Ania z AvonleaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania z Avonlea
Ania z Avonlea
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 43,90  35,12 
Ania z Avonlea
Ania z Avonlea
Audiobook
Czyta Maria Seweryn
29,90  21,83 
Szczegóły
Audio
Ania z Avonlea
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2. Co nagle, to po diable

Następnego dnia Ania wybrała się na zakupy do Carmody i namówiła Dianę, by jej towarzyszyła. Jako że Diana też należała do Koła Miłośników Avonlea, droga minęła im na omawianiu planów stowarzyszenia.

– Na początek musimy zrobić remont Domu Kultury − zauważyła przytomnie Diana, jako że akurat przejeżdżały obok tego mocno zdewastowanego przybytku, jakby na przekór własnej brzydocie stojącego w malowniczej, gęsto porośniętej świerkami dolinie. − Aż żal na to patrzeć! Trzeba się tym zająć, zanim zaczniemy z domem pana Boultera. Choć mój tata mówi, że prędzej mu kaktus wyrośnie na dłoni, niż nam uda się przekonać tego dusigrosza, żeby na własny koszt rozebrał tę swoją ruinę. Powie, że nie ma czasu…

– Zobaczymy − Ania nie traciła optymizmu. − Może zdołamy go do tego nakłonić, jeśli chłopcy obiecają, że sami dom rozbiorą, a deski porąbią na opał. Będziemy się starać osiągnąć cel metodą małych kroków. Na pewno nie uda się nam naprawić wszystkiego od razu, ale od czegoś trzeba zacząć. Zacznijmy od przekonywania ludzi, że od nas wszystkich zależy to, jak żyjemy i że to jest poczucie obywatelskiej odpowiedzialności.

Diana nie do końca rozumiała, co to jest ta „obywatelska odpowiedzialność”, ale że zabrzmiało to mądrze, poczuła satysfakcję, że przynależy do towarzystwa, które stawia sobie takie mądre cele.

– A mnie wczoraj przyszedł do głowy jeszcze jeden pomysł. Pamiętasz, Aniu, tę polanę, obok której schodzą się drogi prowadzące z Białych Piasków, Carmody i Nowych Mostów? Tę zarośniętą młodymi sosnami i innymi krzaczorami? A gdyby wyciąć cały ten busz, a zostawić tylko parę tych brzóz, które się tam wysiały?

– Świetny pomysł! – przyklasnęła Ania. – A pod tym brzozami moglibyśmy ustawić ławki, posadzić jakieś kwiatki…

– Jest tylko jeden warunek – zwróciła uwagę Diana, chichocząc. – Musimy przekonać starą panią Sloane, żeby nie pasła tam swojej krowy, bo pożre wszystkie nasze roślinki. Zobacz, to ten dom Boultera. Ależ to ruina! Widziałaś coś równie odrażającego? A do tego straszy przy samej drodze. Zawsze mi się wydawało, że takie opuszczone, zniszczone domy z powybijanymi oknami wyglądają jak trupie czaszki z pustymi oczodołami.

– Jeśli o mnie chodzi, to takie stare, wyludnione domy działają na moją wyobraźnię – mówiła Ania w zadumie, przyglądając się domowi. – Myślę wtedy, że one rozpamiętują lata swojej minionej świetności, wspominają i tęsknią do czasów, gdy były nowe i piękne, tętniły życiem, gwarem rozmów, tupotem dziecięcych stóp… Maryla mówiła mi, że ten dom zamieszkiwała kiedyś wielodzietna rodzina. Podobno wokół był piękny ogród, a po ścianach i werandach budowli pięły się pnącza róż. Dom rozbrzmiewał śmiechem i gonitwami dzieci, ich śpiewem, sprzeczkami i żartami… A teraz… stoi opuszczony i zdewastowany i tylko wiatr hula w pustych pokojach. Obraz nędzy, smutku i porzucenia! Ale może w niektóre noce, te jasne i księżycowe, oni wszyscy wracają do swojego domu, wiesz… ci ludzie, którzy tu żyli, piosenki, które śpiewali, zapachy kwiatów kwitnących w ogrodzie…? Może ten stary dom od czasu do czasu ożywa, pachnie, śmieje się; żyje po prostu… Znów, jak kiedyś, staje się młody, czysty, radosny…

Diana pokręciła energicznie głową.

