MatyldaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Matylda
Matylda
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,30  45,04 
Matylda
Matylda
Audiobook
Czyta Joanna Gajór
29,90  21,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Lucyna Olejniczak, 2016

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcie na okładce

© Malgorzata Maj/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8097-638-2

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

Książkę tę dedykuję mojemu synowi Tomkowi

CZĘŚĆ I


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ 1

KRAKÓW, LISTOPAD 1931

Napięcie za kulisami sięgało zenitu.

W roli księdza Piotra miał wystąpić gościnnie słynny Juliusz Osterwa, więc wszyscy byli ogromnie przejęci.

– Przed chwilą go widziałam. – Matyldzie trudno było zachować spokój. – Popatrzył na mnie.

– Niemożliwe – skrzywiła się fryzjerka. – On nigdy nie zwraca uwagi na takie siksy.

– Ale naprawdę gapił się na mnie.

– Proszę nie poruszać głową.

Nie tylko obecność mistrza wywołała nerwowy nastrój, obawiano się też, że z powodu zamieszek w mieście widownia będzie świeciła pustkami. Garderobiana, fryzjerka, rekwizytor i inspicjent, nie mówiąc już o aktorach, wszyscy w napięciu spoglądali przez szparę w kulisie, żeby sprawdzić, ilu widzów przyszło tego popołudnia na przedstawienie.

Chaos, jaki zapanował w Krakowie po zamordowaniu polskiego studenta przez bojówki żydowskie w Wilnie, sprawiał, że wielu mieszkańców po prostu obawiało się wyjść z domu. Grupy rozjuszonych studentów, do których dołączyły, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, męty społeczne i zwykli chuligani, krążyły po mieście, rozbijając szyby wystawowe żydowskich sklepów i plądrując, co się dało. Rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego zawiesił wykłady i ćwiczenia aż do odwołania. Szpitale bez przerwy przyjmowały rannych w czasie zamieszek.

– Jedyny pożytek z tego, że nie chciałaś pójść na uniwersytet. – Matka wciąż nie mogła przeboleć, że Matylda zrezygnowała ze studiów na rzecz aktorstwa. – Przynajmniej nie włóczysz się teraz z tą dziką hordą po mieście.

Wiktoria miała żal do córki, że ta nie chciała pójść w jej ślady. Wprawdzie sama wciąż pracowała w rodzinnej aptece przy Grodzkiej i miała ją komu zostawić, bowiem studia farmaceutyczne ukończyła Joasia, córka ciotki Kasperkowej, ale nie o tym przecież marzyła spadkobierczyni Franciszka Bernata. Apteka miała być własnością rodzinną i przechodzić z matki na córkę. Matylda jednak od najmłodszych lat sprawiała kłopoty. Uparta i krnąbrna, zawsze musiała postawić na swoim.

– Mamo – dziewczyna niezbyt grzecznie przerywała te wywody – to są twoje marzenia. Pozwól mi spełniać moje.

Miłość Matyldy do teatru nie znajdowała zrozumienia u jej matki, chociaż Wiktoria, za namową męża, pozwoliła córce na uczęszczanie do prywatnej szkoły aktorskiej, prowadzonej przez Madame Ciesielski, aktorkę kształconą w Paryżu. Tak przynajmniej ta korpulentna kobieta o mocnym głosie i władczej postawie sama się rekomendowała. Antoni Borucki finansował owe lekcje, otrzymawszy wcześniej zapewnienie od Matyldy, że ta nie zaniedba nauki w gimnazjum. Zajęcia odbywały się wieczorami w prywatnych salonach Madame Ciesielski.

Wiktoria, chociaż starała się nie przeszkadzać, patrzyła niechętnie na poczynania córki, uznając, że to tylko rozrywka i mrzonki, które nie zapewnią bytu dziewczynie. Sporadycznie grywane role w podrzędnym teatrzyku – jego nazwy nawet nie starała się zapamiętać – uważała za zbyt kruchą podstawę, by budować na niej przyszłość. To było dobre w dzieciństwie, owszem, występy małej Matyldy zawsze bawiły rodzinę, ale teraz dziewczyna dorastała i czas już najwyższy, by porzuciła dziecinne zachcianki.

– Tak, ale nie da się żyć samymi tylko marzeniami – odpowiadała więc córce. – Dziękuj Bogu, że masz gdzie mieszkać i co jeść. Na razie, bo przecież nie jestem wieczna i kiedyś mnie zabraknie. Co wtedy zrobisz?

