Ania z AvonleaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania z Avonlea
Ania z Avonlea
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 43,90  35,12 
Ania z Avonlea
Audio
Ania z Avonlea
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90  17,43 
Szczegóły
Ania z Avonlea
Audiobook
Czyta Maria Seweryn
29,90  21,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

1. Krewki sąsiad

2. Co nagle, to po diable

3. Gospodarstwo pana Harrisona

4. Bić czy nie bić? – oto jest pytanie

5. Nowa pani

6. Galeria sąsiadów

7. W poczuciu obowiązku

8. Bliźnięta nadchodzą

9. Kwestia koloru

10. W poszukiwaniu wrażeń

11. Listy od uczniów

12. Sądny dzień w szkole

13. Urocza majówka

14. O krok od katastrofy

15. Nareszcie wakacje!

16. W oczekiwaniu na panią Morgan

17. Kłopoty to moja specjalność

18. Przygoda na drodze

19. Dzień, jakich wiele

20. Jak to zwykle bywa

21. Nowa znajoma

22. To i owo

23. Historia panny Lawendy

24. Prorok we własnym kraju

25. Nieoczekiwany skandal

26. Za zakrętem

27. Popołudnie w Domku Ech

28. Królewicz powraca

29. Poezja a proza

30. Ślub w Domku Ech

Okładka


Tytuł oryginału: Anne of Avonlea

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Damasiewicz

Redaktor prowadzący: Agata Paszkowska

Redaktor techniczny: Beata Jankowska

Korekta: Agata Paszkowska

Copyright © for the Polish edition and translation by Bellona SA, Warszawa 2013

Zapraszamy na strony

www.bellona.pl, www.ksiegarnia.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebooku

www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Nasz adres: Bellona SA

ul. Bema 87, 01-233 Warszawa

Dział Wysyłki: tel. 22 457 03 02, 22 457 03 06, 22 457 03 78

faks 22 652 27 01

e-mail: biuro@bellona.pl

www.bellona.pl

ISBN 978-83-11-15943-3

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1. Krewki sąsiad

Na Wyspie Księcia Edwarda było ciepłe, sierpniowe popołudnie. Ania, smukła szesnastoipółlatka o poważnie spoglądających, szarych oczach i brązoworudych włosach, o których ludzie serdeczni mówili, że są kasztanowe, siedziała przed domem, na płaskim, czerwonym kamieniu, z którego zbudowano próg. Miała zamiar przetłumaczyć parę sonetów Wergiliusza, ale to urokliwe, sierpniowe popołudnie nie sprzyjało pracy na tekstami spisanymi w dawno nieżywym języku. Nic dziwnego, że poezje biednego Wergiliusza zsunęły się z kolan dziewczyny, a ona, oparłszy podbródek na rękach, zatopiła spojrzenie w obłokach, skłębionych nad domem pana Harrisona, i przeniosła się duchem w rejony bardzo odległe od codzienności. Myślami była w pewnej szkole, kierowanej przez ambitną nauczycielkę, wielce zainteresowaną tym, by powierzone jej pieczy dzieci wychować i wykształcić na przyszłych premierów, ministrów i dyplomatów. W rzadkich chwilach bardzo praktycznego myślenia Ania uświadamiała sobie, rzecz jasna, że kandydatów na sławne osobistości trudno będzie znaleźć w maleńkiej szkółce w Avonlea, ale… czyż nie jest tak, że chcieć to móc? Ania optymistycznie zakładała, że jej wiara w uczniów może zdziałać cuda, a dzieła dopełni jej umiejętne z nimi postępowanie.

