Anne of Avonlea. Ania z Avonlea w wersji do nauki angielskiegoTekst

Oznacz jako przeczytane
Anne of Avonlea. Ania z Avonlea w wersji do nauki angielskiego
Anne of Avonlea. Ania z Avonlea w wersji do nauki angielskiego
Audiobook
Czyta Ewa Wodzicka-Dondziłło
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozumienie tekstu

Klucz >>>

Zaznacz właściwą odpowiedź (A, B lub C).

1. Mr. Harrison

A) wasn’t a tidy person, which worried Mrs. Robert Bell.

B) owned a pet hardly anybody approved of.

C) was especially fond of teaching his parrot nasty words.

2. Mrs. Rachel Lynde believed

A) Lavendar Lewis was a weird woman, which had made Stephen Irving break up with her.

B) Anthony Pye would have been troublesome because he was an orphan.

C) people from places other than Prince Edward Island were always suspicious.

3. Anne got into scrapes because

A) she sold someone else’s property.

B) she was cheated by the person who bought something from her.

C) she sold a farm animal without Marilla’s consent.

4. Jane, Gilbert and Anne

A) had different opinions about the idea of corporal punishment at school.

B) were all going to teach at Avonlea.

C) thought sitting boys and girls at the same desks was the cruelest punishment ever.

5. Among her pupils, Anne especially liked

A) Anthony Pye.

B) Paul Irving.

C) Barbara Shaw.

O słowach
WIEK

“The other evening Mrs. Sloane was reading a newspaper and she said to Mr. Sloane, ‘I see here that another octogenarian has just died.”

Octogenarian oznacza osiemdziesięciolatka, osobę między 80. a 89. rokiem życia. Orientacyjny wiek człowieka można opisać za pomocą wyrażeń:

to be in one’s teens/twenties/forties/late fifties – mieć kilkanaście lat/być po dwudziestce/czterdziestce/sporo po pięćdziesiątce, np.:

She was a beautiful woman in her early thirties.

Była piękną kobietą, która niedawno przekroczyła trzydziestkę.

I only started learning to play tennis when I was in my forties – and look at my backhand!

Zaczęłam uczyć się gry w tenisa dopiero po czterdziestce – a spójrzcie na mój backhand!

Jest oczywiście wiele słów i wyrażeń określających wiek człowieka. Oto niektóre z nich:

 newborn – noworodek

 baby/infant – niemowlę

 toddler – małe dziecko, dziecko uczące się chodzić, szkrab. Określenie to odnosi się do dzieci między 12. miesiącem a 2. lub 3. rokiem życia.

 child (l.m. children) – dziecko

 pre-teen/tween – młody nastolatek, dosłownie: osoba między okresem dzieciństwa a nastoletniości (tween pochodzi od between). To określenie odnosi się do dzieci między 8. a 12. rokiem życia.

 teenager – nastolatek

 adolescent – osoba w wieku dojrzewania

 adult/grown-up – dorosły

 middle-aged – w średnim wieku

 elderly man/woman/person – starszy mężczyzna/starsza kobieta/starsza osoba

 senior – senior

 sexagenarian – osoba w wieku 60–69 lat, sześćdziesięciolatek

 septuagenarian – osoba w wieku 70–79 lat, siedemdziesięciolatek

 nonagenerian – osoba w wieku 90–99 lat; dziewięćdziesięciolatek

A oto kilka idiomów związanych z wiekiem:

 tender age – młody wiek

 to be under age – być niepełnoletnim

 to be no spring chicken – być nie pierwszej młodości

 to be in one’s prime/in the prime of one’s life – być w kwiecie wieku

 to be over the hill – mieć już z górki, być w podeszłym wieku

 to be long in the tooth – być w podeszłym wieku

 to live to a ripe old age – dożyć sędziwego wieku

UWAGA, SPÓJNIK!

„If” w znaczeniu „although”

„But Mr. Harrison opened it, smiling sheepishly, and invited her to enter in a tone quite mild and friendly, if somewhat nervous.”

