WeronikaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Weronika
Weronika
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 60,10  48,08 
Weronika
Weronika
Audiobook
Czyta Joanna Gajór
32,90  24,02 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Lucyna Olejniczak, 2017

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcie na okładce

© Ildiko Neer/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8097-294-0

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

Książkę tę dedykuję mojej córce Magdzie

CZĘŚĆ I


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ 1

KRAKÓW, MAJ – CZERWIEC 1938

Ciepłe majowe powietrze wpływało przez uchylone okno do pokoju Matyldy. Dało się w nim wyczuć zapach kwitnących w pobliżu drzew i woń bukiecików konwalii, sprzedawanych przez owinięte chustami kobiety. Wraz z zapachami zaczęły też przenikać do świadomości Matyldy hałasy ulicy, kroki przechodniów, nawoływania, śmiech dzieci.

Zacisnęła mocniej powieki, aby zatrzymać piękny sen, ale ten zaczął blaknąć i uciekać. Ostatnio powtarzał się jednak tak często, że i tak doskonale pamiętała każdy szczegół.

Oto stoi na scenie teatru, w światłach ramp, starając się nie patrzeć na widownię. Wie, że miejsca przeznaczone dla rodziców są puste, i nie chce po raz kolejny przeżywać zawodu. Dźwięcznym głosem wygłasza swoją kwestię:

Na głowie mam kraśny wianek,

W ręku zielony badylek,

Przede mną bieży baranek,

Nade mną leci motylek.

I nagle widzi, że dwa fotele w drugim rzędzie wcale nie są puste. Rodzice jednak przyszli! Siedzą ramię przy ramieniu i uśmiechają się do niej, dumni i szczęśliwi. Mama ma na dłoniach jedwabne rękawiczki, wkłada je zawsze na „wielkie wyjścia”, żeby ukryć plamy po odczynnikach na palcach. Matylda widzi, jak oboje ukradkiem ocierają łzy wzruszenia.

Kłania się i jak na skrzydłach pędzi ze sceny w ich kierunku. Mama wstaje ze swojego miejsca, wyciąga do niej ręce…

I w tym momencie sen zawsze się kończy. Ale i tak czuła ulgę, wiedziała, że byli i widzieli ją na scenie. To dla nich, a zwłaszcza dla mamy, grała tamtego wieczoru.

Z niechęcią wstała z łóżka, zrobiła szybką toaletę i zabrała się do pracy, żeby zdążyć jeszcze przed obiadem. Dochodziło południe, na śniadanie było już za późno, zresztą wcale nie czuła głodu.

Przepis na kolejny kosmetyk, produkowany w aptece „Pod Złotym Moździerzem”, był już niemal gotowy. Matylda chciała jeszcze tylko raz sprawdzić dokładnie proporcje podane w starych zapiskach matki. Korzystała z gotowych już receptur Wiktorii, czasami tylko udoskonalając je według własnej fantazji. Jak to się dzieje, że wciąż czuje zapach konwalii?

Mydełka, kremy do ciała i twarzy, a ostatnio szampony do włosów, sporządzane głównie na bazie ziół, cieszyły się coraz większą popularnością. Wytwarzane były na miejscu i w niewielkich ilościach, toteż rozchodziły się niemal w dniu, w którym były wyłożone do sprzedaży. Joasia i jej mąż musieli robić zapisy na poszczególne produkty, a na jednym ze wspólnych spotkań zaczęli wraz z Matyldą całkiem poważnie się zastanawiać nad założeniem osobnej fabryczki, produkującej kosmetyki. Opuszczony budynek po starej mydlarni na peryferiach miasta nadawałby się doskonale na ten cel, cena też była przystępna. Sprawami formalnymi miał się zająć Julek, przyszywany brat i przyjaciel Matyldy, przyszły prawnik.

Na razie zajęty był przygotowaniami do zbliżającego się egzaminu dyplomowego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wolny czas dzielił między naukę a poszukiwania Meli, porwanej przez handlarzy żywym towarem, oraz szukanie byłego narzeczonego Matyldy. Michał, jak już zdołano ustalić, uczestniczył w zbrodniczym procederze swego stryja.

