Apteka pod Złotym Moździerzem. ObcaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Lucyna Olejniczak, 2020

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcie na okładce

© ManuelVelasco/Gettyimages;

zolnierek/stock.adobe.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8234-534-6

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

PROLOG

W roku tysiąc osiemset trzydziestym pierwszym wybuchła jedna z największych epidemii cholery na ziemiach polskich. Choroba została przywleczona przez rosyjskich żołnierzy, sprowadzonych do stłumienia powstania listopadowego. Chodziły słuchy, że car Mikołaj sięgnął po oddziały z Krymu, gdzie znajdowało się największe ognisko zarazy. Cholera szybko rozprzestrzeniła się w Królestwie Polskim, a następnie dotarła na tereny Prus i Galicji.

Do Krakowa i w okolice przyniosły ją prawdopodobnie wojska rosyjskie, dowodzone przez generała Rüdigera, które we wrześniu tysiąc osiemset trzydziestego pierwszego roku wkroczyły do miasta, zapoczątkowując jego dwumiesięczną okupację.

Pierwsza, pod koniec września, została zarażona wieś Bartkowice.

CZĘŚĆ PIERWSZA

UCIECZKA

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROK 1831.RZECZPOSPOLITA KRAKOWSKA

Za wszelką cenę musiała uratować swoje dziecko.

Przemoknięta i zmęczona, młoda kobieta przedzierała się przez las. Miała niecałe dziewiętnaście lat i była w ósmym miesiącu ciąży. Ostre gałęzie jeżyn raniły jej nogi i zaczepiały o spódnicę, ale nie zwracała na to uwagi. Byle dalej od tego miejsca, gdzie ją i jej nienarodzone maleństwo czekała pewna śmierć. Jeśli nie od zarazy, to z głodu. Albo z rąk pijanych żołnierzy. To pewne jak amen w pacierzu, powtarzała w myślach.

Wyznaczeni do kordonu sanitarnego rosyjscy żołdacy otoczyli całą wioskę. Rozkaz był jasny i nie podlegał dyskusji:

Nikt nie ma prawa wydostać się na zewnątrz i nikt nie może przyjść tym ludziom z pomocą.

Cholera, bo tak nazywała się choroba, miała zniknąć wraz z ostatnimi mieszkańcami.

Mimo tego kategorycznego rozkazu jednej osobie udało się już uciec. Miejscowy ksiądz, rumiany i wiecznie podpity ojciec Ksawery, który na początku zarazy przekonywał wiernych, iż epidemia jest karą boską za grzechy i tylko modlitwa może ich ocalić, kilka dni wcześniej wyjechał do swojej rodziny w Miechowie. Po prostu przekupił rosyjskiego oficera.

Aż cztery bryczki wiozły dobytek wielebnego. Mieszkańcy niemal nie odczuli jego nieobecności, bo już od tygodnia siedział zamknięty na plebanii, nie spowiadał ani nie udzielał sakramentów, nie mówiąc już o odprawianiu pogrzebów. Podobno pił na umór, trwożliwie spoglądając przez okna zza lekko uchylonych firanek, czy aby nikt nie zamierza go odwiedzić.

Agnieszka była drugą osobą, której udało się opuścić to piekło. Kosztowało ją to z pewnością dużo mniej niż księdza, bo tylko trzy butelki wódki.

Wiedziała, że Moskale uwielbiają mocne trunki. Był chłodny marzec, siąpił deszcz i żołnierzom na posterunkach wyznaczonych wokół wsi musiało być zimno, mokro i nudno. Siedzieli przy ogniskach, pili i śpiewali dumki. Tak więc nawiązała kontakt z jednym z nich, upatrzonym wcześniej starszym sołdatem o imieniu Wasyl, który nazywał ją krasawicą. Miał rude bokobrody, czerwoną twarz, wąskie przekrwione oczka i chodził w krzywo zapiętym szynelu, z karabinem niedbale przewieszonym przez ramię. „Chodził” – to chyba złe określenie, on kroczył na sztywnych nogach, wciąż pijany. Kiedyś – za pomocą rosyjskich i polskich słów, a także gestów – poinformował ją, że mieszka w Riazaniu, ma żonę i dwie małe córeczki: Wierę i Duszeńkę. Wydał jej się poczciwym pijakiem, który tęskni za rodziną i nie czuje żadnej nienawiści do mieszkańców wioski.

