Wymarzony dom AniTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wymarzony dom Ani
Wymarzony dom Ani
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Wymarzony dom Ani
Wymarzony dom Ani
E-book
18  12,60 
Szczegóły
Wymarzony dom Ani
Wymarzony dom Ani
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90  17,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7. Narzeczona nauczyciela

Po obiedzie wszyscy rozsiedli się wokół kominka.

– Ciekawa jestem, kim była ta dziewczyna, która tu kiedyś mieszkała. Ta pierwsza panna młoda… Opowie nam pan o niej, kapitanie? – poprosiła Ania.

– A ja słyszałem, że pan zna historię tego domu – dodał Gilbert. – Chętnie bym ją poznał.

– Cóż, wygląda na to, że jestem ostatnim mieszkańcem Czterech Wiatrów, który pamięta tamte wydarzenia. I tę dziewczynę, narzeczoną nauczyciela. Aniela – bo tak jej było na imię – nie żyje od dobrych trzydziestu lat, a ja wciąż mam przed oczami jej twarz, bo takie kobiety, jak ona, pamięta się przez całe życie.

– Bardzo mnie pan zaciekawił, kapitanie – Ania poprawiła się w fotelu. – Proszę nam opowiedzieć o wszystkich kobietach, które tu kiedyś mieszkały.

– Wiele ich nie było; raptem trzy: Elżbieta Russel, dalej pani Helena Russel i Aniela, narzeczona nauczyciela. Te dwie pierwsze były miłe, miały swój rozum, no ale daleko im było do tej trzeciej.

Zacznijmy jednak od nauczyciela… Nazywał się Jan Selwyn. Przyjechał do Glen, gdy ja miałem jakieś szesnaście lat; bodaj ze Starego Kraju. Miał uczyć w naszej szkole, ale od początku nie przypominał tych życiowych poparańców, swoich poprzedników. Z reguły byli to jacyś życiowi rozbitkowie, topiący własne rozczarowania w kieliszku. Gdy byli jako tako trzeźwi, czegoś tam próbowali nas uczyć, pisać i czytać; problem w tym, że zwykle byli ubzdryngoleni i wtedy stawali się wredni i okrutni, wyzywając nas i lejąc czym popadło.

Jan Selwyn był inny. Spokojny i sympatyczny. Zamieszkał w domu mojego ojca i szybko połączyła nas serdeczna przyjaźń, choć on był ode mnie starszy o dobre dziesięć lat. Podsuwał mi ważne książki do przeczytania, a potem o nich dyskutowaliśmy. Zresztą tematów do rozmów nigdy nam nie brakowało. Obaj lubiliśmy spacery brzegiem morza, podczas których on deklamował mi wiersze; miałem wrażenie, że zna całą poezję światową. Ojciec uważał, że to strata czasu i krzywo patrzył na moje zauroczenie poezją, ale nic nie mówił; w głębi duszy liczył, że dzięki tej nowej pasji przestanę snuć plany podróży po dalekich morzach. Nie miał racji; moim marzeniom, by popłynąć w daleki rejs, nic nie było w stanie zagrozić. Myślę, że to była zasługa przodków, których krew płynęła w moich żyłach: członkowie rodziny mojej matki to były prawdziwe wilki morskie. Co nie zmieniało faktu, że lubiłem rozmowy z Janem o literaturze, poezji, lubiłem słuchać, jak z przejęciem recytował swoje ulubione wiersze. Trudno wam pewnie uwierzyć, ale ja jeszcze dziś potrafiłbym powtórzyć z pamięci całe strofy niektórych poematów. A przecież od tamtej pory minęło już prawie sześćdziesiąt lat…

Kapitan Jim umilkł i zamyślony wpatrywał się w szczapy, płonące w kominku, tak uważnie, jakby wśród tych tańczących płomieni widział sylwetki ludzi, którzy przewinęli się przez jego życie i zniknęli. Wreszcie westchnął cicho, jakby pogodzony z tym, że już ich nie ma, i podjął przerwany wątek:

– Pewnego dnia, a było to, pamiętam, wiosną, spotkałem go przypadkowo na tych pobliskich wydmach. Wyglądał na uradowanego, a w jego oczach malowało się prawdziwe szczęście; zupełnie jak w pańskich, panie doktorze, gdy otwierał pan drzwi przed swoją młodą żoną. Od razu nasunęło mi się to skojarzenie, gdy ujrzałem pana po raz pierwszy… No, ale wróćmy do Jana. Oznajmił mi, że jego ukochana, kobieta, którą zostawił tam, gdzie poprzednio mieszkał, przyjeżdża do niego! Prawdę mówiąc, nie podzielałem wówczas jego radości. Nie miałem wtedy przyjaciół ani znajomych, czułem się dość osamotniony, a to, co powiedział Jan, uświadomiło mi, że nasze relacje z pewnością będą musiały ulec zmianie. I że to chyba koniec naszej przyjacielskiej zażyłości. Rzecz jasna, nie powiedziałem mu tego; zresztą i tak by pewnie nie usłyszał, bo zaczął mi z przejęciem o niej opowiadać.

Otóż dziewczyna nazywała się Aniela Leigh i pewnie od razu przyjechałaby z nim do Glen, gdyby nie choroba jej stryja. W tej sytuacji uznała, że powinna się nim zaopiekować, tak jak on opiekował się nią, gdy oboje jej rodzice zmarli i została całkiem sama na świecie. I oto niedawno Jan otrzymał wiadomość, że biedny stryj zmarł i Aniela była gotowa przyjechać za nim do Glen St. Mary i wyjść za niego za mąż. To „przyjechać” brzmi prosto i zwyczajnie, ale trzeba wam wiedzieć, że w tamtych czasach podróżowanie, zwłaszcza bez towarzystwa, stanowiło dla kobiet nie lada wyzwanie. Statków parowych wtedy jeszcze nie było.

– Kiedy ma przyjechać? – zapytałem Jana.

– Nela ma bilet na rejs statkiem „Royal William” – odpowiedział. – Wypływa z portu dwudziestego czerwca, a to oznacza, że na miejsce dotrze mniej więcej w połowie lipca. Czyli niedługo. Muszę pomyśleć o domu dla nas, to znaczy porozmawiać w tej sprawie z Johnsonem, tym cieślą. Wiesz, list od Neli dostałem dzisiaj, ale o tym, że przyjedzie, wiedziałem od paru dni. No bo przecież rozmawiałem z nią niedawno.

Kompletnie pogubiłem się w tych jego wyjaśnieniach, więc on zaczął mi coś tłumaczyć, ale tak chaotycznie, że już w ogóle nic nie rozumiałem. Bo co można sobie pomyśleć o kimś, kto wam oznajmia, że otrzymał od losu dar. Albo może raczej przekleństwo. Tak to nazwał, nie był tylko pewien, co to dokładnie: dar czy przekleństwo. Pewien był za to, że owo „coś” miała także jego praprababka i z tej racji spłonęła na stosie. Jako czarownica. I powiedział jeszcze, że raz na jakiś czas wpada w coś w rodzaju transu, podczas którego ma przedziwne wizje. Czy to możliwe, panie doktorze?

– Cóż, znane są przypadki ludzi, którzy miewają skłonność do wpadania takie stany, choć są to zagadnienia raczej z obszaru psychologii niż medycyny. Jak się te stany objawiały u Jana Selwyna?

– Pewnie zasypiał, miewał sny, a potem je relacjonował – stary doktor Blythe podchodził do takich spraw z dystansem.

Kapitan pokręcił przecząco głową.

– Jan opowiadał, że ma wtedy bardzo szczególne wizje, a co ciekawe, mówił nie tylko o tym, co się już zdarzyło, ale też o tym, co się dopiero miało wydarzyć. Nie zawsze było to przyjemne; czasami bywało wręcz wstrząsające. A wtedy właśnie przyznał, że owo dogłębne przeczucie dopadło go parę dni wcześniej we własnym pokoju. Siedział sobie przy kominku, gdy nagle wydało mu się, że znalazł się w swoim rodzinnym domu i że obok jest Nela, jego narzeczona, która uśmiecha się do niego i wyciąga ku niemu ramiona. Uznał, że to może oznaczać tylko jedno: że lada chwila czeka go coś bardzo miłego, jakaś dobra wiadomość, i że będzie ona miała związek z Nelą.