– Daruj, ale ja już nie pozwalam sobie na takie fantazje. Pamiętasz, jak kiedyś i Maryla, i moja mama skrzyczały nas za te bajki o Lesie Duchów? Ja do tej pory umieram ze strachu, gdy zdarza mi się przechodzić tamtędy wieczorem. Wolę nie myśleć, że tu również zlatują się z zaświatów jakieś biedne dusze. Zresztą dzieciaki z tego domu wcale nie poumierały, tylko dorosły i wyjechały stąd, a z tego, co wiem, dobrze im się wiedzie. Jeden z tych braci został rzeźnikiem. A poza tym… Aniu, gdzie ty słyszałaś, żeby kwiaty albo piosenki miały dusze?!

Ania westchnęła cicho, pilnując, by przyjaciółka tego nie zauważyła. Diana wciąż była jej bardzo bliska; najbliższa właściwie, ale Ania nie zabierała jej już ze sobą na spacery po bezdrożach wyobraźni. Wędrowała po nich sama.

W czasie, gdy były w Carmody, nad okolicą przeszła burza; deszcz padał krótko, ale intensywnie, więc gdy wracały zmokniętymi alejami, powietrze, lśniące od kropel deszczu, unieruchomionych na liściach, i nasycone zapachem mokrych ziół, wydawało się oszałamiające. Wystarczyło jednak, że skręciły na drogę prowadzącą na farmę Cuthbertów, by to, co zobaczyła Ania przed sobą, zmroziło jej krew w żyłach i uczyło nieważnymi zachwyty nad urodą świata. Oto miała przed oczami pole pana Harrisona, a konkretnie zielonkawy, soczysty i dorodny łan owsa oraz stojącą spokojnie na samym jego środku jałówkę, która, przeżuwając trawę niespiesznie, spoglądała na nią łagodnie i życzliwie.

Ania najpierw zacisnęła usta, potem puściła lejce, a następnie zwinnie zsunęła się z bryczki i jednym susem pokonała ogrodzenie. Zrobiła to tak szybko, że biedna Diana nie zdołała się zorientować, co się stało.

– Co ty robisz?! – zawołała zdumiona, gdy wreszcie udało jej się złożyć puzzle z tego, co widziała, i tego, czego się domyśliła. – Wracaj! Tylko sobie sukienkę zmoczysz w tym mokrym zbożu! Aniu!!! – a widząc, że Ania nie słucha jej wcale, poszła w jej ślady, to znaczy zeskoczyła z bryczki i zadarłszy własną spódnicę wysoko, popędziła za przyjaciółką. Nietrudno jej było ją dogonić, bo bieg Ani spowalniała mokra sukienka, która oblepiała jej nogi, więc już po chwili biegły obok siebie, zostawiając za sobą szeroki pas stratowanego owsa. Pan Harrison takiego widoku mógłby nie przeżyć.

– Święci pańscy! Aniu, stań na chwilę! Nie mogę złapać tchu, a ty jesteś cała mokra! Przeziębisz się! – sapała Diana, która nie miała pojęcia, dokąd biegną i dlaczego tak szybko.

– Ale ja muszę… zabrać… stąd… tą przeklętą krowę… − dyszała Ania, nie zmniejszając tempa ani trochę. – Może… on… jej jeszcze… nie zauważył. Mogę… mogę się przeziębić… albo utopić… Bez różnicy. Tylko… wypędźmy ją stąd…!

Młoda, ale najwyraźniej niegłupia krowa rozpoznała ich intencje, bo gdy dwie zziajane panny znalazły się tuż przy niej, ona jak torpeda pokonała pole i znalazła się po drugiej jego stronie. Nie widziała powodu, by bez walki rezygnować z takiej uczty.

– Złap ją! – wrzasnęła Ania. – Biegnij, Diano, szybko!

Diana biegła, Ania ją goniła, a złośliwe bydlę zaczęło biegać po owsianym zagonie w tę i z powrotem; Diana była przekonana, że nieszczęsna krowa musiała oszaleć. W każdym razie złapanie jej, uspokojenie i wygonienie z pola na drogę będącą własnością Maryli zajęło im około kwadransa. Nie przyniosło to jednak ulgi Ani, która dygotała ze złości i obawy, tym bardziej że kątem oka dostrzegła stojącą w pobliżu bryczkę pana Shearera. Sam handlarz siedział w niej razem z synem, z kpiącymi uśmiechem, przyglądając się biegającym po polu dziewczynom.