Takiego właśnie człowieka potrzebowała.

Jak zawsze energiczna i zdecydowana, ułożyła plan dosyć szybko, w przeciągu jednego popołudnia. No cóż, nie był może zbyt skomplikowany, ale nie miała czasu ani głowy na coś bardziej wymyślnego. Po prostu kilka godzin przed ucieczką, późnym wieczorem poprzedniego dnia, Agnieszka dostarczyła Wasylowi i jego kompanom ukryte w koszu flaszki wódki, pochodzące z dawnych zapasów jej szwagra.

– Nu, krasawica. – Żołnierz aż cmoknął na dowód uznania. – Bolszoje spasiba. Niczewo łuczsze nie nada.

I o to chodziło.

Teraz miała tylko nadzieję, że Moskale będą nad ranem spać jak zabici, nie wiedząc nawet, w jakim kraju się znajdują.

Powróciwszy do wioski, poszła jeszcze pożegnać się z Siwkową, znachorką, która dwa dni wcześniej namówiła ją do tej ucieczki.

– Ratuj siebie i dziecko – powtarzała.

Sama, mimo żarliwych błagań Agnieszki, postanowiła zostać ze swoimi chorymi aż do końca. Wiedziała, że nikogo nie uratuje, ale chciała chociaż ulżyć im w ostatnich godzinach życia. Ci, co jeszcze nie zachorowali, ze strachem odsuwali się od zarażonych, toteż biednym spragnionym nie miał kto nawet podać wody.

– Za stara już jestem, żeby zaczynać gdzieś życie od nowa – tłumaczyła ostatniego wieczora, tuląc do siebie płaczącą dziewczynę, która do ostatniej chwili starała się ją przekonać. – Mam chore nogi i nie zajdę na nich za daleko, Moskale szybko nas dogonią. Będę ci tylko ciężarem. Ty jednak musisz przeżyć. Uciekaj stąd jak najszybciej! Szczepan by tego pragnął!

– Zatem żegnajcie – powiedziała Agnieszka. – Dziękuję wam za wszystko.

Siwkowa zastępowała jej zmarłą przed kilku laty matkę. Nauczyła dziewczynę sporządzania leków i naparów, wyjawiła przepisy na wiele dolegliwości, pokazała, jak należy opiekować się chorymi. Razem zbierały i suszyły zioła, razem sporządzały z nich tajemnicze mikstury. Znachorka czuła, że przekazuje swoją wiedzę w dobre ręce.

– Nie daj się złapać – powiedziała na pożegnanie, modląc się w myślach, żeby dziewczyna nie zaczęła rodzić gdzieś w lesie. To był już ósmy miesiąc. Ale nie miała wyjścia, musiała uciekać.

– Nie dam.

Przez całą noc Agnieszka nie mogła zmrużyć oka, zastanawiając się, co będzie, jeśli żołnierze ją złapią. Czy zabiją na miejscu? Czy może odeślą z powrotem? Lepszy byłby już chyba bagnet, myślała. W gruncie rzeczy na jedno wychodziło. Wpatrzona w mrok, modliła się do Matki Boskiej o opiekę. Ale czy Matka Boska naprawdę jej pomoże? Czy ją w ogóle słyszy? Agnieszka nie miała takiej pewności. Żadne modlitwy nie uratowały Szczepana ani innych ofiar zarazy. Może ona też jest za mało pobożna? Religia wydawała jej się raczej zbiorem barwnych, czasami niejasnych opowieści, a przede wszystkim praktycznych nakazów, niczym więcej. Tak naprawdę nie czuła jej w sercu.

