Ania z AvonleaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania z Avonlea
Ania z Avonlea
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 43,90  35,12 
Ania z Avonlea
Ania z Avonlea
Audiobook
Czyta Maria Seweryn
29,90  21,83 
Szczegóły
Audio
Ania z Avonlea
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4. Bić czy nie bić? – oto jest pytanie

Był wczesny wieczór tego dnia, kiedy człowiek czuje już, że lato się kończy. Na drodze, w miejscu, gdzie Ścieżka Brzóz doprowadzała wędrowca do szerokiej drogi lokalnej, stała malownicza grupka rozgadanej młodzieży w osobach Ani Shirley, Janki Andrews i Gilberta Blythe’a. Ania odprowadzała właśnie Jankę, z którą żegnała po południu kończące się właśnie wakacje. Gilbert akurat tamtędy przechodził, a teraz wszyscy troje rozmawiali o nowym roku szkolnym, który rozpoczynał się właśnie jutro. Mieli się rozjechać do różnych szkół: Ania zostawała w Avonlea, Janka przejmowała stery w szkole w Nowych Mostach, a Gilbert miał uczyć w Białych Piaskach.

– Jesteście w lepszej sytuacji niż ja – stwierdziła markotnie Ania. – Wasi uczniowie was jeszcze nie znają, a ja z niektórymi moimi biegałam do tej samej szkoły. Pani Linde namawia mnie, żebym od początku była surowa i wymagająca, inaczej nie będą mnie szanowali, bo nie jestem dla nich kimś obcym. Problem polega na tym, że ja nie uważam, iż dobra nauczycielka to surowa nauczycielka. Wierzę, że można inaczej, ale może się mylę? To jest dopiero odpowiedzialność!

– E tam, poradzimy sobie, zobaczysz! – pocieszyła ja Janka. Jej obawa przed nowymi wyzwaniami nie zakłócała spokojnego snu. Janka była pragmatyczna: chciała zapracować uczciwie na swoje pieniądze, pozyskać akceptację ze strony Komitetu Rodzicielskiego i zasłużyć na wyróżnienie w oczach wizytatora z kuratorium oświaty. I tyle. Innych ambicji nie miała i nie zamierzała zaprzątać sobie nimi głowy. – Według mnie, w szkole potrzebna jest dyscyplina, a tej nie zaprowadzisz, jeśli nie będziesz surowa. Ja od razu ogłoszę, że za nieposłuszeństwo będę karała.

– Ciekawa jestem jak?

– Choćby laniem[1]…

– Nie wierzę, że mogłabyś… − Ani zabrakło słów, tak oburzyły ją słowa koleżanki.

– Mogłabym, jeśli tylko by na to zasłużyli – stwierdziła Janka stanowczo.

– A ja nie, na pewno! Nie umiałabym podnieść ręki na dziecko – oponowała Ania kategorycznie. − W żadnym razie bicie nie jest dla mnie metodą wychowawczą. Pamiętasz, że panna Stacy nigdy nie uderzyła nikogo z nas, a na jej lekcjach był porządek i skupienie, podczas gdy pan Phillips lał nas wciąż gdzie popadnie, a efekty tego były żadne? Wiem jedno: jeśli nie uda mi się pracować bez rózgi, odejdę ze szkoły i z zawodu. Ale wierzę, że są skuteczniejsze metody wychowawcze niż bicie. Postaram się, żeby moi uczniowie polubili mnie i szanowali, bo wtedy będą wypełniali moje polecenia z sympatii i szacunku, a nie ze strachu.

– A jeśli przypadkiem tak się nie stanie? – Janka jak zwykle miała trzeźwy ogląd rzeczywistości.

– Tak czy inaczej, nie będę ich biła! Moim zdaniem, to droga donikąd, a zwykle przynosi rezultaty odwrotne od zamierzonych.

– A co ty o tym myślisz? – Janka poszukała wsparcia u Gilberta. – Nie sądzisz, że są takie dzieci, których nie da się wychować bez porządnego klapsa od czasu do czasu?

– Powiedz, że bicie dziecka, jakkolwiek by nie zawiniło, to po prostu barbarzyństwo! – nalegała Ania.

