem, na swoje usprawiedliwienie mogę tylko napisać, że mieliśmy wtedy po dwadzieścia trzy lata, nie czytaliśmy jeszcze Orientalizmu Saida i była to nasza pierwsza tak daleka, egzotyczna podróż. Byliśmy nią, szczerze mówiąc, wykończeni.

Dzień zero, o którym chcę opowiedzieć, nastał pewnego ranka w Biszkeku. Wybieraliśmy się już na południe, do Oszu. Każde dziecko w Biszkeku wie, że samochody do Oszu wyruszają pod wieczór z oskiego bazaru. My jednak chcieliśmy jechać już, natychmiast. Poszliśmy więc na bazar rano. Jak się nie da, jak się da, myśleliśmy sobie. Kilku kierowców nam odmówiło, kiedy pytaliśmy, czy są w stanie wyruszyć natychmiast, ale piąty czy szósty w końcu powiedział:

– A kiedy chcecie jechać?

– Teraz.

– Dobra, siadajcie.

Wgramoliliśmy się do środka, położyliśmy plecaki na wolnych siedzeniach busika i zapytaliśmy dla pewności:

– To kiedy jedziemy?

– Sczast’.

To rosyjskie słowo, które w zależności od kontekstu może oznaczać „teraz” albo „zaraz”, w pełni nas usatysfakcjonowało. Nie wiedzieliśmy, jak będziemy je przeklinać już za kilka godzin.

Po paru minutach kierowca rzeczywiście wsiadł do samochodu, włączył silnik i ruszyliśmy. Ujechaliśmy może ze dwa kilometry, kiedy busik zboczył z głównej drogi i zagłębił się w starą dzielnicę Biszkeku, gdzie po obu stronach obwiedzionych rynsztokami uliczek stoją niskie, jednopiętrowe domki, wszystkie z takimi samymi żelaznymi bramami, prawie bez okien od strony ulicy, a po metalowych rusztowaniach nad jezdnią pnie się winorośl.

Kierowca zaparkował pod jedną z bram i wyszedł z samochodu, rzucając na odchodnym w naszą stronę: sczast’.

Po kilku minutach zaczęliśmy się niepokoić; idąc jego śladem, trafiliśmy na podwórko. Jakaś uprzejma pani zaprosiła nas do środka i kazała siadać w pokoju, gdzie jedynym meblem był telewizor. Nieproszona włączyła go i wyszła. Pamiętam, że leciały rosyjskie wiadomości. Najbardziej zdziwiły mnie informacje z Afganistanu. Rządzili tam wtedy talibowie, Afganistan dla Zachodu był jedną wielką czarną dziurą i nikt się nim nie interesował. Tymczasem rosyjski prezenter donosił, że gdzieś tam w Afganistanie trwają walki pomiędzy talibami a usiłującymi odzyskać kontrolę nad częścią regionów mudżahedinami. Pewnie chodziło o Herat albo Pandższir, ale ponieważ wtedy żadna z tych nazw nic mi nie mówiła, to tego nie zapamiętałam. Potem była jeszcze mowa o fundamentalistach w Czeczenii i Dagestanie.

Wiadomości dawno się skończyły, busik z otwartymi na oścież drzwiami jak stał przed bramą, tak stał. Ruszyliśmy na poszukiwania kierowcy. Zastaliśmy go w sąsiednim pokoju, gdzie w najlepsze popijał herbatę w towarzystwie jakiegoś innego mężczyzny. Na nasz widok uśmiechnął się i szerokim gestem zaprosił, żebyśmy się do nich przyłączyli. Skonfudowani, dopytywaliśmy, kiedy pojedziemy. – Sczast’, siadajcie na razie.

I tak zeszła kolejna godzina, mężczyźni powoli zaczęli wstawać, na co i my podnieśliśmy się z kolorowych kurpaczy, czyli płaskich szmacianych poduszko-materaców, na jakich w Azji Środkowej poleguje się wokół specjalnego obrusa lub niskiego stolika. Sczast’, zatrzymał nas ręką jeden z nich.

