Wymarzony dom AniTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wymarzony dom Ani
Wymarzony dom Ani
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Wymarzony dom Ani
Wymarzony dom Ani
E-book
18  12,60 
Szczegóły
Wymarzony dom Ani
Wymarzony dom Ani
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8. Odwiedziny panny Kornelii Bryant

Wrześniowe dni w Czterech Wiatrach były ciepłe i słoneczne. Burze i wiatry ucichły, ranki wstawały wprawdzie zamglone, ale popołudnia były prawdziwie letnie, skąpane w słońcu, a noce jasne i bardzo mocno księżycowe. Ania i Gilbert urządzali i dopieszczali swój dom, a w wolnych chwilach spacerowali brzegiem morza, pływali żaglówką po zatoce albo robili sobie dalsze wycieczki, zwiedzając Wyspę i zaglądając po drodze do cichego, malowniczo usytuowanego Glen St. Mary. Niejedna para mogła pozazdrościć im tego idyllicznego miesiąca miodowego.

– Nawet gdybym się dowiedziała, że niedługo umrę, nie byłabym nieszczęśliwa, bo nawet tak krótko warto było żyć dla tych kilku wspólnych tygodni – mówiła, głaszcząc Gilberta po ramieniu, którym ją obejmował. – Nie wiem, czy jeszcze kiedyś przydarzy nam się taki szczęśliwy czas, ale tego, który spędziliśmy tu razem, nikt i nic nam przecież nie odbierze. Ten dom, przyroda wokół, pogoda, a przede wszystkim ci ludzie blisko nas – nie mogłabym sobie wymarzyć milszego miejsca i lepszego czasu. Zauważyłeś, że od kiedy tu jesteśmy, ani razu nie padało?

– Co tam deszcz! – zaśmiał się Gilbert. – Ani razu się nie pokłóciliśmy!

– Znasz to powiedzenie: najlepsze trzeba sobie zawsze zostawić na później – droczyła się z nim Ania. – Jeszcze nie wiadomo, jak to będzie z tymi kłótniami. Powiem ci tylko, że się bardzo cieszę z tego, że zrezygnowaliśmy z podróży poślubnej i zdecydowaliśmy zostać tutaj. I że te wyjątkowe chwile będą się mi już zawsze kojarzyły z tym jednym, wyjątkowym miejscem.

Z jakiegoś tajemniczego powodu ich nowy dom rzeczywiście otaczała bardzo szczególna, romantyczna aura. Ania nie bardzo umiała określić, co się na nią składało, ale była pewna, że nie wyczuwała jej nigdy wcześniej w miejscach, w których mieszkała. Choćby morze… W Avonlea też je miała na wyciągnięcie ręki, było naturalnym elementem jej otoczenia, ale tam jego bliskość jakoś jej umykała. Tu, w Czterech Wiatrach, morze było wszechobecne i ani na chwilę nie pozwalało o sobie zapomnieć. Szumiało jej w uszach, wciągała jego zapach nozdrzami, widziała je z każdego okna i z każdego miejsca w ogrodzie. Śpiewało bezustannie, jakby przywoływało ją do siebie. Każdego dnia na wodach przystani kołysały się nowe okręty, zmierzające do portu w Glen albo właśnie go opuszczające i kierujące się w różne strony świata. Widziała łódki, które o świcie wypływały w morze puste, a przed zmrokiem wracały wypełnione rybami. Na rudawoczerwonej drodze, oplatającej port, roiło się od uśmiechniętych marynarzy i zadowolonych rybaków. Życie tętniło w porcie, na przystani i w miasteczku; ludzie żyli tym, co się wydarzyło wczoraj i przed chwilą, i czekali na to, co się wydarzy jutro albo za moment. A wszystko, co się tam działo, miało związek z morzem: ono zachwycało i niepokoiło, rządziło i decydowało. I cały czas ich przyzywało.

– Dopiero tutaj zrozumiałam, jak to się dzieje, że niektórzy mężczyźni ciągle wracają na morze; ledwo wrócili, a już znowu ich tam coś ciągnie. Ta magiczna siła, która każe ci popłynąć na drugi koniec świata, musi być nieodparta. Myślę, że wiem, dlaczego kapitan Jim wyrwał się stąd, gdy tylko mógł, i uciekł na morze. Ja sama – nie śmiej się! – gdy patrzę na mewy krążące nad wodą, zaczynam żałować, że nie mam skrzydeł. A jak widzę statek, płynący pod pełnymi żaglami, to chciałabym natychmiast znaleźć się na jego pokładzie. Aha, a te skrzydła, to nie takie zwyczajne, jak u gołębia, tylko te mocne, jak u mewy, żebym mogła polecieć daleko, daleko… w sam środek jakieś szalejącej na morzu burzy – mówiła Ania w uniesieniu.