– Wielkie mi cuda! – zakpił stary doktor. – Zasnął chłopak w fotelu i przyśniła mu się dziewczyna.

– Niewykluczone! – zgodził się kapitan. – Ja też jemu i sobie to w ten sposób tłumaczyłem. Jakoś nie do przyjęcia była dla mnie myśl, że on, nauczyciel, ma jakieś zwidy na jawie. Ale Jan nie przyjął moich argumentów.

– Nie, to nie był sen! – powiedział krótko i nie chciał więcej o tym rozmawiać. – Dajmy już temu spokój – poprosił. – Weźmiesz mnie za wariata i stracę przyjaciela, a tego bym nie przebolał.

Próbowałem rozluźnić atmosferę, żartując, że aby stracić moją przyjaźń, musiałby się trochę bardziej postarać, ale on był bardzo poważny:

– Wiem, co mówię, Jim. Z tego powodu paru moich przyjaciół postanowiło na wszelki wypadek trzymać się ode mnie z daleka. Cóż, nie mam o to do nich pretensji. To są doznania jakby z innego wymiaru, nieznanego i strasznego, bo nie wiadomo, czy stoi za nimi dobra, czy zła siła. A ludzie boją się tego, czego nie rozumieją i nie potrafią racjonalnie tego wytłumaczyć. Ja sam wielokrotnie przeklinałem ten mój „dar”.

Tak mi mniej więcej to wtedy wyjaśnił; pamiętam tę rozmowę, jakby miała miejsce wczoraj, choć oczywiście byłem wówczas za młody, by dokładnie zrozumieć jej sens.

– Ja mam wrażenie, że on sam nie bardzo rozumiał to, co wygadywał – doktor Tomasz pozostał sceptyczny.

– A ja myślę, że wiem, o czym on mówił – odezwała się cicho Ania. Gdy kapitan mówił, siedziała zasłuchana i przejęta, zdając się chłonąć każde jego słowo.

Kapitan spojrzał na nią z wdzięcznością i mówił dalej:

– Wkrótce wieść o tym, że do nauczyciela ma niedługo przyjechać narzeczona, rozeszła się po całym miasteczku. Ludzie cieszyli się, bo polubili Jana i dobrze mu życzyli. Wszyscy też żywo interesowali się postępami przy budowie domu; tego, w którym teraz siedzimy. Jan postanowił zbudować go właśnie tutaj, w tym miejscu, ze względu na bliskość morza i ten bajeczny widok na cały port. Pomyślał nawet o ogrodzie, a pani Helena Russel posadziła tamte piękne topole lombardzkie. Dziewczęta ze szkoły przyszły któregoś dnia z sadzonkami róż i też posadziły je w ogrodzie. W trzech rzędach: białe, różowe i pąsowe, a on się śmiał, że te białe symbolizują alabastrową gładkość czoła Neli, bladoróżowe – to jej policzki, a te pąsowe – to oczywiście jej piękne usta. Cóż, był miłośnikiem poezji; tak często przywoływał różne strofy, że poezja niepostrzeżenie przeniknęła do języka, a on sam nawet nie zauważał, że mówił wierszem, a nie prozą.

