Ania z AvonleaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania z Avonlea
Ania z Avonlea
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 43,90  35,12 
Ania z Avonlea
Ania z Avonlea
Audiobook
Czyta Maria Seweryn
29,90  21,83 
Szczegóły
Audio
Ania z Avonlea
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6. Galeria sąsiadów

Piękny jest wrzesień na Wyspie Księcia Edwarda. Znad morza dociera lekki, pachnący solą wiatr. Czerwony trakt biegnie wśród pól i sadów, na chwilę znika wśród gęstych sosen, mija młodniak porośnięty wiotkimi jeszcze klonami, tkwiącymi niepewnymi nogami w grubym, zielonym dywanie z mechatych paproci, zanurza się w niewielką kotlinę, gdzie przez chwilę towarzyszy mu strumień, przemykający wśród obsypanych jasnożółtymi kwiatkami krzewów dzikiej mimozy i niebieskich dzwonków. Powietrze zdaje się kołysać od serenad wyśpiewywanych przez cykające wokół polne koniki. Po trakcie truchta niespiesznie niewielki, dobrze utrzymany konik, zaprzężony do równie niedużej bryczki, w której siedzą dwie dziewczyny. Z daleka widać, że potrafią się cieszyć urodą tego późnoletniego dnia.

– Boski dzień, prawda, Diano? − uśmiechnęła się Ania. − Co za powietrze! Czujesz ten zapach? To żywica. Dociera z tamtej nasłonecznionej polany, na której pan Wright ostatnio wyciął sosny. W każdym razie pachnie tam niebiańsko! Ścięte drzewa chyba nie idą do nieba, ale nie umiem sobie wyobrazić, że w niebie miałoby nie pachnieć żywicą. A skoro ta cudna woń jest duszą sosen i w niebie pachnie żywicą, to oznacza, że sosny także wędrują do raju.

Diana była jak zwykle konkretna.

– Nic nie wskazuje na to, żeby drzewa miały dusze, ale zgadzam się z tobą, że ten zapach jest wspaniały. Uszyję sobie specjalną poduszkę i zamiast pierza włożę do środka sosnowe igły. Polecam ci ten pomysł!

– No myślę! A zasypiając na niej, będę śniła się sobie samej jako leśnej nimfie czy innej rusałce. Choć w roli wiejskiej nauczycielki czuję się dobrze i jestem niezmiernie zadowolona, że sobie tak jadę razem z tobą tą piękną drogą.

– No, owszem − zauważyła Diana sceptycznie − dzień jest rzeczywiście piękny, ale wciąż nie rozumiem, dlaczego się tego w ogóle podjęłaś. Zbierać pieniądze akurat tutaj? Przecież najwięksi dusigrosze w Avonlea mieszkają akurat w tej okolicy, a ty chcesz ich prosić o wsparcie dla naszych działań. Uznają, że ich naciągamy i to dla siebie. Gorszego miejsca już nie mogłaś wybrać!

– Wiem i dlatego właśnie wzięłam to na siebie − uśmiechnęła się Ania. − Oczywiście, Gilbert i Alfred zajęliby się tym, gdybym ich o to poprosiła, ale ja czuję się odpowiedzialna za to nasze Koło. To był mój pomysł, więc tym bardziej nie powinnam unikać trudnych wyzwań. Rozumiem, że nie jesteś uszczęśliwiona perspektywą tych wizyt, ale po prostu się tam nie odzywaj. Biorę to na siebie. Pani Linde mówi, że jestem stworzona do gadania! Ona sama jeszcze do końca nie wie, czy nas popiera, bo z jednej strony mamy akceptację pastora i jego żony, a to dobrze, ale z drugiej − wiadomo, że idea takich stowarzyszeń pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, a to ją − ideę, nie panią Linde − całkowicie kompromituje. Sama zatem nie wie, co o tym sądzić, ale jestem pewna, że nasz sukces nobilituję tę sprawę w jej oczach i zapewni nam jej aprobatę. Wiesz, że Priscilla przygotowuje specjalne wystąpienie na następne posiedzenie naszego Koła? Mówiła mi, że pisze referat, a ja jestem pewna, że zrobi nim piorunujące wrażenie! Skoro jest siostrzenicą tak utalentowanej pisarki jak Karolina Morgan, nie może być inaczej, bo taki talent z pewnością się dziedziczy. Ja w każdym razie zawsze byłam bardzo dumna, że przyjaźnię się z kimś, kogo ciotka potrafi kreślić piórem takie cuda.