Pan Harrison zaprosił Anię tonem łagodnym i przyjaznym, chociaż (if) nieco nerwowym.

Spójnik if bywa używany w znaczeniu zbliżonym do although (chociaż, mimo że), np.:

Her composition, if slightly awkward, deserves the highest mark.

Jej wypracowanie, mimo że nieco niezgrabnie napisane, zasługuje na najwyższą ocenę.

W tego typu wypowiedziach po if występuje najczęściej tylko przymiotnik lub dłuższy opis (nie zaś całe zdanie). Porównaj przykłady:

Their reply didn’t sound promising although it was polite and friendly.

Ich odpowiedź nie brzmiała obiecująco, mimo że była grzeczna i przyjazna.

Their reply, if polite and friendly, didn’t sound promising.

Ich odpowiedź, chociaż grzeczna i przyjazna, nie brzmiała obiecująco.

W tego typu zdaniach if ma też mniej dobitny wydźwięk niż although – często poprzedza albo osobistą, subiektywną opinię, albo niezbyt istotny komentarz, np.:

The band’s latest record, if pleasant to the ear, falls short of audiences’ expectations.

Ostatnie nagranie zespołu, mimo że przyjemne dla ucha, nie spełnia oczekiwań odbiorców.

Gramatyka
FRONTING

“Further ambitions Jane had none.”

Typowy szyk zdania w języku angielskim to podmiot + orzeczenie + dopełnienie, np.:


PodmiotOrzeczenieDopełnienieReszta zdania
I sawheryesterday.
Jawidziałam/widziałemwczoraj.
Tim’s motherlovescooking.
Matka Timauwielbiagotować.
We haven’t discussedthese mattersbefore.
Mynie omówiliśmytych sprawwcześniej.

Cytowane zdanie mogłoby zatem brzmieć:

Jane had no further ambitions.

Jednak dla podkreślenia faktu, że pewna sprawa stanowi temat naszej wypowiedzi lub jej istotny element, możemy tę kolejność odwrócić. Dopełnienie pojawia się wówczas na początku zdania, np.:

These matters we haven’t discussed before.

Tych spraw wcześniej nie omawialiśmy.

The song they recorded in 2012.

Tę piosenkę nagrali w 2012.

A lovely couple you are!

Cudowna z was para!

IF + WILL/WOULD

“If my pupils won’t do as I tell them I shall punish them.”

W zdaniach warunkowych po if na ogół nie występuje will ani would. Od tej reguły są jednak pewne wyjątki.

Po pierwsze, will to nie tylko operator czasu przyszłego. Jest to czasownik (życzyć sobie, pragnąć), który sygnalizuje czyjąś wolę lub uprzejmą prośbę, np.:

If you will take a seat, I will find the form for you to fill in.

Jeśli zechce pan usiąść, znajdę dla pana formularz do wypełnienia.

If you will, we can postpone the meeting.

Jeśli państwo sobie tego życzą, możemy przełożyć spotkanie.

Jeśli chcemy sformułować jeszcze grzeczniejszą prośbę, możemy użyć would, np.:

If you would wait five minutes, our manager will see you.

Jeśli zechce pan poczekać pięć minut, nasz kierownik spotka się z panem.

Po drugie, will w zdaniach warunkowych może poprzedzać skutek (a nie warunek) sytuacji opisywanej w drugiej części zdania.Porównaj przykłady:

If you take this pill, you’ll fall asleep easily.

Jeśli weźmiesz tę pigułkę, zaśniesz z łatwością.

(Wzięcie pigułki jest warunkiem zaśnięcia bez trudu).

If it will help you fall asleep, I’ll get you a pill.

Jeśli to ci pomoże zasnąć, przyniosę ci pigułkę.

(Zaśnięcie ma wynikać z wzięcia pigułki).

I’ll give you the money if it’ll solve your problems.

Dam ci te pieniądze, jeśli to rozwiąże twoje problemy.