– Hm… Myślę, że każda z was ma trochę racji… − Gilbert mówił z namysłem, zastanawiając się, jak wyrazić swoją szczerą opinię, nie narażając się przy tym idealistycznie nastawionej Ani. – Nie sądzę, aby bicie było remedium na każde przewinienie czy nieposłuszeństwo. Masz rację, Aniu, są lepsze metody wychowawcze. Ale zgadzam się z Janką, że czasami nauczyciel nie żadnego innego wyjścia, niż zastosowanie kary cielesnej. Naprawdę są dzieci, na których wrażenie robi tylko rózga. Mam nadzieję, że ja sam będą sięgał po nią tylko sporadycznie i w ostateczności.

Jak to zwykle bywa, chcąc usatysfakcjonować obie strony, Gilbert nie zadowolił żadnej. Janka pokręciła głową z determinacją.

– Zamierzam bić swoich uczniów wtedy, gdy na to zasłużą. Nie znam skuteczniejszego sposobu, by przekonać dziecko, że to dorosły ma rację i trzeba go słuchać – oznajmiła uroczyście.

– A ja wiem, że nigdy nie uderzę dziecka – powiedziała Ania, posyłając Gilbertowi spojrzenie pełne żalu i rozczarowania. – Uważam, że to niewłaściwe i niepotrzebne.

– No dobrze, a co zrobisz, jeśli jakiś uczeń okaże się wyjątkowo niezdyscyplinowany, uparty i niegrzeczny?

– Zobaczę… Może każę mu zostać po lekcjach i porozmawiam z nim, stanowczo, ale serdecznie… Jestem przekonana, że każdy człowiek ma w sobie dobre cechy, tylko trzeba do nich dotrzeć. To moje zadanie jako nauczyciela: doszukać się w tym krnąbrnym i nieposłusznym dziecku zalet i talentów. Pamiętacie, co powtarzał nam profesor w seminarium: „Wasze pozytywne oddziaływanie na dziecko jest sto razy ważniejsze od nauczenia go abecadła”.

– Gadanie! − zmarszczyła nos Janka. − Tylko że wizytator z kuratorium sprawdzi właśnie tę jego znajomość abecadła i na tej podstawie oceni twoją pracę.

– A wiesz co? Jakoś wolę, żeby uczniowie mnie lubili i po latach dobrze i ciepło wspominali, niż żeby pan kurator wpisał moje nazwisko na swoją krótką listę wyróżniających się nauczycieli!

– I dlatego postanowiłaś nie karać uczniów nawet wtedy, gdy na to ewidentnie zasłużą? − zapytał powątpiewająco Gilbert.

– Pewnie jakoś ich ukarać będę musiała, choć zrobię to bez satysfakcji. Są różne sposoby: może każę delikwentowi usiąść samemu w osobnej ławce, z dala od kolegów. Albo odeślę go z klasy i nie pozwolę być na lekcji. Dam mu jakieś teksty do przepisywania…

– Ale nie będziesz ich karała, zsyłając dziewczynki do ławek chłopców? − zapytała prowokacyjnie Janka.

Ania i Gilbert spojrzeli na siebie ukradkiem, uśmiechając się niepewnie. Oboje doskonale pamiętali, jak niefortunnie skończyło się dla nich ukaranie Ani posadzeniem jej w ławce Gilberta.

– Zobaczymy − zakończyła dyskusję Janka. − Czas pokaże, kto z nas miał rację, a kto się mylił.

Ścieżką Brzóz, potem Aleją Zakochanych i jeszcze Doliną Fiołków Ania poszła z powrotem do domu. Przypomniała sobie, jak przed laty razem z Dianą wymyślały nazwy dla tych miejsce, które je szczególnie zauroczyły. Idąc powoli, cieszyła się spokojem tego rozgwieżdżonego wieczoru, zapachami, docierającymi z lasu i znad pól, i własnymi myślami. Cieszyła się z tego, że znowu wraca do szkoły, ale też miała świadomość, że wraca tam w zupełnie innej roli i że czeka ją mnóstwo ciężkiej pracy.

Gdy weszła na podwórze, z otwartego okna w kuchni dobiegł ją głos opowiadającej o czymś z zapałem pani Linde.

„Pewnie postanowiła w ostatniej chwili podarować mi jeszcze kilka swoich bezcennych rad” − pomyślała Ania niechętnie, choć bez złości. – „Nie ma mowy, nie wejdę. Nie teraz. Jej rady są niby ziarna pieprzu: bardzo przydatne i smaczne w małych porcjach, nie do przełknięcia w większych dawkach. Skorzystam z okazji i pójdę odwiedzić pana Harrisona”.