Na kilka godzin przed świtem przysnęła na moment. Obudziła się ze strachem, że zaspała, wciąż jednak było ciemno i cicho.

Szykowała się do drogi przy nikłym blasku łojówki, nadal pogrążona w ponurych rozmyślaniach. Ręce jej drżały, oddech miała szybki i płytki, czuła, jak mocno bije jej serce. Jasne gęste włosy splotła w gruby warkocz. Nałożyła na głowę haftowaną chustkę, a na plecy zarzuciła grubą, podbitą futrem kapotę po zmarłym mężu.

Po chwili wahania zawiesiła na szyi czerwone korale, prezent od matki – zawsze trzeba ładnie wyglądać. Twarz rodzicielki dawno się zatarła w pamięci Agnieszki, ale pozostało jakieś ciepło wewnątrz, świadomość, że ta opiekuńcza osoba jest wciąż przy niej obecna (czego nie odczuwała nigdy w stosunku do Matki Boskiej). Zabrała ze sobą węzełek, w którym miała trochę sera, słoniny i chleba. To było wszystko. Ostatni raz rzuciła okiem na izbę, w której spędziła ze Szczepanem tyle szczęśliwych chwil, po czym przeżegnała się i otworzyła drzwi.

Było tuż przed porą udoju, więc nie miała zbyt wiele czasu. Wyszła z domu niczym duch. Tyle że już na podwórzu duch przypadkiem kopnął w stojące obok studni wiadro. W rzeczywistości odgłos był głuchy i ledwo słyszalny, ale w panującej wokół ciszy Agnieszka miała wrażenie, jakby uderzyła w kościelny dzwon. Aż się skuliła ze strachu i musiała na chwilę przystanąć, aby się upewnić, że nikogo nie obudziła. Oby tylko psy nie zaczęły ujadać. Tak cicho, jak tylko mogła, przemknęła przez wieś tyłami stajni i obór.

Za zabudowaniami otwierało się rozległe pole zamknięte czarną ścianą lasu. Przejście przez nie stanowiło największe wyzwanie, bo mimo że panował jeszcze przedporanny mrok, była tam widoczna dla każdego, komu chciałoby się o tej porze popatrzeć.

Pole wydawało się nie mieć końca. Szła jak we śnie, kiedy to człowiek mozolnie stawia kroki, a mimo to nie posuwa się naprzód. Oddychała szybko, serce biło jej mocno. Miała całkowitą pustkę w głowie. Gdy wreszcie dotarła do brzozowego lasku, zamykającego pole od zachodniej strony, cała była spocona ze zmęczenia i strachu.

Odetchnęła z ulgą. Z wrażenia zakręciło jej się w głowie. Odwróciła się i spojrzała na rodzinną wieś. Rozmyte w mroku niskie krzywe chaty o małych oknach i strzechach obrosłych mchem i chwastami wydawały jej się w tej chwili odległe i nierzeczywiste, niczym powoli zacierające się wspomnienie z jakiegoś innego życia.

A przecież przez dziewiętnaście lat to miejsce było niemal całym jej światem. Nie licząc jednej podróży do Krakowa, którą odbyła wraz z matką jeszcze jako dziecko, oraz służby u państwa Kosteckich, nigdzie indziej nie wyjeżdżała. W Bartkowicach obchodziła wszystkie święta Bożego Narodzenia, kiedy chłopcy chodzili z szopką lub gwiazdą, śpiewając kolędy przy akompaniamencie skrzypek. Przypomniała sobie też radosne Sobótki i puszczane z nurtem rzeki wianki z kwiatów z przymocowaną do nich świeczką.

 

To tutaj brała ślub. To tutaj jej mąż, z zawodu cieś­la, wybudował chatę.