Zostaliśmy więc w pokoju i tylko przez uchylone drzwi widzieliśmy, jak obaj zaczynają wynosić z szopy na podwórzu metalowe stoliki, składane parasole i stoły. Załadowali to całe wyposażenie sporej kawiarni do samochodu, którym mieliśmy przecież zaraz jechać do Oszu. Zajęło im to dobrą godzinę. Zbliżała się pora obiadu, o czym bezlitośnie przypominał rozchodzący się po całym domu zapach smażonej cebuli. Oczywiście zostaliśmy. Kiedy wreszcie padł sygnał do odjazdu, upał na ulicy już dawno zelżał. Było koło czwartej. Miejsca w busiku zrobiło się zdecydowanie mniej, bo pod naszymi nogami ułożono parasole, a za siedzeniami sterczały metalowe nóżki krzeseł. Było mniej wygodnie, ale uznaliśmy, że najważniejsze, że znów jesteśmy w drodze. Po piętnastu minutach zorientowaliśmy się, że wracamy na oski bazar. – O Jezu! – westchnęliśmy jednocześnie.

Busik zaparkował dokładnie tam, gdzie znaleźliśmy go rano. Kierowca otworzył drzwi. I niestety zgasił silnik.

Po chwili zaczęli podchodzić kandydaci na naszych współpasażerów. Po każdej kolejnej osobie wydawało nam się, że już naprawdę wystarczy, że już nikt więcej się nie zmieści.


Osz, Kotlina Fergańska, Kirgistan

 

Miotła to podstawowy sprzęt w każdym środkowoazjatyckim obejściu. Suche powietrze powoduje, że podwórka, szczególnie te z glinianej polepy, bardzo się kurzą. Czasem trzeba je zamiatać nawet pięć–sześć razy dziennie. Na zdjęciu stoisko z miotłami na bazarze w Oszu.

Ściśnięci na jednym siedzeniu, z nogami na plecakach wepchniętych między parasole, naprzeciwko mieliśmy staruszka w kirgiskiej wełnianej czapce, z podłużnym motywem trochę przypominającym wzorki na parzenicach albo podhalańskich drewnianych skopkach, jakie można kupić w Zakopanem albo Nowym Targu. Mój ojciec w takiej przywiezionej potem z Kirgizji czapce uwielbiał przechadzać się po Rzepiskach, wsi na Spiszu, gdzie mamy dom, i trzeba przyznać, że jej stylistyka świetnie wpisywała się w góralskie otoczenie.

Obok staruszka siedziała mniej więcej pięćdziesięcioletnia, farbowana na rudo brunetka. Bardzo przystojna. Miała bystre, świecące oczy i co jakiś czas błyskała do nas w uśmiechu swoimi złotymi zębami. Innych pasażerów już nie pamiętam, ale kiedy po mniej więcej godzinie odjeżdżaliśmy wreszcie na południe, było ich jeszcze co najmniej kilkoro.

Kiedy wyjechaliśmy z miasta, zmierzchało. A więc wszystko odbyło się zgodnie z planem. Dokładnie tak samo jak wszyscy inni podróżni udający się tego dnia z Biszkeku do Oszu, mieliśmy spędzić całą noc w drodze i dotrzeć tam następnego dnia koło południa.

Okazało się, że właścicielka błyszczących oczu i złotych zębów ma na imię Nadia, jest Tatarką i śmierdzą jej nogi. O tym ostatnim przekonałam się, kiedy atmosfera w busiku na tyle się rozluźniła, że zaczęliśmy się wszyscy układać do snu. Nadia bez pytania oparła stopy o stojące przed nami plecaki.