Od tamtej historii z Dolly Ania już parokrotnie składała wizytę swojemu sąsiadowi. Odwiedzała go chętnie, bo zdążyli się ze sobą zaprzyjaźnić, choć nadal nie mogła przyzwyczaić się do papugi i jej niewyszukanego języka, gęsto najeżonego przekleństwami. Imbirek z kolei, choć troszkę się oswoił z jej obecnością, wciąż przyglądał się jej nieufnie i zawsze z wielką satysfakcją witał ją skrzekiem: „Ruda wiewiórka!”. Pan Harrison wkładał mnóstwo pracy w to, by go od tego odzwyczaić; na przykład widząc z daleka zmierzającą do nich Anię, podrywał się z fotela i wołał teatralnie: „Na Boga! Czy ja dobrze widzę? A cóż to za urocza młoda dama zmierza w naszym kierunku?!”. Na nic jednak były komplementy pod adresem Ani; Imbirek nie dawał się nabrać na takie plewy.

Tak czy inaczej, Ania nie miała pojęcia, jak wysoko pod niebiosa wychwalał ją pan Harrisona w obecności Imbirka, bo w j e j obecności żadnej pochwały nigdy nie wygłosił.

– Widzę, że idziesz od strony lasu. Znaczy: pozbierałaś rózgi, żeby mieć je w zapasie na niesfornych uczniów?

– Nic podobnego! – niemal obraziła się Ania na taką insynuację. Łatwo było z niej dworować, bo wszystko brała niesłychanie serio.

– Rozumiem – zgodził się pan Harrison. – Wolisz bić pasem? To słuszna decyzja; spotkanie tyłka z pasem bardziej boli i dłużej się je pamięta.

– Ani rózgi, ani pasa. Nie zamierzam używać ani tego, ani tego, bo w ogóle nie mam w planach bicia dzieci.

– Coś podobnego! – zawołał pan Harrison z udawanym niepokojem. – Jak je zatem będziesz wychowywała?

– Będę je traktowała z szacunkiem. I myślę, że je polubię; to powinno wystarczyć.

– I tu się mylisz, moja panno. Nie da się wychować dziecka bez bicia. Bicie sprawia, że dzieci wiedzą, co im wolno, a czego nie. Gdy ja byłem uczniem, baty dostawałem każdego dnia, niezależnie od tego, czy coś przeskrobałem, czy nie. Mój nauczyciel twierdził, że nawet jeśli jeszcze nie mam nic na sumieniu, to tylko dlatego, że na razie nie zdążyłem nic zmalować. I że to kwestia czasu, bo plan z pewnością mam gotowy.

– Na szczęście poglądy na wychowanie zmieniły się od czasu, gdy pan był dzieckiem – zauważyła Ania spokojnie.

– Poglądy może i tak, ale nie natura człowieka. Ona pozostaje niezmienna, dlatego słuszna jest pierwsza zasada wychowania: kiedy idziesz do klasy, nie zapomnij zabrać ze sobą bata. Inaczej nie dasz sobie z nimi rady. Przekonasz się, że mam rację.

Ania nie przejęła się specjalnie tymi ponurymi przewidywaniami sąsiada. Wiedziała, czego chce, i niełatwo było przekonać ją do zmiany poglądów.

– Spróbuję własnych metod. Myślę, że się na pewno sprawdzą.

– Uparta jesteś – pokiwał głową pan Harrison. – Niech będzie; przekonajmy się, kto ma rację. Ja wiem swoje: któregoś dnia, gdy naprawdę doprowadzą cię do szewskiej pasji − a dla ludzi rudowłosych droga do niej nie jest za długa − odłożysz na bok wszystkie te swoje idealistyczne rojenia i sięgniesz po pas. I to będzie dobra decyzja. W przeciwnym razie wejdą ci na głowę. Jesteś bardzo młoda i bardzo niedojrzała, Aniu. Za młoda i zbyt niedojrzała, według mnie, by być nauczycielką.

 

Wieczorem Ania poszła spać przybita, spała źle i niespokojnie, a rano była tak zdenerwowana, że Maryla zaparzyła jej ziółka na uspokojenie. Dziewczyna popijała je posłusznie, ale bez wiary w ich sprawczą moc; myślała, że gdyby ktoś jej podsunął jakąś magiczną miksturę przydającą doświadczania – wypiłaby bez wahania nie kubek, ale całe wiadro.