***

Matylda z wrażenia nie mogła zasnąć w nocy. Oto spełniało się jej największe życiowe marzenie, czyli występ na scenie Teatru Słowackiego. Już jako dziecko uciekała ze sklepu ojca przy Szpitalnej i przemknąwszy pod okiem portiera, udającego, że nic nie widzi, biegła za kulisy, aby tam przez wąską szparę śledzić z zapartym tchem próby, a potem całe przedstawienia. Znała na pamięć niemal wszystkie kwestie z wystawianych sztuk. To pewnie dlatego, kiedy aktorka grająca rolę wieśniaczki z chóru w Dziadach zachorowała, właśnie Matyldzie zaproponowano zastępstwo.

Rola nie wymagała zbyt wielkich umiejętności, ale dla dziewczyny było to i tak spełnienie marzeń o zagraniu w prawdziwym teatrze. Zdobyciem prawdziwej roli postanowiła się martwić później. Najważniejsze, by się tam dostać, a potem trzeba tylko zostać zauważoną.

Nie raz i nie dwa starała się o pracę w tym teatrze, choćby tylko statystki. Była nawet na wstępnym przesłuchaniu, po którym dyrektor wyglądał na zainteresowanego. Nie słuchała zawistników, którzy twierdzili, że jest zainteresowany każdą młodą dziewczyną.

– Ma pani wrodzony talent – stwierdził z uznaniem na koniec. – Taki nieoszlifowany diament to skarb dla każdego dyrektora teatru. Skontaktuję się z panią w odpowiednim czasie. Proszę zostawić mi jakiś kontakt, może numer telefonu, jeśli pani takowy posiada.

Matylda dziękowała Bogu za telefon w aptece, w ten sposób bowiem dyrektor mógł ją szybko odszukać. Nie wszystkie krakowskie aktorki miały to urządzenie w swoich domach.

Telefon zadzwonił w chwili, gdy na zapleczu pomagała matce rozpakowywać nową dostawę leków.

– Zgodzi się pani zastąpić naszą chorą? – To było najpiękniejsze pytanie, jakie ostatnio zdarzyło jej się słyszeć. – Wprawdzie czasu na próby nie zostało zbyt wiele, bo za tydzień premiera, ale spokojnie da pani radę. To rola wieśniaczki w chórze, w dramacie Dziady, więc nie ma zbyt wiele tekściku do opanowania. Zapewne pani zna?

Rozbawiło ją owo zdrobnienie, ale udało jej się nie roześmiać. Zwłaszcza że uraziło ją pytanie o znajomość dramatu Mickiewicza.

– Znam tekst czy Dziady?

Wprawdzie poczuła się wręcz oburzona, ale spokojnym i pełnym godności tonem odparła, że owszem, zna Dziady i nawet spore fragmenty utworu na pamięć. Rola ducha Zosi, pasterki, była jej numerem popisowym w szkolnych przedstawieniach i do dziś ją pamięta.

– No nie, rolę Zosi mamy już obsadzoną. – Kwiatkowski zaśmiał się głośno. Od początku podobała mu się utalentowana, zadziorna dziewczyna. – I nie ma co się obrażać o moje pytanko. Zdziwiłaby się pani, ile osób tego nie czytało.

Matylda biegała na próby jak na spotkania z ukochanym. Zostawała do samego końca, wysłuchując kwestii wygłaszanych przez innych aktorów, z przeświadczeniem, że w wielu przypadkach sama zrobiłaby to lepiej. Zwłaszcza postać Zosi wydawała jej się źle obsadzona. Tamta dziewczyna grała sztucznie, a swoje kwestie wypowiadała drewnianym, pozbawionym emocji głosem.

Szkoda, że to nie ty zachorowałaś, myślała Matylda, z zawiścią spoglądając na młodą aktorkę. To ja powinnam była dostać tę rolę!

Przedstawienia cieszyły się ogromnym powodzeniem, bilety znikały w ciągu kilku godzin.

I nagle aktorka grająca Zosię uległa wypadkowi. Wychodząc z domu do teatru, spadła ze schodów, łamiąc przy tym kilka żeber. O udziale w przedstawieniu nie mogło być mowy.

Zdenerwowany dyrektor omal nie zerwał z głowy misternie wykonanego tupecika.

– I co teraz będzie? Dzisiaj ostatni występik… Kto ją teraz zastąpi?! Nikt! O mój Boże!

Przesunął zrozpaczonym wzrokiem po stojących w milczeniu aktorkach, szukając u nich ratunku. Ale żadna nie była w stanie mu pomóc. Nad całym zespołem zawisła groźba odwołania przedstawienia. Ostatniego, zapowiedzianego jako pożegnalne, w dodatku z gościnnym występem Osterwy. Wszystkie bilety już dawno zostały wyprzedane, zapowiadało się, że zajęte będą nawet miejsca stojące na schodach, a tu nagle taka sytuacja. Spektakl miał się rozpocząć za dwie godziny.