– To i dobrze, że ich nie masz – studził jej emocje Gilbert, uśmiechając się czule. – Nie masz wyjścia, musisz zostać tu ze mną. Zresztą i tak nie pozwoliłbym ci odlecieć nigdzie, a już na pewno nie w żadne szalejące na morzu burze.

Było późne popołudnie, a oni, zmęczeni całodzienną krzątaniną, usiedli sobie na stopniu ganku; tym gładkim, z czerwonego piaskowca. Było wyjątkowo cicho; nawet siwe mewy, przelatujące nad ich głowami, robiły to właściwie bezszelestnie. Cała łąka, leżąca między przystanią a ich domem, jaśniała od bladoróżowych i jasnożółtych astrów.

– Właściwie to rozumiem twoją wstrzemięźliwość – przyznała mu rację Ania. – Gdybym ja była lekarzem i całą noc przesiedziała przy łóżku chorego, też by mi nie w głowie były takie ryzykowne podróże. No, ale gdybyś ty był mną i przespał całą noc w łóżku, też miałbyś chętkę, żeby zaszaleć w jakiejś burzy. Choćby w wyobraźni.

– To już lepiej pozostańmy przy swoich rolach – stwierdził Gilbert. – Zwłaszcza że mam poczucie, iż tej nocy wykonałem kawał dobrej roboty: uratowałem człowiekowi życie. I to jak najdosłowniej, ja sam, osobiście. Dotąd tylko pomagałem, zmniejszałem ból, zabezpieczałem przed zakażeniem, a teraz było zupełnie inaczej: gdybym nie został w nocy w Allenby i nie zajął się tą kobietą, pewnie nie doczekałaby rana. W dodatku postanowiłem zastosować całkiem nową metodę leczenia; nikt jej dotąd tu, w Czterech Wiatrach, nie stosował. Poznałem ją w Kingsport, zeszłej zimy. Wiedziałem, że ryzykuję, ale w końcu do odważnych świat należy, prawda? Wszystko poszło dobrze i ta kobieta, żona i mama, przeżyła. Będzie mogła nadal cieszyć się swoją rodziną, a oni nią. I wiesz… kiedy rano wracałem do domu, pomyślałem sobie: „Cieszę się, że jestem lekarzem. Dobrze, że wybrałem właśnie ten zawód”. W nocy, gdy życie tej kobiety było naprawdę zagrożone, stanąłem do walki z tym zagrożeniem i… pokonałem je. Wygrałem! Uświadomiłem sobie, że przecież o to mi chodziło przez te wszystkie lata nauki: żeby wygrywać z chorobami. Dotarło do mnie, że oto spełniło się moje wielkie marzenie.

– Tylko jedno? – zapytała Ania kokieteryjnie. Znała odpowiedź, ale znać odpowiedź, a ją usłyszeć – to dwie zupełnie różne sprawy.

– Przecież wiesz… − odpowiedział jej miękko i objął ją mocno ramieniem, a ona położyła na nim głowę.

– Widzisz to, co ja? – zapytał nagle Gilbert, przytomniejąc i z trudem powracając do rzeczywistości. – Czyżby to był twój upragniony „okręt pod pełnymi żaglami”, który bez wątpienia wziął kurs na nasz dom?

– Widzę! To pewnie panna Kornelia Bryant! Albo pani Moore śpieszy, by złożyć nam kurtuazyjną wizytę.

– Wobec tego ja znikam – oznajmił Gilbert, bezceremonialnie zabierając ramię spod głowy przytulonej do niego Ani. – Będę w swoim gabinecie, ale z góry cię uprzedzam: zamierzam was podsłuchiwać. Podobno rozmowy z nią są frapujące i pełne smakowitych szczegółów.

– Możesz się rozczarować, bo to może być pani Moore.

– Nie wydaje mi się, sądząc po jej… hmm… gabarytach. Widziałem panią Moore w ogrodzie, podwiązującą kwiaty, i odniosłem wrażenie, że jest dość szczupła. A poza tym skoro dotąd tu nie zajrzała, pewnie nie jest szczególnie towarzyska.