Tej nocy spędzonej w busiku, między Biszkekiem a Oszem, zaczęłam najpierw serdecznie nienawidzić Azji Środkowej, a później ją uwielbiać. Ponieważ i tak nie bardzo się dało spać, spędziliśmy kilka godzin na rozmowie z Nadią; od czasu do czasu wtrącali się inni pasażerowie. Kiedy dniało, miałam już wrażenie, jakbym ich wszystkich znała od lat. Wiedziałam, gdzie kto służył w wojsku, ile kto ma dzieci i jakie zajmuje miejsce w tej dziwnej i skomplikowanej mozaice ludów zamieszkujących region.

Kiedy wyjechaliśmy na rozległą równinę Kotliny Fergańskiej, słońce znowu stało wysoko na niebie. Po obu stronach szosy ciągnęły się pola dojrzewającej bawełny, a w miejscowościach, przez które przejeżdżaliśmy, na niezliczonych straganach piętrzyły się stosy melonów i arbuzów.

Po latach przeczytałam, jak Kotlinę Fergańską opisywał Bronisław Grąbczewski. Ten Polak i jednocześnie oficer armii carskiej, który dobrowolnie wybrał służbę na dalekich rubieżach Imperium Rosyjskiego, żeby przypadkiem nie przyszyło mu tłumić jakiegoś zrywu niepodległościowego rodaków, podróżował po Azji Środkowej pod koniec XIX wieku.

„Z Margielanu do Oszu prowadził gościniec dosyć dobrze utrzymany, przez bogatą Dolinę Fergany – opowiadał Grąbczewski. – Śliczne wioski toną w ogrodach z rozłożystemi drzewami morelowymi; powszędy brzoskwinie, granaty, krzewy figowe, grube łozy winogronowe, wsparte na rusztowaniach z drzewa i podobne do cienistych altan, w których dnie i noce spędzają krajowcy z rodzinami, uciekając z ciemnych i dusznych sakel (chałup z gliny z płaskiemi dachami). Pola zasiane kukurydzą, olbrzymiej wysokości, lub dżugarą (sorgo), której łodygi są tak wysokie, że człowiek z koniem tonie w dżungarowem polu jak w morzu.

Plantacje aromatycznych melonów stanowią jedną z podstaw bytu krajowców; olbrzymie kawony (arbuzy) o średnicy do 70 ctm. Są tak słodkie i soczyste, że lśni w nich skrystalizowany cukier. Płoty obsadzone są tykwą z ogromnemi owocami, które po wydrążeniu służą za dzbany do noszenia wody i za czylimy (kajlany) do palenia fajki przez wodę. Pola uprawiane są z drobiazgową starannością, z zastosowaniem sztucznej irygacji, gdyż od marca do października nie ma deszczów zupełnie i roślinność wegetuje dzięki podlewaniu co 2–3 dni wodą, sprowadzaną kanałami z rzeczek górskich, oddalonych o 100 i więcej kilometrów. Każdy zagon obsadzony jest drzewkami morwowemi, na liściach których hodują jedwabniki; te zaś dają mnóstwo jedwabiu i atłasu, które ufarbowane na jaskrawe kolory, służą za pokrycie watowanych chałatów i koszul kobiecych. Tam gdzie wody jest więcej, są całe pola ryżu lub bawełny, która chociaż nie potrzebuje tyle wody, co ryż, jednak zużywa jej znacznie więcej niż inne zasiewy.

Wszystko to nęci oko, wzbudza podziw i, pomimo szalonego upału, uprzyjemnia drogę”.