Kultura i historia
YANKEE

Yankee, czyli nasz nadwiślański „jankes”, to według słowników języka polskiego dawne określenie Amerykanina ze Stanów Północnych (w odróżnieniu od Konfederatów z Południa) bądź żartobliwe określenie Amerykanina w ogóle. Warto zauważyć, że jeżeli używamy „Jankesa” w kontekście historycznym (czyli np. żołnierza armii Północy), piszemy je wielką literą; jeśli natomiast chcemy sobie niewinnie zakpić ze znajomego zza oceanu, nazwiemy go „jankesem” przez małe j.

Skąd jednak yankee wziął się w języku angielskim?

Zdradźmy od razu, że ostatecznej i jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, językoznawcy i historycy nie zdołali ustalić. Wiadomo, że pod koniec XVII wieku określeniem tym holenderscy osadnicy z Nowego Amsterdamu (obecnie miasto to znamy jako Nowy Jork) nazywali – dość lekceważąco – swoich sąsiadów, angielskich kolonistów z pobliskiego Connecticut. Źródeł wyrazu można upatrywać w holenderskim zdrobnieniu Janke („mały Jan, Janek”) bądź w nazwisku Jan Kaas (w innym wariancie Jan Kees), dosłownie oznaczającym tyle, co „Jan Ser”, którym Flamandowie jeszcze w Starym Świecie określali stereotypowego Holendra.

W myśl tej teorii Holendrzy dokonali na Anglikach swoistej językowej zemsty, przylepiając im łatkę, jaką sami zostali obdarowani wcześniej. Nieodparcie przekonującego uzasadnienia tego odwrócenia nie przedstawił jeszcze żaden fachowiec. Dlaczego natomiast typowy Holender miałby nosić nazwisko akurat Jan Kaas? Otóż w wielu językach świata istnieje obyczaj określania przedstawicieli innych narodowości za pomocą charakterystycznych dla nich potraw czy produktów żywnościowych. Polszczyzna ma swoich „żabojadów” i „makaroniarzy”, a Flamandowie w każdym Holendrze widzieli zajadającego się serami Jana Kaasa.

Jak często bywa, „teoria holenderska” nie jest jedyną, którą próbuje się wyjaśniać pochodzenie słowa yankee. Jest z pewnością najpopularniejsza, lecz na przestrzeni lat pojawiały się również liczne koncepcje konkurencyjne.

Zwolennicy jednej z nich źródeł „jankesa” dopatrywali się w którymś z języków amerykańskich Indian. Brytyjski oficer Thomas Anburey utrzymywał w 1789 roku, że słowo to wywodzi się z mowy Czirokezów, w której iankke miał oznaczać „tchórza” bądź „niewolnika”. Kłopot w tym, że w języku tego plemienia słowo iankke po prostu nie istnieje. Inni jeszcze twierdzili, że yankee zostało zapożyczone od Indian z plemienia Huronów (inaczej Wyandotów), zniekształcających w wymowie francuski wyraz l’anglais – „Anglik” lub „język angielski” do formy przypominające „jangii”.

 

Ciekawą, choć również zdecydowanie nieprawdziwą legendę powtarzali w dobrej wierze amerykańscy autorzy od końcówki XVIII wieku aż po początek XX-go stulecia. Otóż według tej – bardzo amerykańskiej i patriotycznej w duchu – historii na terenach Nowej Anglii miało zamieszkiwać plemię Yankoos, czyli „niepokonanych”. Kiedy dumni Indianie zostali pobici w krwawej bitwie przez angielskich osadników, przekazali im w geście podziwu nazwę swojego ludu.

Tyle jeśli chodzi o – nieustalone ze stuprocentową pewnością – pochodzenie Jankesa. Wiemy też, co oznacza w naszym języku. Jak jednak stosują je sami Anglosasi?