– Zaraz, zaraz… – Kwiatkowski gwałtownie chwycił Matyldę za ramię. – Dziecko, czy ty aby nie mówiłaś, że znasz kwestię Zosi na pamięć?

– Owszem. – Matylda odruchowo potarła ramię, czując, że po tym uścisku zostanie jej spory siniec. – Znam i mogę zagrać.

– Ale nie zdążymy już zrobić próby. Jezu Chryste…

– Niepotrzebne mi żadne próby. – Dziewczyna uniosła dumnie brodę. – Poradzę sobie na pewno. Znam tekst jeszcze ze szkoły, poza tym ostatnio słyszałam go codziennie.

Nie dodała, chociaż ją korciło, że to, co słyszała, było drewniane i do niczego. Z trudem hamowała radość. Ale w końcu to nie ona zepchnęła tamtą ze schodów. Niezdara powinna była lepiej patrzeć pod nogi.

Pozostała jeszcze kwestia znalezienia kogoś do jej roli, ale tę dostała córka fryzjerki. Gdyby się pomyliła, jej głos mógł zniknąć w chórze.

Matylda nie posiadała się ze szczęścia. Doczekała się w końcu. Prawdziwej roli, w prawdziwym teatrze, w dodatku u boku Juliusza Osterwy. Nawet niechętna do tej pory matka była pod wrażeniem i obiecała przyjść na przedstawienie. Matylda wystarała się o bilety w jednym z pierwszych rzędów. Teraz z niepokojem zerkała co chwila przez szparę na widownię w poszukiwaniu znajomych twarzy. Rodzice mieli pojawić się razem.

 

Nie mogła się doczekać widoku ich min, kiedy się zorientują, że ona gra rolę Zosi, a nie wieśniaczki w chórze. Tego nikt nie mógł przewidzieć.

Postanowiła, że zadziwi wszystkich. A zwłaszcza matkę.

Widownia, wbrew obawom aktorów, powoli się zapełniała. Jak widać, publiczności nie przestraszyły zbytnio zamieszki w mieście.

– Kto mi powie, o co chodzi z tymi studentami? Czemu oni tak się burzą?

Inspicjent odsunął się od kurtyny i spojrzał na Matyldę. Chociaż pytanie nie było skierowane do nikogo konkretnego, wszyscy wiedzieli, że kto jak kto, ale córka aptekarki była zawsze najlepiej poinformowana. Jej matka śledziła na bieżąco wszystko, co dotyczyło uczelni, poza tym zawsze wiedziała, co się dzieje w kraju i za granicą. Potrafiła też wyciągać odpowiednie wnioski z czasami sprzecznych informacji, podawanych w gazetach. Ludzie szanowali Wiktorię Borucką, właścicielkę apteki i żonę znanego kupca, nie tylko za jej dobroć, ale i za mądrość.

– A co to, gazet pan nie czytasz? Przecież tam wszystko jak byk napisane – prychnęła fryzjerka, która nie przepadała za Matyldą.

Uważała, że ta szorstka w obejściu dziewczyna cieszy się w teatrze niezasłużoną sympatią. Było tyle innych, bardziej nadających się na to zastępstwo. Choćby jej córka, piękna jak marzenie Halszka. Też znała rolę Zosi. Ale nie, dostała resztki w chórze po jakimś rudym czupiradle.

– Czytam, czytam. – Inspicjent machnął ręką. – Ale tyle z tego wiem, że polscy studenci starli się z żydowskimi w Wilnie i że Żydki naszego zabili. Ale dlaczego? I co to ten numerus clausus, o którym piszą? Może mi pani wytłumaczy, wdzięczny będę, bo sam chyba jestem za głupi.

– No, to jest ten… tego…

– To, ogólnie rzecz biorąc, sprawa ograniczenia przyjęć studentów żydowskich na polskie uczelnie.

Matylda miłosiernie wyręczyła czerwoną jak piwonia fryzjerkę. Z premedytacją też użyła uczonego tonu matki, która zawsze w ten właśnie sposób tłumaczyła ważne sprawy.

– Do tej pory przyjmowani byli w równych proporcjach, a powinno to być procentowo odpowiednie do ich liczebności w danym miejscu. Wiadomo, że Żydów jest jednak mniej niż Polaków, a przyjmowani po równo blokują miejsca innym.

– No właśnie – przytaknęła energicznie fryzjerka, jakby Matylda wyjęła jej te słowa z ust.