– A nie mówiłem! – śmiał się w głos pan Shearer. − Trzeba było sprzedać mi ją w zeszłym tygodniu. Nie miałabyś kłopotu, Aniu.

– Zgadzam się! Już! Natychmiast! – odkrzyknęła Ania. – Tylko niech ją pan od razu zabierze.

– Niech będzie! Dwadzieścia dolarów, tak jak się umawialiśmy. Kuba zabierze ją od razu do Carmody i razem z resztą bydła odstawi jeszcze dziś na statek. Masz szczęście, bo pan Reed z Brighton zażyczył sobie właśnie taką młodą jałówkę.

Dobito targu i Kuba z krową powędrowali w swoją stroną, a Ania z pieniędzmi w kieszeni ruszyła do domu.

– A Maryla? Nie będzie zła? – zaniepokoiła się Diana.

– Nie. Dolly była moja. I tak zamierzałam ją sprzedać, a nie sądzę, żebym wynegocjowała wyższą cenę. Tylko to zboże… Jak pan Harrison zobaczy to spustoszenie, będzie wiedział, że to Dolly. A ja mu przyrzekłam, że tamten raz był ostatni. Dobra lekcja: nie wolno poręczać za krowy.

Nawet nie musiała wyjaśniać Maryli, co się stało. Pani Linde ze swojego posterunku obserwowała gonitwę po polu, a reszty bez trudu się domyśliła, więc Maryla wróciła do domu dobrze poinformowana.

– W sumie pewnie dobrze się stało, że ją sprzedałaś, choć muszę przyznać, że dość szybko podejmujesz takie ważne decyzje. Jak ta czarownica wydostała się z zagrody? Pewnie siłą: powyłamywała deski z ogrodzenia.

– Nawet nie miałam czasu o tym pomyśleć – przyznała Ania. – Pójdę tam potem i sprawdzę. Bo Marcin jeszcze nie wrócił; pewnie się, biedak, po drodze dowiedział, że mu jakieś nowe ciotki poumierały.

Maryla machnęła ręką lekceważąco.

– E tam! Wszyscy oni, ci Francuzi, tacy sami: nie daj, panie Boże, uwierzyć w to, co mówią.

Ania poszła do zagrody, a Maryla zajęła się przeglądaniem zakupów, przywiezionych z Carmody. Nagle z podwórka dobiegł krzyk, a po chwili do kuchni wpadła roztrzęsiona Ania.

– Co się stało?! Aniu!

– Marylo, ja chyba zwariuję! Znowu ściągnęłam sobie na głowę kłopoty. Boże! Kiedyż ja zacznę myśleć, zanim coś zrobię? Pani Linde ma rację: nikt w tej dziedzinie nie jest lepszy ode mnie.

– Dziecko, ty naprawdę potrafisz doprowadzić człowieka na skraj wyczerpania nerwowego. Co się tym razem stało?!

– Sprzedałam jałówkę pana Harrisona! Tak, tak! Tę od pana Bella. Dolly jakby nigdy nic stoi sobie w zagrodzie.

– Nie wierzę! – orzekła z wahaniem Maryla. – Powiedz, że żartujesz.

– Bardzo bym chciała, żeby to był żart; niestety, nie jest. I wcale mi nie do śmiechu. Marylo! Krowa pana Harrisona płynie sobie teraz statkiem do Brighton! Boże, sama w to nie wierzę! Myślałam, że już wyczerpałam limit kłopotów, a właśnie się przekonałam, że one nigdy nie mają końca. I co ja mam teraz zrobić?

– Musisz porozmawiać z panem Harrisonem i zaproponować mu naszą krowę. Chyba że woli pieniądze! Ale nasza Dolly nie jest gorsza od jego jałówki.

– Nie mam odwagi… − zawodziła Ania. – On jest taki… gwałtowny. Będzie krzyczał, naubliża mi…

 

– To wielce prawdopodobne. Słyszałam, że nietrudno go rozgniewać. Jeśli wolisz, ja do niego pójdę…

– Ależ nie! – zawołała Ania. − Jak mogłabym kogoś na narażać na spotkanie z jego furią; Marylę w dodatku?! Sama muszę to załatwić, i to im szybciej, tym lepiej.