Czytając wspomnienia Grąbczewskiego, często miałam wrażenie, że niewiele się tam zmieniło do naszych czasów, a jeśli już, to raczej na gorsze. Melony i arbuzy, zwane przez miejscowych odpowiednio tarbuzami i harbuzami, do dziś są podstawą diety co biedniejszych mieszkańców doliny. Pewien gospodarz w Samarkandzie, u którego zatrzymaliśmy się w czasie pierwszej podróży do Kirgizji i Uzbekistanu, przyznał, że w lecie wiele kobiet je tylko melony, zagryzając je miejscowym płaskim chlebkiem, lepioszką, i popijając zieloną herbatą. Jeśli rodzina może sobie pozwolić na mięso, dostają je ciężko pracujący mężczyźni i dzieci, bo rosną. – Kobiety siedzą cały dzień w domu, więc nie potrzeba im tyle kalorii – tłumaczył mi.

Wydrążone tykwy, czyli dynie, o których pisze Grąbczewski, widziałam nieraz używane jako naczynia do przechowywania wody czy kumysu. Można je tanio kupić na każdym bazarze. Mężczyźni nadal chodzą – młodzi tylko od święta – w watowanych chałatach zwanych czapanami, a kobiety – także na co dzień, niezależnie od wieku – we wzorzystych sukniach z materiału zwanego atłasem, który jednak nie jest tym, co zwykliśmy za atłas w Polsce uważać; teraz coraz częściej można spotkać jego chińskie podróbki, gorszej jakości, ale za to znacznie tańsze. Tylko mniej jest sadów i drzew morelowych, bo wyparła je bawełna. Ta wprowadzona za caratu uprawa w czasach sowieckich zdominowała środkowoazjatyckie rolnictwo i doprowadziła do poważnego deficytu wody w tym regionie. To przez bawełnę wysycha Morze Aralskie.

Wróćmy jednak do Nadii. Jeszcze w nocy uzgodniliśmy z nią, że najwygodniej będzie, jeśli zamiast szukać jakiegoś hotelu w Oszu, zamieszkamy u niej. – U nas jak w kurorcie – zapewniała Nadia. I faktycznie, tych kilka dni spędzonych w jej domu zapamiętałam jako jedne z najprzyjemniejszych wakacji w życiu.

Nadia była dobrą przewodniczką po zawiłej środkowoazjatyckiej strukturze społecznej. Sama była zruszczoną Tatarką. Urodziła się w Oszu, jej rodzice mieszkali tam od lat. Muzułmanie, ale niepraktykujący. Typowi ludzie sowieccy, dość wysoko ustawieni; ojciec Nadii (nie poznaliśmy go, zmarł kilka lat przed naszym przyjazdem) był jakimś ważnym lokalnym urzędnikiem. Matka chyba nauczycielką. Nadia była więc na tyle obca – ani Uzbeczka, ani Kirgizka – by patrzeć na życie większości mieszkańców Oszu i okolic z dystansem, i na tyle swoja – jednak muzułmanka, urodzona i wychowana na miejscu – by dobrze rozumieć to, co widzi i z czym styka się na co dzień.

Siedzieliśmy u niej i jej matki ponad tydzień. W ciągu dnia łaziliśmy na bazar, objadaliśmy się miejscowym żarciem, które dla nas ochoczo przygotowywały (najlepsza chyba była daulama – układane warstwami warzywa z mięsem duszone w kociołku), i wysłuchiwaliśmy ich opowieści.

Co wieczór powtarzał się ten sam rytuał. Po powrocie z miasta szliśmy do bani, co było poniekąd absurdalne, zważywszy, że na dworze temperatura nawet po zachodzie słońca nie spadała poniżej trzydziestu stopni. Ale one chciały, żebyśmy mieli u nich naprawdę dobrze. Kak na kurortie. Kiedy wychodziliśmy, pozdrawiały nas wesoło tradycyjnie używanym w takich wypadkach hasłem: s liogkim parom, niezmiennie wspominając naszą rodaczkę Barbarę Brylską, która zagrała w kultowym radzieckim filmie Ironija sud’by ili s liogkim parom.