– Chodziło też o „sprawę trupią”. – Dziewczyna z zadowoleniem dzieliła się swoją wiedzą. – Wiadomo, że judaizm uważa sekcję zwłok za ich zbezczeszczenie, więc studenci żydowscy muszą pracować w prosektorium na zwłokach chrześcijan. I na to studenci polscy też nie chcą się godzić.

– A nasze to mogą bezcześcić? – nie wytrzymał maszynista, odpowiedzialny za zmiany dekoracji.

Słuchający ze zrozumieniem pokiwali głowami.

– No właśnie, tego im jakoś religia nie zabrania. Nic dziwnego więc, że nasi się burzą.

Zbliżała się pora rozpoczęcia przedstawienia, toteż wszyscy wrócili na swoje miejsca. Matylda jeszcze raz spojrzała na widownię, ale fotele zarezerwowane dla rodziców nadal stały puste.

No tak, uśmiechnęła się gorzko, matce pewnie znów coś wypadło w aptece. Jakiś zapóźniony klient, który dostał obstrukcji i nie może poczekać do rana. Zawsze to samo…

Wybiegła na tyły teatru, żeby zapalić papierosa na uspokojenie. Za kulisami i w garderobach było to surowo zakazane, a gdzieś musiała. Niektórzy aktorzy wspomagali się w takich chwilach kieliszkiem koniaku, prawie każdy miał zachomikowaną jakąś butelkę. Matylda nie, ale wiedziała, kto jej nie odmówi w razie potrzeby. Miała ochotę na jeszcze jednego papierosa, lecz nie było już czasu.

Rzuciła niedopałek na ziemię i pobiegła do garderoby, żeby poprawić kostium i ogarnąć się przed wyjściem na scenę. Do tego potrzebna była pani Zielińska, garderobiana, która znała Matyldę od lat. Tym razem zamiast umożliwić dziewczynie, jak zwykle, oglądanie przedstawienia zza kulis, przygotowywała ją do występu jak prawdziwą aktorkę.

– Kochana moja, pięknie wyglądasz! – Pani Zielińska odsunęła się o krok i aż klasnęła w dłonie z zachwytu. – Chodź, upnę ci tylko lepiej ten wianek, bo się przekrzywił. I widzisz – mówiła dalej, nie zwracając uwagi na smutną minę dziewczyny – doczekałaś się w końcu. A mama jaka będzie z ciebie dumna. Paliłaś?…

Matylda krnąbrnie wysunęła brodę.

– Musiałam się uspokoić. Nie zdradzi mnie pani, prawda?

– Dobrze, twoja sprawa. – Kobieta wzruszyła ramionami. – Ale to głupia moda i dziewczynie nie pasuje. W dodatku śmierdzi.

– Kogo to obchodzi. Mam to gdzieś.

– Co się tak naprawdę stało?

– Nie pani sprawa – fuknęła dziewczyna.

Garderobiana odwróciła głowę, niemile zaskoczona.

– Przepraszam, nie powinnam była. – Głos Matyldy złagodniał. – Mamy nie ma, więc nie będzie miała okazji do dumy. Pewnie znowu coś ją zatrzymało w ostatniej chwili. Jak zwykle.

– Nie martw się, na pewno przyjdzie. Zobaczysz. A teraz pędź na scenę, bo zaraz wchodzicie. – Udała, że daje jej lekkiego kopniaka. Na szczęście.

Niestety, miejsca rodziców na widowni nadal były puste. Matylda starała się powstrzymać łzy, żeby nie rozmazać starannie nałożonego jej przez panią Zielińską makijażu.

Całą uwagę zwróciła na nowego kurtyniarza, który z przejęciem, wycierając spocone dłonie o nogawki spodni, słuchał rad starszego kolegi, wygłaszanych głośnym szeptem.

– Jak usłyszysz tę kwestię, masz, tu ci ją zapisałem, to w zupełnych ciemnościach zwolnisz wyciąg. Odciągniesz klin mocujący liny, ale cały czas trzymaj wyciąg w równowadze, opuścisz wtedy linę w dół, żebyś mógł zawiązać na niej węzeł…

– Jezuuu… którą linę?…

W pogrążonej w ciemnościach widowni nie dało się rozróżnić żadnych twarzy, jednak dwa puste fotele w drugim rzędzie widać było doskonale. W każdym razie Matylda widziała je tak, jakby ze sceny padał na nie snop światła. Nieobecność matki odebrała jej połowę przyjemności z gry w wielkim teatrze. Prawdziwym, z prawdziwymi aktorami, u boku prawdziwej gwiazdy. Zacisnęła pięści w niemym buncie.