Blada ze strachu Ania ubrała się, włożyła do kieszeni pieniądze i ruszyła do drzwi, gdy nagle jej wzrok padł na półkę w otwartej spiżarni. Stało tam ciasto, które zdążyła upiec rano: pachnący placek z mielonymi orzechami i lukrem zabarwionym sokiem malinowym. Przygotowała go z myślą o piątkowym spotkaniu członków Towarzystwa Miłośników Avonlea. Trudno, pomyślała, będą się musieli obejść smakiem, bo ten oto placek stanie się wotem błagalnym, złożonym u stóp ziejącego strasznym a słusznym gniewem pana Harrisona. Musi zadziałać, bo placki wypiekane przez Anię potrafiły zmiękczyć każde serce, więc z sercem mężczyzny, któremu placków nikt nie piecze, nie powinno być większych problemów.

Z plackiem w pudełku i duszą na ramieniu, Ania pomaszerowała na przełaj przez pola, spowite już miękką zasłoną ciepłego, letniego wieczoru. „To taki znak pokoju”, myślała, „tak mu powiem, o ile w ogóle dopuści mnie do głosu. Ha, jedno jest pewne – dowiedziałam się dziś, co czuje skazaniec prowadzony na stracenie”.


3. Gospodarstwo pana Harrisona

Dom, który należał obecnie do pana Harrisona, był parterowym budynkiem o pomalowanych jasną farbą ścianach, które wydawały się jeszcze jaśniejsze na tle ciemnej ściany rozciągającego się za nim lasu. Gdy Ania nadeszła, gospodarz odpoczywał właśnie na ganku. Zdjąwszy roboczą kufajkę, pan Harrison rozparł się wygodnie w starym fotelu i niespiesznie pykał popołudniową fajeczkę. Słysząc, że ktoś nadchodzi, zerknął zaciekawiony, ale rozpoznawszy zbliżającą się ścieżką Anię, zerwał się jak oparzony i uciekł do domu. Zapewne był jej wizytą nie tylko zaskoczony, ale i zawstydzony; wszak jego wczorajszy wybuch nie najlepiej o nim świadczył.

Na widok tej rejterady Anię ogarnęła lekka panika. „Skoro nie wie, a już jest taki zły, to co będzie, jak się dowie?” − pomyślała zdenerwowana, zanim niepewnie zapukała w drzwi.

Tymczasem pan Harrison uśmiechał się, otwierając jej drzwi, i trochę zakłopotany zaprosił ją do środka. Pośpiesznie włożył swoją kufajkę, niby zbroję, która miała go chronić przed atakiem, po czym wskazał Ani dawno nieodkurzane krzesło. Ania gotowa już była uznać, że nie taki diabeł straszny, jak go malują, gdy nagle papuga, lustrująca ją od początku podejrzliwie swoimi bursztynowymi oczami, wydała z siebie gardłowy, wibrujący okrzyk:

– Ruda! Wiewiórka! Na Boga! Po co ona tu?!

Nie wiadomo, kto spiekł większego raka: gospodarz czy gość.

– Nie przejmuj się nim! − machnął ręką, posyłając zarazem Imbirkowi mordercze spojrzenie. − Zawsze wykrzykuje coś od rzeczy. W głowie ma nie po kolei. Dostałem go od brata, który jest marynarzem, no a marynarze, wiadomo: język mają soczysty i dosadny. A papugi jak to papugi: powtarzają!

– Nie szkodzi! To przecież tylko ptak – Ania, pamiętając, z jaką misją tu przyszła, postanowiła wielkodusznie wybaczyć Imbirkowi jego nietakt. Komuś, kto dopiero co sprzedał bez pozwolenia kawałek cudzego inwentarza, nie za bardzo wypada obrażać się na papugę, która się niepochlebnie o nim wyraziła. Hm… ruda… I wiewiórka w dodatku… Zebrała się na odwagę.

– Przyszłam… bo muszę panu coś powiedzieć… − zaczęła. − Chodzi o Dolly… o tę jałówkę…

– No nie… − jęknął pan Harrison. − Znowu ta nieszczęsna jałówka? Gdzie tym razem polazła? W mój owies? Nic to… nic to… Ja z kolei… uniosłem się wczoraj zanadto… Niepotrzebnie, bo…

– Nie wlazła w owies − przerwała mu Ania. − Stało się coś o wiele gorszego…

– Co to znaczy? Dokąd tym razem… W pszenicę?! − wykrzyknął dramatycznie pan Harrison.