– Gdzie ona mieszka? Ta pani Morgan?

– Na stałe w Toronto. Słyszałam, że latem ma przyjechać na Wyspę. Priscilla obiecała, że zaprosi ją do nas, ale to chyba za piękne, żeby mogło się zdarzyć. Co nie przeszkadza mi wyobrażać sobie, jak by to było… zanim zasnę…

Koło Miłośników Avonlea przestało być projektem, a stało się faktem. Funkcję prezesa powierzono Gilbertowi Blythe, wiceprezesem został Alfred Wright, sekretarzem − Ania Shirley, a skarbnikiem − Diana Barry. Nazywano ich powszechnie „Miłośnikami”. Planowali, że co dwa tygodnie będą się zbierali u jednego z członków; regularnie i od zaraz, choć nie mieli złudzeń, że uda im się wprowadzić jakieś szczególne zmiany przed nadejściem zimy. Zamierzali jednak wykorzystać ten czas i opracować plan działania na wiosnę i lato, a poza tym przygotowywać nowe projekty, omawiać je wspólnie, szukać w prasie i książkach inspiracji, potem przetwarzać je i w postaci różnych pogadanek zachęcać do działania mieszkańców wioski. Jak ładnie określała to Ania, chcieli „kształtować świadomość obywatelską społeczności w Avonlea”. Sama społeczność ich zapędy przyjmowała dość sceptycznie: jedni ich krytykowali, inni kpili, ale byli też tacy, którzy jawnie z nich szydzili, sugerując, że powinni się raczej nazywać „Towarzystwem Wzajemnej Adoracji”.

I tak pani Sloane opowiadała, jakoby ktoś jej mówił, że Miłośnicy planują zagospodarowanie wszystkich nieużytków, z drogami publicznymi włącznie, i obsadzenie ich krzewami geranium. Pan Boulter uprzedził swoich sąsiadów, że przejęci rolą działacze Koła chcą wyburzyć wszystkie domy w okolicy, po czym pozwolą zbudować je od nowa według projektów, które sami zaakceptują. Jakub Spencer zgłosił do nich postulat obniżenia nieco wzgórza, na którym wznosi się kościół w celu ułatwienia życia wiernym. Emil Wright zaczepił kiedyś Anię i zasugerował jej, by kazała staremu Józefowi Sloane’owi zadbać o swoje zapuszczone bokobrody. Wawrzyniec Bell deklarował gotowość pobielenia swojej stodoły, jeśli to będzie niezbędne, ale szyfonowych firanek w oknach obory wieszać nie zamierza. A Mateusz Spencer, natknąwszy się któregoś dnia na Karola Sloane’a, członka Koła, gdy ten przywiózł mleko do mleczarni w Carmody, zapytał go, czy prawdą jest to, co słyszał: że od przyszłego roku każdy dostawca będzie musiał wymienić swoje bańki do mleka na nowe, ręcznie malowane i że każda z nich będzie musiała mieć wieczko nakryte haftowaną serwetką.