– Marylo… A jeśli mi się nie uda…? – zapytała żałośnie.

– Nawet jeśli coś pójdzie nie tak pierwszego dnia, końca świata nie będzie. Nie możesz się poddawać! Problem w tym, że ty jesteś perfekcjonistką: chciałabyś te dzieci od razu wszystkiego nauczyć i natychmiast wychować je na porządnych ludzi. A tak się nie da, kochanie. To po prostu niemożliwe, ale wiem, że ty i tak potraktujesz to jako osobistą porażkę i dowód na to, że nie nadajesz się do tej pracy.


1 W czasie, gdy toczy się akcja tej powieści, w szkołach, nie tylko w Kanadzie, wobec niesfornych i sprawiających kłopoty uczniów powszechnie stosowano kary cielesne, np. w postaci chłosty – przyp. red.

5. Nowa pani

Tego dnia, w drodze do szkoły, Ania po raz pierwszy przeszła Ścieżką Brzóz, nie zwróciwszy uwagi, którędy idzie. Ponieważ poprzednia nauczycielka wymagała, by dzieci czekały na nią już w ławkach, przekroczywszy próg klasy, nowa pani poczuła na sobie kilkanaście par uważnie ją lustrujących oczu. Odwzajemniła ich spojrzenie, mając nadzieję, że spogląda pewnie i spokojnie i że dzieci nie zauważają jej dygotu. Wczoraj przygotowała sobie specjalną mowę powitalną: poważną, dostojną i pełną wezwań do starannej pracy na lekcjach. Nauczyła się jej na pamięć, wyćwiczyła i wyszlifowała na błysk, ale teraz, ku swojemu przerażeniu, nie pamiętała z niej ani jednego słowa.

Po krótkiej chwili, która jej samej wydała się wiecznością, poleciła dzieciom wyjąć i otworzyć książki, a sama, ciesząc się z towarzyszącego tej czynności harmidru, z ulgą opadła na krzesło. Pospiesznie próbowała robić trzy rzeczy naraz: opanować drżenie ciała, uporządkować galopujące myśli i przyjrzeć się zajętym czytaniem dzieciom. Patrzyła na nich jak na grupę wędrowców, których powierzono jej pieczy, by powoli, krok za krokiem, wprowadzała ich w świat ludzi dorosłych i wyedukowanych. Większość dzieci pamiętała z czasów, gdy sama uczyła się w tej szkole, a one chodziły do młodszych klas; obco wyglądała tylko grupka z klasy przygotowującej się do egzaminów wstępnych oraz około dziesięcioro nowicjuszy.

Właśnie ci nowi interesowali ją najbardziej; pozostałych jako tako już znała. Zakładała, że to wśród nich może się kryć ktoś nieprzeciętnie zdolny, choć zdawała sobie sprawę, że niekoniecznie musi; równie dobrze mogli się okazać zwyczajni jak reszta. Mile przejęta tą myślą, zaczęła od przeglądu potencjalnych geniuszy. W rogu klasy siedział samotnie Antoś Pye i patrzył na nią z ukosa, ponuro i nieprzychylnie, czarnymi jak węgiel oczami. To spojrzenie Ania potraktowała jak wyzwanie i natychmiast postanowiła skończyć z niechlubną tradycją nielubienia Pye’ów w szkole. Ona, na przekór wszystkim, polubi Antosia. Po przeciwnej stronie klasy, też w rogu, obok Artiego Sloane’a, siedział inny nieznany jej maluch. Miał zadarty nos obsypany piegami, ogromne, błękitne oczy otoczone firanką płowych rzęs i wyglądał na niezłego urwisa. Ania domyśliła, że to mały od Donnellów. Obok Maniusi Bell siedziała dziewczynka na tyle do niego podobna, że musiała być jego siostrzyczką, a Ania nie mogła wyjść ze zdumienia, że można tak ubrane dziecko wypuścić z domu do szkoły. Dziewczynka włożyła różową sukienkę, spłowiałą i lekko wybrudzoną, za to ozdobioną obficie falbankami z nicianej koronki; całości dopełniały błyszczące rajstopy i białe pantofelki ze skórzanymi, powycieranymi nosami. Jasnoblond włosy, poskręcane pracowicie lokówką w przedziwne pukle, ujarzmiła wielka, czerwona kokarda, upięta na czubku głowy. Strojnisia rozglądała się wokół, bardzo z siebie rada.