Teraz Bartkowice stały się jednym wielkim cmentarzem. Oprócz znachorki nie pozostawiała tu nikogo bliskiego. Męża, Szczepana, straciła kilka dni temu, matka zmarła niedługo po ich ślubie, a starsi bracia wyjechali przed laty za chlebem do Prus i ślad po nich zaginął. Ojca nawet nie pamiętała. Przygniotło go drzewo w lesie, kiedy była jeszcze niemowlęciem.

Poczuła się wolna.

Wolna przynajmniej od tej odciętej od świata wioski.

Teraz czekało ją dużo trudniejsze zadanie. Jeśli chciała przeżyć, musiała dotrzeć do dworu państwa Kosteckich.

Szła szybko, co chwilę oglądając się przez ramię, czy jakiś żołnierz za nią nie biegnie. Być może już ją zauważono i za chwilę usłyszy za sobą wykrzykiwane po rosyjsku komendy. Może nawet strzały. Przegoniła tę myśl, skupiając się tylko na tym, aby podczas tego pospiesznego marszu nie potknąć się i nie upaść. Gdyby, nie daj Boże, skręciła teraz nogę w kostce, szanse ucieczki znacznie by zmalały. O ile pozostałyby w ogóle jakieś szanse. Podążała zatem przed siebie, ze spuszczoną głową, patrząc uważnie pod nogi i wsłuchując się w rytm własnego niespokojnego oddechu. Z oddali dobiegało pianie koguta. Pewnie wszyscy już są na nogach.

Nie myśleć, to jedyny sposób, aby nie poddać się panice. Czuła się teraz jak zwierzę uciekające przed myśliwymi. Ale żołnierze byli tylko częścią problemu. Ich dało się łatwo przechytrzyć, wystarczyła gorzałka. Większym zagrożeniem wydawała jej się choroba. Czy aby na pewno zdołała przed nią uciec, czy może niesie ją z sobą, wraz z nienarodzonym dzieckiem i skromnym węzełkiem?

***

Skąd pewność, że cholera nie towarzyszy jej podczas ucieczki?

„Cholera”. To słowo powodowało, że kolana stawały się słabsze, a ręce drętwiały. Tak właśnie nazwał tę chorobę przybyły z Krakowa lekarz, otyły brunet o gładko wygolonej twarzy. Po czym natychmiast odjechał, a na jego miejsce pojawiło się rosyjskie wojsko, które otoczyło wieś kordonem sanitarnym.

Jak szeptano, pierwszego roku po powstaniu w Królestwie cholera uśmierciła mnóstwo ludzi. Podobno przywlekli ją właśnie Moskale wysłani do stłumienia buntu (bo powstańców nazywali buntowszczykami). Zmarłych chowano na specjalnych cmentarzach cholerycznych, z dala od ludzkich siedzib.

Przejezdni opowiadali chłopom o dwuramiennych krzyżach stojących na rozstajach dróg, ostrzegających o panującej w tamtych okolicach zarazie. Nazywano je karawakami, krzyżami morowymi. Przybite na pionowym słupie dwie poprzeczki, górna krótsza od dolnej, informowały wędrowców, że w okolicy panuje cholera i należy te miejsca omijać.

No cóż, niestety nie ominęła Bartkowic.

Uderzyła pod koniec września – niespodziewanie, bez żadnych zapowiadających ją znaków na niebie czy ziemi. Nie było komety, nie było krwawej łuny na horyzoncie ani czerwonej wody w studni. Po prostu pewnego dnia córka kowala zaczęła wymiotować i dostała biegunki.

Wkrótce umarła.

Potem zachorowała Grzesiakowa, żona rymarza. Na nic zdały się modlitwy całej rodziny i okadzanie chaty dymem z jałowca. Wezwana do domu znachorka od razu zauważyła pomarszczoną jak po długiej kąpieli w rzece skórę, zapadnięte oczy i charakterystyczny cichy, szczekliwy głos starszej kobiety. Jedyne, co mog­ła w tej sytuacji zalecić, to picie przegotowanej wody i częste mycie rąk przez wszystkich członków rodziny, którzy stykali się z chorą. To miało zapobiec dalszym zakażeniom.

