Cztery sztandary, jeden adresTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Prolog. Czyli o tym, jak trafiliśmy do Rzepisk i co znaleźliśmy w nowym domu

Rozdział I. Czyli o spiskiej rodzinie pewnego polskiego Węgra

Rozdział II. Czyli o tym, na co poszły krzyżackie kontrybucje za bitwę pod Grunwaldem i jak autor pierwszego słowackiego bestsellera przyczynił się do rozbiorów Polski

Rozdział III. Czyli o tym, jak na Spiszu przetrwała pańszczyzna i dlaczego węgierska hrabina wysyłała paczki polskim oficerom

Rozdział IV. Czyli o tym, jak w czechosłowackim zamku wychowywano dzieci hiszpańskiej księżniczki na dobrych katolików i polskich patriotów

Rozdział V. Czyli o protestanckim kościółku za miastem i antyhabsburskich powstaniach, wpływie tatrzańskich burz na słowacki nacjonalizm i o korespondencyjnym nacjonalizmie polskim

Rozdział VI. Czyli o podróży spiskich gazdów do Paryża, wojnie na ulotki i śmierci pewnego profesora w Dunajcu, o której przyczynach każdy mówi co innego

Rozdział VII. Czyli o polskim działaczu, który przeżył wojnę dzięki słowackim przyjaciołom, i innym, który dostał radio od prezydenta Mościckiego, oraz o dwóch zmianach granic, w których tylko przegrani widzą sojusz z Hitlerem

Rozdział VIII. Czyli historia niemieckiego leśnika i jego nielubiącej pańskich nowinek żony oraz ich dzieci, które pokazały, że na Spiszu każdy ma prawo być, kim chce

Rozdział IX. Czyli o Niemcach, których najpierw inni Niemcy chcieli wywieźć do Niemiec, potem Rosjanie na Syberię, a na koniec Czesi znów do Niemiec. A oni przed wszystkimi uciekali, bo chcieli zostać u siebie, na Spiszu

Rozdział X. Symbolicznie krótki, bo o Żydach, których już na Spiszu nie ma, a prawie wszyscy zapomnieli, że w ogóle tam kiedyś byli

Rozdział XI. Czyli o Cyganach, których jest na Spiszu coraz więcej, choć niektórzy woleliby, żeby ich nie było wcale

Rozdział XII. Czyli o małej cygańskiej dziewczynce, która wyrosła na wielką pieśniarkę, i nauczycielu, któremu ojciec wpoił, jak być dobrym człowiekiem

Rozdział XIII. Czyli o trudach zawodu druciarza i o tym, że dla Rusina rosyjska niewola może być całkiem przyjemna, a także o tym, że na Spiszu jest osiem kultur, a nie tak jak wszyscy do tej pory sądzili, tylko siedem

Rozdział XIV. Czyli o dwóch takich, którzy ciągle się kłócą, a jeden bez drugiego żyć nie może

Rozdział XV. Czyli o tym, że ludzi jednak więcej łączy, niż dzieli, a i tak najgorzej zawsze mają kobiety

Rozdział XVI. Czyli historia trzech pokoleń kobiet, z których każda próbowała żyć, jak umiała najlepiej, a wszystkie zasługują na to, żeby być szczęśliwe

Rozdział XVII. Czyli o granicy i tych, co zarabiali, bo wiedzieli, czego akurat brakuje po tej drugiej stronie i mieli odwagę to dostarczyć

Rozdział XVIII. Czyli o tym, jak granica zaczęła znikać i dlaczego serce Europy bije właśnie na Spiszu

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK

Redakcja: WOJCIECH ADAMSKI

Korekta: JACEK BŁACH, ETELKA KAMOCKI, ANETA TKACZYK

Mapy: JACEK MAJERCZAK

Projekt okładki, opracowanie graficzne: MAREK PAWŁOWSKI

Zdjęcie na okładce przedstawia członków zespołu ludowego z Osturni, Michala Lešundaka i Katerínę Slavkovską.

Fot. Marzena Hmielewicz / Adventure Pictures

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

© Copyright by Ludwika Włodek

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2017

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05953-1

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Pamięci Teresy Markowskiej.

Gdyby nie ona, ta książka nigdy by nie powstała.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

Czyli o tym, jak trafiliśmy do Rzepisk i co znaleźliśmy w nowym domu

Siedziałam na tylnym siedzeniu, koło Teresy. Nogi lepiły mi się do obitej plastikiem kanapy. Pracujący na najwyższych obrotach silnik naszego malucha ryczał niemiłosiernie. Przez otwarte okna leciał kurz. Polna droga, którą jechaliśmy, była tak stroma, że miałam wrażenie, że nie damy rady i zaraz zaczniemy się zsuwać.