Tym razem Julek wybrał się po raz kolejny do Berlina, żeby potwierdzić otrzymane niedawno informacje w tej sprawie. Wszyscy z niecierpliwością czekali na jego powrót, tym bardziej że pobyt nieco się przeciągał i zaczęto już się obawiać najgorszego. Julek nie telefonował, nie dawał żadnego znaku życia, a miał przecież do czynienia z niebezpiecznymi przestępcami. Matylda nie potrafiła się na niczym skupić, z rosnącym niepokojem wyczekiwała chwili, kiedy znów będzie mogła zobaczyć ukochanego brata i usłyszeć jego głos. Jedynie Julek umiał ją pocieszyć po strasznych wydarzeniach z zeszłego roku. Tylko on znał dokładnie wszystkie szczegóły tej historii i tylko jemu mogła się szczerze wypłakać.

Głośne pukanie przerwało jej rozmyślania. W szparze lekko uchylonych drzwi ukazała się głowa służącej, Tekli. Zatrudnienie jej do pomocy w domu było pomys­łem Matyldy, która zupełnie straciła ochotę do jakichkolwiek działań. Wpadła w stan przypominający raczej wegetację niż życie. Jadła, oddychała, zajmowała się apteką, ale wszystko to robiła mechanicznie i bez zaangażowania. Przez kilka ostatnich miesięcy nie mogła sobie poradzić z uczuciem pustki po odejściu Michała, ze świadomością, że została oszukana i tylko cudem uniknęła strasznego losu. Trudno jej było pogodzić się z faktem, że człowiek, który wyznał jej swoją miłość, zaręczył się z nią nawet, był zwykłym oszustem. Mało oszustem: przestępcą, zajmującym się handlem kobietami. To było dla niej najgorsze. Jak mogła tak się pomylić? Jak mogła nie zauważyć, że związała się z potworem?

Przestała się zajmować domem, żyła jakby obok. Dręczyło ją też poczucie winy w stosunku do Meli, swojej dobrej przyjaciółki. To przez nią właśnie, przez Matyldę, Mela zaginęła i nikt nie mógł jej teraz odnaleźć. Myśl o tym, a właściwie niemal pewność, co mogło się z nią stać, prześladowała Matyldę w dzień i w nocy. Chciała umrzeć i gdyby nie wsparcie Julka, skończyłaby ze sobą. Wiedziała, co należy wziąć, żeby odejść w miarę bezboleśnie. Wprawdzie nie skończyła studiów farmaceutycznych, ale wystarczająco dużo czasu spędziła w aptece matki, żeby takie rzeczy wiedzieć.

Bywało, że w chwilach największej rozpaczy Julek zostawał u niej na noc. Bał się zostawiać swoją przybraną siostrę sam na sam z jej myślami. Zasypiała wtulona w niego jak dziecko i w ten sposób choć na chwilę mogła zapomnieć o dręczących ją koszmarach.

Joasia z mężem całymi dniami siedzieli w aptece, ktoś więc musiał zająć się domem i gotowaniem, zwłaszcza że rosnąca jak na drożdżach Marta, ich córeczka, potrzebowała regularnych i zdrowych posiłków. Niania miała zbyt dużo obowiązków przy ruchliwym jak żywe srebro dziecku, a babcia Michalska była już za stara na opiekowanie się dziewczynką i prowadzenie gospodarstwa. I tylko to skłoniło Matyldę do szukania służącej oraz kucharki w jednym, sama mogła się obejść byle czym. Młoda służąca nie była wprawdzie mistrzynią kuchni, ale wystarczyło, że coś tam potrafiła przygotować. Sprzątała też nieźle.

– Chciałam tylko powiedzieć, że idę dziś na targ. – Okrągła twarz Tekli aż poczerwieniała z wysiłku, gdy gosposia wdrapała się na piętro. Tęga dziewczyna otarła pot z czoła rękawem wzorzystej bluzki. – Jakby panienka miała co specjalnego na myśli, to kupię.

– Nie – odparła Matylda obojętnym tonem. – Co tam Tekla kupi, to będzie.

I co jeszcze dostanie o tej porze. Matylda pamiętała dobrze, że za życia mamy na targ wychodziło się wczesnym rankiem, żeby dostać najświeższe produkty, ale Tekla i tak zawsze robiła po swojemu. Ktoś powinien był się nią zająć i dopilnować jej w pracy, ale Matyldzie było to obojętne, a babci Michalskiej dziewczyna nie słuchała.

Ku jej rozdrażnieniu drzwi otworzyły się ponownie, z hukiem odbijając się od ściany. Już miała wybuchnąć gniewem, kiedy do pokoju wpadł jak burza Julek. Zaskoczona Matylda zapomniała natychmiast o służącej i chwilę później wylądowała w objęciach młodego mężczyzny, nie zwracając uwagi na nic innego.