Niezależnie od tych kłód rzucanych pod nogi, a może i dzięki nim, bo natura ludzka bywa przekorna, członkowie KMA zaczęli działać prężnie i z zapałem. Podczas drugiego z kolei zebrania, odbywającego się w salonie państwa Barry, Oliver Sloane zgłosił wniosek o przeprowadzenie powszechnej zbiórki, a za uzyskane środki wyremontowanie miejscowego Domu Kultury. Chodziło mu o pomalowanie ścian i pokrycie budynku dachówką. Poparła go Julia Bell, ociągając się nieco, jakby dyskutowanie o dachówkach uwłaczało jej społecznej pozycji, ale co tam. Wniosek, sformułowany przez Gilberta, przyjęto jednogłośnie i zapisano w protokole. Potem zebrani zajęli się wyłonieniem spośród siebie komitetu. Berta Pye, domagała się twardo, by prezesem rzeczonego komitetu została Janka Andrews; za wszelką cenę chciała odebrać palmę pierwszeństwa Julii Bell. Janka, wybrana na prezesa, poczuła się zobowiązana do odwdzięczenia się Bercie i powołała ją w skład komitetu obok Ani, Gilberta, Diany i Alfreda. Podzielili między siebie zadania: Ania i Diana miały zbierać pieniądze w domach leżących wzdłuż drogi do Nowych Mostów, Gilbert i Alfred zajęli się traktem prowadzącym do Białych Piasków, a Janka i Berta ruszyły w kierunku Carmody.

– Chodzi o to − tłumaczył Gilbert Ani, odprowadzając ją po zebraniu do domu − że tam mieszkają wszyscy Pye’owie, a oni na pewno nic nie dadzą, chyba że poprosi ich ktoś, kto nosi to samo nazwisko co oni.

Ania i Diana swoją zbiórkę rozpoczęły już w następną sobotę. Najpierw zapukały do drzwi sióstr Andrews.

– Mam nadzieję, że w domu jest tylko Katarzyna − powiedziała Diana, gdy czekały na otwarcie drzwi. − Bo jeżeli są obie, to na pewno nic nie dostaniemy.

Okazało, że Eliza jest w domu, a nastrój ma jeszcze posępniejszy niż zazwyczaj. W jej obecności człowiek zawsze czuł się nieswojo; emanowała smutkiem, przygnębieniem i pesymizmem, a uśmiech albo żart pod jej ciężkim spojrzeniem wydawał się co najmniej nietaktem. Obie siostry pozostawały w stanie panieńskim od co najmniej półwiecza i nic nie wskazywało na to, by miało się to za ich życia zmienić. Niektórzy wprawdzie napomykali, że Katarzyna marzeń o zamążpójściu jeszcze tak do końca nie porzuciła, ale Eliza, ze swoją wrodzoną skłonnością do cierpiętnictwa, nigdy ich z pewnością nie miała.

Obie panny mieszkały w starym domu, zmyślnie pobudowanym na nasłonecznionej polanie, otoczonej gęsto bukami. Eliza, mówiąc o ich siedlisku, narzekała na upały, które dają się im tam latem we znaki, na co Katarzyna od razu przypominała, że zimą jest w domu ciepło i bardzo przytulnie.

Kiedy przyszły dziewczęta, obie panie były zajęte robótkami: Katarzyna robiła szydełkiem misterną koronkę, więc Eliza, dla przeciwwagi i w niemym proteście wobec tego frywolnego i zmysłowego zajęcia, cerowała jakieś stare pończochy. Wysłuchały wyjaśnień dziewcząt co do celu ich odwiedzin − Eliza z marsem na czole, a Katarzyna z zachęcającym uśmiechem, gasnącym co i raz na chwilę pod zgorszonym spojrzeniem siostry.

– Cóż, gdybym była bogata, miała pieniędzy w nadmiarze i postanowiła je koniecznie roztrwonić, rozpaliłabym sobie wielkie ognisko, wrzuciła je wszystkie do środka i radowała się, widząc, jak unicestwiają je płomienie. Na te wasze pomysły nie dałabym ani grosza! Cóż niby ta nasza wieś miałaby mieć z tych ulepszeń? Ten cały Dom Kultury powinien się nazywać Domem Schadzek, bo zbiera się tam towarzystwo, które o tej porze dawno już powinno być w domach i we własnych łóżkach.

– No co ty mówisz, Elizo? Przecież młodzi powinni mieć jakieś miejsce, gdzie będą mogli się rozerwać i zabawić.