– Nie, nie w pszenicę − pospieszyła go uspokoić Ania. − Ale…

– Czyli w kapustę, tak? Podeptała moją kapustę, co ją szykowałem na wystawę?!

– Nie, nie… z kapustą wszystko w porządku, ale… proszę mnie wysłuchać. Powiem panu, co się stało, tylko niech mi pan nie przerywa. „Zdąży pan na mnie nakrzyczeć potem” − dokończyła w myśli.

– Dobrze już, dobrze… Nic nie mówię.

Przekrzykując Imbirka, który do milczenia się nie zobowiązał i wciąż wyzywał ją od „rudych wiewiórek”, Ania zaczęła w pośpiechu tłumaczyć, co się stało:

– Zaraz po naszym spotkaniu wczoraj wieczorem zamknęłam swoją krowę w zagrodzie. A dziś rano, gdy wracałam z miasta, zobaczyłam, że krowa znowu stoi w pana owsie. Byłam z Dianą Barry; wspólnymi siłami i z wielkim trudem wygoniłyśmy ją na drogę, a tam, jak na zawołanie, zjawił się pan Shearer i zaoferował, że kupi ode mnie to niesforne zwierzę. Sprzedałam mu ją bez wahania, za dwadzieścia dolarów, i… to był mój błąd. Powinnam była zaczekać, poradzić się kogoś… Ale ja tak mam: najpierw robię, a potem myślę. Każdy to panu powie. No i… pan Shearer wziął krowę i jeszcze wieczorem wysłał ją statkiem…

– Ru-da wie-wiór-ka! − ogłosił Imbirek lekceważąco.

Tego już pan Harrison nie wytrzymał. Porwał klatkę zamaszystym ruchem i przeszywając ptaka wzrokiem o sile kuli karabinowej, który każde inne stworzenie przyprawiłby o palpitację serca, wyniósł go do sąsiedniego pokoju. Nie zapomniał dokładnie zamknąć drzwi, co tylko pogłębiło frustrację i gniew Imbirka. Ptak na zmianę lamentował i przeklinał, potwierdzając swoim zachowaniem, że opinie o jego wybuchowym temperamencie były w pełni zasłużone. Wreszcie, nic nie zwojowawszy, ptak obraził się śmiertelnie i zamilkł, ponuro i wyniośle.

– Wybacz! − rzekł przepraszającym tonem. – Wciąż się przekonuje, że mój brat nie zawracał sobie głowy wychowywaniem go i układaniem.

– Kiedy po południu wróciłam do domu, od razu zajrzałam do obory − podjęła przerwany wątek Ania. − A tam… − zawiesiła głos, patrząc z obawą w oczy pana Harrisona − a tam przy żłobie stała sobie spokojnie… moja Dolly! Wie pan, co to znaczy, panie Harrison? Że pan Shearer kupił ode mnie pańską krowę!

– Na Boga! − takiego biegu wydarzeń pan Harrison się nie spodziewał. − Cóż to za niecodzienna historia!

– Gdzież tam niecodzienna! − westchnęła Ania smętnie. − Ja tak mam stale. Ciągle komplikuję życie sobie i innym. Mam do tego prawdziwy talent i wielu mogłoby to potwierdzić. W moim wieku − a mam prawie siedemnaście lat! − powinnam już z tego wyrosnąć, ale nic na to nie wskazuje… A wracając do krowy… Obawiam się, że ta pana już przepadła; nie odzyskamy jej. Ale mam tutaj te pieniądze od pana Shearera. Chyba że wolałby pan moją Dolly; ona jest naprawdę w porządku. Bardzo mi przykro z powodu tego nieporozumienia.

Ku zdumieniu Ani, pan Harrison nie wyglądał na zmartwionego.

– Eee, nie ma się tym co tak przejmować − zbagatelizował problem. − Niech się panienka już tym nie kłopocze. To drobna sprawa; w życiu już tak bywa, że przydarza się coś, na co nie mamy wpływu. A ja też mam tak jak panienka: szybko działam, bez zastanowienia. No i zawsze mówię ludziom prawdę, nie patrząc, czy oni jej chcą. A ta krowa… Dobrze, że nie weszła w moją kapustę, a skoro kapusta ocalała, to nie ma wielkiego kłopotu. Mogę wziąć tą waszą jałówkę, skoro i tak jakby już ją sprzedałyście.