Po kąpieli czekała na nas dymiąca kolacja, którą jedliśmy wszyscy razem przy rozklekotanym, przykrytym ceratą stole w ogrodzie. Ta leniwa, sielska atmosfera przypominała mi trochę Sadówkę, czyli położoną pod Kampinosem działkę mojej babci. Tam też były taki sam stół, podobna letnia kuchnia, podobnie pomalowane olejną niebieską farbą okiennice w oknach i byle jak wylane cementem alejki wijące się wśród obsadzonych kwiatami grządek. Nawet sukienki w kwiaty, fartuchy i chusteczki na głowę, jakie nosiły moja babcia i prababcia na Sadówce, do złudzenia przypominały stroje Nadii i jej matki. Te czasy, słodkie czasy mojego dzieciństwa, czasy kretonów w dziwne kwiaciaste wzory, emaliowanych baniek na mleko i wszechobecnej olejnej farby, w Polsce odeszły bezpowrotnie, ale w niektórych zakątkach byłego Związku Radzieckiego przetrwały. Podobną atmosferę można było odnaleźć jeszcze kilka lat temu w niektórych małych miejscowościach wczasowych na Krymie czy właśnie tam, w Oszu.

Przy kolacji Nadia z matką zaczynały gadać. Opowiadały nam o swoich sąsiadach Uzbekach, o życiu w mieście. Któregoś wieczoru usłyszeliśmy od nich o straszliwej rzezi, która dokonała się w okolicy zaledwie dziewięć lat wcześniej, w czerwcu 1990 roku.


Biszkek, Kirgistan

W biednych środkowoazjatyckich rodzinach okrągłe, płaskie chlebki zwane lepioszkami to podstawowy składnik diety, urozmaicany głównie cienką zieloną herbatą. Nie ma nic pyszniejszego niż gorąca, pachnąca lepioszka, jak te na zdjęciu wyjęte prosto z glinianego pieca – tandyra. Jednak na wsiach lepioszki często kupuje się hurtowo na cały miesiąc i trzyma tygodniami złożone w stosy, przykryte płachtą materiału. Tak przechowywane, nie dość, że przechodzą zapachem składowanych obok rzeczy (nie daj Boże mydła czy naftaliny), to jeszcze wysychają na kość, a od spodu pleśnieją.

Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w całym Związku Radzieckim powstawały rozmaite formalne i nieformalne grupy i stowarzyszenia. Od czerwca 1989 roku w Moskwie zasiadała nowo wybrana Rada Najwyższa, pierwszy sowiecki parlament, do którego oprócz komunistycznych aparatczyków weszli dysydenci, niezależni intelektualiści i obrońcy praw człowieka, jak Andriej Sacharow czy Jurij Afanasjew. Dzięki zainicjowanej przez Gorbaczowa kilka lat wcześniej polityce pierestrojki i głastnosti obywatele ZSRR coraz mocniej wierzyli, że władza ma obowiązek ich chronić i zaspokajać ich potrzeby. Monopol organizacyjny i ideologiczny partii komunistycznej wyraźnie się kończył. W marcu 1990 roku potwierdzili to deputowani, znosząc słynny szósty artykuł Konstytucji ZSRR, stanowiący, że partia komunistyczna jest główną siłą wyznaczającą kierunek całemu radzieckiemu społeczeństwu oraz jądrem jego systemu politycznego.

Nowe parlamenty wybrano także w poszczególnych republikach. Od Bugu po Ocean Spokojny rozmaite grupy ludności coraz śmielej mówiły o tym, co im się należy, organizowano mityngi i protesty, podpisywano petycje.