Tekla wzruszyła tylko ramionami i sapiąc z wysiłku, zaczęła iść z powrotem na dół.

– W ogóle jej nie obchodzi, co się w tym domu dzieje – mruczała pod nosem. – Może być to, a może tamto. Pomyślałby kto, że niby pani domu, a niczym się nie interesuje. I żeby się bratem tak cieszyć? Sodomia i gomoria!

Dla Matyldy najważniejszy był teraz długo wyczekiwany gość. Nic innego się nie liczyło. Nawet nie zauważyła, kiedy Tekla wyszła z pokoju.

– Lulek! – zawołała uszczęśliwiona. – Nareszcie wróciłeś! Nawet nie wiesz, jak bardzo się o ciebie martwiłam! Jak bardzo…

Julek obracał ją wokół własnej osi, zasypując pocałunkami i nie pozwalając dokończyć zdania. Odsunął dziewczynę w końcu na odległość ramienia i wpatrując się w drogie mu rysy twarzy, wyszeptał z uczuciem:

– Ja też tęskniłem jak szalony. Matysia moja… Matysia!

Matylda zamknęła oczy i nagle poczuła jego usta na swoich. Po trwającym nie dłużej niż kilka sekund zaskoczeniu zaczęła oddawać mu pocałunki z żarem, o jaki nigdy by siebie nie podejrzewała. Nikt, nawet Michał, nie wzbudził w niej do tej pory tak gorących emocji. Ogarnęło ją niewyobrażalne szczęście.

– Mój Boże! – Ocknęła się nagle przestraszona. – Co my robimy? Przecież tak nie można…

Julek z trudem oderwał się od niej i wymamrotał niezbyt przytomnie:

– Dlaczego, Matysiu? Dlaczego?

– Bo przecież jesteśmy…

– Rodzeństwem? Bzdura! Przecież tak naprawdę to nie jesteśmy. A ja cię kocham od zawsze. Nie czułaś tego?

 

Chciała wyjaśnić, że ona też od zawsze go kochała, lecz tylko jak brata, ale nie pozwolił na to, znów zamykając jej usta pocałunkami. Po chwili nie była już tak pewna tego, co chciała wcześniej powiedzieć. Tulił ją do siebie i całował, a ona poddawała się temu z radością. Jeszcze nigdy nie czuła się tak szczęśliwa jak w tym momencie.

Kiedy w końcu oderwali się od siebie, stanęli, nagle speszeni, nie wiedząc, co dalej. Minął pierwszy poryw, dali upust swojej tęsknocie i dopiero teraz zaczęli sobie uświadamiać, jak bardzo to zmieniło relacje między nimi.

– Matysiu… – zaczął z trudem Julek, wpatrując się z niepokojem w twarz dziewczyny. – Jeśli nie podzielasz moich uczuć, zapomnij, co powiedziałem. Wybacz mi. Tak długo wyobrażałem sobie nasze spotkanie, marzyłem o tej chwili, a kiedy w końcu cię zobaczyłem, straciłem głowę. Jeśli nie chcesz, nie mówmy już o tym. Znów będę tylko twoim bratem… – Przełknął z trudem ślinę. – I wszystko wróci do…

Nie pozwoliła mu dokończyć. Objęła jego twarz dłońmi i z czułością przyciągnęła do siebie.

– Do normy? – spytała, całując go delikatnie. – Naprawdę potrafiłbyś zapomnieć o swoich uczuciach? Bo ja nie. Ja też chyba od zawsze cię kochałam. Właśnie teraz mi to uświadomiłeś.

– Ale… – usiłował się uśmiechnąć, lecz usta mu drżały – powiedziałaś kiedyś, że dla ciebie nie jestem mężczyzną…

– Bo byłam głupia! – Znów przyciągnęła go do siebie. – Mój Boże, jaka ja byłam głupia przez te wszystkie lata!

Ponowne pukanie do drzwi sprawiło, że odskoczyli od siebie jak oparzeni. Tym razem do pokoju wpadła uradowana Joasia, żeby się przywitać z Julkiem. Dowiedziała się od Tekli o od dawna wyczekiwanym gościu. Jeśli nawet zauważyła zmieszanie obojga, to nie dała nic po sobie poznać.

– Witaj w domu, Julku! – Uściskała go z całej siły. – Tak się cieszę, że w końcu jesteś. Może teraz to dziewczę trochę się ożywi, bo była już nie do wytrzymania.