Jakby w odpowiedzi na te imaginacje jej żywa wyobraźnia podsunęła jej taki oto obraz: za lat czterdzieści odwiedza ją, starszą już wtedy nauczycielkę, jakaś znana i szanowana persona; może rektor uniwersytetu albo sam premier Kanady? I osobistość ta pochyla się z szacunkiem nad pomarszczoną dłonią swojej nauczycielki z młodych lat, i wyznaje, że to właśnie ona wpoiła jemu, rektorowi, premierowi czy ministrowi, wszystkie szlachetne ideały, podziałała na ambicję, nauczyła i wychowała… że to dzięki niej jest tu, gdzie jest…

I nagle stało się coś, co wyrwało Anię z tego miłego świata marzeń, i to w sposób brutalny. Najpierw na podwórze wkroczyła dostojnie dorodna jałówka, a chwilę po niej wtargnął tam – bo przecież nie wszedł ani nie wkroczył – pan Harrison, który, nie zawracając sobie głowy otwieraniem furtki, jednym susem pokonał płot i zatrzymał się przed nią z groźnie zmarszczonymi brwiami i zagniewaną miną. Zaskoczona tą niespodziewaną i nietypową wizytą Ania podniosła się pośpiesznie z progu i spoglądała na gościa z lekkim przestrachem. Wiedziała, że pan Harrison jest ich sąsiadem, widziała go nawet parę razy, ale nie miała dotąd okazji go poznać. Wiosną, gdy ona jeszcze była w seminarium, pan Harrison kupił posiadłość Roberta Bella, sąsiada Cuthbertów, który przeniósł się do Charlottetown. Nie znano go tu bliżej; wiadomo było tylko, że przyjechał z Nowego Brunszwiku. Wystarczyły jednak dwa-trzy tygodnie, by nowy obywatel Avonlea zaczął uchodzić za w okolicy za niezłego oryginała.

– Dziwoląg! – oceniała go krótko pani Małgorzata Linde, a ona słynęła z tego, że mówiła to, co myśli, bez owijania w bawełnę.

Jeśli przyjąć, że cechą charakterystyczną wszelkiej maści dziwolągów jest ich odmienność, to pan Harrison rzeczywiście odróżniał się od otoczenia. Przede wszystkim mieszkał i pracował sam, oznajmiwszy wszystkim zainteresowanym, że żadne kobiety nie będą mu się po domu i podwórku kręciły, bo nie ma takiej potrzeby. Kumoszki z Avonlea najpierw zaniemówiły z oburzenia, a potem w słodkim rewanżu zaczęły opowiadać niestworzone rzeczy o jego domu i gospodarstwie, a nawet o prowadzonej przez niego kuchni. Bezcennym źródłem informacji na ten temat okazał się Janek Carter z Białych Piasków, którego ekscentryczny farmer zatrudnił do pomocy w polu i obejściu.

Młody parobek opowiadał na przykład, że w domu jego gospodarza nie było czegoś takiego, jak stałe pory posiłków. On sam miał niezdrowy zwyczaj podjadać coś od czasu do czasu, gdy poczuł się głodny, ale nigdy nie było wiadomo, kiedy to nastąpi. Jeśli więc Janek miał trochę szczęścia i akurat przebywał wtedy w pobliżu pana Harrisona, załapywał się na jakąś drobną przekąskę; w przeciwnym razie był skazany na oczekiwanie, kiedy pryncypał znowu zgłodnieje. Biedy Janek pewnie umarłby z głodu w domu pana Harrisona, gdyby nie to, że wracając na niedzielę do własnego domu, uzupełniał posiłkowe niedobory, i to na zapas, a na następny tydzień matka zaopatrywała go w troskliwie wypełniony wiktuałami koszyczek. Naczyń również pan Harrison nie zmywał regularnie, tylko gromadził je skrzętnie w oczekiwaniu na deszcz, a potem mył wszystkie hurtem w beczce wypełnionej uzbieraną deszczówką i suszył na świeżym powietrzu. Oprócz tego pan Harrison okazał się człowiekiem niezłomnych poglądów, a jego wola miała twardość hartowanej stali.