Kiedy dom był gotowy, należało go jakoś wyposażyć i tu znów nieocenieni okazali się przyjaciele i znajomi Jana. Jeden po drugi zaczęli przysyłać mu różne meble, sprzęty i inne drobiazgi, niezbędne, by budynek zamienić w dom. To, co tu teraz widzicie, to są meble sprowadzone przez Russellów, a byli to ludzie majętni. Tamte poprzednie meble były dużo skromniejsze, bardzo zwyczajne, ale czuło się w nich życzliwość, z jaką były ofiarowane. Sąsiadki podsyłały nauczycielowi swoich dzieciaków jakieś kołdry, zasłony, ręczniki i serwetki, a sąsiedzi zadbali, by nowożeńcy mieli na czym spać, jeść i siedzieć: jeden zrobił szafę, drugi złożył i wyrzeźbił piękny stół; jeszcze inny pomyślał, że przyda się im parę stołeczków. Nawet moja ciotka, Małgorzata Boyd, mocno już niedołężna i prawie niewidoma, nazbierała pachnących traw, rosnących na wydmach, i uplotła dla żony nauczyciela mały koszyczek; wiem, że Aniela trzymała w nim później chustki do nosa.

 

Wreszcie wszystko było gotowe. Wyobraźcie sobie, że tam, przy tym kominku – wskazał na palenisko, w którym wesoło skwierczały szczapy wonnego drewna – choć to był, oczywiście, inny kominek… Wtedy było to wielkie palenisko; zostało przebudowane wiele lat później, gdy panna Elżbieta postanowiła zrobić remont całego domu. No, więc wyobraźcie sobie, że leżały tam nawet przygotowane do rozpalenia polana… – umilkł, jakby oddalił się od nich na spotkanie z dawnymi przyjaciółmi, z którymi tyle wesołych i szczęśliwych chwil spędził przy tym starym kominku, a dziś dawno ich nie było, choć właściwie byli, na małym cmentarzu obok kościoła albo gdzieś głęboko, w odmętach oceanu. Tu, po tym domu, biegały kiedyś gromadki rozkrzyczanych dzieciaków i ze wszystkich pomieszczeń dobiegały ich okrzyki, nawoływania, śmiechy i kłótnie. W tym salonie zimą, wieczorami, gromadzili się przyjaciele i sąsiedzi: jedli, gadali, grali w karty, słuchali muzyki, a czasami nawet tańczyli… Młodzi flirtowali i umawiali się na randki, głośno marzyli i zwierzali się ze swoich planów. Gwarno i tłoczno było w tym miejscu od ludzi, którzy – choć ich dawno nie było wśród żywych – bardzo chcieli pozostać w pamięci żyjących.

– Udało się zrobić wszystko na czas – podjął po długiej chwili przerwany wątek kapitan – i na początku lipca dom był gotów, by w nim zamieszkać. Jan Selwyn zaczął wypatrywać narzeczonej, a my, widząc go, spacerującego brzegiem oceanu i wpatrującego się w pusty horyzont, mówiliśmy do siebie: „No, niedługo już będą razem!”.

Aniela miała dotrzeć na wyspę w połowie lipca, ale… nie dotarła. Początkowo nikt się tym specjalnie nie przejmował. Okręty to nie były pociągi, nie kursowały zgodnie z rozkładem jazdy. Bywało, że spóźniały się o tydzień, a nawet dwa. Kiedy jednak po trzech tygodniach statek nadal nie przybił do portu, zaczęliśmy się wszyscy martwić. Przyłapałem się na tym, że zacząłem unikać Jana, by nie musieć patrzeć mu w oczy, bo jego wzrok coraz bardziej przypominał mi – tak sobie to wówczas wyobrażałem – wzrok jego praprababki-czarownicy prowadzonej na stos.

Choć Jan nigdy nie był człowiekiem szczególnie gadatliwym, teraz mówił tylko to, co naprawdę musiał, czyli prawie nic. Nawet w szkole poruszał się jak manekin, wypowiadał parę absolutnie niezbędnych zdań, po czym biegł na wybrzeże i tam chodził aż do zmroku, wpatrzony w horyzont. Baliśmy się, że oszaleje. My wszyscy powoli przestawaliśmy już czekać; „Royal William” powinien był dotrzeć do portu już dwa miesiące temu! Była połowa września, a narzeczonej Jana Selwyna jak nie było, tak nie było. „I nie będzie” – myśleliśmy wszyscy w duchu.