– Naprawdę?! Bardzo dziękuję! Jak ja się cieszę, że pan się na mnie nie gniewa! Bałam się, że będzie pan zły.

– Ja myślę, że się bałaś, zwłaszcza po tej awanturze wczoraj. Zapomnijmy o tym. Ja nie jestem złym człowiekiem, tylko tę prawdę muszę zawsze powiedzieć…

– To pan ma tak jak pani Linde… − zauważyła Ania odruchowo.

– Jak pani Linde?! − obruszył się pan Harrison. − A uchowaj Boże, żebym miał być w czymkolwiek podobny do tego rozplotkowanego babska! A co tam masz, w tym pudełku? − zainteresował się nagle.

Z tego wszystkiego Ania zapomniała o placku.

– To ciasto. Przyniosłam je, bo sobie pomyślałam, że pewnie rzadko je pan jada.

– No jak? Wcale nie jadam, a mógłbym bez przerwy. Tak lubię. Ładnie wygląda, to pewnie i dobrze smakuje, co?

– Na pewno − uśmiechnęła się Ania. − Kiedyś ciasta mi nie wychodziły i pani Allan coś na ten temat wie. Ale to się udało, bo miało być na nasze zebranie Koła Miłośników Avonlea. Co tam, zrobię dla nich nowe.

– Tylko wiesz co? Sam go nie zjem; musisz mi pomóc. Zrobię herbatę, co?

– A może ja zrobię? − zaproponowała Ania ostrożnie.

Pan Harrison pokiwał głową.

– Widzę, że nie dowierzasz moim talentom kuchennym. I nie masz racji. Robię taką herbatę jak mało kto. Ale skoro chcesz, proszę bardzo… Szczęśliwie się składa, że po ostatnim deszczu jest trochę czystych naczyń.

Ania zajęła się parzeniem herbaty, ale zanim wsypała ją do imbryka, umyła go dokładnie parę razy. Nakryła stół, uprzątnąwszy z niego stertę śmieci, ale naprawdę przeraziła się dopiero, gdy zajrzała do spiżarni. Nie skomentowała panującego w niej bałaganu. Pan Harrison podał jej chleb i masło; znalazł też gdzieś słoik z konfiturami brzoskwiniowymi. Plamy na obrusie Ania przysłoniła przyniesionymi z ogrodu kwiatami.

Kiedy wreszcie woda się zagotowała, a oni usiedli przy stole i rozmawiali sobie niespiesznie o tym i owym, Ani trudno było uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Pan Harrison uznał, że Imbirek wystarczająco długo już był na wygnaniu i przyniósł go z powrotem do kuchni. Dziewczyna chciała go jakoś udobruchać, podsunęła mu pod dziób orzecha, ale obrażony ptak zignorował jej starania. Nadąsany, usiadł na najdalszym krańcu swojej grzędy, nastroszył się i wszem i wobec demonstrował swoją głęboką urazę.

– Imbirek? Dlaczego tak się nazywa? − Ania uważała, że imię powinno pasować do właściciela, a tu piękne upierzenie papugi nijak się miało do bezbarwnego imbiru.

– To nie ja, to brat go tak nazwał. Chodziło pewnie o jego nie najłagodniejszy charakterek. Przywiązałem się do tego ptaszyska, bez dwóch zdań. Nie jest z nim łatwo; czasami daje mi popalić, że hej, klnie tak, że ludzie uciekają w popłochu. Próbowałem go tego oduczyć; nie tylko zresztą ja, ale… sama widzisz. Niektórzy nie lubią papug, nie wiem dlaczego. Ja lubię. A on… jest całym moim towarzystwem, moją rodziną… Nie oddałbym go nigdy i nikomu.

Ostatnie słowa wypowiedział z takim naciskiem, jakby spodziewał się, że Ania zacznie go do tego namawiać. Ona tymczasem nie miała wcale takiego zamiaru; choć znali się krótko, zdążyła już polubić swojego krewkiego sąsiada.

Okazało się, że pan Harrison słyszał o miłośnikach Avonlea i podobały mu się ich plany.

– To dobry pomysł. Jest tu mnóstwo do zrobienia, trzeba tylko zacząć! Tutejszych mieszkańców też warto trochę ulepszyć − ironizował.