W 1758 roku brytyjski generał James Wolfe określał mianem Yankees dowodzonych przez siebie żołnierzy z Nowej Anglii i nie miało ono zabarwienia pejoratywnego. Później jednak Anglicy zaczęli je stosować już z wyraźnym zamiarem poniżenia sąsiadów zza oceanu. Sami koloniści natomiast korzystali z „jankesa” bez najmniejszych kompleksów. Stoczona w 1769 roku seria potyczek między wadzącymi się o granice kolonii osadnikami z Connecticut i Pensylwanii nazwana została „Pennamite – Yankee War” gdzie Yankee określa mieszkańców Connecticut. Zauważmy, że angielski tytuł powieści Marka Twaina „Jankes na dworze króla Artura” (1931) brzmi A Connecticut Yankee in King’s Arthur’s Court.

Tak więc przynajmniej w pierwszym okresie prawdziwymi „jankesami” byli mieszkańcy dość ograniczonego terytorium. Niemniej już na początku XVIII wieku w Anglii zaczęto mianem tym nazywać wszystkich Amerykanów. Z kolei w XIX wieku mieszkańcy południowych stanów USA określali mianem Yankee sąsiadów z Północy i tam termin ów dość szybko nabrał negatywnych konotacji.

Od około 1812 roku notuje się występowanie zwrotu damned Yankee („cholerny Jankes”), spopularyzowanego przez Konfederatów w trakcie i po zakończeniu amerykańskiej wojny domowej (1861–1865). Zbitka była tak popularna i powszechnie stosowana, że pojawiły się dowcipy o Południowcach, przekonanych, że damnedyankee jest jednym słowem. Krążyło również powiedzenie, że „Jankes to człowiek z Północy, który przyjeżdża na Południe na krótko, cholerny Jankes osiedla się tu na stałe”. Określenie Yankee jeszcze i dziś w części USA położonej na południe od tzw. linii Masona-Dixona, wytyczającej umownie granicę obu wielkich stref kulturowych kraju, ma niemal wyłącznie negatywny wydźwięk.

Historyczni Jankesi, pierwsi kolonizatorzy Connecticut i okolic, najczęściej mieszkali w wioskach czy raczej osadach stanowiących luźne zbiorowiska farm. Ci, którzy nie uprawiali roli, zajmowali się handlem, pracowali w bankach, byli nauczycielami. Spotkania mieszkańców Jankeskich miejscowości, tzw. open town meetings, sprzyjały rozwojowi demokracji bezpośredniej oraz postaw obywatelskich i po dziś dzień stanowią ważną na terenach Nowej Anglii instytucję samorządu. Stereotyp – żywy szczególnie na Północy – przypisuje Jankesom rygorystyczną, protestancką religijność, roztropność, zaradność i wynalazczość.

Ćwiczenia

Klucz >>>

1. Połącz wyrazy (1–10) z ich synonimami i definicjami (A–J).

1. bewilderment

2. devise

3. exasperating

4. eyesore

5. pant

6. personage

7. resentful

8. scuttle

9. telltale

10. unheeded

A. unnoticed, ignored

B. a very important person

C. to run quickly

D. the state of confusion

E. something very ugly

F. upset and angry

G. to plan

H. to breathe quickly and heavily

I. extremely annoying and tiring

J. a gossip, a child who informs grown-ups about other children’s misbehaviour

2. Uzupełnij zdania słowami i wyrażeniami z ramki.

teens; adolescent; elderly; sexagenerians; tender; over; spring; under

a) Alcoholic drinks mustn’t be served to customers who are ……………………………… age.

b) Learning foreign languages, especially pronunciation, comes easier in one’s ……………………………… age.

c) As a typical ………………………………, Luke lacks self-confidence, for which he tries to make up with ironic remarks.

d) The centre offers a wide range of activities for ……………………………… – even your grandma can take part in fitness classes!

e) You ought to have acted in a responsible way. You’re no ………………… ……………………………… chicken after all.

f) The town is chiefly inhabited by ……………………………… people – the young left for bigger cities in search of education and job opportunities.

g) When I was in my ………………………………, I dreamt of growing up and being independent.

h) Come on! Being middle-aged doesn’t mean you’re ……………………………… the hill!