Cholera… Nie odezwę się do niej więcej. Widać, jak jej na mnie zależy. Skoro tak, to i mnie nie będzie zależeć. Trudno, bez łaski…

Odwróciła wzrok od widowni i powoli, spokojnie nabrała powietrza w płuca.

Na głowie mam kraśny wianek,

W ręku zielony badylek,

Przede mną bieży baranek,

Nade mną leci motylek.

Dźwięczny głos Matyldy wypełnił całą scenę. Recytowała swoją kwestię spokojnie, z uczuciem, wkładając w tekst całe serce. Nie zauważyła błysku uznania w spojrzeniu aktora grającego Guślarza ani uradowanych min członków ekipy zgromadzonych za kulisami.

Była Zosią, a właściwie duchem Pasterki, żalącym się na obojętność i nudę, zawieszonym między niebem a ziemią. Poczuła łzy w oczach.

Ach, i zawsze sama jestem!

Przykro mi, że bez ustanku

Wiatr mną jak piórkiem pomiata.

Kiedy skończyła swoją kwestię, jej spojrzenie znów powędrowało w stronę pustych foteli. Nagle coś ścisnęło ją za gardło, a w miejscu euforii pojawił się nieokreślony strach.

I silne przeczucie jakiegoś nieszczęścia.

ROZDZIAŁ 2

Po przedstawieniu kulisy teatru wypełniły się licznymi gośćmi. Przychodzili głównie do Juliusza Osterwy, każdy chciał zobaczyć na własne oczy znanego artystę, dotknąć jego ręki i zdobyć podpis, ale Matyldzie także gratulowano udanego występu. Zgrabna, wysoka dziewczyna z burzą rudych włosów i bladą, jakby porcelanową cerą wzbudziła zachwyt męskiej części publiczności. Niejeden z widzów czuł miłe podniecenie na widok jej niebieskich, niemal granatowych oczu błyszczących z emocji i radości.

– Byłaś rewelacyjna, moje dziecko! Uratowałaś nam przedstawienie! – Uszczęśliwiony dyrektor objął Matyldę i wycałował w oba policzki. Założony na odwrót tupecik zsuwał mu się na jedno ucho. – Co za talencik! Ludzie, co za talencik!

Oszołomiona dziewczyna dziękowała aktorom, pracownikom technicznym, garderobianej, wszystkim, którzy podchodzili, żeby jej pogratulować. Na koniec sam mistrz Osterwa uścisnął z uznaniem jej dłoń.

– Koleżanka, jak rozumiem, weszła na scenę z marszu? Bez żadnego przygotowania? No, no… Pogratulować prawdziwego talentu.

Dyrektor zaprosił wszystkich na bankiet do pobliskiego hotelu. Obecność, jak zaznaczył, udając srogą minę, obowiązkowa.

– Ciebie, moja kochanieńka, też chcę tam widzieć – zwrócił się do zaczerwienionej z emocji Matyldy. – A może nawet przede wszystkim ciebie. Wprawdzie Osterwa zajrzy tylko na chwilę, bo dzisiaj wyjeżdża, ale będzie mnóstwo innych ludzi, którzy mogą ci się przydać. Poznasz odpowiednie osoby, nawet mam kogoś konkretnego na myśli… – Zrobił tajemniczą minę, mrużąc oko. – Teraz, kiedy wszyscy widzieli, jak świetnie radzisz sobie na scenie, to najlepsza okazja. Nie zmarnuj jej. Chodź, porywam cię ze sobą.

– Dziękuję, przyjdę na pewno. – Przez otwarte drzwi garderoby Matylda zauważyła czekającą na nią grupkę osób. – Muszę się tylko z kimś przywitać, a potem dojdę do hotelu sama. Nic mnie nie powstrzyma przed przyjściem, proszę być pewnym.

Pożegnała się szybko i wybiegła na korytarz. Tam, popychana przez tłoczących się wciąż wielbicieli Juliusza Osterwy, stała ciocia Zosia, przyjaciółka mamy z lat szkolnych. Obok niej bliźniaki, Małgosia i Jaś. Małgosia od zawsze traktowała Matyldę jak starszą siostrę i wszędzie za nią chodziła. Z początku dziewczynę to drażniło, jednak z biegiem lat polubiła przyszywaną siostrę i z pobłażaniem traktowała jej uwielbienie. Dzieliła je nieduża różnica wieku, zaledwie trzy lata, w dzieciństwie niemal przepaść, teraz już prawie niezauważalna. Gdyby Matylda była bardziej towarzyska, mogłyby się nawet zaprzyjaźnić.

– Kochanie, byłaś wspaniała! – Ciotka Zosia objęła mocno Matyldę. – Jestem z ciebie dumna.