– No tak, masz rację. Na pewno nie jest w typie pani Linde, bo już by tu ze trzy razy była, z czystej ciekawości – przyznała Ania. – Zatem stawiamy na pannę Bryant.

W rzeczy samej była to panna Kornelia. Jak się jednak okazało, wcale nie przyszła z kurtuazyjną wizytą. Skwapliwie skorzystała z zaproszenia Ani i rozsiadła się wygodnie, zdejmując przy tym duży kapelusz, który na jej lokach, targanych przez wrześniowy wiaterek, przytrzymywała staroświecka gumka; taka sama, jaka przytrzymywała na głowie kapelusze jej matki. Spod kapelusza wyłoniła się okrągła twarz, pyzate policzki i ciemne, skrzące się śmiechem oczy. Nie przypominała typowej starej panny, a w dodatku Ania w mig zorientowała się, że panna Kornelia od pierwszego spojrzenia ujęła ją czymś szczególnym, czym emanują tylko niektórzy ludzie, a na co Ania była osobliwie wyczulona. Czuła, że niezależnie od tego, jak śmiesznie się panna Kornelia ubiera i jak niekonwencjonalne sądy wygłasza, na pewno ją polubi.

Któż inny wybrałby się z taką wizytą w pasiastym, biało-granatowym fartuchu i zarzuconej na ramiona ogromniastej, brązowej chuście, ozdobionej jaskrawoniebieskimi różami? Mogła to zrobić jedynie panna Kornelia i tylko ona mogła w tym wizytowym stroju wyglądać stosownie do okoliczności. Ba! Gdyby w takim samym stroju znalazła się na dworze książęcym, z pewnością dałaby wszystkim do zrozumienia, że panuje nad sytuacją i ani trochę nie jest nią – ani własnym strojem – skrępowana. Wystrój książęcego dworu nie zaimponowałby jej pewnie jakoś szczególnie, natomiast z pewnością skwapliwie skorzystałaby z okazji, by jej wysokości księżnej udzielić dobrej i sprawdzonej rady: dnia ani męża nie należy chwalić, a już na pewno nie przed zachodem słońca; nawet jeśli w żyłach małżonka płynie błękitna krew. Zasada ta dotyczy wszystkich bez wyjątku: książąt i plebsu.

Usadowiwszy się na krześle, panna Kornelia sięgnęła do wnętrza przepastnej torby, którą położyła na podłodze u swoich stóp, i wyjęła z niej coś białego.

– Mam tu ze sobą swoją robotę – wyjaśniła, widząc zdumione spojrzenie Ani. – Muszę ją szybko dokończyć. Mam nadzieję, że nie ma pani nic przeciwko temu?

Rozpostarła na kolanach owo „coś” białego, co okazało się maleńką sukieneczką, ozdobioną wąskimi, koronkowymi falbankami i szczypankami. Panna Kornelia włożyła okulary, poczym opuściła je na czubek nosa i zaczęła pokrywać misternym, delikatnym haftem przód sukieneczki.

– To dla dziecka pani Proctor z Glen – wyjaśniła, widząc zaskoczenie na twarzy Ani. – Ósmego. Tamtych siedmioro wytarło, podarło i zniszczyło wszystkie ubranka z wyprawki niemowlęcej, a malucha trzeba przecież w coś ubrać. Ona, ta święta i wymęczona przez życie kobieta, nie ma do tego ani głowy, ani czasu, ani siły. Przeczuwałam to, gdy tylko się dowiedziałam, że wychodzi za mąż za tego uroczego nicponia, Freda Proctora. Uroczy był tylko do dnia ślubu, potem już był tylko nicponiem. Jedyne, co mu dobrze wychodzi, to zalewanie się w trupa. Rodzinę i jej potrzeby ma w głębokim poważaniu. Ot, taki typowo męski zwyczaj, czyż nie? Gdyby nie pomoc sąsiadów, te ich dzieciaki chodziłyby bose i obdarte.

 

Gdy z czasem Ania zyskała jakie takie rozeznanie w tym, jak żyje tutejsza społeczność, zorientowała się, że tylko pannie Kornelii wygląd młodych Proctorzątek spędzał sen z powiek.

– No i co robić? Jak się dowiedziałam, że rodzina znów się powiększy, powiedziałam, że ja przygotuję maluchowi wyprawkę. Już jest właściwie gotowa; jeszcze tylko ten kaftanik, dlatego chcę go jak najprędzej dokończyć.

Ania była pod wrażeniem haftu, rozkwitającego pod śmigającą jak iskra igłą, którą wprawnie operowała panna Kornelia.