3. Przeczytaj poniższe zdania. Cztery spośród nich zawierają błędy. Znajdź te błędy i popraw je.

a) Ladies and gentlemen, if you will return to your seats, we can commence the second part of our show.

b) We bought the bike at the spot. It was a great bargain.

c) Terribly cold it is!

d) If the weather will be fine, we’ll go swimming.

e) The apartment they rented three months ago.

f) You’re constantly getting to scrapes!

g) My son deserved a punishment, but at the same time I felt sorry for him. I had two minds about whether to punish him.

h) I’ll get you a nice dessert if you will finish dinner.

4. Wybierz jedno z zadań:

a) Jeśli czytałeś/czytałaś Anne of Green Gables („Anię z Zielonego Wzgórza”), opisz krótko kilkoro najważniejszych bohaterów powieści (np. Anię Shirley, Marylę Cuthbert, panią Rachel Lynde, Dianę Barry, Glberta Blythe), ich wzajemne powiązania i relacje (około 350 wyrazów).

b) Jane mówi do Ani: I suppose you won’t punish the girls by making them sit with the boys? Jest to oczywista aluzja do dawnych czasów, kiedy Ania musiała za karę siedzieć w jednej ławce z Gilbertem. Jeśli znasz poprzedni tom przygód Ani albo jego adaptację filmową, opisz historię jej znajomości z Gilbertem Blythe (około 250 wyrazów).

c) Zgromadź informacje na temat Wyspy Księcia Edwarda końca XIX wieku. Skąd wzięła się ta nazwa? Jakie były jej najważniejsze ośrodki? Ilu miała mieszkańców? Przygotuj na ten temat prezentację multimedialną (około 10 slajdów).

Part 2
Słownictwo
VI
All Sorts and Conditions of Men… and women

A September day on Prince Edward Island hills; a crisp wind blowing up over the sand dunes from the sea; a long red road, winding through fields and woods, now looping itself about a corner of thick set spruces, now threading a plantation of young maples with great feathery sheets of ferns beneath them, now dipping down into a hollow where a brook flashed out of the woods and into them again, now basking in open sunshine between ribbons of golden-rod and smoke-blue asters; air athrill with the pipings of myriads of crickets, those glad little pensioners of the summer hills; a plump brown pony ambling along the road; two girls behind him, full to the lips with the simple, priceless joy of youth and life.

“Oh, this is a day left over from Eden, isn’t it, Diana?”… and Anne sighed for sheer happiness. “The air has magic in it. Look at the purple in the cup of the harvest valley, Diana. And oh, do smell the dying fir! It’s coming up from that little sunny hollow where Mr. Eben Wright has been cutting fence poles. Bliss is it on such a day to be alive; but to smell dying fir is very heaven. That’s two thirds Wordsworth and one third Anne Shirley. It doesn’t seem possible that there should be dying fir in heaven, does it? And yet it doesn’t seem to me that heaven would be quite perfect if you couldn’t get a whiff of dead fir as you went through its woods. Perhaps we’ll have the odor there without the death. Yes, I think that will be the way. That delicious aroma must be the souls of the firs… and of course it will be just souls in heaven.”

“Trees haven’t souls,” said practical Diana, “but the smell of dead fir is certainly lovely. I’m going to make a cushion and fill it with fir needles. You’d better make one too, Anne.”

“I think I shall… and use it for my naps. I’d be certain to dream I was a dryad or a woodnymph then. But just this minute I’m well content to be Anne Shirley, Avonlea schoolma’am, driving over a road like this on such a sweet, friendly day.”

“It’s a lovely day but we have anything but a lovely task before us,” sighed Diana. “Why on earth did you offer to canvass this road, Anne? Almost all the cranks in Avonlea live along it, and we’ll probably be treated as if we were begging for ourselves. It’s the very worst road of all.”