Minęliśmy Bryjów, Syski i wreszcie pokazały się pierwsze chałupy Pawlików. Na końcu wsi stał dom Piotrka. Kiedy wyszliśmy z samochodu, przywitał nas tubalnym głosem, uśmiechnięty, bez koszuli. Pomyślałam, że to jakiś pustelnik.

W rzeczywistości był architektem, znajomym naszej rodziny, który postanowił porzucić miejskie życie i zamieszkać w górach. To on wynalazł dom dla Teresy. Było lato 1981 roku. Nieco ponad rok wcześniej umarł mój pradziadek, a ojciec Teresy. Za pieniądze ze spadku chciała kupić sobie niewielki domek, gdzie z dala od Warszawy mogłaby spędzać emeryturę. Piotrek trafił na Spisz wcześniej i powoli urządzał się na Pawlikach. Jego ówczesny dom mało przypominał dzisiejsze cudo. Był zwyczajną starą chałupą z bali, jakie okoliczni chłopi sprzedawali, gdy wynosili się do miasta albo gdy wybudowali sobie nowe, murowane domy.

Dom dla Teresy był podobny do domu Piotrka, tylko że znajdował się na drugim końcu Rzepisk, na Grocholowym Potoku. Sprzedawali go dwaj bracia Mazurkowie. Wiele lat wcześniej przenieśli się do Grzybowa, koło Mielca. Z początku trzymali jeszcze chałupę po rodzicach i nocowali w niej, gdy odwiedzali rodzinną wieś. Z czasem ich wizyty stały się jednak coraz rzadsze, doszli do wniosku, że bardziej im się opłaca sprzedać stary dom. Jechaliśmy więc go obejrzeć i dopełnić ostatnich formalności.

Mój ojciec z Piotrkiem maluchem, z powrotem przez Syski i Bryjów, a potem Wojtyczki, aż na Grocholów Potok. My z Teresą pieszo, na skróty przez wierch, od razu do Grocholowego Potoku. Zabłądziłyśmy jednak po drodze. Był straszny upał, jakiś „Dobry Pan”, jak go potem nazywałyśmy w licznych wspomnieniach, poczęstował nas nawet wodą. Kiedy wreszcie dowlekłyśmy się na miejsce, ojciec z Piotrem już dawno tam byli i denerwowali się, że nas tak długo nie ma.

Czworobok podwórka oddzielała od drogi owczarnia połączona wspólnym dachem z właściwym domem. Po drugiej stronie domu, symetrycznie do owczarni, stała obora i stodoła.

Nie było jeszcze ganku, do wnętrza chałupy wchodziło się bezpośrednio z małej sionki. W pierwszej izbie, kuchennej, stał otynkowany na niebiesko piec. Ściany były tynkowane na biało tym krzywym, prymitywnym tynkiem, układanym na stelażu ze słomy, kładzionym bezpośrednio na drewniane bale, z których zbudowano dom. Druga izba była znacznie ciemniejsza od pierwszej, bo nieotynkowana, tylko między balami tkwiły cienkie paski mchu przykryte bladoniebieskim tynkiem. Pod sufitem zachował się oryginalny sosręb – długa belka konstrukcyjna, a na niej, ozdobnym pismem wyryta data budowy: Jul 1921. W kącie izby stał drugi piec, który niestety potem rozebraliśmy. Siedzieli na nim jacyś ludzie i dyndali nogami nad podłogą, wtedy jeszcze zwykłą ugniecioną polepą. Te ich nogi musiały być na wysokości mojego wzroku, dlatego tak mi się wryły w pamięć. Wszędzie walały się puste butelki i szmaty. Było też kilka mebli: tradycyjne spiskie skrzynie, ławy ze schowkiem i łóżka, w których śpimy do dziś. Są bardzo krótkie, dorosły człowiek nie jest w nich w stanie wyprostować nóg, przeklinamy więc niski wzrost Mazurków.

 

Z drugiej izby wchodziło się do komory, skąd prowadziła drabina na strych.

To właśnie na tym strychu, kiedy już oficjalnie właścicielką domu stała się Teresa, a my zaczęliśmy do niego co roku przyjeżdżać na wakacje, znalazło się mnóstwo skarbów. Oprócz oczywistych, jak duża skrzynia na ziarno czy kosze na drewno, wiele takich, których przeznaczenie i historię odkrywaliśmy stopniowo. Dowiedzieliśmy się, że dziwne urządzenia przypominające gigantyczne metalowe szczotki to rozczesywarki do lnu, a podobne, tylko większe – do wełny. Coś, co przez lata mieliśmy za cedzak służący do oddzielania serwatki przy robieniu białego sera, okazało się praską do gotowanych gruli.