– Ja tak nie uważam. My też byłyśmy młode, a jakoś nie wycierałyśmy się po żadnych domach kultury i innych takich przybytkach. Ech, ten świat naprawdę schodzi na psy!

– A ja myślę, że świat idzie w dobrą stronę − Katarzyna pozwoliła sobie nieśmiało nie zgodzić się z opinią siostry.

– Ty myślisz… − lekceważąco skwitowała tę uwagę Eliza. − Tylko krzywdy sobie przy tym nie zrób… A fakty są takie, jakie są, bez względu na to, co ty sobie o nich myślisz.

 

– Lepiej przecież brać życie od tej jasnej strony, Elizo… − upierała się Katarzyna.

– Życie nie ma żadnej jasnej strony! − przerwała jej kategorycznie siostra.

Ania nie była w stanie dłużej słuchać podobnych bredni.

– Oczywiście, że ma! − zawołała. − Nawet nie jedną, tylko mnóstwo jasnych stron. W życiu oczywiście bywa różnie, ale to znaczy, że bywa też pięknie, radośnie, zabawnie, ciekawie i dobrze!

– Jak pożyjesz tyle lat co ja, zmienisz zdanie, moja panno − stwierdziła zgryźliwie Eliza. − Już ci się nie będzie chciało tak ulepszać świata. Jak się miewa twoja matka, Diano? Bardzo się postarzała ostatnio… A Maryla jak, Aniu? Widzi jeszcze trochę czy już całkiem oślepła?

Tym bezceremonialnym pytaniem wprawiła Anię w takie osłupienie, że ta przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć.

– Doktor jest dobrej myśli, zaleca tylko Maryli oszczędzać wzrok… − wykrztusiła wreszcie.

Eliza jednak wiedziała swoje.

– Gadanie! Lekarze zawsze zwodzą pacjentów durnymi obietnicami. Nie należy im ufać za grosz! Lepiej się przygotować na najgorsze.

– A może jednak warto być przygotowanym na to, że będzie lepiej? − oponowała Ania. − Przecież prawdopodobieństwo tego, że coś się nie powiedzie jest dokładnie takie samo, jak tego, że się jednak uda!

– Mam ze trzy razy tyle lat co ty i tyle razy większe doświadczenie − pokiwała głową Eliza. − Wiem, co mówię. Idziecie już? No, dobrze… chętnie popatrzę, jak wasze kółko ratuje Avonlea przed kompletnym upadkiem, ale doświadczenie mi mówi, że wiele się nie naoglądam.

Dziewczęta z niekłamaną ulgą opuściły dom panien Andrews, a Ania tak ponaglała z lekka zapasionego konika, że mało nie pogubił nóg. Już prawie wyjeżdżały z bukowego lasu, gdy usłyszały za sobą okrzyki i zobaczyły pędzącą za nimi co tchu korpulentną postać. Kiedy panna Katarzyna w końcu je dogoniła, dyszała przez parę dobrych chwil, zanim wreszcie udało się jej wydobyć z siebie głos.

– Proszę, to moja składka na to, na co zbieracie − wsunęła Ani do ręki kilka monet. − Chętnie dałabym wam nawet całego dolara, ale nie miałam odwagi wziąć więcej z moich pieniędzy za sery, bo Eliza niechybnie by to zauważyła. Jestem po waszej stronie i trzymam kciuki, żeby udało się wam to, co zamierzacie. Ja patrzę na świat optymistycznie; muszę, bo inaczej, mieszkając z Elizą, na pewno bym zwariowała. No, wracam do domu, bo gotowa zauważyć moją nieobecność i podnieść raban. Myśli, że poszłam nakarmić kury. Nie bierzcie sobie do serca tego, co ona mówi i… róbcie swoje! Życzę wam powodzenia! Ja nie mam wątpliwości, że świat zmierza we właściwym kierunku.

Następny w kolejności był dom Daniela Blaire’a.