Poproszony o dorzucenie paru groszy do składkowej pensji dla pastora Allana, obruszył się tylko, stwierdzając, że nie ma zwyczaju kupować niczego w ciemno; najpierw – oznajmił – zamierza go posłuchać, a potem oceni materialną wartość jego kazań. Gdy jakiś czas potem odwiedziła go pani Linde, tłumacząc się zbieraniem datków na misje, a w rzeczywistość chcąc sobie obejrzeć jego dom, pan Harrison odmówił zdecydowanie, dorzucając sarkastycznie, że o ile pani Linde założy nową misję, w ramach której zacznie nawracać rozplotkowane kumy z Avonlea, o! to wtedy tak, bardzo chętnie jej wysiłki wesprze. Dotknięta do żywego tą impertynencją pani Linde mówiła potem, że to dobrze, iż świętej pamięci pani Bell, chwała Bogu, nie widzi, kto się teraz panoszy na jej wychuchanej farmie, bo by się z pewnością, biedulka, w grobie trzy razy przewróciła.

 

– U niej z podłogi mogłaś spokojnie podnieść kromkę chleba i ją zjeść, taka była czysta – mówiła zagniewana do Maryli. − A ja dziś musiałam szukać wolnego miejsca, żeby tam nogę postawić!

Jakby tego było mało, pan Harrison trzymał w domu papugę o wdzięcznym imieniu: Imbirek. Wśród społeczności Avonlea, w której nikomu dotąd podobne dziwactwo, jak hodowanie papug w obejściu, nie przyszło do głowy, wywołało to zrozumiałe zgorszenie. Żeby to jeszcze był porządny ptak! Ale gdzie tam! Z tego, co mówił Janek − a nikt nie miał powodu, żeby mu nie wierzyć − wynikało, że Imbirek był najzwyklejszym w świecie bezbożnikiem! Otóż okropne to ptaszysko klęło jak szewc! Gdyby nie to, że o pracę w tej okolicy nie było łatwo, pani Carter już dawno namówiłaby syna do porzucenia służby u pana Harrisona. Zdarzyło się kiedyś, że chłopak pochylił się nad klatką nieostrożnie, a wtedy to straszydło dziobnęło go w szyję tak mocno, że zerwało chłopcu płat skóry! Gdy więc biedny chłopak wracał do domu na niedzielę, jego wzburzona matka demonstrowała wszystkim z upodobaniem ślad po tym barbarzyńskim ataku, który niejako legalizował fakt szaleństwa niegościnnego przybysza. Wszystkie te mrożące krew w żyłach opowieści odżyły w pamięci Ani, gdy tak patrzyła na dygocącego ze złości sąsiada. Nawet gdy był w pogodnym nastroju, trudno byłoby tego małego, łysiejącego i cierpiącego na nadwagę mężczyznę nazwać przystojnym, ale teraz, gdy tak stał zdyszany, purpurowy ze złości i niemogący wydobyć z siebie głosu, wydał się Ani naprawdę koszmarny.

– Dość tego! − wysapał wreszcie. − Koniec! Słyszy panna? Trzeci raz to samo to o co najmniej trzy razy za dużo! Nie pozwolę na to więcej! Jasne?! Uprzedzałem ciotkę panny, że nie życzę sobie tego więcej. I co?! I znowu to samo! Po raz kolejny nie dopilnowała! Co wy sobie, u Boga litościwego, myślicie?! Hę?! Słucham!

– Chwileczkę… Może mi pan najpierw wyjaśnić, co się stało? − Ania dołożyła starań, by przywołać na twarz wyraz stosownej powagi i zdecydowania. Ćwiczyła tę minę od pewnego czasu, szykując się do pracy w szkole, ale na dyszącym z wściekłości panu Harrisonie nie zrobiła ona żadnego wrażenia.

– Co się stało?! A i owszem, stało się, miła panno! I to nic dobrego! Właśnie natknąłem się na waszą jałówkę w moim owsie i to nie pierwszy raz. Nie pierwszy, ale trzeci! Wlazła tam w zeszłym tygodniu i wczoraj jeszcze raz. Twoja ciotka obiecała mi, że będzie jej pilnowała i proszę! Nie upilnowała! Gdzie ona jest? Chcę się widzieć z twoją ciotką! Chcę, żeby się dowiedziała, co ja, Jakub Harrisom, o tym myślę!