Ania, choć sama miała wiele krytycznych uwag pod adresem włodarzy wsi i jej mieszkańców, poczuła się w obowiązku wystąpić w ich obronie. Uwaga pana Harrisona zabrzmiała niemiło, zwłaszcza w ustach obcego.

– A ja myślę, że Avonlea jest urokliwym miejscem. I ludzie tu są bardzo w porządku − powiedziała zapalczywie.

– A czy ja mówię, że nie? − bronił się rozbawiony pan Harrison. Podobała mu się lojalność Ani i ujawniony przy tej okazji temperament. Pasował do jej włosów. − Wiem, że to dobre miejsce; przecież dlatego się tu sprowadziłem. Dobre nie oznacza jednak doskonałe, prawda?

– Prawda, ale ja dlatego tak dobrze się tu czuję − wyznała Ania. − Nie znoszę idealnych miejsc i ludzi bez wad. Wydają mi się nudne i bez polotu. Pani White na przykład mówi, że ona sama nigdy takiej perfekcyjnej osoby nie spotkała, ale nasłuchała się o jednej, a była nią pierwsza żona jej męża. Myślę, że to musi być frustrujące wyjść za mąż za człowieka, który wcześniej miał do czynienia z chodzącą doskonałością.

– A ja myślę, że o wiele trudniej musiało być mężowi tej doskonałości − pan Harrison powiedział to z większym przejęciem, niż się można było spodziewać.

Po podwieczorku Ania uparła się, że pozmywa, choć gospodarz przekonywał ją, że czystych naczyń wystarczy mu do następnego deszczu. Chciała też pozamiatać, ale szczotki nigdzie nie było, a pytać o nią nie śmiała.

– Zajrzyj tu do mnie znowu za jakiś czas − zaprosił ją pan Harrison, gdy się żegnali. − W końcu jesteśmy sąsiadami, prawda? Ciekaw jestem, co wyjdzie z tych waszych planów naprawczych. Kogo zaczniecie ulepszać w pierwszej kolejności?

– Nie mamy zamiaru wtrącać się w prywatne życie tutejszych ludzi. Chcemy poprawić jakość życia w naszej wsi − Ania wygłosiła to z bardzo poważną miną, bo miała wrażenie, że pan Harrison kpi z tych pomysłów.

 

Gdy już poszła, stary człowiek długo patrzył za jej oddalającą się postacią.

– Ależ się zrobił z ciebie stary dziad! − mruknął wreszcie sam do siebie. − A przecież w towarzystwie tej miłej dziewczyny poczułem, jakby mi ubyło lat. Ciekawe, czy zechce się jej jeszcze kiedyś odwiedzić starego mruka.

– Ruda wiewiórka! − doleciał z klatki Imbirka zgrzytliwy skrzek.

Pan Harrison pogroził papudze palcem.

– Milcz, łobuzie! Powinienem ci był ukręcić ten durny łeb, jak tylko do mnie trafiłeś. A teraz co? Za późno! Do śmierci będziesz mi przysparzał problemów?

*

Na Zielonym Wzgórzu Maryla, zaniepokojona długą nieobecnością Ani, już miała wyruszyć na jej poszukiwanie. Odetchnęła z ulgą, gdy Ania wróciła do domu, w dodatku zadowolona i pogodna.

– Pięknie jest na świecie, Marylo − mówiła rozmarzona. − I tak bardzo chce się żyć! Pani Linde mówiła wczoraj, że nie warto cieszyć się życiem, bo za każdym razem, gdy to robimy, gdy spodziewamy się czego dobrego, to czeka nas zawód i rozczarowanie. A ja myślę, że to nie szkodzi, bo tak samo jest, gdy spodziewamy się nieszczęścia albo kłopotu − i też się okazuje, że nasze oczekiwanie było niepotrzebne i sprawy przybrały lepszy obrót, niż się obawialiśmy. Bałam się dziś tego spotkania z panem Harrisonem, tymczasem on okazał się sympatycznym mężczyzną i miło sobie pogawędziliśmy na różne tematy. Nie jest łatwym człowiekiem i ma krewki charakter, sądzę jednak, że można się z nim zaprzyjaźnić, jeśli tylko człowiek postara się zaakceptować go takim, jakim jest. Tak że na szczęście wszystko skończyło się dobrze, a ja dostałam kolejną lekcję: nie wolno sprzedawać krowy, dopóki się człowiek nie upewni, że to jest naprawdę jego krowa. Tylko ta jego papuga… Nie lubię jej!