Mrugnęła do niego i roześmiała się głośno z własnego żartu. Julek spojrzał z miłością na zmieszaną Matyldę. To było tak do niej niepodobne, że mogło znaczyć tylko jedno. Czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

– Chodźcie na obiad, już gotowy. – Joasia objęła oboje serdecznym gestem. – Ja muszę szybciutko zjeść, żeby wymienić moją gorszą połowę w aptece.

Zeszli po schodach, żartując. Wszyscy wiedzieli, że Joasia i jej mąż świata poza sobą nie widzą i w tym stadle nie było ani gorszej, ani lepszej połowy. Stanowili doskonale zgrany duet.

Babcia Kasperkowa byłaby taka szczęśliwa, westchnęła w duchu Matylda. I to nie tylko z powodu Joasi.

Podczas obiadu Julek opowiadał o swoim pobycie w Berlinie i efektach poszukiwań. A właściwie o ich braku.

– Nie znalazłem go, drań zdążył się już gdzieś ulotnić. Podobno wyjechał do Argentyny, ale to jeszcze niesprawdzona wiadomość – zwrócił się do wciąż jeszcze zaczerwienionej z emocji Matyldy. – Ale sporo tam na jego temat usłyszałem. Wystarczająco dużo, żeby mieć pewność, że od początku wiedział o procederze swego stryja i brał w tym wszystkim czynny udział.

Matylda z niedowierzaniem kręciła głową. Wciąż trudno jej było uwierzyć, że mężczyzna, za którego miała wyjść za mąż, okazał się takim draniem. Jeśli ona uważała się za dość dobrą aktorkę, to jakże genialnym aktorem był Michał. Uwierzyła mu bez zastrzeżeń i jak pierwsza naiwna dała się omamić obietnicami wielkiej filmowej kariery. Gdyby nie Julek i jego dociekliwość, kto wie, gdzie by się teraz znajdowała. Może tam, gdzie Mela.

A ona sama wepchnęła przyjaciółkę w łapy tych złoczyńców.

Nie było dnia, żeby nie myślała o Meli, nie było nocy, żeby nie miała koszmarów na jej temat. Wiedziała, że nigdy w życiu sobie tego nie daruje. Zerwała też na jakiś czas z aktorstwem. Nie była w stanie występować na scenie po tym wszystkim, co się wydarzyło. Zaczęło się od śmierci mamy, a później ta okropna sprawa z Melą. A wszystko dlatego, że ona, Matylda, uparła się robić to, co jednak chyba nie było jej przeznaczeniem. Sprzeciwiła się losowi i przekleństwo prababki dosięg­ło jej bliskich po raz kolejny.

Powiadomiona o zaginięciu dziewczyny policja wszczęła wprawdzie poszukiwania, jednak sprawa utknęła w martwym punkcie. Historia Meli stała się tylko kolejnym przypadkiem w toczącym się śledztwie. Nikt, mimo coraz większej liczby dowodów przeciwko stryjowi Michała, nie zdołał mu udowodnić powiązań z handlarzami żywym towarem. Świadkowie ginęli w tajemniczych okolicznościach albo nabierali wody w usta. Lub też, jak Michalina Kowalik, dziewczyna, której udało się uciec z domu Olbrychta, zamykani byli w szpitalu dla obłąkanych.

– A Mela? Dowiedziałeś się czegoś na jej temat?

Julek w milczeniu pokręcił głową.

– Zupełnie nic? Przecież nie mogła tak po prostu zapaść się pod ziemię.

– Przykro mi, Matysiu, ale tak to właśnie wygląda.

Zaraz po zniknięciu Meli Matylda pojechała z Julkiem do podwarszawskiego dworku Olbrychta, ale nikogo tam już nie zastali. Panujący wszędzie nieporządek świadczył, że jego mieszkańcy uciekali w wielkim pośpiechu. Stróż potwierdził tylko, że pan domu wyjechał wraz ze swoimi gośćmi niemal zaraz po otrzymaniu jakiegoś telefonu.

– Słyszałem – chętnie opowiadał starszy mężczyzna – jak pan krzyczał potem do kogoś, że trzeba szybko się zwijać, bo „ta wariatka narobiła kłopotów”. No i z samego rana, jeszcze przed świtem, wszyscy wyjechali. Były z nimi jakieś młode kobiety, których wcześniej nie widziałem. Nie wiem, skąd one się tu wzięły.