Wśród szpargałów Teresa znalazła też pożółkły ze starości druczek. Był tak stary, że chciałoby się powiedzieć: manuskrypt, ale odręcznie na tym dokumencie były wypisane tylko dwie rzeczy – cyfra 21 poprawiona na 20 oraz imię i nazwisko: Bartek Mazurek, a raczej: Mazurek Bartek, pisane odwrotnie, węgierskim sposobem, bo i cały druczek był po węgiersku. Oprócz znajomego nazwiska i tajemniczej cyfry zrozumieliśmy z niego tylko, że wystawiony był w Budapeszcie w 1879 roku.

Tajemniczy dokument został oprawiony i powieszony na honorowym miejscu. Przez lata pokazywaliśmy go różnym gościom, jako dowód na fascynującą i pogmatwaną historię Spisza. Kiedy wiele lat później moja siostra zaczęła się uczyć węgierskiego, ustaliła, że druczek ma coś wspólnego z podatkami. Szczegóły zdradził mi dopiero niedawno mój znajomy Węgier. To oryginalne, ale niewypełnione do końca zeznanie podatkowe, taki PIT za rok 1879, składany przez Bartka Mazurka. Poprawiona cyfra oznaczała numer domu, w którym podatnik mieszkał. Najbardziej wstrząsnęło mną, że był to dokładnie ten sam numer, który ma nasz dom obecnie. Przez blisko 140 lat Spisz przechodził kilkakrotnie z państwa do państwa, zmieniały się języki, o czym świadczy nie tylko węgierski PIT, ale i słowacki napis na sosrębie, a adres parceli pozostał ten sam.

To właśnie o tych zmianach i tym trwaniu, a także o ludziach, którzy byli tego świadkami, opowiada ta książka.

Rozdział I

Czyli o spiskiej rodzinie pewnego polskiego Węgra

Maria Engelmayer zmarła wiosną 1972 roku. Na pogrzebie, mimo okropnej pogody, były tłumy. Ludzie przyszli nie tylko dlatego, że była najstarszą mieszkanką Kieżmarku. Także dlatego, że ją szanowali i pamiętali jej męża, Ödöna Engelmayera, przedwojennego starostę. A przede wszystkim dlatego, że jej śmierć oznaczała ostateczny koniec epoki. To ona samym swoim istnieniem przypominała, jaki Kieżmark, a wraz z Kieżmarkiem cały Spisz, był kiedyś. Jej odejście uświadomiło wszystkim, że już nigdy taki nie będzie. Jedni się z tego cieszyli, innym było przykro, ale wszyscy czuli doniosłość tego wydarzenia.

Urodziła się na zamku w Lubowli (po słowacku Stará Ľubovňa), którego początki sięgają schyłku XIII wieku. Wzniósł go król węgierski po to, żeby umacniać swoje panowanie nad północnymi skrawkami Spisza, do którego pretensje zgłaszali też władcy polscy.

Dzieje zamku są barwne i burzliwe – odzwierciedlają całą zagmatwaną historię Spisza. Będzie jeszcze okazja, żeby opowiedzieć o nich dokładniej. Zamek w XVIII wieku przeszedł na własność skarbu państwa. I to właśnie od państwa odkupił go w 1825 roku György Raisz, prywatnie pradziad Marii Raisz, późniejszej Engelmayer, węgierski szlachcic i urzędnik, radca żupy spiskiej.

Na zamku żyły trzy pokolenia Raiszów. Próbowali przywrócić mu dawną świetność. Odnowili barokowy pałac wybudowany w tak zwanym dolnym zamku, zadaszyli niektóre inne części budowli. Jednak utrzymanie tego gigantycznego kompleksu było horrendalnie drogie i przerosło możliwości nawet dobrze zarabiającego wysokiego urzędnika. Poza tym brakowało tam wygód, takich jak kanalizacja czy bieżąca woda. Maria była ostatnim dzieckiem z rodziny, które przyszło na świat na zamku, a właściwie nawet nie na zamku, ale w kasztelu znajdującym się u jego stóp. Zaledwie cztery lata po jej urodzinach jej dziadek, a syn Györgya – Konstanty Szilard Raisz, w 1880 roku odsprzedał zamek miastu Lubowla.