Niestety, owe rady uznano za zwykłe dziwactwo.

Od brudu jeszcze nikt nie umarł, a od wody niejeden, skwitowała krótko córka chorej, wycierając buzię najmłodszego synka utytłaną ścierką. Grzesiakowa zmarła następnego dnia, potem przyszła kolej na jej wnuka. W krótkim odstępie czasu we wsi zmarło kilka osób. Na pierwszy ogień poszli chorzy, starcy i dzieci.

Przypomniano sobie wtedy domokrążcę, chudego mężczyznę o drapieżnych rysach, który pojawił się niedługo przedtem. Nie wyglądał na okaz zdrowia, był blady i bardzo się pocił. Długo stał pod studnią rymarza i pił wodę prosto z wiadra. Zanim wyjechał, zdążył jeszcze sprzedać sporo medalików „poświęconych przez samego papieża z Rzymu”, korale oraz przyprawy. Jego ciało znaleziono tydzień później, dwie mile od wsi, poszarpane przez wałęsające się dzikie psy. Pochowano go pospiesznie w lesie. Nikt nie wiedział, co się stało z towarem, który domokrążca wiózł ze sobą na wózku.

Agnieszka, chociaż w zaawansowanej już ciąży, niestrudzenie pomagała Siwkowej przy chorych. Wierzyła, choć teraz, idąc przez las, nie była już tego taka pewna, że jeśli będzie przestrzegać jej zaleceń, nie zachoruje. Podczas gdy razem z nieustraszoną Siwkową starały się odegnać zarazę, Agnieszka po raz pierwszy usłyszała, że dziecko, które nosiła w swoim łonie, jest wyjątkowe.

– Dlaczego wyjątkowe? – spytała zaciekawiona dziewczyna, nieco speszona, ale i dumna.

Właśnie okadzały piołunem i wonnymi ziołami chałupę furmana, Marcina Wilka. Wcześniej mocno napaliły w piecu i wylały na gorący kamień dwie łyżki octu. Gospodarz, ubrany w kaftan z niską talią, przyglądał się tym zabiegom z mieszaniną zaciekawienia i niedowierzania, drapiąc się po kudłatej głowie. Był chudy jak tyka i wiecznie naburmuszony, gdyż cierpiał na, jak sam to określał, „bolesny rumatyzm”.

– Czuję to, kiedy kładę dłoń na twoim brzuchu – odparła znachorka.

Siwkowa, drobna pomarszczona kobieta po pięćdziesiątce, nosiła czerwoną chustę. W ogóle ubierała się jak Cyganka – kolorowo – choć cerę miała jasną, a oczy bladobłękitne, wręcz wyblakłe. Mówiono, że kiedyś, w młodości, kochała się w przystojnym Cyganie i że ta miłość skończyła się tragicznie, ale trudno powiedzieć, czy była to prawda, czy bajki. Ona sama nigdy o tym nie wspominała. Nie miała męża ani dzieci, mieszkała samotnie na skraju wsi, w małej chatce pełnej suszonych ziół i grzybów.

Ksiądz Ksawery nienawidził znachorki, zresztą z wzajemnością. Nazywał ją czarownicą i niektórzy mieszkańcy rzeczywiście wierzyli, iż Siwkowa potrafi zamieniać się w ropuchę, a także odbierać krowom mleko. Patrzono na nią krzywo, nawet Agnieszka, jako dziecko, trochę jej się bała. Tyle że podczas zarazy ludzie chwytali się wszelkich sposobów, nawet tych potępianych przez księdza.

Pokłoniliby się samemu Złemu, byle ocalić życie.