Matylda nie miała wątpliwości, że ktoś z Kobierzyna zadzwonił do Olbrychta i opowiedział mu o jej wizycie i rozmowie z Michaliną. Podejrzewała mrukliwego pielęgniarza, lecz teraz nie miało to już żadnego znaczenia.

Mela została wywieziona do Berlina, ale Julek jej tam nie odnalazł.

– Byłem nawet w kilku domach publicznych…

Matylda skuliła ramiona, jakby ktoś ją uderzył.

– …jednak nie znalazłem tam żadnej dziewczyny od Olbrychta. Prawdopodobnie zostały od razu wywiezione za granicę. Pojechałem nawet do Hamburga, bo z tamtego portu najczęściej wysyłają je statkami w świat, przeważnie do Nowego Jorku i do Buenos Aires. A niektóre podobno przemycane są też pociągami przez Rumunię, skąd trafiają do Konstantynopola, Bejrutu, Aleksandrii i Algieru. To mocno utrudnia poszukiwania. Niestety, nie udało mi się jeszcze ustalić, do którego z tych miast trafiła Mela.

– Boże… – Joasia pierwsza odzyskała głos. – Nie mogę w to uwierzyć! Sama mam córkę i jak sobie pomyślę, że ona też mogłaby kiedyś… Nie, to wręcz niepojęte! Biedna Mela.

Z wrażenia zupełnie zapomniała, że miała zmienić męża, pewnie czekającego już na nią z niecierpliwością. Ocknęła się jednak i popędziła na dół, do apteki.

Matylda siedziała przy stole, wpatrując się bez słowa w rysy na drewnianym blacie, jakby chciała z nich coś wyczytać.

– Proszę, nie poruszajmy tego tematu przy mężu Joasi – powiedziała cicho. – Porozmawiamy później, w moim pokoju.

Julek zgodził się bez wahania. Mało znał męża Joasi, o którym zawsze mówiono „mąż”, nawet jego żona inaczej go nie nazywała. Nikt nie pamiętał, jak ma na imię, on sam chyba też już zapomniał. Był niepozorny, drobnej budowy i zupełnie przeciętnego wyglądu. Zwracano się do niego, jeśli już w ogóle, to bezosobowo. Ale ten małomówny i skryty mężczyzna był najlepszym, według Joasi, mężem na świecie i najlepszym ojcem dla małej Marty. Był też świetnym farmaceutą, choć z pewnością nie nadawał się na kompana do rozmów i zwierzeń. Sam mówił o sobie niewiele i chyba nie interesowały go szczegóły życia innych ludzi. Prawdopodobnie nie wiedziałby, co z takimi informacjami zrobić.

Skończyli obiad, wymieniając przy stole jakieś mało istotne informacje na temat ruchu w aptece i ostatnich planów, związanych z rozszerzeniem działalności, po czym mąż Joasi wrócił do pracy, a młodzi przenieśli się do pokoju Matyldy.

Matylda postawiła dzbanuszek z herbatą i filiżanki na okrągłym stoliku, przysunęła dwa fotele i stanęła na środku pokoju, czekając na Julka, który zaczął się nagle interesować książkami na jej półce. Przesuwał po ich grzbietach palcem, jakby szukał czegoś do czytania, ale nieobecna mina świadczyła o tym, że myślami błądził zupełnie gdzie indziej.

– Matysiu. – Odwrócił się nagle, patrząc na nią z poczuciem winy. – Widzę, że cię ta nowa sytuacja krępuje. Sprawiłem ci tylko kłopot.

– Przyznam, że trochę mnie to wszystko zaskoczyło. Ale nie twoje wyznanie, tylko moja własna reakcja. Dopiero teraz uprzytomniłam sobie, że od dawna już nie myślałam o tobie jak o bracie, ale chyba podświadomie bałam się, że ty nie odwzajemniasz moich uczuć.

– Podświadomie?

– No tak, bo do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, że cię kocham.

Julek podbiegł do Matyldy i przytulił ją do piersi z całej siły.

– Naprawdę mnie kochasz? Naprawdę?

– Naprawdę – wystękała z wysiłkiem, usiłując wyrwać się z jego objęć. – Ale puść mnie, wariacie, bo udusisz!

Julek objął ją delikatniej, kołysząc w objęciach jak małe dziecko. Z czułością ucałował czubek głowy dziewczyny, upajając się ziołowym zapachem jej włosów.

– To pewnie ten nowy szampon?