Rodzina Raiszów po sprzedaniu zamku przeniosła się do Lewoczy, gdzie zresztą mieszkała już wcześniej, zanim György wpadł na pomysł jego kupna. To w Lewoczy Maria wyszła za Ödöna Engelmayera. Poznała tego szlachetnie urodzonego i dobrze zapowiadającego się młodzieńca, gdy jako prawnik współpracował z jej ojcem. Później, już po ślubie, obaj, teść i zięć, w charakterze ekspertów strony węgierskiej przygotowywali proces mający rozstrzygnąć, do kogo należy Morskie Oko.

Była to słynna na całe Austro-Węgry sprawa sądowa, skoro więc brali w niej udział, musieli należeć do ścisłej elity węgierskich prawników. Spór ciągnął się od początku XIX wieku. Granica pomiędzy austriacką Galicją (utworzoną przez Austrię z ziem odebranych Rzeczpospolitej) a węgierskim Spiszem przebiegała wzdłuż rzeki Białki. Jednak wysoko w Tatrach sprawa już nie była tak oczywista, bo nie wiedziano dokładnie, gdzie Białka ma swój początek. Właściciele dóbr po obu stronach Tatr twierdzili, że to właśnie pasterze z należących do nich wsi od wieków wypasali swoje owce w Dolinie Rybiego Potoku, czyli w okolicach Morskiego Oka.

Konflikt się zaognił, kiedy nowym właścicielem po stronie węgierskiej stał się niemiecki książę i przemysłowiec, Christian Kraft Hohenlohe, który odkupił podtatrzańską Jaworzynę od urzędujących na zamku w Niedzicy węgierskich dziedziców tych terenów – Salamonów. Po drugiej stronie do akcji wkroczył nowy właściciel Zakopanego, hrabia Władysław Zamoyski. Obaj arystokraci bywali w świecie i obserwowali, jak chodzenie w góry staje się modne nie tylko wśród arystokracji, ale i postępowego mieszczaństwa. Hohenlohe był też miłośnikiem polowań i zagorzałym myśliwym. Stawką było już nie tylko kilka pastwisk. Zdawali sobie sprawę z turystycznego potencjału Morskiego Oka, dlatego każdy chciał je mieć dla siebie. Przez kilka lat prowadzono wojny podjazdowe. Kilkadziesiąt lat później, w 1933 roku, w polskim roczniku „Wierchy” bardzo patriotycznym tonem opisał je Władysław Semkowicz, miłośnik Podhala i krzewiciel polskości na Podtatrzu:

„A gwałty na spornym obszarze nie ustawały, przeciwnie z dniem każdym przybierały na sile, popierane przez władze węgierskie. Zarząd jaworzyński nie poprzestał na usunięciu w r. 1890 polskich tablic granicznych w pobliżu Morskiego Oka i zastąpieniu ich tablicą węgierską, ale wybudował tam nad jeziorem leśniczówkę, którą jednak nasi górale zburzyli. Książę Hohenlohe wezwał na pomoc żandarmów węgierskich, którzy pobudowali sobie na spornem terytorium stałe schronisko, nie dopuszczając tam nikogo ze strony galicyjskiej; drogę do Morskiego Oka po stronie węgierskiej zamknięto dla turystów, ścieżkę zaś, wybudowaną przez Towarzystwo Tatrzańskie nad wschodnim brzegiem jeziora do Czarnego Stawu, zniszczono. Węgierscy pasterze wypasali swoje bydło i trzody na spornym obszarze, podczas gdy polskich pasterzy stamtąd przepędzano lub aresztowano. Rozgoryczona ludność z naszej strony zaczęła na te gwałty reagować, paląc zimą opuszczone schronisko żandarmskie i usuwając węgierskie kamienie graniczne. W zatargi te wdały się władze sądowe i administracyjne obu stron, lecz żandarmi węgierscy nie dopuścili sądu nowotarskiego do wizji lokalnej, a nawet zagrozili mu strzelaniem, podczas gdy sąd węgierski śmiał obradować i wydawać wyroki w polskim schronisku Towarzystwa Tatrzańskiego. Ministerstwo węgierskie, do którego władze austriackie zwracały się w sprawie opróżnienia terenu spornego aż do rozstrzygnięcia sporu, stale odpowiadało, że uważa ten teren za bezsporną własność korony węgierskiej, na którym ma prawo wykonywać swą władzę i utrzymywać porządek przy pomocy żandarmów”[1].

Oczywiście „węgierscy pasterze” to byli po prostu spiscy pasterze, poddani węgierscy, których potomkowie dziś czują się Słowakami, ewentualnie Polakami, a „polscy pasterze” to pasterze podhalańscy.