– Ale cuda pani tu wyczarowuje! – zachwyciła się. – Przyniosę swoje przybory krawieckie i dotrzymam pani towarzystwa. To, co pani robi, panno Kornelio, to prawdziwe dzieło sztuki.

Panna Kornelia miała wysokie mniemanie o swoich umiejętnościach, więc komplement Ani przyjęła jak rzecz najzwyklejszą w świecie.

– Jeśli chodzi o krawiectwo, nikt w okolicy mi nie dorównuje – oznajmiła zdecydowanym tonem. – No, ale nie może być inaczej, zważywszy, ile takich cudeniek – potrząsnęła sukieneczką – się naszyłam. Więcej, niż gdybym sama miała z pięć tuzinów dzieci! Ja wiem, że to głupota dziubdziać takie kwiatuszki dla ósmego potomka. Ale cóż ono winne, że przyjdzie na świat jako już ósme? Nikt tam na nie z utęsknieniem nie czeka, niech więc biedactwo, ma chociaż jedną ładną sukieneczkę. Na przekór podłemu losowi tego dzieciaka postarałam się przy tym hafcie jak nigdy.

Ania już czuła, że panna Kornelia ją zawojowała.

– Kto by nie chciał paradować po urodzeniu w takiej bajkowej sukience – jeszcze raz pochwaliła artyzm sąsiadki.

– Domyślam się, że moja wizyta jest dla pani zaskoczeniem – panna Kornelia gładko zmieniła temat. – Wcześniej do państwa nie zajrzałam, bo jak pani wie, pora zbiorów to mnóstwo pracy w polu i ogrodzie. Oczywiście, nie robię tego sama, zatrudniłam kilku pomocników, mężczyzn znaczy, no i sama pani wie, jaki z nich pożytek. Bardziej ich ciągnie do stołu niż do roboty, ale do tego już się zdążyłam przyzwyczaić. Wreszcie wczoraj postanowiłam, że już do pani idę, ale wtedy okazało się, że akurat miał być pogrzeb pani MacAllister. Głowa mnie od rana bolała strasznie i już myślałam, że ta niedyspozycja zatrzyma mnie w domu, ale ostatecznie poszłam. W końcu nieboszczka miała więcej niż sto lat, a to wystarczający powód, by towarzyszyć jej w tej ostatniej drodze.

– To smutna ceremonia – stwierdziła Ania refleksyjnie. – Dużo było ludzi? – Kątem oka zauważyła, że drzwi do gabinetu otworzyły się nieco szerzej.

– Mnóstwo! Starsza pani miała wielu krewnych; to bardzo duża rodzina. Naliczyłam jakieś sto dwadzieścia powozów w kondukcie. A gdy zobaczyłam w kościele starego Jakuba Bradshawa, w dodatku śpiewającego z przejęciem pieśń Już spokojna w ramionach Chrystusa, omal sama tam nie padłam trupem. To największy niedowiarek, jakiego znam; w życiu chyba nie wszedł do kościoła! Pomyślała pani, że się nawrócił? O nie, droga pani! Jakub Bradshaw ma się po prostu za wybitnego śpiewaka i na pogrzeby chodzi wyłącznie po to, żeby sobie pośpiewać. I pochwalić się swoim rzekomo wybitnym głosem! Za to pani Bradshaw sprawiała wrażenie kompletnie wyczerpanej. Ja myślę! W końcu to ona haruje na tej ich farmie. On, znaczy Jakub, od czasu do czasu ogłasza, że ma dla niej cudny prezent, po czym jedzie do miasta i wraca… z jakimś nowym ciągnikiem. Tylko chłop może wpaść na taki koncept! No, ale czego można się spodziewać po bezbożniku, który nawet metodystów omija wielkim łukiem? Byłam naprawdę rada, gdy w tę pierwszą niedzielę po waszym przyjeździe zobaczyłam panią z mężem w naszym prezbiteriańskim kościele. Dla mnie doktor musi być prezbiterianinem i już! Innego bym nie tolerowała.

– Pewnie pani nie wie, ale w ostatnią niedzielę wybraliśmy się na mszę do metodystów – szepnęła Ania prowokacyjnie.

– No cóż, rozumiem, że pan doktor, z racji swoich obowiązków, musi tam do nich zaglądać – rozgrzeszyła ich panna Kornelia.

– Muszę powiedzieć, że kazanie pastora było znakomite – kontynuowała Ania. – A modlitwa, którą odczytał za zakończenie nabożeństwa… po prostu przepiękna!