– Naprawdę wyjątkowe? – spytała Agnieszka. – Można to poczuć?

– Naprawdę. Nigdy się nie mylę.

– Nigdy?

– Przenigdy.

– Chłopiec?

– Nie.

– Dziewczynka?

– A jest jakaś trzecia możliwość? Grabiami się w czoło uderzyłaś, dziewczyno, że pytasz jak ta głupia?

– Może być, na przykład, diable… – wtrącił nieśmiało Marcin Wilk, siedzący na ławie w kącie izby. – Znaczy czort.

– A cóż to za bzdury! – Siwkowa spojrzała groźnie na mężczyznę. – Sądzicie, że Agnieszka nosi w sobie diablę?

– No nie. Wiadomo. Ale takie przypadki bywały, że ani chłopak, ani dziewczyna. Mój ojciec opowiadał, że za czasów, kiedy na carskim tronie siedziała baba, niedaleko stąd urodziło się dziecko z ogonkiem i ostrymi ząbkami. Czarniawe takie jakieś. Na mój rozum owoc grzechu. Matka podobno lubiła chodzić w okolicach bagien, więc tam pewnie ją jakiś czort… no, wiecie…

– Wiemy, skąd się biorą dzieci – przerwała mu Siwkowa.

– No więc jak ludzie zobaczyli takiego dziwoląga – kontynuował chłop – to go chcieli z miejsca do lasu wynieść. Ale był akurat we wsi człowiek miastowy. Powiedział, żeby tego chłopaka, bo to chłopak był, za nic nie ruszać. Potem go rysował na papierze, całkiem udatnie, jak mówił ojciec. No i posłał do miasta po uczonych. Zjechali się i badali owego stwora, a potem kiwali głowami.

Znachorka westchnęła głęboko. Znała tę historię doskonale, tak jak dziesiątki podobnych opowieści. Mimo że ksiądz i część wsi uważali Siwkową za czarownicę, kobieta nie dawała wiary tym najbardziej fantastycznym relacjom. Leczyła ludzi ziołami i dziwnymi miksturami, nie starała się jednak powoływać na żadne cuda niewidy, jak to czyniły inne okoliczne znachorki.

Marcin Wilk musiał jednak zakończyć swoją his­torię.

– Podobno przyjechali z Moskwy, zapakowali cudaka do takiej skrzyni-klatki, a potem zawieźli do samej tej ich carycy Katarzyny. Bo ona lubiła dziwowiska. Tyle wiem.

Agnieszka spojrzała na Siwkową, wyraźnie zalękniona.

– Spokojnie, moja droga, to dziewczynka – powiedziała znachorka.

– A czujecie jeszcze coś? – zapytała słabym głosem dziewczyna.

Siwkowa spojrzała na nią bacznie.

– A niby co?

– No… – Agnieszka spuściła wzrok. – Coś o tym dziecku. Skąd…

Owoc grzechu. Czarcie dziecko.

– Nie – ucięła tamta krótko. – Przynieś mi teraz, dziopo, gliniany garnek. Musimy coś rozgrzać.

– Co znowu? – zaniepokoił się Wilk.

– Sproszkowaną siarkę.

– Że co? – Gospodarz aż się podniósł z ławy. – Siarkę? Przecież to diabelskie gusła jakieś.

– Nie gadajcie głupot, Marcinie.

Usiadł posłusznie, ale nie zamilkł.

– Ksiądz dobrodziej gadał, że choroba pochodzi od…

– To biegnijcie z tym do księdza dobrodzieja – fuknęła Siwkowa. – Może go jeszcze dogonicie. Jeśli was Moskale wypuszczą.

– Rumatyzm mi nie pozwala.

– No to siedźcie teraz cicho. Dziewczyno, gdzie ten garnek?

– Już przynoszę.