Spór zaszedł tak daleko, że przestał być tylko zatargiem sąsiedzkim, a nabrał charakteru międzypaństwowego. Sejm galicyjski poprosił o interwencję samego cesarza. W rezultacie oba parlamenty podwójnego mocarstwa: austriacki i węgierski, zgodziły się rozstrzygnąć sprawę w sądzie polubownym, którego pierwsze posiedzenie odbyło się w Grazu 31 sierpnia 1902 roku. Nie wiem, czy na rozprawie był Raisz lub jego młody współpracownik, Engelmayer. W każdym razie wyrok był dla księcia Hohenlohe, a zatem i dla państwa węgierskiego, na którego terenie leżały jego włości, niekorzystny. Sąd przychylił się do opinii głównego eksperta strony galicyjskiej, profesora uniwersytetu lwowskiego Oswalda Balzera, który udowodnił, że źródeł Białki trzeba szukać w potoku Białej Wody, a nie, jak twierdzili Węgrzy, w wypływającym z Rybiego Stawu (zwanego też Morskim Okiem) Rybim Potoku. Morskie Oko pozostało po stronie galicyjskiej, czyli polskiej.

Bez względu na wynik rozprawy stosunki między Raiszem i Engelmayerem a księciem Hohenlohe pozostały serdeczne.

Engelmayerowie, podobnie jak Raiszowie, należeli do elity spiskiej. Ödön urodził się w Lewoczy. Jego rodzina wywodziła się z tak zwanych Zipserów, czyli spiskich Niemców. Byli to potomkowie osadników niemieckich, których królowie węgierscy zaczęli osiedlać na Spiszu już w połowie XIII wieku. Spustoszone przez najazd tatarski ziemie potrzebowały nowych mieszkańców. Sprowadzono ich głównie z Saksonii. W rezultacie większość wsi i miast dzisiejszego Spisza zostało założonych na prawie niemieckim, a język i kultura niemiecka były w regionie, szczególnie w miastach, bardzo mocno obecne aż do końca drugiej wojny światowej. Część Zipserów do końca zachowała niemiecką tożsamość narodową, jednak wielu, jak rodzina Engelmayerów, w ciągu wieków się zmadziaryzowało, wielokrotnie dając wyraz swojemu węgierskiemu patriotyzmowi.

Po ślubie Maria i Ödön zamieszkali w Gölnicbányi (dzisiejsza Gelnica), na południowym Spiszu, nad Hnilcem. Szybko jednak przenieśli się do Lewoczy, a potem do Kieżmarku, który wówczas nazywał się Késmárk. Doczekali się pięciorga dzieci. Najstarszy, urodzony jeszcze w Gelnicy, był Jenő, potem József i Ödön, który w młodości popełnił samobójstwo, oraz dwie siostry: starsza Béby i młodsza Ila. Rodzice wychowali ich wszystkich na światłych i patriotycznych Węgrów, zupełnie nieświadomi, że całej rodzinie już wkrótce przyjdzie się zmierzyć z gruntownym przetasowaniem świata, w którym żyli.

Początkiem wstrząsów była pierwsza wojna światowa. Synowie Marii i Ödöna służyli w armii węgierskiej, a Ödön, jak na przykładnego urzędnika przystało, starał się ulżyć cywilom na ogarniętym wojną terenie Górnych Węgier. Zimą 1914 roku pomagał w ewakuacji zajmowanego przez Rosjan Bardejowa i organizował szpitale polowe. Dostał za to dyplom od arcyksięcia Franciszka Salwatora, zięcia cesarza Franciszka Józefa.

Cztery lata później Austro-Węgry przestały istnieć. Większość Spisza (poza malutkim północnym kawałkiem, który przypadł Polsce) znalazła się w nowo powstałej Czechosłowacji. Wielu urzędników związanych z uznanym za kolonialną metropolię Budapesztem musiało opuścić nowe państwo. Węgrzy nie byli mile widziani w nowej słowackiej administracji. Ödön jednak zadeklarował się, zgodnie ze swoim pochodzeniem, jako Niemiec spiski i został.

Rodzina nadal żyła w Kieżmarku, lojalna wobec nowego państwa, ale utrzymywała silne związki z Węgrami. Młodszy syn Marii i Ödöna, József, po wojnie, w której walczył na froncie włoskim, nie wrócił w rodzinne strony. Pracował w banku w miasteczku Békéscsaba, które, w odróżnieniu od Kieżmarku i całego Spisza, zostało na bardzo okrojonych traktatem trianońskim Węgrzech. Tam młody Engelmayer zaprzyjaźnił się z rodziną dyrektora banku i zakochał w jego uroczej córce Margit. Kiedy się poznali, dziewczynka była jeszcze uczennicą, więc przez kilka lat nie mogli sformalizować związku, a młody Joska Engelmayer bywał u swojej ukochanej jako przyjaciel domu i kumpel jej brata, swojego imiennika Joski.