“That is why I chose it. Of course Gilbert and Fred would have taken this road if we had asked them. But you see, Diana, I feel myself responsible for the A.V.I.S., since I was the first to suggest it, and it seems to me that I ought to do the most disagreeable things. I’m sorry on your account; but you needn’t say a word at the cranky places. I’ll do all the talking… Mrs. Lynde would say I was well able to. Mrs. Lynde doesn’t know whether to approve of our enterprise or not. She inclines to, when she remembers that Mr. and Mrs. Allan are in favor of it; but the fact that village improvement societies first originated in the States is a count against it. So she is halting between two opinions and only success will justify us in Mrs. Lynde’s eyes. Priscilla is going to write a paper for our next Improvement meeting, and I expect it will be good, for her aunt is such a clever writer and no doubt it runs in the family. I shall never forget the thrill it gave me when I found out that Mrs. Charlotte E. Morgan was Priscilla’s aunt. It seemed so wonderful that I was a friend of the girl whose aunt wrote ‘Edgewood Days’ and ‘The Rosebud Garden.’”

“Where does Mrs. Morgan live?”

“In Toronto. And Priscilla says she is coming to the Island for a visit next summer, and if it is possible Priscilla is going to arrange to have us meet her. That seems almost too good to be true—but it’s something pleasant to imagine after you go to bed.”

The Avonlea Village Improvement Society was an organized fact. Gilbert Blythe was president, Fred Wright vice-president, Anne Shirley secretary, and Diana Barry treasurer. The “Improvers,” as they were promptly christened, were to meet once a fortnight at the homes of the members. It was admitted that they could not expect to affect many improvements so late in the season; but they meant to plan the next summer’s campaign, collect and discuss ideas, write and read papers, and, as Anne said, educate the sentiment generally.

There was some disapproval, of course, and… which the Improvers felt much more keenly… a good deal of ridicule. Mr. Elisha Wright was reported to have said that a more appropriate name for the organization would be Courting Club. Mrs. Hiram Sloane declared she had heard the Improvers meant to plough up all the roadsides and set them out with geraniums. Mr. Levi Boulter warned his neighbors that the Improvers would insist that everybody pull down his house and rebuild it after plans approved by the society. Mr. James Spencer sent them word that he wished they would kindly shovel down the church hill. Eben Wright told Anne that he wished the Improvers could induce old Josiah Sloane to keep his whiskers trimmed. Mr. Lawrence Bell said he would whitewash his barns if nothing else would please them but he would NOT hang lace curtains in the cowstable windows. Mr. Major Spencer asked Clifton Sloane, an Improver who drove the milk to the Carmody cheese factory, if it was true that everybody would have to have his milk-stand hand-painted next summer and keep an embroidered centerpiece on it.

In spite of… or perhaps, human nature being what it is, because of… this, the Society went gamely to work at the only improvement they could hope to bring about that fall. At the second meeting, in the Barry parlor, Oliver Sloane moved that they start a subscription to re-shingle and paint the hall; Julia Bell seconded it, with an uneasy feeling that she was doing something not exactly ladylike. Gilbert put the motion, it was carried unanimously, and Anne gravely recorded it in her minutes. The next thing was to appoint a committee, and Gertie Pye, determined not to let Julia Bell carry off all the laurels, boldly moved that Miss Jane Andrews be chairman of said committee. This motion being also duly seconded and carried, Jane returned the compliment by appointing Gertie on the committee, along with Gilbert, Anne, Diana, and Fred Wright. The committee chose their routes in private conclave. Anne and Diana were told off for the Newbridge road, Gilbert and Fred for the White Sands road, and Jane and Gertie for the Carmody road.

 

“Because,” explained Gilbert to Anne, as they walked home together through the Haunted Wood, “the Pyes all live along that road and they won’t give a cent unless one of themselves canvasses them.”

The next Saturday Anne and Diana started out. They drove to the end of the road and canvassed homeward, calling first on the “Andrew girls.”