„Ta mała, bledziutka dziewczynka z jasnymi loczkami to pewnie Anusia Bell” – myślała Ania, przyglądając się dalej dzieciom. – „Podobno jej rodzice przeprowadzili się tu na stałe z Nowych Mostów”. Siedzące nieopodal w jednej ławce trzy dziewczynki to zapewne siostrzyczki z rodziny Cottonów, a ciemnowłosa, piwnooka ślicznotka, posyłająca uwodzicielskie spojrzenia w kierunku Janka Gillisa, to chyba Priscilla Rogerson, której tata, założywszy nową rodziną, przywiózł do domu córkę z pierwszego małżeństwa od babci w Grafton, która wychowywała ją po śmierci matki. Nie wiedziała, kim jest wysoka, niezgrabnie poruszająca się dziewczyna, siedząca z tyłu klasy, ale później ustaliła, że to Basia Shaw, która miała na stałe zamieszkać u swojej ciotki w Avonlea.

Wkrótce okazało się, że złośliwi koledzy Basi uwieczniali na ścianie w przedsionku szkoły każde zdarzenie, podczas którego udało się jej dotrzeć do tablicy bez zaplątania się w czyjeś nogi, cudze bądź własne.

I dopiero wtedy Ania dostrzegła chłopczyka siedzącego w pierwszej ławce. Już pierwszy rzut oka sprawił, że zrobiło jej się ciepło i miło. Od razu domyśliła się, że to Jaś Irving i że Małgorzata Linde miała rację: był zupełnie inny niż dzieci z Avonlea. Ania uznała, że różni się on od wszystkich innych dzieci na świecie, a jego wielkie, zielonkawe oczy w jakiś przedziwny sposób przypominały jej siebie samą; domyślała się w nim podobniej do swojej delikatności i wrażliwości. Był drobniutki i wcale nie wyglądał na swoje dziesięć lat. Przypominał cherubina: gładką buzię o delikatnych rysach spowijały ciemnobrązowe kędziory, a ładnie wykrojone, pełne usta współgrały z wyrazem ni to zadumy, ni to powagi, malującym się na jego twarzy. Wyglądało na to, że psychicznie jest dużo starszy, niż wskazywałoby jego drobne ciało. Gdy Ania uśmiechnęła się do niego łagodnie, buzia chłopczyka rozpromieniła się w szerokim, jasnym uśmiechu i ta wymiana sympatii, choć pozbawiona słów, sprawiła, że zaprzyjaźnili się ze sobą zanim jeszcze porozmawiali.

Cały ten dzień upłynął Ani tak niepostrzeżenie, że nie umiała sobie potem przypomnieć, co się wtedy działo. Pewnie sprawdzała wiedzę uczniów, rozwiązywała z nimi jakieś zadania i pisała dyktanda, ale wszystko to odbywało się jakby poza nią, bez jej woli i udziału.

Dzieci były grzeczne i nie wymagały uwag czy napominania. Tylko dwa raz Ania musiała interweniować. Maćkowi Andrewsowi odebrała przyniesione do szkoły świerszcze, którymi bawił się w przejściu między ławkami, a jego samego wysłała na godzinę do kąta. Zarekwirowane owady wypuściła, wracając do domu, w Dolinie Fiołków, ale dotknięty do żywego tą konfiskatą Maciuś był już zawsze przekonany, że zabrała mu je po to, żeby móc się samej nimi bawić w domu. Drugim, którego trzymały się figle, był Antoś Pye. On z kolei uwziął się na Amelkę Clay i aby je dokuczyć, oblał ją resztką wody ze swojej butelki śniadaniowej. Ania wygłosiła doń na stronie umoralniającą mowę na temat traktowania kobiet przez dobrze wychowanych mężczyzn oraz zakomunikowała, że ona, Ania, oczekuje, iż wszyscy jej uczniowie bez wyjątku będą ludźmi dobrze wychowanymi.