Niestety, żądania wielu organizacji często były sprzeczne i spełnienie postulatów jednej grupy oznaczało pogwałcenie podstawowych praw innej. Ludność radziecka doświadczyła siedemdziesięciu lat totalitaryzmu i w ogromnej większości nie miała żadnych demokratycznych tradycji. Traktowała przemoc jako jedyny sposób egzekwowania swoich racji. W całym kraju dochodziło do konfliktów. Wiele z nich przybierało brutalną formę. W 1987 roku odżył stary spór ormiańsko-azerski w Górskim Karabachu, w lutym 1988 roku doszło do pierwszego pogromu Ormian. Szybko okazało się, że podobne napięcia nie są jedynie domeną Kaukazu. Wszędzie na terenie ZSRR w tych niepewnych czasach ludzie uciekali się do podstawowych mechanizmów solidarności: skupiali się wokół własnych grup etnicznych, klanów i rodów. Wszyscy też nagle postanowili zostać gospodarzami na własnej ziemi – we własnym mieście, okręgu, republice – i zupełnie ich nie obchodziło, że sąsiedzi, żyjący od pokoleń w tym samym miejscu, a różniący się od nich językiem, wyznaniem czy sposobem życia, chcą dokładnie tego samego.

Jesienią 1989 roku kirgiski parlament – Rada Najwyższa – uchwalił ustawę o języku kirgiskim jako języku państwowym (rosyjski został uznany za język komunikacji między różnymi grupami narodowościowymi). Podobne ustawy wydały parlamenty wielu republik. Problem polegał na tym, że w Kirgiskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej Kirgizi stanowili tylko nieco ponad połowę ludności. Uzbecy, czyli ponad jedna piąta mieszkańców republiki, którzy na dodatek w położonych na południu kraju miastach Kotliny Fergańskiej, takich jak Osz, Uzgień czy Dżalalabad, byli większością, bardzo się zaniepokoili. Wiosną 1990 roku w Oszu zawiązali nieformalną organizację Adolat (Sprawiedliwość). Domagali się ustanowienia uzbeckiej autonomii na południu republiki, powołując się na abchaską autonomię w Gruzji czy karakałpacką w sąsiednim Uzbekistanie.

 

W tym samym czasie aktywizowali się też oscy Kirgizi. Zawsze należeli w tym regionie do ludności biedniejszej. W przeciwieństwie do Uzbeków mieszkali w większości nie w miastach, a we wsiach położonych w otaczających Kotlinę Fergańską górach. Z tych powodów kirgiskie rodziny sprowadzające się do miast musiały często podnajmować mieszkania u Uzbeków. Budowa własnych domów przeważnie była niemożliwa, bo władza nie zgadzała się na przeznaczanie ziemi uprawnej pod zabudowę. Kirgizi powołali organizację Osz Ajmagy (Gmina Osz). Domagali się dymisji wielu ważnych urzędników republikańskiego i lokalnego szczebla, ponieważ uważali, że ci niewystarczająco dbają o interesy tytularnej nacji[1], i chcieli, aby wśród oskich urzędników co najmniej pięćdziesiąt procent stanowili Kirgizi.

Zrzeszona w organizacji młodzież postawiła miejscowym władzom ultimatum: do 25 maja rozwiązać kwestię ziemi pod zabudowę. Dwa dni później na terenie szkoły średniej w Kołchozie imienia Lenina, którego ziemie przylegały do miasta, zebrało się około pięciu tysięcy Kirgizów. Na mityng przyjechał przewodniczący obispolkomu, czyli szef miejscowej administracji, i oświadczył, że wydziela na ten cel trzydzieści dwa hektary kołchozowych pól, gdzie dotychczas uprawiano bawełnę.

Uzbeccy mieszkańcy kołchozu (zdecydowana większość) uznali, że jego decyzja godzi w ich interesy. Trzydziestego maja zwołali własny mityng. – Kirgizi zeszli z gór, dziś zabrali nam ziemię, jutro wyrzucą nas z naszych domów, a potem będą gwałcić nasze żony i siostry! – krzyczeli niezadowoleni protestujący. Żądano odwołania urzędnika, który postanowił o wydaniu ziemi Kirgizom, a także ustanowienia oskiej autonomii, nadania językowi uzbeckiemu statusu jednego z języków urzędowych, otwarcia uzbeckiego centrum kulturalnego w mieście i uruchomienia uzbeckiego fakultetu na miejscowym uniwersytecie. Na rozwiązanie tych wszystkich spraw dano władzom czas do 4 czerwca.