“If Catherine is alone we may get something,” said Diana, “but if Eliza is there we won’t.”

Eliza was there… very much so… and looked even grimmer than usual. Miss Eliza was one of those people who give you the impression that life is indeed a vale of tears, and that a smile, never to speak of a laugh, is a waste of nervous energy truly reprehensible. The Andrew girls had been “girls” for fifty odd years and seemed likely to remain girls to the end of their earthly pilgrimage. Catherine, it was said, had not entirely given up hope, but Eliza, who was born a pessimist, had never had any. They lived in a little brown house built in a sunny corner scooped out of Mark Andrew’s beech woods. Eliza complained that it was terrible hot in summer, but Catherine was wont to say it was lovely and warm in winter.

Eliza was sewing patchwork, not because it was needed but simply as a protest against the frivolous lace Catherine was crocheting. Eliza listened with a frown and Catherine with a smile, as the girls explained their errand. To be sure, whenever Catherine caught Eliza’s eye she discarded the smile in guilty confusion; but it crept back the next moment.

“If I had money to waste,” said Eliza grimly, “I’d burn it up and have the fun of seeing a blaze maybe; but I wouldn’t give it to that hall, not a cent. It’s no benefit to the settlement… just a place for young folks to meet and carry on when they’s better be home in their beds.”

“Oh, Eliza, young folks must have some amusement,” protested Catherine.

“I don’t see the necessity. We didn’t gad about to halls and places when we were young, Catherine Andrews. This world is getting worse every day.”

“I think it’s getting better,” said Catherine firmly.

“YOU think!” Miss Eliza’s voice expressed the utmost contempt. “It doesn’t signify what you THINK, Catherine Andrews. Facts is facts.”

“Well, I always like to look on the bright side, Eliza.”

“There isn’t any bright side.”

“Oh, indeed there is,” cried Anne, who couldn’t endure such heresy in silence. “Why, there are ever so many bright sides, Miss Andrews. It’s really a beautiful world.”

“You won’t have such a high opinion of it when you’ve lived as long in it as I have,” retorted Miss Eliza sourly, “and you won’t be so enthusiastic about improving it either. How is your mother, Diana? Dear me, but she has failed of late. She looks terrible run down. And how long is it before Marilla expects to be stone blind, Anne?”

“The doctor thinks her eyes will not get any worse if she is very careful,” faltered Anne.

Eliza shook her head.

“Doctors always talk like that just to keep people cheered up. I wouldn’t have much hope if I was her. It’s best to be prepared for the worst.”

“But oughtn’t we be prepared for the best too?” pleaded Anne. “It’s just as likely to happen as the worst.”

“Not in my experience, and I’ve fifty-seven years to set against your sixteen,” retorted Eliza. “Going, are you? Well, I hope this new society of yours will be able to keep Avonlea from running any further down hill but I haven’t much hope of it.”

Anne and Diana got themselves thankfully out, and drove away as fast as the fat pony could go. As they rounded the curve below the beech wood a plump figure came speeding over Mr. Andrews’ pasture, waving to them excitedly. It was Catherine Andrews and she was so out of breath that she could hardly speak, but she thrust a couple of quarters into Anne’s hand.

“That’s my contribution to painting the hall,” she gasped. “I’d like to give you a dollar but I don’t dare take more from my egg money for Eliza would find it out if I did. I’m real interested in your society and I believe you’re going to do a lot of good. I’m an optimist. I HAVE to be, living with Eliza. I must hurry back before she misses me… she thinks I’m feeding the hens. I hope you’ll have good luck canvassing, and don’t be cast down over what Eliza said. The world IS getting better… it certainly is.”

The next house was Daniel Blair’s.

“Now, it all depends on whether his wife is home or not,” said Diana, as they jolted along a deep-rutted lane. “If she is we won’t get a cent. Everybody says Dan Blair doesn’t dare have his hair cut without asking her permission; and it’s certain she’s very close, to state it moderately. She says she has to be just before she’s generous. But Mrs. Lynde says she’s so much ‘before’ that generosity never catches up with her at all.”