– Nie twierdzę, że on nie umie się modlić – przyznała panna Kornelia. – Gdyby posłuchała pani kiedyś modlitw starego Szymona Bentleya! Nigdy nie trzeźwiał, a im bardziej był pijany, tym piękniej się modlił.

– Muszę powiedzieć, że ten pastor z kościoła metodystów to szalenie przystojny mężczyzna – Ania pozwoliła sobie na ten śmiały komentarz, zerkając na drzwi gabinetu Gilberta.

– Rzeczywiście, niczego mu nie brakuje – przyznała łaskawie panna Kornelia. – W dodatku przepada za damskim towarzystwem. Co więcej, jest głęboko przekonany, że każda, której pośle to swoje powłóczyste spojrzenie, musi stracić dla niego głowę. Myślałby kto, że takie szczęście wieczyste: wyjść za mąż za pastora metodystów! – prychnęła pogardliwie panna Kornelia. – Dam wam dobrą radę, a wy zróbcie sobie z nią, co chcecie: mądrzej zrobicie, jeśli nie będziecie się zanadto spoufalali z tym metodystami! Człowiek powinien pozostać przy swojej wierze. Amen!

– O! – Ania nie lubiła, gdy ktoś jej narzucał swój punkt widzenia. – Czyżby pani uważała, że niebo jest otwarte tylko dla prezbiterian?

– Nie mnie o tym sądzić – odparła z godnością panna Kornelia. – Są inni, potężniejsi ode mnie, którzy o tym decydują. Ja tylko mówię, że nie zamierzam się z nimi zaprzyjaźniać na ziemi, bez względu na to, czy będą moimi sąsiadami w niebie, czy nie. Ten ich pastor nie ma jeszcze żony; może to i lepiej, bo żona jego poprzednika była głupia jak sztacheta w płocie. Kiedyś powiedziałam jej mężowi, że to był grzech tak się spieszyć do ożenku; mógł jej pozwolić dorosnąć i zmądrzeć. A on na to, że takie młode są najlepsze, bo można je sobie wychować. Męski punkt widzenia, czyż nie?

– A któż to miałby decydować, czy ktoś jest już dorosły, czy jeszcze nie? – Ania była ubawiona pryncypialnością swojego gościa.

– Ma pani rację! – zgodziła się z nią panna Kornelia. – Jeden się urodzi i już jest mądry, rozsądny, słowem: dorosły. A inny będzie miał osiemdziesiąt lat i ciągle będzie dzieckiem. Pani MacAllister na przykład, co to na jej pogrzebie byłam, nigdy nie dorosła. Miała sto lat i rozumek dziesięciolatki.

– Może dzięki temu dożyła takiego sędziwego wieku? – podsunęła Ania.

– Może być – zgodziła się panna Kornelia. – Ale jeśli o mnie chodzi, to ja już wolę żyć o połowę krócej, ale tak, żeby kiedyś, po mojej śmierci, mówili o mnie: „Ależ to rozumna kobieta była!”.

– Gdyby wszyscy na świecie byli mądrzy, to byłoby to okropnie nudne miejsce – zauważyła sentencjonalnie Ania, ale panna Kornelia najwyraźniej nie miała natury polemicznej. Nie lubiła się spierać.

– Trzeba pani wiedzieć, że śp. pani MacAllister pochodziła z Milgrawe’ów, a oni specjalną inteligencją nigdy się nie wyróżniali. Na przykład syn jej siostry, Ebenezer Milgrawe, cierpiał na jakąś psychiczną przypadłość. Znaczy: w głowie miał lekko poprzestawiane. Ciągle mu się zdawało, że już umarł i nieustannie darł się na swoją żonę, że jest skąpa i żałuje na jego pogrzeb. I że dlatego go dotąd nie pochowała. Ja tam się jej dziwiłam: na jej miejscu ochoczo poszłabym mu na rękę i zrobiła to, o co prosił – panna Kornelia potoczyła wokół groźnym wzrokiem i Ania oczami wyobraźni zobaczyła ją, jak stoi oparta o łopatę, uczyniwszy to, co zapowiedziała.

– Nie zdarzyło się pani spotkać ani jednego porządnego mężczyzny? – zaciekawiła się Ania.

– Ależ bardzo wielu! – panna Kornelia energicznie wskazała brodą okno, a raczej widoczny z niego cmentarz. – Tam wszyscy leżą.

– Mam na myśli żywych – dociekała Ania.