– Na dwoje babka wróżyła − uprzedziła Anię Diana. − Jeśli w domu będzie pani Blaire, nie dostaniemy ani centa. Ona jest… − poszukała odpowiedniego słowa − bardzo gospodarna i nie lubi „marnować” pieniędzy. A on… bez jej pozwolenia nie pójdzie przystrzyc sobie brody. Pani Blaire mawia, że zanim człowiek zacznie być hojny, powinien najpierw być rozsądny, ale pani Linde lubi uzupełniać to jej powiedzenie i zawsze wtedy dodaje, że w przypadku pani Blair bycie rozsądną zajmuje jej tyle czasu, że na bycie hojną już go nie starcza.

Po powrocie do domu Ania tak zrelacjonowała Maryli tę wizytę.

– Przywiązałyśmy konia i poszukałyśmy drzwi do kuchni. Długo pukałyśmy, ale nikt nie przychodził, choć przez otwarte drzwi do spiżarni słychać było jakiś głos. Słów nie rozumiałyśmy, ale zdaniem Diany, która wsłuchała się w ten ton, musiały to być bardzo soczyste przekleństwa. Trochę mnie zdziwiło, bo pan Blaire to przecież dusza człowiek, tyle w nim spokoju i łagodności. Musiał go ktoś bardzo zdenerwować. Gdy wreszcie stanął w drzwiach, był purpurowy na twarzy i spływał potem. Przyodziany był w jeden z tych wielkich jak namiot, perkalowych fartuchów pani Blaire.

– Nie jestem w stanie tego dziadostwa zdjąć; te troczki czy tasiemki się pozaplątywały… więc niech mi miłe panie wybaczą ten niecodzienny strój − usprawiedliwiał się gorączkowo pan Blaire.

Gdy wreszcie weszłyśmy do pokoju, uspokajając go, że nic nie szkodzi, pan Blaire towarzyszył nam przez cały czas, ale wyglądał tak nieszczęśliwie, że naprawdę mu współczułam. Diana go przepraszała, że ta nasza wizyta jest taka niezapowiedziana, ale on uśmiechał się i mówił, że wszystko jest w porządku. To naprawdę miły i uprzejmy człowiek! I zaczął się tłumaczyć: „Wiedzą panie… mam coś pilnego do zrobienia” − mówił. − „Muszę upiec ciasto. Zapowiedziała się do nas z wizytą siostra mojej żony. Przyjeżdża z Montrealu… Żona pojechała po nią na dworzec, a mnie zleciła upiec coś po herbaty. Tu mam przepis; dała mi też parę ustnych wskazówek, choć chyba ich już nie bardzo pamiętam. A co gorsza, nie rozumiem tych poleceń z tego przepisu. Dodać aromatu waniliowego wedle uznania − co to znaczy? Ile konkretnie? A jeśli moje uznanie jest inne niż gości? Czy na mały biszkopt pełna łyżeczka wanilii to dość? Czy za dużo?”. Szkoda mi się zrobiło tego biedaka, bo chyba pieczenie ciast to nie jest domena mężczyzn. Może ta jego żona za dużo od niego wymaga? Przez chwilę miałam ochotę zaproponować mu układ: on się dołoży do naszego funduszu remontowego, a ja zrobię za niego to ciasto, ale zaraz pomyślałam, że wykorzystywanie jego zagubienia w kuchni nie byłoby w porządku. No i zaproponowałam, że pomogę mu w tym pieczeniu. Ot, tak, po sąsiedzku. Ależ się ucieszył! Przyniósł nam fartuszki, a potem, gdy ja ucierałam żółtka, a Diana ubijała pianę, dostarczał nam po kolei wszystko, co było do tego ciasta potrzebne. Opowiadał nam przy tym, jak to kiedyś, gdy jeszcze nie był żonaty, sam piekł dla siebie chleb, no ale ciasto to wyższa szkoła jazdy, a on bardzo nie chciał zawieść oczekiwań żony. Nie pamiętał już o fartuchu, zamotanym wokół jego pasa, i wyglądał jak taki wielki, ogoniasty ptak! Diana omal się nie popłakała ze śmiechu, oczywiście po cichu. Gdy masa była gotowa, pan Blaire oświadczył, że z pieczeniem już sobie poradzi, bo przecież piekarz z niego doświadczony, i… poprosił o listę sponsorów naszego remontu. Wpisał tam aż cztery dolary! Można więc uznać, że ta drobna przysługa nam się opłaciła, ale ja wiem, że nawet gdyby nie dał nam ani grosza, i tak uznałabym, że warto mu było pomóc.