Jaś tylko mruknął coś pod nosem, bardziej skupiony na lustrowaniu garderoby, z której Matylda gościnnie korzystała, niż na samej bohaterce wydarzenia. Był w wieku, kiedy okazywanie uczuć chłopcy uważali za oznakę słabości i zniewieścienia.

Małgosia natomiast zasypała ją pocałunkami.

– Byłaś najlepsza! Najlepsza! Ja też zostanę aktorką, tak jak ty.

– Najpierw skończ szkołę – ciocia Zosia roześmiała się głośno i pocałowała córkę w czubek głowy – potem zobaczymy.

Mówi zupełnie jak moja mama, pomyślała Matylda, patrząc na ciotkę, ale jakże inaczej reaguje. Bez niechęci, z miłością.

Ta przedwcześnie posiwiała kobieta była zupełnie inna niż jej matka. Wcześnie straciła męża, który zginął bohaterską śmiercią na wojnie. Nie wyszła drugi raz za mąż i całkowicie poświęciła się wychowaniu dzieci. Pomagali jej w tym rodzice, lecz kilka lat później, niestety, matka zmarła, a ojciec po śmierci żony sam wymagał opieki. Ciotka miała więc niełatwe życie, ale znosiła wszystko z pogodą. Niejednokrotnie podtrzymywała też na duchu matkę Matyldy, Wiktorię. Przyjaciółki nie rozstawały się niemal nigdy.

– Ciocia widziała gdzieś moją mamę?

– Nie, ale przecież powinna być. Wiem, że szykowała się na twój występ.

– Ale nie przyszła. – Matylda posmutniała na nowo. – Ani ona, ani ojciec.

– Coś musiało im wypaść. – Zofia z trudem ukryła zaniepokojenie. – Nie martw się.

– Tak. Coś jej wypadło. Jak zwykle… I ojcu też?

Ciocia pokręciła głową w zamyśleniu.

– Kochanie, zbieraj się, pójdziemy razem do waszego domu i tam się przekonamy, co ich zatrzymało.

Zosię ogarniał coraz większy niepokój. To, że Wiktoria nie przyszła, nie było czymś nadzwyczajnym. Nieraz zapominała, że się z kimś umówiła, albo zatrzymywały ją jakieś pilne sprawy, najczęściej związane z apteką i klientami. Ale żeby i Antoni nie przyszedł? Miał bardzo dobry kontakt z Matyldą, kochał ją jak rodzoną córkę i za nic w świecie nie sprawiłby jej zawodu. Nie wyglądało to dobrze. Oj, nie wyglądało.

Matylda zmyła makijaż sceniczny z twarzy, zmieniła kostium na prywatne ubranie i przeciskając się przez tłum zebrany na korytarzu, wyszła wraz z ciotką i jej dziećmi na ulicę. Gnani złym przeczuciem, poszli szybko w stronę Grodzkiej, mijając po drodze obecne jeszcze gdzieniegdzie grupki demonstrantów, a właściwie tych, którzy przyłączali się ostatnio do studentów, by korzystać z każdej okazji do chuligańskich wybryków.

Na Grodzkiej widać było zniszczenia po ich przejściu. Szkło z wybitych okien wystawowych zalegało chodniki, odłamki chrzęściły pod stopami uczestników manifestacji. Właściciele rozbitych sklepów stali na zewnątrz i obejmując głowy dłońmi, przyglądali się szkodom, jakby nie mogli uwierzyć w to, co się stało.

 

Grupka gapiów zebrała się również pod sklepem Wolfa Borucha, który sąsiadował z apteką. Przez wybite szyby widać było ślady plądrowania i grabieży.

Stary Żyd z przejęciem chwycił przechodzącą Matyldę za ramię.

– I co z mamusią panienki? To nie było nic poważnego, prawda?

Przerażona dziewczyna wysłuchała bezładnej opowieści starego Żyda i stojących obok ludzi o wypadku, jakiemu uległa jej matka. Powoli do Matyldy zaczęła docierać tragedia, jaka się tu wydarzyła.

Chuligani, włóczący się po mieście, wyrywali kawałki bruku, by rzucać nimi w okna żydowskich sklepów. Grad kamieni posypał się w stronę sklepu na Grodzkiej. Jeden z nich, zamiast w szybę, trafił w stojącą przed domem dorożkę, płosząc przy tym konia. Ogromne zwierzę zaczęło rzucać łbem, szarpać wędzidło i tańczyć w miejscu, przysiadając na zadzie. Bat woźnicy tylko pogorszył sprawę; przerażony koń stanął dęba i uderzył ogromnym kopytem stojącą na trotuarze Wiktorię Borucką.