Później, kiedy jego szefa przeniesiono na stanowisko dyrektora banku w większym mieście, Debreczynie, József również poprosił o przeniesienie i nadal był jego prawą ręką.

Do Debreczyna przyjechała w odwiedziny do Margit nawet siostra Józsefa – Béby. Więzi pomiędzy obiema rodzinami zacieśniały się i następnego roku József zaprosił ukochaną do złożenia rewizyty w swoim domu rodzinnym. Pobyt u przyszłych teściów na Spiszu Margit skrupulatnie opisała kilkadziesiąt lat później, w 1988 roku, w listach adresowanych do dzieci, z myślą o tym, by przed śmiercią przekazać im jak najwięcej z rodzinnej historii.

 

„W odwzajemnieniu jej wizyty w Debreczynie przyszło dla mnie zaproszenie z Késmárku na lato 1926 roku. Zaproszenie to wywołało burzliwą dyskusję w naszym domu. Tatuś był przeciwny, a mamusia popierała dwu-, trzytygodniowy pobyt na letnisku. Oczywiście zwyciężyła mama i my we dwójkę (József i ja) mogliśmy pojechać do Késmárku!

Nie możesz sobie wyobrazić, jakie to w tamtych czasach było wydarzenie. Wasz ojciec zaprosił mnie do wagonu restauracyjnego, a gdy zbliżaliśmy się do Popradu, prosił kilkakrotnie, abym się przyczesała i włożyła coś ładnego, bo na stacji Poprad będzie czekał na nas jego ojciec Ödön, a on lubi przystojne kobiety. Moja trema była ogromna! Tata Ödön przywitał mnie pocałunkiem w rękę (przez to jeszcze bardziej czułam się skrępowana) i taksówką zabrał nas do Késmárku. Ciocia Marcsi [Omami, czyli mamusia, bo tak nazywała w listach swoją przyszłą teściową][2], kochana dama w czarnym stroju (od śmierci syna Ödöna nosiła tylko czarne ubrania) i Béby przyjęły mnie bardzo serdecznie, potem Ila i Pali Kunsch dotarli do Tátraszéplak [Tatranská Polianka], aby mnie powitać. Ila z całą swoją bezpośredniością obróciła mnie mówiąc: no niech cię zobaczę, czy naprawdę jesteś taka piękna, jak opowiadali.

Byłam okropnie zakłopotana, chciałam się zapaść pod ziemię, w domu nigdy nie słyszałam, że jestem ładna czy przystojna. Mój uwielbiany brat mówił mi: istnieją dziewczyny nieprawdopodobnie piękne, są takie co mają piękną figurę, albo piękne nogi, inne mają świetne maniery, ale jeśli niestety nie posiadają tych cech, to są bardzo mądre, wykształcone. O pozbawionych tych wszystkich cnót mówią, że mają piękne włosy i to właśnie jesteś ty. Daremne więc były komplementy od szarmanckiego Ödöna (właściwie prawie się zalecał), ogromnie mnie to krępowało.

Tam, w klimacie górskim stale byłam senna i głodna. Były to cudowne tygodnie. Zabrali mnie na wycieczkę do Tátraszéplak, do Ili, stamtąd odbyła się wielka wyprawa. Béby i ja zostałyśmy wyróżnione, bo jechałyśmy w powozie ozdobionym kwiatami. Byliśmy przy Csorba-tó [Štrbské pleso], przy Poprádi-tó [Popradské pleso], Zöld-tó [Zelené pleso]. Jeśli nie zaplanowano dłuższej wycieczki, chodziliśmy się kąpać do Popradu. Po południu odbywały się dancingi na Górze Jeruzalem, w Kole Strzeleckim. Grali również w tenisa, ale ja w tym nie uczestniczyłam. Ojciec wasz był dobrym graczem. Przyjaźń moja z Béby pogłębiła się. Gdy dziadkowie Raiszowie przyjechali na miesięczny wypoczynek, ja już odgrywałam rolę dorosłej panny.