– Jeśli ma pan na myśli Marylę Cuthbert, to tak się składa, że ona nie jest moją ciotką − Ania czuła, jak jej poczucie godności rośnie z minuty na minutę. – Przykro mi, że nasza… to znaczy moja krowa weszła na pana pole… Bo to jest moja krowa. Dostałam ją trzy lata temu jako cielątko od Mateusza, który kupił je od pana Bella…

– A co mi z tego, że pannie jest przykro?! Nic! Proszę iść i zobaczyć, co to krówsko zrobiło z moim owsem! Zadeptało go od miedzy do miedzy, ot co!

– Naprawdę jest mi przykro − Ania starała się, aby to, co mówi, zabrzmiało poważnie i szczerze. – Myślę jednak, że gdyby płot na pana pastwisku był w porządku, Dolly nie mogłaby wejść w ten owies. Wczoraj zwróciłam uwagę, że ta część płotu, która należy do pana, jest w opłakanym stanie.

Obarczenie go winą za powstałą szkodę sprawiło, że pan Harrison eksplodował gniewem.

– Mój płot… mój płot ma się całkiem dobrze! – wrzasnął. – Problem w tym, że nawet pancerna brama nie zatrzymałaby tego… tego diabła w krowiej postaci! A ty, ruda wiewiórko, lepiej zajmij się pilnowaniem swojego inwentarza, żeby nie robił szkód sąsiadom, zamiast marnotrawić czas na czytanie romansów – tu jego wzrok oskarżycielsko zatrzymał się na sonetach Wergiliusza, które zsunęły się na ziemię z kolan dziewczyny.

Ania spąsowiała tak, że kolor jej policzków nie różnił się zanadto od koloru włosów. Pan Harrison nieopatrznie uraził jej najczulszy punkt.

– A ja myślę, że lepiej mieć rude włosy niż łysą glacę jak pan! – wypaliła bez namysłu.

Cios był celny, bo smętnie i z rzadka owłosiona czaszka była prawdziwym kompleksem próżnego jak każdy mężczyzna pana Harrisona. Fala głębokiej urazy, która go zalała, odebrała mu mowę, więc tylko dźgał Anię spojrzeniami ostrymi jak świeżo zatemperowane ołówki. Ona tymczasem odzyskiwała kontrolę nad sytuacją. I przewagę.

– Staram się pana zrozumieć, panie Harrison, bo mam wyobraźnię i umiem sobie przedstawić, jak przykry jest widok cudzej krowy we własnym zbożu. Z tego powodu nie gniewam się za to, co pan powiedział. I obiecuję panu solennie, że Dolly już nigdy nie wejdzie na pańskie pole. Przysięgam!

– Zobaczymy – burknął pan Harrison. Polubowny ton Ani najwyraźniej trochę go udobruchał, ale odchodząc, nadal wydawał z siebie gniewne pomruki.

Tymczasem Ania, wciąż jeszcze trzęsąc się ze zdenerwowania, pobiegła zamknąć Dolly w zagrodzie.

– No, stąd już nie uciekniesz, chyba że razem z tym ogrodzeniem. Teraz udajesz niewiniątko, ale zobaczysz, że ta owsiana uczta nie wyjdzie ci na zdrowie! Powinnam była cię sprzedać panu Shearerowi, gdy mi to proponował tydzień temu, a nie czekać z tym na aukcję… No, ale przynajmniej się przekonałam, że ludzie mają rację. Pan Harrison to dziwak nad dziwakami. I na pewno nie jest moją bratnią duszą.

Uporawszy się z niesforną krową, Ania wracała do domu, gdy na podwórze zajechała Maryla. Przy herbacie jeszcze raz wróciły do kłopotów z Dolly.