***

Drobny deszcz, który zaczął padać przed godziną, utrudniał Agnieszce wędrówkę. Zdeptane buty ślizgały się na wilgotnej ziemi i liściach. Brzozowy lasek skończył się szybko i zrobiło się stromo. Weszła na wzniesienie porośnięte pokrzywami i paprociami, chwytając się wilgotnych gałęzi i małych przekrzywionych drzewek. Rzecz jasna, łatwiej i szybciej byłoby iść traktem, ale obawiała się rosyjskich patroli. Nie sądziła, by do południa żołdacy zorientowali się, że we wsi brakuje „krasawicy” (nie byli zbyt bystrzy i mało cenili sobie żołnierską dyscyplinę). Wolała jednak unikać dróg i otwartych przestrzeni. Znając życie, zgłoszą się do niej po następne butelki i wtedy zauważą jej nieobecność. Agnieszka, tak szczodrze ich obdarowując, musiała zagościć już na dobre w ich prostych żołnierskich sercach.

Usiadła na zwalonym zmurszałym pniu, aby nieco odpocząć. Wciąż starała się odganiać bolesne wspomnienia, ale te powracały niczym uprzykrzone owady.

– Oj, Szczepan – wyszeptała. – Dlaczego cię tutaj ze mną nie ma? Ty byś wiedział, co zrobić. I nie musiałabym iść do tych okropnych ludzi. Czemu mnie opuściłeś akurat teraz?

***

Pochowała go trzy dni temu. Przynajmniej w solidnie zbitej trumnie, a nie we wspólnym grobie, jak to się działo z innymi ofiarami zarazy. Oczywiście bez księdza, ale to nie miało już dla niej znaczenia. Ojciec Ksawery okazał się pijakiem i tchórzem. Zresztą i tak nigdy go nie lubiła.

Nie do księdza miała pretensje, ale do losu. Do końca wierzyła, że dzięki Siwkowej i jej wiedzy uda im się wspólnie przeżyć nieszczęście. Choroba zdawała się jakby przygasać, mówiono nawet, że mróz ją zabił. Niestety, po kilku dniach zarażonych było siedem chałup. Także i dom Agnieszki. Zachorował Szczepan i szybko okazało się, że nie ma dla niego ratunku. Co gorsza, on sam to czuł. Gdyby nie kolejne w ciągu dwóch lat zapalenie płuc, które tym razem bardzo go osłabiło, może dałby radę walczyć z nowym zagrożeniem. Niestety, jego organizm nie miał już sił. Szczepan przez całe swoje dorosłe życie robił trumny, a teraz musiał przed śmiercią słuchać odgłosów zbijania ostatniej skrzynki dla niego. Wykonywał ją Wojtek, chłopak, którego wziął poprzedniego roku na ucznia. Szczepan chciał nawet nadzorować z łóżka pracę swego pomocnika, obawiając się fuszerki, lecz i na to nie miał już sił.

A pomyśleć, że jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy się dowiedział o ciąży Agnieszki, zaczął robić kołyskę dla ich dziecka. Chciał, żeby była najpiękniejsza na świecie. Wydłubywał na jej bokach bajkowe postaci: księżniczki, krasnoludki, wróżki. Na końcach biegunów miały przysiąść motyle. Wciąż odkładał pracę, bo miał wiele zamówień. Sądził, iż przed nim jeszcze mnóstwo czasu. Niestety, teraz już wiedział, że nie zdąży… Jedyną jego pociechą było gładzenie brzucha żony.

– Moje dziecko – szeptał z czułością, umęczony biegunkami i wymiotami.

 

– Tak, twoje – odpowiadała, odwracając wzrok.

– Chłopiec czy dziewczynka?

– Nie wiem – skłamała. – To Bóg wybierze.

– Może być dziewczynka.

– Tak?

– No tak. Wszystko obmyśliłem. Urodę będzie miała po tobie, a rozum…

– Po babci? – przerwała mu.

– Nie.

– Jak to nie? Uważasz, że babcia była głupia?