Anne related their experience at the Blair place to Marilla that evening.

“We tied the horse and then rapped at the kitchen door. Nobody came but the door was open and we could hear somebody in the pantry, going on dreadfully. We couldn’t make out the words but Diana says she knows they were swearing by the sound of them. I can’t believe that of Mr. Blair, for he is always so quiet and meek; but at least he had great provocation, for Marilla, when that poor man came to the door, red as a beet, with perspiration streaming down his face, he had on one of his wife’s big gingham aprons. ‘I can’t get this durned thing off,’ he said, ‘for the strings are tied in a hard knot and I can’t bust ‘em, so you’ll have to excuse me, ladies.’ We begged him not to mention it and went in and sat down. Mr. Blair sat down too; he twisted the apron around to his back and rolled it up, but he did look so ashamed and worried that I felt sorry for him, and Diana said she feared we had called at an inconvenient time. ‘Oh, not at all,’ said Mr. Blair, trying to smile… you know he is always very polite… ‘I’m a little busy… getting ready to bake a cake as it were. My wife got a telegram today that her sister from Montreal is coming tonight and she’s gone to the train to meet her and left orders for me to make a cake for tea. She writ out the recipe and told me what to do but I’ve clean forgot half the directions already. And it says, ‘flavor according to taste.’ What does that mean? How can you tell? And what if my taste doesn’t happen to be other people’s taste? Would a tablespoon of vanilla be enough for a small layer cake?”

“I felt sorrier than ever for the poor man. He didn’t seem to be in his proper sphere at all. I had heard of henpecked husbands and now I felt that I saw one. It was on my lips to say, ‘Mr. Blair, if you’ll give us a subscription for the hall I’ll mix up your cake for you.’ But I suddenly thought it wouldn’t be neighborly to drive too sharp a bargain with a fellow creature in distress. So I offered to mix the cake for him without any conditions at all. He just jumped at my offer. He said he’d been used to making his own bread before he was married but he feared cake was beyond him, and yet he hated to disappoint his wife. He got me another apron, and Diana beat the eggs and I mixed the cake. Mr. Blair ran about and got us the materials. He had forgotten all about his apron and when he ran it streamed out behind him and Diana said she thought she would die to see it. He said he could bake the cake all right… he was used to that… and then he asked for our list and he put down four dollars. So you see we were rewarded. But even if he hadn’t given a cent I’d always feel that we had done a truly Christian act in helping him.”

Theodore White’s was the next stopping place. Neither Anne nor Diana had ever been there before, and they had only a very slight acquaintance with Mrs. Theodore, who was not given to hospitality. Should they go to the back or front door? While they held a whispered consultation Mrs. Theodore appeared at the front door with an armful of newspapers. Deliberately she laid them down one by one on the porch floor and the porch steps, and then down the path to the very feet of her mystified callers.

“Will you please wipe your feet carefully on the grass and then walk on these papers?” she said anxiously. “I’ve just swept the house all over and I can’t have any more dust tracked in. The path’s been real muddy since the rain yesterday.”

“Don’t you dare laugh,” warned Anne in a whisper, as they marched along the newspapers. “And I implore you, Diana, not to look at me, no matter what she says, or I shall not be able to keep a sober face.”

The papers extended across the hall and into a prim, fleckless parlor. Anne and Diana sat down gingerly on the nearest chairs and explained their errand. Mrs. White heard them politely, interrupting only twice, once to chase out an adventurous fly, and once to pick up a tiny wisp of grass that had fallen on the carpet from Anne’s dress. Anne felt wretchedly guilty; but Mrs. White subscribed two dollars and paid the money down… “to prevent us from having to go back for it,” Diana said when they got away. Mrs. White had the newspapers gathered up before they had their horse untied and as they drove out of the yard they saw her busily wielding a broom in the hall.