– Chciałbym mieć już tę sprzedaż za sobą – westchnęła Maryla. – Tyle problemów z tymi zwierzętami, a Marcin w ogóle sobie z tym nie radzi. I nijak na nim nie można polegać! Już wczoraj wieczorem miał być z powrotem, po tym pogrzebie ciotki; obiecał mi to i tylko dlatego dałam mu wolne na cały dzień. I co? Nadal go nie ma! A swoją drogę ciekawe, ile on jeszcze ma tych ciotek. Jest u nas od roku, a to już czwarta, którą musi pochować. Czekam niecierpliwie końca zbiorów; niech już pan Barry obejmie gospodarstwo. Tak czy inaczej, Dolly musi zostać na razie w zagrodzie, a gdy Marcin wróci, zaprowadzi ją na tylne pastwisko. Przedtem jednak trzeba tam naprawić ogrodzenie. Boże, Aniu, myślę, że pani Linde ma rację, gdy mówi, że ten świat to padół łez. Wyobraź sobie, że Maria Keith jest śmiertelnie chora; właściwie nie ma już dla niej ratunku. Nie wiadomo, co będzie potem z jej dziećmi, a ma ich dwoje. Napisała wprawdzie do swojego brata, który wyemigrował gdzieś do Ameryki Południowej, ale on na razie się do niej nie odezwał.

– Dzieci? – zainteresowała się Ania. – W jakim wieku?

– To bliźniaki; chyba mają jakieś siedem lat…

– Bliźniaki? – uśmiechnęła się Ania. – Zawsze miałam do nich szczęście, zwłaszcza w czasach pani Hammond. Jak wyglądają?

– Wiesz, trudno powiedzieć, takie były umorusane. Tadzio akurat budował coś z błota, gdy przybiegła Tola, wołając go do mamy. On natychmiast wepchnął ją w kałużę, a gdy zaczęła płakać, sam także tam wlazł i zaczął się taplać w błocie, żeby jej pokazać, jak to urocza zabawa. Maria mówi, że Tola to prawdziwy aniołek, a Tadzio – czart wcielony. Cóż, nikt nigdy nie troszczył się o jego wychowanie, bo ojciec umarł, gdy dzieci były malutkie, a Maria jest nieustannie chora.

– Serce mi się ściska, gdy słyszę o dzieciach, których nikt nie wychowuje. Tak samo było ze mną, zanim do was nie trafiłam. Cóż, miejmy nadzieję, że ten wuj się nimi zaopiekuje. Czy ta pani Keith to jakaś Maryli krewna?

– Mówisz o Marii? Nie, nie ma między nami pokrewieństwa; to jej mąż był moim i Mateusza kuzynem. O, pani Linde idzie. Pewnie chce się dowiedzieć czegoś o stanie Marii… Tylko nic jej nie mów o tej awanturze z panem Harrisonem i o Dolly; wiesz, jaka ona jest…

Ania obiecała, że nie wspomni o incydencie na podwórzu, ale niepotrzebnie, bo pani Linde, jak to ona, o wszystkim była doskonale poinformowana. Ledwo usadowiła swoją korpulentną postać na krześle, od razu chciała posiadaną wiedzę uściślić.

– W drodze z Carmody zauważyłam, że pan Harrison pędził waszą Dolly ze swojego pola. Wyglądał jak burza z piorunami. Bardzo wrzeszczał?

Maryla i Ania spojrzały na siebie z rozbawieniem. Obie wiedziały, że niewiele jest na świecie rzeczy, które mogłyby się wydarzyć i pozostać niezauważone przez Małgorzatę Linde. Ania określała to dość jednoznacznie: jeśli ciemną nocą wejdziesz do swojego pokoju, zamkniesz okna i drzwi, spuścisz rolety, zgasisz światło, a potem kichniesz, to bez najmniejszej wątpliwości pani Linde zapyta cię następnego dnia, gdzie się tak okropnie przeziębiłeś.