Muszę wspomnieć o jeszcze jednym wspaniałym przeżyciu. Któregoś dnia wujek Ödön zabrał nas: Béby, Józefa i mnie do Tátrafüred [Starý Smokovec]. Pojechaliśmy taksówką i tam zaprosił nas do lokalu, gdzie grała orkiestra i tańczyliśmy. Obsługę baru stanowili eleganccy młodzi ludzie (wszyscy byli studentami), przyszli oni do naszego stolika, przedstawili się i zaprosili nas do tańca. Nazywano ich fordanserami. Wujek Ödön, tak jak to było w zwyczaju, dyskretnie wręczył im wynagrodzenie, sporo zarobili, ale tylko przystojni chłopcy. Tańczyliśmy tango, walca, a nawet czardasza. Na drugi dzień wujek Ödön wezwał nas na rozmowę w cztery oczy i zrugał nas, że pannom z dobrego domu nie wypada tańcząc czardasza wyzywająco patrzeć w oczy partnerowi, a przy tangu kokieteryjnie, głęboko się pochylać. Byłam całkowicie osłupiała! Wujek Ödön, ten który słynął na Spiszu z uwodzenia kobiet i zdradzał ciocię Marcsi na każdym kroku, tak srogo nas upominał”.

Z tej relacji wynika, że Maria i Ödön Engelmayerowie i cała ich rodzina, mimo że mieszkali już w niepodległej Czechosłowacji, funkcjonowali trochę tak, jakby próbowali zatrzymać czas, jakby Spisz nadal był częścią wielkich, kosmopolitycznych Austro-Wegier. I sądząc z opisu Margit, nawet im się to udawało.

„Pierwsze wrażenie po przyjeździe, jakie wywołał widok ich mieszkania, to zaskoczenie – pisała Margit. – Stare, wytworne meble, bardzo zniszczone. Umeblowanie i urządzenie z przełomu wieku było przez nas pogardzane. Wydawało nam się mieszanką nierealnej wytworności i ubóstwa. Pokój sypialny przeładowany, w jadalni podobnie. Był tam kredens, taki jak kredens mojej matki, antyczna sekretera rodziny Engelmayerów, komplet mebli w palarni i staroświeckie zegary były cudowne, choć wówczas jeszcze nie potrafiłam docenić starych rzeczy. Na końcu mieszkania znajdował się ustęp. Oczywiście nie było kanalizacji ani bieżącej wody.

W sypialni, w pokoju Béby, gdzie i ja spałam, za dwoma szafami stworzono kącik do mycia, umywalką była miska wpuszczona do stolika, były też dwie blaszane wanny. Każdy członek rodziny codziennie się kąpał, a słowacka służąca donosiła zimną i gorącą wodę. Po kąpieli brudną wodę wylewało się na podwórze. Obym nie zapomniała, rano każdy dostawał na tacy śniadanie do łóżka, wspaniałe chrupiące rogaliki, masło, dżem i świeżo parzoną kawę z mlekiem (w cudownym porcelanowym dzbanuszku). Omami wstawała o świcie, bo przygotowania kawy nie powierzała słowackiej kucharce. Wówczas używano do parzenia kawy maszynki z nadstawką (ja też miałam taką jako młoda mężatka). Do górnej części wsypywano świeżo mieloną kawę i powolutku wlewano łyżeczką gorącą wodę (oczywiście kuchenka do gotowania, jak i piec do grzania wody do kąpieli były opalane drewnem)”.

Przywołuję ten może niezbyt istotny dla całej historii opis rytuału parzenia kawy, bo skojarzył mi się z podobnym fragmentem na samym początku Książki moich wspomnień Iwaszkiewicza. Pisarz po latach szczegółowo opowiadał, jak w jego domu rodzinnym na Ukrainie szykowano rano kawę, świeżo mieloną, starannie parzoną i podawaną ze specjalnym, zapiekanym już bezpośrednio w filiżance kożuszkiem. Oba te bardzo szczegółowe opisy wykwintnych zabiegów mają chyba podobny cel: pokazać, jak piękny i wysublimowany był świat, który zaraz potem miał przestać istnieć i który w momencie spisywania relacji już dawno żył tylko we wspomnieniach.

Stosunek dzisiejszych Węgrów do Spisza przypomina stosunek Polaków do Ukrainy. Trochę tajemnicze, bardzo zróżnicowane etnicznie ziemie, gdzie kiedyś rozgrywały się kluczowe dla historii państwa wydarzenia, a które, oprócz tego, że były sceną dla popisów męstwa i patriotyzmu Polaków czy Węgrów, stały się także, trochę niespodziewanie dla dominujących politycznie narodów, kolebką idei narodowej, a potem państwowości dwóch innych narodów: Ukraińców i Słowaków.