– Skądże znowu.

– A więc?

Zaśmiał się cicho.

– Rozum po tacie.

Odgarnęła mu z twarzy splątane pasma włosów i pocałowała go w policzek. Skórę miał gorącą i suchą.

– Moje dziecko.

Mimo że umierał, jego zapadnięta twarz promieniała. Wreszcie spodziewali się potomka. Agnieszce bardzo długo nie udawało się zajść w ciążę. Kiedy pojawił się u niej brzuszek, mąż stał się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Spełniły się jego wszystkie nadzieje. To był prosty, ale poczciwy mężczyzna, o twardych rękach, wciąż pachnący żywiczną wonią trocin.

Agnieszka i Szczepan pobrali się przed trzema laty, kiedy ona miała szesnaście lat, a on był już dobrze po trzydziestce. Spodobał jej się ten wysoki czarnowłosy mężczyzna o szczerym spojrzeniu i dobrym sercu. Właściwie to wybrała go dla niej matka, ale Agnieszka szybko zaakceptowała Szczepana. Nigdy nie ciągnęło jej do młodych chłopców, którzy mieli w głowie tylko głupoty i bijatyki w karczmie. Szczepan był inny. I inaczej też na nią spoglądał – z uczuciem i jakąś nabożną czcią, jakby wciąż nie dowierzał, że taka dziewczyna mogłaby zwrócić na niego uwagę. Mało brakowało, a nie wysłałby w końcu swatów do jej matki, obawiając się odmowy. Ale Agnieszka przyjęła go od razu. Pobrali się na wiosnę, panna młoda, cała w kwiatach, zachwyciła go do tego stopnia, że aż zapomniał języka w gębie przy wypowiadaniu sakramentalnego „tak”. Musiała go żartobliwie szturchnąć w bok przed ołtarzem.

Oboje bardzo chcieli mieć dzieci. Niestety, nie pomagały ani specjalne zioła przygotowywane przez znachorkę, ani modły. Wszystko na nic. Każdy kolejny miesiąc był pełnym nadziei oczekiwaniem, które szybko zmieniało się w rozczarowanie i smutek.

– Wasze dziecko po prostu jeszcze nie jest gotowe – pocieszała Agnieszkę w takich chwilach znachorka. – Samo wybierze sobie czas, kiedy zechce się pojawić na świecie. Ale przyjdzie na pewno, wiem o tym.

Agnieszka jej wierzyła. Bo bardzo pragnęła w to uwierzyć.

– Jak sobie teraz dasz radę? – zapytał ją Szczepan tuż przed śmiercią. – Z dzieckiem?

– Znasz mnie.

– No znam. Jesteś uparta i…

– Nie pozwolę mu umrzeć.

– To wiem – odrzekł, po czym zamknął oczy, a po chwili zasnął.

I już się z tego snu nie obudził.

***

Siedząc teraz na zwalonym pniu, zmęczona i zziębnięta, poczuła się nagle samotna i bezdomna. Zaszlochała, ukrywszy twarz w dłoniach. Cichutko, niemal bezgłośnie, jakby wstydziła się otaczających ją drzew.

Tak mi ciebie brakuje, pomyślała, czując na sobie krople deszczu. Wreszcie pociągnęła nosem, wstała energicznie i otrzepała spódnicę. Do dworu Kosteckich było prawie dziesięć mil. Nie miała czasu na użalanie się nad sobą. Powinna tam dotrzeć późnym popołudniem. Musi tylko okrążyć moczary. Postanowiła, że nie da się ani Moskalom, ani chorobie. Tego chciałby Szczepan. Dotrze do bezpiecznego miejsca i urodzi to dziecko, choćby cały świat próbował jej przeszkodzić. Poczuwszy nowy przypływ sił, podążyła przed siebie, zdecydowana i nieustraszona.

Tak, Szczepan by tego pragnął.

Tyle że to nie było dziecko Szczepana.