Wypadki potoczyły się tak szybko, że nikt nawet nie zauważył, kiedy Antoni Borucki zdążył doskoczyć do konia i, nie dbając o własne bezpieczeństwo, odciągnął go od leżącej na bruku żony. Były żołnierz wiedział, jak radzić sobie ze spłoszonym i oszalałym ze strachu zwierzęciem.

– Pani ojciec uratował matce życie – tłumaczyli z przejęciem świadkowie wypadku – gdyby nie on, bestia stratowałaby ją na śmierć. A tak to tylko została zraniona w głowę.

Mimowolny sprawca wypadku, jakiś wyrostek, zaczął krzyczeć, że nie chciał, że to nie jego wina, ale rozjuszeni ludzie natychmiast rzucili się ku niemu. Nie czekając na dalszy rozwój wypadków, chłopak znikł w jednej z bocznych uliczek, kryjąc się prawdopodobnie w jakiejś bramie.

Mój Boże, mama szła na przedstawienie. Oboje szli – to była jedyna myśl, jaka tłukła się teraz w głowie oszołomionej Matyldy.

Bardziej opanowana ciotka Zosia zatrzymała przejeżdżającą dorożkę i wypytawszy ludzi, do jakiego szpitala zawieziono ranną, wsiadła wraz z Matyldą i poleciła się tam zawieźć. Nieznoszącym sprzeciwu tonem nakazała bliźniętom wracać do domu.

W szpitalu Świętego Łazarza natknęły się na siedzącego samotnie na korytarzu Boruckiego. Antoni tkwił tam nieruchomo, zdając się nawet nie poznawać Matyldy ani Zosi. Z pochyloną głową kiwał się w przód i w tył, jakby żarliwie się modlił.

– Co z mamą?! Gdzie jest?

– Gdzie Wiktoria?!

Głosy obu kobiet zlały się w jeden krzyk.

Borucki podniósł na nie ciężkie spojrzenie i przetarł twarz zmęczonym gestem. Oczy miał czerwone od płaczu.

– Operują ją teraz. Operują…

Niczego więcej nie można było z niego wydobyć. Na każde pytanie odpowiadał drewnianym głosem, że ją operują.

Matylda pobiegła szukać lekarza czy kogokolwiek, kto mógłby jej udzielić informacji na temat stanu matki. Polecono jej jednak usiąść spokojnie i czekać. Dowiedziała się tylko, że stan rannej jest ciężki, ale nie beznadziejny. Wszystko zależało teraz od wyniku operacji, a także od tego, jak poważny okaże się uraz i czy mózg nie został uszkodzony.

– Proszę się modlić. – Starsza pielęgniarka podała Matyldzie krople do wypicia. Dziewczyna wyczuła zapach waleriany i jeszcze czegoś, jednak nie zastanawiała się nad tym, tylko niemal automatycznie wypiła zawartość szklanego kieliszka, cały czas spoglądając na drzwi do sali operacyjnej.

– Jak pani myśli?… – Spojrzała z nadzieją na pielęgniarkę.

– Módl się, moje dziecko, po prostu się módl. Z gorszych ran ludzie tu wychodzili. Będzie dobrze.

Czekanie było prawdziwym koszmarem. Mijały godziny, a wciąż nic nie było wiadomo. Lekarze przechodzili szybkim krokiem, pielęgniarki przebiegały, od czasu do czasu otwierały się drzwi sali operacyjnej. Matylda i ciotka Zosia podrywały się wtedy gwałtownie z nadzieją, ale powstrzymywane ruchem dłoni przez wychodzących opadały z powrotem na ławkę.

W końcu w drzwiach pojawił się chirurg i ruszył w stronę zebranych na korytarzu ludzi. Poszkodowanych tego dnia było sporo, jak zwykle przy takich ulicznych zamieszkach. Pacjenci, którzy przyciskali do ran prowizoryczne opatrunki, z nadzieją patrzyli na każde otwierające się drzwi.

– Czy jest tu ktoś z rodziny Wiktorii Boruckiej? – spytał lekarz, nie zwracając uwagi na szarpiącego go za rękaw mężczyznę z rozbitym czołem.

– Tak. – Matylda poderwała się na równe nogi. – Co z mamą? Wszystko w porządku?

– Cóż… – Chirurg spojrzał ze współczuciem na bladą, przerażoną dziewczynę z resztkami szminki na twarzy. – W każdym razie operacja się udała. Usunęliśmy kilka odłamków kości, które wbiły się w czaszkę. To było końskie kopyto, prawda?

Matylda skinęła potakująco głową, a lekarz westchnął nieznacznie.