Dołożyła starań, by jej łagodna reprymenda nie była napastliwa, za to przekonująca. Z rezygnacją stwierdziła, że jej skutek był żaden: Antoś, choć wysłuchał jej w milczeniu, nie zamierzał udawać, że go przekonała. Minę nadal miał ponurą, a odchodząc, pogwizdywał lekceważąco. Cóż, naiwnością było sądzić, że uda jej się przekonać do czegokolwiek, ze sobą włącznie, któregokolwiek członka rodziny Pye’ów. Mimo wszystko czuła rozczarowanie: podeszła do Antosia bez uprzedzeń, uznała, że dobre z niego dziecko i że wystarczy postarać się, by jej zaufał. Ale on nie chciał nikomu ufać. Jej też.

Gdy lekcje się skończyły, a dzieci pobiegły do domów, mogła wreszcie usiąść na krześle. Bardzo była zmęczona, wręcz wyczerpana, ale najgorsze było poczucie zniechęcenia. Nie wiedziała, z czego ono się bierze, bo przecież nie zdarzyło się nic nieprzyjemnego, tymczasem ona nagle poczuła, że chyba nie chce być nauczycielką. I myśl, że miałaby wykonywać ten zawód przez następnych czterdzieści lat, wydała jej się straszna.

Ania zastanawiała się właśnie, czy rozczulić się nad sobą już teraz, czy odłożyć to na później, aż wróci do swojego białego pokoiku na poddaszu, gdy zza drzwi dobiegło ją postukiwanie obcasów i dziwne hałasy. W następnej chwili drzwi uchyliły się i Ania zobaczyła w nich nieznaną sobie kobietę. Ten widok przypomniał jej słowa pana Harrisona, który opowiadał niedawno o jakiejś nieznajomej, spotkanej w Charlottetown, w sklepie: „Trudno było ocenić, czy jest ubrana, czy przebrana, a może się tylko człowiekowi przyśniła”.

Dama, która niespodziewanie przybyła do szkoły, zaszumiała jedwabiście spódnicą błękitnej sukni, która szeleściła tym wyraźniej, że cała pokryta była marszczeniami i kontrafałdkami, falbanami i bufkami; słowem − wszystkim, co czyniło ją strojniejszą i bardziej rzucającą się w oczy. Na głowie nowo przybyła miała biały kapelusz o szerokim rondzie, ozdobiony cokolwiek wyleniałymi strusimi piórami; spod niego obfitą strugą spływała na jej ramiona tiulowa woalka w czarne kropki. Całości dopełniała błyszcząca biżuteria, występująca w znacznym nadmiarze jak na tak drobną figurę, i obłok mocnych perfum, które natychmiast wypełnił malutką klasę.

– Nazywam się Donnell − oświadczyła szeleszcząca pani. − Przyszłam porozmawiać z panią w sprawie, o której opowiedziała mi Klarysa Almira po powrocie do domu. Jest mi z tego powodu nadzwyczajnie przykro…

– Nie rozumiem…? − wyjąkała Ania, próbując sobie usilnie przypomnieć jakikolwiek incydent z młodymi Donnellami.

– Czego pani nie rozumie? Klarysa Almira powiedziała mi, że pani źle wymawia nasze nazwisko. Mówi pani: DO-nnell, a powinno się je akcentować na drugiej sylabie: Do-NNELL.

Jakimś cudem Ani udało się nie parsknąć śmiechem.

– Będę pamiętała − obiecała. − Ja też nie lubię, gdy ktoś źle pisze moje nazwisko, więc domyślam się, że równie przykro musi być słuchać, jak ktoś je źle wymawia.

– W rzeczy samej! − potwierdziła pani Donnell. − Co więcej, Klarysa Almira powiedziała mi również, że pani mówi do mojego syna: Kuba.

– Ale… on mi podał takie imię.