Następnego dnia uzbeccy właściciele zaczęli wypowiadać Kirgizom umowy najmu. Ci, straciwszy dach nad głową, dołączyli do protestujących ziomków i także domagali się od władz, by do 4 czerwca ostatecznie potwierdzono przekazanie ziemi pod budowę domów. Komisja powołana przez rząd we Frunze, obecnym Biszkeku, uznała, że wydanie trzydziestu dwu hektarów ziemi kołchozowej jest bezprawne, ale za to zgodziła się udostępnić w sumie ponad sześćset hektarów na ten cel. Część aktywistów z Osz Ajmagy nadal domagała się jednak ziemi z Kołchozu Lenina.

Rankiem 4 czerwca na polach pod kołchozem zaczęli się zbierać przedstawiciele obu narodowości. Kirgizów przyszło około półtora tysiąca, a Uzbeków aż około dziesięciu tysięcy.

W pewnym momencie OMON-owcy, policja szturmowa ściągnięta do ochrony wiecu, oddali strzały w kierunku Uzbeków. Ci podnieśli jednego z ranionych w górę i z okrzykami „krew za krew!” skierowali się w stronę miasta.

Zamieszki trwały kilka dni, rozszerzyły się także na pobliskie miasta Uzgień i Dżalalabad. Ludzi wyciągano z domów, jeśli byli nieodpowiedniej narodowości. Podpalano mieszkania, rabowano porzucone mienie. Region spłynął krwią...

Matka Nadii opowiadała, jak do jej męża przychodziły delegacje obu nacji, błagając o pomoc:

– Uznali nas za neutralnych i chcieli, żebyśmy grali rozjemców. Miejscowa milicja w ogóle nie reagowała na to, co się działo, a po mieście wte i wewte latały zakrwawione bandy. Dopiero sprowadzony z Rosji OMON opanował sytuację.

Gdy tak siedzieliśmy i słuchaliśmy matki Nadii, wśród starych stołów i krzeseł, otoczeni pnącą się winoroślą, wydawało nam się, że po dawnej wrogości między Kirgizami i Uzbekami nie pozostało śladu.

Mieszkały w spokojnej dzielnicy niewielkich jednopiętrowych domków. Ich sąsiadami byli głównie Uzbecy, ale zdarzali się też Tatarzy, jak one. Żeby dostać się na główną, wiodącą do bazaru ulicę Lenina, wystarczyło przejść kilkaset metrów po gruntowej drodze, minąć kiosk podobny do takiego, w jakim u nas sprzedają gazety, tylko że z mięsem. Codziennie wisiał przed nim na haku ogromny kurdiuk, czyli kawał tłuszczu wycięty z zadka środkowoazjatyckich owiec. Zawsze zastanawialiśmy się, czy to ten sam, i już po kilku dniach nauczyliśmy się rozpoznawać jego cechy szczególne: drobne zażółcenia w niektórych miejscach, charakterystyczne grudki i rys ścięgien. Za kioskiem stało kilka bloków i zaczynała się szeroka ulica, która schodziła w dół, aż do mostu. Za mostem była już ulica Lenina, a dalej bazar.

Kiedy byłam następnym razem w Oszu, chciałam odwiedzić Nadię i jej matkę, ale nie potrafiłam znaleźć ich domu. Wydawało mi się, że mieszkam blisko. Też za rzeką, chyba nawet koło tego samego mostu, przez który wtedy przechodziliśmy. Może jednak niezbyt zdecydowanie szukałam. Nie byłam pewna, czy matka Nadii w ogóle żyje – w końcu minęło dziesięć lat, a ona już wtedy wydawała się stara. Może Nadia po śmierci matki wyjechała do Rosji? Tego już się nie dowiem.