– No tak. Teraz musimy tylko czekać i mieć nadzieję, że żaden ważny ośrodek w mózgu nie został uszkodzony. I że nie wda się infekcja. Decydujące będą najbliższe dwadzieścia cztery godziny, ale pacjentka ogólnie jest w niezłym stanie, więc powinna sobie poradzić. Oczywiście zawsze musimy liczyć się z tym najgorszym. Stan nadal jest ciężki.

Ciotka Zosia musiała jechać do domu, ale obiecała wrócić z samego rana. Antoni wraz z Matyldą zostali na posterunku. Nie wyobrażali sobie, że mogliby siedzieć w domu, gdy tutaj Wiktoria walczyła o życie. Jeśli miałoby nadejść to najgorsze, chcieli być przy niej.

Kiedy została przewieziona na salę, z trudem wyprosili pozwolenie, by mogli czuwać przy jej łóżku. Zwykle zaraz po operacji nikomu z zewnątrz nie wolno było odwiedzać pacjenta, lecz ominięto ten przepis ze względu na stan Wiktorii. Wbrew zapewnieniom lekarza, że powinno być dobrze, wszyscy liczyli się z jej śmiercią w każdej chwili. Najbliżsi powinni być przy chorej, żeby zdążyli się z nią pożegnać.

– Tatku. – Matylda spojrzała na poszarzałego z bólu ojca. – Usiądź wygodnie w tamtym fotelu przy oknie, odpocznij trochę, bo za chwilę sam będziesz potrzebował pomocy.

Borucki pokręcił przecząco głową, nie spuszczając oczu z leżącej nieruchomo żony. Bał się, że jeśli choć na chwilę odejdzie, stanie się to najgorsze.

– Nie potrafiłem jej uchronić od nieszczęścia, nie potrafiłem… Powinienem był ją stamtąd odciągnąć, kiedy tylko koń zaczął wierzgać. A ja nie zrobiłem nic, nie miałem żadnego złego przeczucia… Pozwoliłem ją zabić…

Powtarzał to półgłosem, jakby wyznawał swoje grzechy, wpatrując się z bólem w zmienioną twarz Wiktorii. Ten odważny mężczyzna, bohater wojenny, któremu śmierć nieraz zaglądała w oczy i który zawsze potrafił zachować zimną krew, teraz nie umiał sobie poradzić z rozpaczą i bólem na widok leżącej bez ruchu żony. Czuł się zupełnie bezsilny.

Dawną Wiktorię można już było poznać tylko po szczupłych, zniszczonych przez odczynniki dłoniach, leżących teraz nieruchomo wzdłuż ciała na szpitalnej pościeli. Spod zwojów bandaży, które tworzyły rodzaj koszmarnego turbanu, widać było tylko obrzęknięte i zasiniałe powieki oraz bladą, jakby pozbawioną krwi twarz.

– Nie, kochanie – powiedział w końcu głośno Antoni, nie wiadomo, czy do Matyldy, czy żony. – Zostanę tutaj.

Wierzył, że dopóki będzie trzymał ukochaną za rękę, Wiktoria nie odejdzie. Że tylko w ten sposób zatrzyma ją i nie pozwoli, by umarła.

Do pokoju weszła starsza pielęgniarka, niosąc dzbanek z herbatą i dwa kubki.

– Proszę, na pewno jesteście spragnieni. Tylko, broń Boże, nie próbujcie poić tym pacjentki.

Matylda uśmiechnęła się z wdzięcznością i kiwnąwszy głową na znak, że zrozumiała, odebrała dzbanek. Nalała herbatę do kubka i podała ojcu. Antoni uniósł kubek do ust, jakby nie zdając sobie sprawy z tego, co robi. Zakrztusił się natychmiast i dopiero gwałtowny kaszel przywrócił go do przytomności.

– O mój Boże! – wychrypiał w końcu, ocierając łzy z oczu. – Nawet nie wiedziałem, że jestem taki spragniony. Dziękuję. Chociaż to jakaś podła herbata.

Spojrzał z niechęcią na kubek, a Matylda odetchnęła z ulgą. To był ten sam człowiek, co zwykle, jej ukochany ojciec. Wrócił z dalekiej podróży w głąb siebie samego.

– Podła ta herbata, jakieś popłuczyny – powtórzył – ale smakuje mi teraz jak żadna inna.

Antoni, właściciel sklepu z herbatą, znał się na niej jak nikt inny. Obrzydliwy smak szpitalnego napoju przywrócił go na chwilę do życia. Wyprostował się na krześle i rozejrzał wokół, jakby do tej pory bał się spuścić oczu z żony.