– Słyszałam o paru – niechętnie przyznała panna Kornelia. – Ale to wyjątki, które potwierdzają regułę. Tak się składa, że wszyscy oni ożenili się młodo i trafili w ręce silnych, mądrych kobiet. No i matka ich wcześniej krótko trzymała. Mówi się, że ten pani mąż jest w porządku. A pani pewnie myśli – oderwała oczy od haftu i przeszyła Anię ostrym jak oszczep spojrzeniem – że drugiego takiego jak on to by nawet ze świecą na całym bożym świecie nie znalazł?

– Nie znalazłby! – Ania z zapałem pokręciła głową. – Na całym świecie!

– A jakże! – uśmiechnęła się kwaśno panna Kornelia. – Ileż ja to razy słyszałam od takich młodych żon! Tak samo myślała Janka Dean: takiego cudu jak jej mąż w drugim egzemplarzu nie było. W sumie się nie myliła: gdy ona umierała w swoim łóżku, on już cieszył się wdziękami swojej nowej żony. Bardzo po męsku, prawda? Życzę pani, żeby pani nadzieje się spełniły. Zwłaszcza że ten pani mąż, nasz doktor, coraz więcej ma tu i w okolicy zwolenników. Szczerze mówiąc, wcale się tego nie spodziewałam, bo tu ludzie bardzo są tradycyjni, przywiązują się do tego, do czego przywykli, i nie lubią zmian. Doktora Tomasza znają tak długo, że przestali wierzyć w innych lekarzy – że istnieją i też leczą ludzi. A nasz stary pan doktor wyczucia często nie miał. Potrafił zranić słowem nie w porę i nie tym, co trzeba. Wystarczyło jednak, że zachorowali, a wszystkie urazy i pretensje szły w kąt. Całe szczęście, że z takim charakterem został lekarzem, a nie pastorem. Ludzie mają większe oczekiwania wobec lekarza niż duszpasterza. Bo żołądek dokucza boleśniej niż dusza. A tak przy okazji, skoro sobie już tak gawędzimy jak dwie prezbiterianki, a żadnego metodysty w pobliżu nie ma: co pani sądzi o naszym pastorze?

– Właściwie… − zaczęła Ania.

– Ma pani absolutną rację! – ucieszyła się panna Kornelia. – Cieszę się, że pani tak myśli. Zaproszenie go tu do nas, do naszej parafii, to było kompletne nieporozumienie! I jeszcze ta jego długa twarz, jakby zszedł z jednego z tych cmentarnych nagrobków. Powinien mieć na czole napisane: „Jestem świętej pamięci”. Kto to widział, żeby pastor miał taką fizjonomię?! A wie pani, co opowiadał podczas swojego pierwszego kazania? Mówił o tym, że każdy z nas powinien zająć się tym, co mu najlepiej wychodzi. Niby słusznie, ale jak on to uzasadniał! Gadał tak: „Wyobraź sobie, że potrzebujesz mleka i jabłek. Idziesz na targ i kupujesz tam sobie krowę i drzewko, jabłonkę. A potem tę krowę prowadzisz do sadu i tam ją zakopujesz w ziemi tylnymi nogami. A jabłonkę zanosisz do stajni i przywiązujesz do żłobu. O by z tego wynikło? Ile mleka udoiłbyś z jabłonki, a ile jabłek zerwał z krowy?”. Wyobraża pani sobie takie banialuki?! Wstyd mi było za niego jak nie wiem co i tylko Panu Bogu dziękowałam, że tej niedzieli na mszę nie zawitał żaden metodysta. Ależ by mieli używanie! A najbardziej mnie drażni, że tak każdemu przytakuje. W ogóle nie umie się sprzeciwić, odmówić, zaprzeczyć. Jakby mu ktoś powiedział: „Pan to jesteś niezły ladaco”, to on by pewnie uśmiechnął się dobrotliwie i… pokiwał głową: „Ano jestem, jestem…”. Pastor powinien mieć więcej pewności siebie i własne zdanie koniecznie. A z niego to taki poczciwy, święty osiołek! Oczywiście, mówię tak tylko do pani, całkiem na osobności. W obecności metodystów zawsze go chwalę. Są tacy, a raczej takie, co za złe mają jego żonie, że się pstro nosi, znaczy… ubiera. No i co z tego? Jak już jej się taki oryginał trafił, niech się kobieta przynajmniej kolorowo przystroi, bo i tyle będzie miała tylko z życia przyjemności. Ja tam nigdy nie krytykuję kobiet za to, że się jaskrawo ubierają, choć ich nie rozumiem. Bo po co one tak stroszą te swoje barwne piórka? Żeby się mężczyznom podobać. Ja takiej potrzeby nigdy nie czułam ani się nie oglądałam na to, co całe to męskie towarzystwo sobie o mnie myśli. I dobrze mi z tym.