– Ot, i cały romantyzm ulotnił się jak kamfora. – Matylda roześmiała się głośno, kiedy dotarł do niej sens słów Julka. – Tak, to nasz nowy szampon. Będziemy go sprzedawać po…

– Przestań. – Zamknął jej usta pocałunkiem, a ona z radością zamilkła. Przez moment zapomniała o otaczającym ją świecie, Michale, a nawet o Meli.

Ale tylko przez moment.

– Opowiedz teraz, co ci się udało ustalić, bo musimy opracować nową strategię. – Oderwała się niechętnie od Julka. – Mamy dla siebie mnóstwo czasu, teraz tak łatwo już cię nie wypuszczę.

– Na razie nigdzie się nie wybieram, bo za miesiąc egzamin dyplomowy. Jak go obleję, to chyba się załamię. O mały włos, a nie wróciłbym z tych Niemiec, bo akurat zamknęli przejście graniczne z powodu epidemii pryszczycy. Ledwo zdążyłem, w ostatniej niemal chwili.

– Nie oblejesz, mój ty geniuszu. Jesteś najlepszy.

Chciał ją znów objąć, ale pchnęła go delikatnie na fotel, dając do zrozumienia, że nie teraz. Julek usiadł i drżącą ręką sięgnął po filiżankę z herbatą. Widać było, że z trudem panuje nad swoimi emocjami i że robi to tylko na wyraźne życzenie Matyldy. Sam najchętniej nie wypuszczałby jej teraz z ramion.

– Tak jak już mówiłem – upił łyk i odstawił ostrożnie filiżankę na stolik, żeby sięgnąć po coś do kieszeni – szukałem Meli w Berlinie, ale wygląda na to, że została natychmiast sprzedana gdzieś dalej. Nikt jej nie widział, nikt też nie znał miejsca pobytu Michała, chociaż jest dość znany w tamtym środowisku i niedawno widziano go w Berlinie. Być może sam pojechał gdzieś z „towarem”.

– Nie mów tak… tam była też Mela…

– Wiem, kochanie, ale dla tych łotrów to tylko towar, nie ludzie. Tak właśnie mówią o tych nieszczęsnych dziewczynach.

Wyjął z kieszeni zmięty kawałek papieru i rozpros­tował go na kolanie.

– Wyrwałem ten list z rąk jednego z handlarzy w Hamburgu, w chwili, gdy ktoś mu go przekazywał. Myślałem, że może będzie tam coś na temat Meli i dziewcząt, z którymi została uprowadzona, ale drań powiedział, że jej tam na pewno nie było. Niezupełnie z własnej woli to powiedział – dodał z zaciętą miną. – A teraz zobacz sama tę pożal się Boże epistołę.

Józek! Pięcioro dziewcząt przyjechało tu pomyślnie i są już w drodze do Nowego Jorku. W porcie hamburskim aż się kotłuje od policjantów, więc z trudem załadowaliśmy towar na okręt. Dwie byłyby nas zdradziły swoim płaczem, ale ty wiesz przecież, chloroform dobrze działa. Kazka aresztowano. Wysłałem te dziewczyny do San Francisco, na Blue Bird. Tam już sobie mogą wołać ojca i matki, ile zechcą. Jeśli masz już swój towar, przywieź go na giełdę dziewcząt. Adres masz. Jakby policja zwróciła na ciebie uwagę, uciekaj do Bremy. A gdyby dziewczyny się wzbraniały, przywieź je tam, gdzie wiesz. Tam już się je nauczy rozumu.

B. Zniszcz zaraz.

Matylda ze świstem wypuściła wstrzymywane długo powietrze. Uświadomiła też sobie, że przez cały czas tak mocno zaciskała szczęki, aż poczuła ból zębów.

– Zabiłabym drania na miejscu – nie wytrzymała w końcu. – Ale skąd pewność, że Meli tam nie było?

– Poturbowałem go nieco i szybko stał się skłonny do pomocy. To zwykły tchórzliwy gnojek. Przysięgał, że to były same Żydówki, blondynkę na pewno by zauważył.

– I puściłeś go wolno? Nie wierzę…

– I słusznie. Oddałem go w ręce tamtejszej policji, a z listu zrobiłem kopię, żeby ją pokazać naszym. Wprawdzie tamci policjanci współpracują z polskimi, ale zbyt dużo już wiem na ten temat, żeby im tak do końca wierzyć. Musieli podpisać moją kopię i dać pieczątkę, na dowód, że jest zgodna z oryginałem. Jutro wybiorę się z tym do odpowiednich władz.