– Zapewne – potwierdziła jej przypuszczenia Maryla. − Nie słyszałam, bo pojechałam do Grafton, więc Ania sama musiała stawić mu czoła.

– Cóż… to bardzo nieuprzejmy i źle wychowany człowiek! – Ania potrząsnęła z dezaprobatą rudymi lokami.

– Tak myślałam – orzekła pani Małgorzata, rada, że jej przewidywania się sprawdziły. – Od razu wiedziałam, że nic dobrego nie wyniknie z faktu, że Robert Bell oddał swoją farmę w ręce osobnika z Nowego Brunszwiku. Kto wie, co nas czeka tu, w Avonlea, gdy coraz więcej obcych przybywa w te okolice. Jeszcze trochę i na własne podwórko człowiek będzie wychodził z obawą!

– A któż to obcy jeszcze do nas przybył? – zainteresowała się Maryla.

– To wy nic nie wiecie? Stary dom Piotra Sloane’a wynajęła jakaś rodzina… Donellów bodajże; Piotr przekazał im zarządzanie młynem. Podobno przyjechali ze Wschodu; w każdym razie nikt ich tutaj nie zna. Kolejni to ci biedacy Cottonowie z Białych Piasków; teraz postanowili podokuczać naszej gminie. On jest chory na gruźlicę, a kiedy tylko na chwilę wydobrzeje, natychmiast zaczyna kraść… A ta jego, pożal się Boże, żona nic wokół siebie nie potrafi zrobić, a co dopiero zadbać o rodzinę. Dacie wiarę, że ona naczynia zmywa na siedząco?! No i jeszcze żona Grzegorza Pye’a wzięła do domu bratanka swojego męża, którego rodzice osierocili. Będzie chodził do naszej szkoły, więc przygotuj się, Aniu, że będziesz z nim miała niezłą przeprawę. Aha, i jeszcze jeden nowy uczeń ci przybędzie. Ze Stanów ma przyjechać mały Jaś Irving; będzie mieszkał u swojej babci. To syn Stefana Irvinga; pamiętasz go, Marylo, głośno było o nim, gdy porzucił Lawendę Lewis z Grafton…?

– Zaraz tam porzucił! – obruszyła się Maryla. – Pokłócili się pewnie i oboje byli winni tego rozstania.

– No, nieważne… Tak czy inaczej, nie pobrali się, choć planowali, a ona już nie wyszła za mąż i, prawdę mówiąc, kompletnie zdziwaczała. Mieszka dziś sama w tym kamiennym domku: „Domku Ech” czy jakoś tak go nazwała… A Stefan pojechał do Stanów, tam wszedł w jakiś interes swojego wuja i ożenił się z dziewczyną stamtąd. Od tamtej pory ani razu tu nie przyjechał, tylko matka do nich jeździła w odwiedziny. Parę lat temu ta jego żona zmarła, więc on przysyła swojego synka teraz babci na odchowanie. Mały ma mniej więcej dziesięć lat i pewnie też takie z niego ladaco, jak z tych wszystkich Jankesów.

W oczach zacnej pani Małgorzaty nikt, kto nieszczęsnym zrządzeniem losu przyszedł na świat poza Wyspą Księcia Edwarda, nie zasługiwał na zaufanie, a już na pewno rozsądnie było patrzeć mu uważnie na ręce, choć i owszem, zdarzali się w tym gronie porządni ludzie. Szczególne podejrzenia żywiła w tym względzie wobec Amerykanów, pamiętając, jak to jej męża, pracującego w swoim czasie w Bostonie, pewien cwany pracodawca oszukał na całe dziesięć dolarów. Winą za to bezeceństwo pani Małgorzata obarczała całe Stany Zjednoczone z rządem włącznie i nie było na świecie siły, która mogłaby ją przekonać, że stosowanie takiej zbiorowej odpowiedzialności nie ma większego sensu.