Od pana Blaire’a dziewczęta poszły do domu Teodora White’a. Nigdy dotąd tam jeszcze nie były, a żonę pana White’a znały tylko z widzenia. Jedyne, co o niej wiedziały, to to, że nie była szczególnie gościnna. Kiedy tak stały przy furtce, rozważając, czy wypada zapukać do drzwi wejściowych, czy raczej poszukać wejścia od kuchni, na ganku pojawiła się gospodyni. W rękach trzymała plik gazet, które rozkładała równo, jedną obok drugiej, idąc do furtki, tak że zostawiła za sobą gazetową ścieżkę prowadzącą od wejścia aż do ganku, i dalej, do drzwi wejściowych.

– Wytrzyjcie dokładnie buty o trawę − poleciła oszołomionym dziewczętom. − Dopiero co posprzątałam i nie chcę, żebyście mi błota naniosły do domu. A mokro jest jeszcze po wczorajszym deszczu.

– Pamiętaj, nie wolno ci się roześmiać! − Ania upominała Dianę szeptem, tak by pani White nie słyszała. − I nie patrz na mnie, bo ja nie wytrzymam.

Gazety leżały również w sieni i w absolutnie nieskazitelnie czystym salonie. Usiadłszy na brzeżkach krzeseł, Ania i Diana opowiedziały, co je sprowadza. Pani White wysłuchała ich bardzo grzecznie, tylko dwa razy przerywając wyjaśnienia dziewcząt: by wygonić z pokoju bzyczącą natrętnie muchę i podnieść jakiś paproszek leżący na dywanie. Ponieważ leżał niepokojąco blisko nóg Ani, ta poczuła się wręcz zawstydzona. Niemniej pani White zadeklarowała sumę dwóch dolarów i od razu je wpłaciła; pewnie po to, by nie przychodziły do niej jeszcze raz, jak to skomentowała Diana, gdy tylko znalazły się za furtką. Pakowały się właśnie do bryczki, gdy pani White zaczęła już sprawnie zbierać gazety, a zaraz potem wzięła się do zamiatania sieni.

– Teraz już wiem, dlaczego pani White ma opinię doskonałej gospodyni − parsknęła Diana, gdy już opuściły gościnne progi wymuskanego domu.

– A ja się cieszę, że oni nie mają dzieci − oznajmiła Ania z powagą. − Cóż to musiałoby być za wyzwanie: wychowywać się w tak perfekcyjnie funkcjonującej rodzinie.

Wizyta w domu państwa Spencer okazała się nieprzyjemna, bo gospodyni poużywała sobie kąśliwie na swoich sąsiadach, każdemu przypinając jakąś łatkę. Tomasz Butler zdecydowanie odmówił przyłączania się jakichkolwiek składek, wciąż głęboko urażony, że ten wymagający remontu Dom Kultury, zbudowany dwadzieścia lat temu, postawiono, wbrew jego sugestiom, w bardzo nieodpowiednim miejscu. Dziarska i nadal bardzo żywotna pani Bell niechętnie dołożyła pięćdziesiąt centów, tłumacząc, że do przyszłego roku to ona z pewnością zdąży przenieść się na cmentarz. Z największą niegościnnością spotkały się jednak na farmie Szymona Fletchera: nikt im tam nie otworzył drzwi, choć pukały i czekały, cały czas czując się obserwowane z ukrycia. Nawet Anię, niepoprawną optymistkę, takie potraktowanie głęboko sfrustrowało. Na szczęście potem było lepiej. W kilku domach rodziny Sloane’ów udało im się zebrać całkiem pokaźne sumki i ta hojność gospodarzy zapoczątkowała dobrą passę. Na sam koniec zostawiły sobie wizytę u państwa Dickson, bo ich dom znajdował się blisko ich domów. Choć bardzo już chciały wrócić do siebie, nie mogły odmówić pozostania na podwieczorku, bo pani Dickson była na tym punkcie przewrażliwiona. Siedziały jeszcze przy stole, gdy zajrzała tam z wizytą pani White.