– Ależ pani ich nie lubi! – uśmiechnęła się Ania. – I za co to tak?

– Nie lubię? O nie! Żebyśmy kogoś nie lubili, to nam najpierw musi na nim jakoś zależeć; nie może nam być obojętny. A mnie na żadnym mężczyźnie ani trochę nie zależy, toteż nie mogę powiedzieć, że ich nie lubię. Lekceważę ich albo – jeśli pani woli – traktuję z politowaniem. Nie mówię o pani mężu, bo jego cenię, na razie przynajmniej, i mam nadzieję, że nie zmusi mnie, bym zmieniła o nim zdanie. A oprócz niego poważam jedynie doktora Tomasza i kapitana Jima.

– Ja też cenię kapitana Jima – ożywiła się Ania. – To niezwykły człowiek!

– Owszem, przyzwoity – przyznała panna Kornelia powściągliwie – ale drażni mnie pod pewnym względem: nijak nie można go wyprowadzić z równowagi. Staram się o to od dwudziestu lat − i nic. Chodzący spokój i równowaga. Irytuje mnie to, nie powiem. A mam takie przeczucie, że kobieta, którą on mógłby poślubić, miałaby u boku mężczyznę, który co najmniej dwa razy dziennie wpada w gniew.

– O jakiej kobiecie pani myśli? – zainteresowała się Ania.

 

– O żadnej konkretnej. Znam go długo, ale nie pamiętam, żeby kiedykolwiek o jakąś zabiegał. Zawsze lubił przebywać w towarzystwie starszych od siebie. Teraz ma siedemdziesiąt sześć lat i jest starym kawalerem, ale pojęcia nie mam, dlaczego nie założył rodziny. Pewnie nie bez powodu jest sam. Faktem jest, że pływał po morzu przez długie lata i dopiero jakieś pięć lat temu osiadł na stałym lądzie. Był… wszędzie; nie ma chyba takiego miejsca na świecie, do którego by kiedyś nie zajrzał. A co do jego relacji z kobietami… Wiem, że bardzo przyjaźnił się z Elżbietą Russel, ale nie przypuszczam, aby łączyło ich coś więcej. Ona zresztą też nigdy nie wyszła za mąż, choć chętnych było bez liku. Piękna z niej była dziewczyna… W czasie, gdy na naszą wyspę przyjechał z wizytą książę Walii, Elżbieta mieszkała u swojego wuja w Charlottetown. Jej wuj był jakimś ważnym, miejskim urzędnikiem, więc został zaproszony na bal, który z okazji wizyty tak dostojnego gościa wydał magistrat. Zabrał ze sobą Elżbietę, a ona zrobiła tam prawdziwą furorę. Książę był nią zauroczony, wciąż prosił ją do tańca, a pozostali panowie uznali ją za najpiękniejszą dziewczynę na balu. Panie, rzecz jasna, poczuły się mocno dotknięte zachowaniem gościa i twierdziły, że zlekceważył nawet te damy, którym dużo bardziej niż Elżbiecie należała się jego atencja. Elżbietę to wyróżnienie mocno wbiło w dumę; niektórzy twierdzą, że to dlatego nigdy nie wyszła za mąż: zwykli śmiertelnicy jej nie wystarczali, a drugiego księcia już nie spotkała. Tak gadali, ale to nieprawda. Rozmawiałam z nią kiedyś i sama przyznała, że powód był inny: obawiała się, że jako osoba o bardzo impulsywnym charakterze za mocno dałaby się we znaki jakiemuś nieborakowi. A temperament miała rzeczywiście wybuchowy. Podobno – tak mówiła – miewała takie chwile, że aby nie eksplodować ze złości, uciekała na górę, do swojego pokoju, i tam wyładowywała swoje kipiące emocje na Bogu ducha winnym biurku. Pocieszałam ją, że to żaden powód, by się kisić w staropanieństwie. A kto powiedział, że tylko mężczyźni mają prawo być w złym humorze i pokazywać to otoczeniu? Nie mam racji, droga pani Blythe?

– Ja też bywam od czasu do czasu nie w sosie – przyznała szczerze Ania. – Złoszczę się wtedy okropnie.