– Trochę świeżej krwi w Avonlea na pewno nie zaszkodzi – stwierdziła Maryla obiektywnie. – A ten mały, jeśli choć troszkę przypomina swojego ojca, na pewno jest miłym dzieckiem. Pamiętam, że Stefan Irving był przeuroczym chłopakiem; najmilszym z tych, którzy się przewinęli przez te strony. Poza tym… babcia Irvingowa na pewno jest szczęśliwa, że będzie mogła nacieszyć się wnukiem. Po śmierci męża musiała jej doskwierać samotność.

– Dziecko może i będzie dobrze ułożone, ale na pewno różne od naszych maluchów – podsumowała Małgorzata, kończąc dyskusję i dając do zrozumienia, że swoich opinii o sprawach, a zwłaszcza ludziach nie zmienia tak łatwo jak niektórzy inni. – Słyszałam, że zakładacie jakieś Koło Miłośników Avonlea, Aniu? Ponoć macie zamiar wprowadzać jakieś zmiany na lepsze?

 

Ania zarumieniła się nie wiadomo dlaczego.

– No tak, mówiliśmy o tym ostatnio na zebraniu naszego klubu – przyznała z ociąganiem. – Pomysł wszystkim przypadł do gustu; nawet pastor i jego żona mu przyklasnęli. W okolicy sporo powstało takich inicjatyw.

– Tylko sobie biedy napytasz – pokręciła głową pani Linde. – I po co ci to? Chcesz poprawiać ludziom życie, a oni tego nie lubią.

– Ale my nie zamierzamy poprawiać nikomu życia! Chcemy to i owo zmienić we wsi, na przykład przekonać pana Boultera, żeby pozwolił rozebrać tę jego ruderę, która szpeci okolicę. Nie byłoby od razu ładniej?

– Byłoby – zgodziła się pani Małgorzata. – To jego drewniane straszydło od dawna psuje widok i kłuje w oczy. Ale chciałabym ja zobaczyć, jak przekonujecie tego starego sknerę, żeby zrobił coś bezinteresownie, dla innych, nic z tego nie mając. Chętnie popatrzę. Nie chcę ci podcinać skrzydeł, Aniu, bo ten pomysł jest całkiem sensowny, ale… kiedy ty się chcesz tym zajmować, dziecko? Za chwilę w szkole będziesz miała tyle pracy, że zapomnisz, jak się nazywasz, a ty sobie głowę zawracasz jakimiś szlachetnymi projektami. Ale cóż… wiem też, że odwodzenie cię od tego to próżny trud; jak sobie coś wbijesz do głowy, to choćby skały fruwały – nie odpuścisz. Nigdy nie dajesz za wygraną, prawda?

Uśmiech, który rozjaśnił na chwilę poważną twarz Ani, świadczył, że pani Linde miała rację: powstanie Klubu Miłośników Avonlea było przesądzone. Tym bardziej że ten pomysł spodobał się również Gilbertowi Blythe’owi; choć pracował w Białych Piaskach, to weekendy spędzał w domu i dobro Avonlea bardzo leżało mu na sercu. Pozostali młodzi z ich gromadki oczekiwali zabawy i wspólnej rozrywki, więc gotowi byli poprzeć każdy pomysł, który temu służył. Nikt z nich, poza Anią i Gilbertem, nie kłopotał się specjalnie, jakie ulepszenia będą wprowadzali, oni natomiast wizję idealnego i bardzo nierzeczywistego Avonlea omówili i opracowali w najdrobniejszych szczegółach.

Pani Linde miała w zanadrzu jeszcze jedną nowinę:

– Podobno w szkole w Carmody ma pracować Priscilla Grant. Nie znasz jej przypadkiem z seminarium, Aniu?

– Naprawdę? Wspaniale! Cieszę się, że Priscilla będzie tak blisko, w Carmody – zawołała Ania, a jej szarozielone oczy rozjaśniło takie światło, że Małgorzata po raz kolejny zadała sobie pytanie, na które ciągle nie znajdowała zadowalającej odpowiedzi: może ta Ania wcale nie jest taka nieładna, jak jej się kiedyś wydawało?