– Wyobraźcie sobie, że byłam przed chwilą w domu naszego Wawrzyńca, a tam wielka radość! Jest przeszczęśliwy, bo właśnie urodził mu się syn, a przyznacie, że to po siedmiu córkach niezwykły sukces.

Na Ani ta nowina zrobiła piorunujące wrażenie.

– Szybko! Jedziemy tam! − zadecydowała, gdy wsiadły do bryczki.

– Do Wawrzyńca White’a? Po co? − marudziła Diana. − To w stronę Białych Piasków, wcale nam nie po drodze, a poza tym chłopcy tam mają zbierać składki.

– Wiem, ale oni tam będę najwcześniej w sobotę, a to zdecydowanie za późno − tłumaczyła jej Ania. − On teraz szaleje z radości, więc choć jest oszczędny do przesady, dziś da nam na każdy cel, jaki mu wskażemy. Grzechem byłoby przepuścić taką okazję.

Okazało się, że Ania miała rację. Dumny jak paw, uśmiechnięty pan White wysłuchał ich uprzejmie i ochoczo zadeklarował chęć przyłączenia się do zbiórki.

– Bez dwóch zdań, dorzucę co nieco. Jestem gotów wpłacić wam o dolara więcej, niż wynosił najbardziej szczodry datek.

Ania zaniemówiła z wrażenia.

– Ale… to oznacza aż pięć dolarów, bo pan Blaire dal nam cztery…

Pan White okazał się człowiekiem honorowym.

– Zatem pięć dolarów, proszę bardzo. Teraz jednak musicie wejść do domu i zobaczyć coś bardzo wyjątkowego. Niewielu na razie miało taką okazję. Zapraszam! Wejdźcie, popatrzcie i powiedzcie, co o tym myślicie.

– Co mówimy, jeśli to będzie jakieś brzydactwo? − Diana zdążyła ukradkiem skonsultować się z koleżanką.

– No coś ty! − uspokoiła ją Ania. − W takim maluszku zawsze można znaleźć coś zachwycającego.

Na szczęście chłopczyk był śliczny i pan White spokojnie mógł uznać, że pięć dolarów nie było kwotą wygórowaną za te wszystkie zachwyty i peany wyśpiewywane nad jego kołyską. Był to zresztą pierwszy i ostatni raz, gdy Wawrzyniec White przyłączył się do jakiejś społecznej zbiórki.

Tego wieczora Ania, choć była już bardzo zmęczona, postanowiła zdobyć się na jeszcze jeden wysiłek i odwiedziła pana Harrisona. Zastała go siedzącego jak zwykle na ganku, z fajką w zębach i nieodłącznym Imbirkiem u boku. Wprawdzie jego dom stał przy drodze do Carmody, ale kwestujące w tamtym rejonie Janka i Berta, nieznające go osobiście, tylko z mało pochlebnych plotek, chętnie go Ani odstąpiły.

Próbowała go podejść na różne sposoby, ale pan Harrison pozostał niewzruszony i kategorycznie odmówił jakiegokolwiek wsparcia.

– Myślałam, że pan jest po naszej stronie − powiedziała w końcu zawiedziona.

– Jestem, jak najbardziej. Ale ta strona jest daleko od mojej kieszeni.

„Wystarczy jeszcze kilka takich spotkań, a zacznę patrzeć na świat bardziej ponuro niż Eliza Andrews” − zawyrokowała, rozczesując włosy przed snem w swoim pokoiku na poddaszu.