– No, widzi pani! Dobrze pani robi, że się pani złości. Mąż musi wiedzieć, że pani też może być w złym humorze i liczyć się z tym. W ten sposób nie da pani sobie wejść na głowę. Ależ pięknie zakwitły te lilie tam z tyłu. Piękny ma pani ogród, naprawdę. Duża w tym zasługa Elżbiety.

– Prawda? Mnie się też on bardzo podoba – rozpromieniła się Ania. – I cieszę się, że rośnie tu tyle zwyczajnych a prześlicznych kwiatów. Że nie jest taki… wydumany. A przy okazji… skoro już mówimy o ogrodzie… Szukam kogoś, kto podjąłby się skopania części ogrodu, tam, za tym jodłowym zagajnikiem. Myślę o tym, żeby posadzić tam trochę truskawek. Gilbert pracuje od rana wieczora, więc na niego raczej nie mogę liczyć. Może zna pani kogoś odpowiedniego?

– Pewnie, że znam. Najlepszy będzie Henryk Hammon z Glen. Myślę, że się tego podejmie. Proszę tylko pamiętać, że – tak jak większość mężczyzn − pieniądze interesują go znacznie bardziej niż jakość wykonanej pracy. No i porusza się dość wolno; zwykle mija parę minut, zanim dotrze do niego, że nic nie robi od jakiegoś czasu. Był dzieckiem, kiedy ojciec cisnął w niego polanem, niewątpliwie dla podkreślenia wagi swoich słów. Trafił, niestety. Ot, męska umiejętność przewidywania skutków swoich działań! Chłopak, a zwłaszcza jego głowa i to, co w środku, zapamiętali to na całe życie. Ale mogę go spokojnie polecić. W zeszłym roku malował mój dom i z przyjemnością ciągle na niego patrzę.

Ku niekłamanej radości Ani zegar wybił godzinę piątą, przerywając na chwilę potok słów panny Kornelii.

– Piąta już? – zdumiała się niepomiernie. – Nie do wiary! Na miłej rozmowie zawsze czas upływa niepostrzeżenie. No, ale muszę już iść.

– Nic podobnego! Proszę zostać – poprosiła Ania serdecznie. – Napije się pani z nami herbaty.

– Zaprasza mnie pani naprawdę czy tak konwencjonalnie? – panna Kornelia była trochę nieufna.

– Naprawdę i bardzo szczerze.

– W tej sytuacji oczywiście nie mogę odmówić. Już wiem, że pani należy do ludzi, którzy znają Józefa.

– Ja też odnoszę wrażenie, że pani jest moją bratnią duszą – Ania uśmiechnęła się do niej miło.

– Jestem pewna, że się zaprzyjaźnimy – orzekła panna Kornelia. – Jakie to szczęście, że przyjaciół, w przeciwieństwie do członków rodziny, możemy sobie wybierać! Ja sama nie mam zbyt licznej rodziny, w każdym razie tej bliskiej. Prawdę mówiąc, niewielu mam bliskich i bywa, że czuję się… trochę… samotna – w głosie panny Kornelii pojawił się szczególny ton; może nie łzawy, ale na pewno miękki.

– Proszę mówić mi po imieniu – zaproponowała spontanicznie Ania. – Będzie prościej i milej. Tu wszyscy, oprócz Gilberta, mówią do mnie: „pani Blythe” i to od razu narzuca pewien dystans. A czy pani wie, że gdy byłam mała, bardzo chciałam mieć imię podobne do pani imienia. Marzyłam, by nazywać się Kordelia. Ani nie cierpiałam, więc wymyśliłam sobie inne imię.

– A mnie się imię Anna bardzo podoba. Moja mama je nosiła. Lubię takie staroświeckie imiona; jest w nich coś ciepłego, pewnego i kojącego. No, dobrze… Pani pewnie chce zająć się tą herbatą… Proszę się nie krępować. Niech pani idzie do kuchni, a do mnie przyśle tu małżonka. Widzę, jak leży tam sobie, w gabinecie, i chichocze w najlepsze. Tak go bawią te nasze babskie pogaduchy.

– Skąd pani wie? – Ania była tak zdumiona domyślnością gościa, że nie przyszło jej do głowy, że powinna uprzejmie zaprzeczyć.

– Jak tu szłam, to widziałam was, siedzących tu razem. A poza tym… Myśli pani, że ja ich, gagatków, nie znam? No, skończyłam sukieneczkę, a to oznacza, że ósma pociecha Procterów może tu do nas dołączyć choćby i jutro.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?