– Mogłam się tego domyślić − z tonu głosu pani Donnell wynikało, że w tych okropnych czasach od dzieci nie należy oczekiwać niczego poza niewdzięcznością. − Mój syn ma bardzo pospolite skłonności. Ja chciałam dać mu na imię Saint Clair; przyzna pani, że to bardzo wytworne imię, takie… z wyższych sfer. Niestety, mój mąż życzył sobie, by chłopcu dać imię po jego stryju Jakubie. Zgodziłam się, bo ten stryj był starym kawalerem, w dodatku bogatym. Ale los z nas zakpił: gdy nasz chłopczyk skończył pięć lat, stryj Jakub ni stąd, ni zowąd ożenił się i wkrótce dochował się trzech własnych synów. To się nazywa niewdzięczność, prawda? W dniu, w którym przysłał nam zaproszenie na swój ślub − wyobraża pani sobie?! − oznajmiłam: „Czas Jakubów w tej rodzinie przeminął”. Od tamtej pory nazywam mojego synka Saint Clairem i tego oczekuję od naszego otoczenia. Jego ojciec wprawdzie nic sobie z tego nie robi i mówi do niego: „Kubo” − pojęcia nie mam, skąd to upodobanie do tego plebejskiego imienia − ale dla mnie on jest i będzie Saint Clairem. Czy mogę liczyć, że zechce pani o tym pamiętać? Bardzo dziękuję. Wiedziałam, że pani zrozumie moje intencje. Tak to tłumaczyłam Klarysie Almirze: że wystarczy to nieporozumienie wyjaśnić i wszystko będzie, jak należy. Proszę zatem pamiętać: nie Jakub, tylko Saint Claire. Do-NNELL, nie DO-nnell. Na drugiej sylabie. Będzie tak, prawda? Dziękuję!

Załatwiwszy tą ważną sprawę, pani Herykowa Donnell odwróciła się na pięcie i szumiąc swoimi falbanami, odpłynęła, Ania natomiast zamknęła szkołę i ruszyła w kierunku domu. Na Ścieżce Brzóz natknęła się na Jasia Irvinga, który czekał tam na nią z bukiecikiem leśnych storczyków. Te kwiatki, wyjątkowo śliczne, lubiły wszystkie dzieci w Avonlea.

– Nazbierałem ich dla pani – nieśmiało wyciągnął do niej rękę z bukietem – bo tak sobie myślę, że pani chyba lubi kwiaty, a ja… a ja bardzo lubię panią.

Ania była naprawdę wzruszona.

– Ależ dziękuję ci bardzo, Jasiu – wzięła od chłopca pachnące kwiatki.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w jednej chwili opuściły ją zmęczenie i wszystkie wątpliwości. Resztę drogi do domu właściwie przebiegła, z radością wciągając do płuc leśny zapach trzymanych w ręce kwiatów. Znowu była pełna nadziei.

 

– No i co? Mów: jak było? – dopytywała niecierpliwie Maryla.

– Nie wiem. Zapytaj mnie o to za jakiś czas, może za miesiąc… Dziś nie umiem powiedzieć; sama nie wiem, jak ten dzień ocenić. Mam lekki zamęt w głowie. Z całą pewnością nauczyłam dziś małego Wrighta literki „a”. Nie znał jej dotąd, naprawdę! I tak sobie myślę, że to chyba jest najpiękniejsze w tym zawodzie: pozwala wprowadzić te dzieci na drogę, po której przejściu będą mogły czytać Szekspira i „Raj utracony” Miltona.

Po południu odwiedziła je pani Linde. Przyniosła dobre nowiny: specjalnie stanęła przy swojej furtce, by zagadywać wracające ze szkoły dzieciaki o nową nauczycielkę.

– Były tobą zachwycone, prawie wszystkie. Tylko Antoś Pye był odmiennego zdania i określił cię krótko: „Taka sama pani jak inne nauczycielki. Nie ma o czym gadać”. Musisz być przygotowana na to, że ten nieodrodny członek rodziny Pye’ów da ci jeszcze nieraz popalić. Nie zmartwiło to cię szczególnie, mam nadzieję?

– Nie zmartwiło, bo zamierzam zmienić nastawienie tego naburmuszonego łobuziaka. Wierzę, że spokojem, cierpliwością i akceptacją można zdziałać cuda.

– Jako że chodzi o jednego z Pye’ów, nie byłabym tego taka pewna – pani Małgorzata pokręciła głową z powątpiewaniem. – A co do ekscentrycznej pani Donnell… ani mi się śni wymawiać jej nazwisko w ten pokręcony sposób, jak ona sobie tego życzy. Dla mnie jest ona panią DO-nnell i tyle! Dziwaczka! Dasz wiarę, że ma psa, mopsa, na którego woła: „Księżniczka”?! Podobno jedzą razem z nim przy stole, a pies ma swój porcelanowy talerzyk! Panie Boże, widzisz i nie grzmisz?! Mój Tomasz powiada, że ten Donnell to porządny, niebojący się pracy człowiek. I rozumny. Czy ja wiem? Toż jak by był rozumny, to by się chyba z kimś takim nie ożenił, prawda?