Wróćmy jednak do wspomnień Margit. Najciekawsze są fragmenty dotyczące stosunków jej przyszłego teścia – Ödöna Engelmayera, z państwem czechosłowackim.

„Biedny ojciec Ödön musiał się nauczyć i zdać egzamin z «literackiego» języka słowackiego, bo on i jeszcze jeden pan z Górnych Węgier pozostali na swoich stanowiskach (wydaje mi się, że o tym pisał ojciec w swoich wspomnieniach), uważali, że w ten sposób mogą pomóc pozostałym Węgrom. Właściwie znali tylko język słowacki potoczny, którym rozmawiali ze służbą. Literacki język słowacki na Górnych Węgrzech dopiero zaczął się rozwijać, jak ta węgierska część kraju została włączona do Czechosłowacji.

Prezydentem był wtedy Masaryk, który szanował mniejszość węgierską, ale Węgrom rozgrzewanym przez politykę irredentną to nie wystarczyło. Nazwisko Ödöna padło nawet na posiedzeniu Ligi Narodów, jako dowód, że jeden z byłych starostów Węgier pozostał na tym stanowisku w Słowacji jako okresný náčelník”.

Stanowisko Ödöna, którego władze Czechosłowacji nazywały konsekwentnie Edmundem, odpowiadało z grubsza naszemu staroście powiatowemu. Piastował je aż do przejścia na emeryturę w połowie lat 30.

We wspomnieniach Margit jest też dowód na bliskie związki rodziny Engelmayerów z księciem Hohenlohe z Jaworzyny Tatrzańskiej. W 1927 roku późniejsza synowa Marii Engelmayer odwiedziła Spisz po raz kolejny, tym razem w towarzystwie swojej chorującej – już wówczas poważnie – matki. Mieszkały nie u Engelmayerów w mieście, a w sanatorium w Hagach (Wyżnie Hagi, dzisiejsze Vyšné Hágy). Jak wynika z opowieści Margit, większość gości sanatorium stanowili Węgrzy. Węgrami byli też właściciele hotelu.

Na kilka dni dołączył z Debreczyna ojciec Margit, „a uprzejmy wujek Ödön zaprosił go na polowanie do rewiru łowieckiego księcia Hohenlohe. W tym polowaniu na sarny ja też uczestniczyłam i opłakiwałam upolowaną. (...)

Omami i Oapi (którzy wtedy byli dla mnie jeszcze ciocią Marcsi i wujkiem Ödönem) odwiedzili nas w Hagi, widocznie i oni czuli, że ze strony waszego ojca nasza znajomość nie jest zwykłym flirtem. Wujek Ödön zorganizował wielką wyprawę, która była dla mnie ogromnym przeżyciem. W wycieczce uczestniczyli wujek Bruckner i jego córka Vali. Wyruszyliśmy z Matlárháza [Tatranské Matliare], jeśli dobrze pamiętam przeszliśmy przez góry piechotą i podziwialiśmy przepiękne Tengerszem-tó [jezioro cyrkowe, chodzi o Morskie Oko], które należało chyba już do Polski [Margit nałożyły się prawdopodobnie dwie wycieczki, bo z dalszego opisu wynika, że widziała wtedy raczej Zielony Staw]. Na przełęczy Pod Kopą [Kopské Sedlo] oczekiwały dwa powozy, które zawiozły nas do majątku księcia Hohenlohe w Javorinie [Jaworzynie Tatrzańskiej]. Tam byliśmy gośćmi zarządcy dóbr księcia. Czekała na nas wspaniała kolacja i wygodne łóżka, co było bardzo przyjemne, bo ja na ogół byłam bardzo głodna i zmęczona. Na drugi dzień Kegelowie (dobrzy przyjaciele wujka Ödöna) pokazali nam piękny pałacyk myśliwski. Dużo później, w latach 70. z ciocią Lili podziwialiśmy piękny krajobraz w Javorinie, zrujnowany pałacyk myśliwski i groby Kegelów na cmentarzu”.

Książę Christian Hohenlohe w 1927 roku już nie żył. Umarł rok wcześniej. Jest pochowany na cmentarzu w Jaworzynie, koło pięknego katolickiego kościółka pod wezwaniem Świętej Anny, który sam, mimo że był protestantem, ufundował. Kościółek jest drewniany, nawiązuje stylem do miejscowego budownictwa, ale widać, że nie jest zwykłą wiejską świątynką, ale raczej wielkopańską fantazją na temat góralszczyzny. Na podobnej zasadzie jak także budowane na przełomie wieków wille witkiewiczowskie w Zakopanem.