I wtedy przyszła ta straszna burza. Przez trzy dni niemal nie wychodziliśmy z domów, a kiedy wreszcie ucichł wiatr i umilkły grzmoty, coś kazało mi pobiec na brzeg morza. Przeczucie mnie nie omyliło: znalazłem tam nauczyciela, wciśniętego między skały i przemoczonego do suchej nitki. Twarz miał nieruchomą jak maska.

„Janie! – tarmosiłem go i szarpałem za ubranie, przestraszony nie na żarty, że naprawdę coś mu się stało. – Hej! Pobudka! Obudź się! Nie ma spania!”.

Trwało to dłuższą chwilę, aż w końcu jego oczy zaczęły przytomnieć, a twarz stopniowo zaczęła ożywać. Wreszcie podniósł na mnie wzrok i… przysięgam: jego spojrzenie będę pamiętał do końca życia!

„Już wszystko w porządku, Jim – powiedział uspokajającym tonem. – Widziałem ten okręt, jak mijał cypel tam, na wschodzie. Powinien dotrzeć tu jutro o świcie. W każdym razie do kolacji zasiądę już razem z moją Neli…”.

Kapitan nagle przerwał swoją opowieść i popatrzył uważnie na Gilberta.

– Jak pan sądzi, doktorze: on ją naprawdę zobaczył?

– Któż to może wiedzieć? – odparł cicho Gilbert. – Chyba tylko sam Pan Bóg… Medycyna wie tylko, że wielka miłość i wielka rozpacz potrafią uczynić rzeczy, które nam się nie śniły.

– A ja jestem przekonana, że Jan naprawdę ją zobaczył oczami wyobraźni – wtrąciła Ania z bardzo poważną miną.

– Akurat! – mruknął doktor Tomasz, ale to jego mruknięcie nie było już takie absolutnie pewne jak to poprzednie.

– Cóż mam wam powiedzieć… – w głosie kapitana, uroczystym i wyważonym, zabrzmiała nuta patosu. – Następnego dnia, tuż przed świtem, „Royal William” wpłynął majestatycznie do portu. Na nabrzeżu nie brakowało żadnego mieszkańca Glen: wszyscy chcieli powitać narzeczoną swojego nauczyciela. On sam czekał tam na ten moment przez całą noc. Wiwatom i okrzykom radości, dobywającym się z gardeł niewielkiej społeczności Glen St. Mary, nie było końca. Towarzyszyły jej przez cały czas, gdy płynęła kanałem… – kapitan chyba przeniósł się do portu i w tamte lata, bo ożywił się cały, gestykulował energicznie, a oczy mu błyszczały tak, jakby opowiadał o własnej narzeczonej.

Ania bała się zadać to pytanie, ale w końcu się odważyła:

– Była… tam? Ona, ta Aniela Leigh, przypłynęła tym statkiem? – zapytała drżącym głosem.

– Tak, była. Razem z żoną kapitana. Przeżyli na morzu prawdziwy koszmar: burze prześladowały ich jedna za drugą, niemal głodowali, bo czas podróży wydłużył się tak, że magazyny były właściwie puste. Ale… przeżyli i dotarli do portu. Kiedy Aniela Leigh wreszcie zeszła po trapie na brzeg, czekający tam na nią Jan Selwyn po prostu porwał ją w ramiona i skamieniał. Na nabrzeżu zrobiło się zupełnie cicho, choć ludzi tam było co niemiara. A potem… wszyscy zaczęli płakać. Mówię: „wszyscy”, bo ja też płakałem, choć bardzo długo się tamtych łez wypierałem.

– Jaka ona była? – chciała wiedzieć Ania. – Ta Aniela. Piękna?

– Nie znam się tym, ale chyba nie można jej było uznać za klasyczną piękność. Zresztą sam nie wiem… Prawda jest taka, że gdy człowiek na nią patrzył, gdy miał z nią do czynienia, w ogóle mu nie przychodziło do głowy zastanawianie się nad jej urodą. Na pewno z miejsca, od pierwszej chwili wzbudzała takie dobre emocje, sympatię czy jak to nazwać… Miała w sobie coś ujmującego, coś takiego, że natychmiast zjednywała sobie życzliwość. Chciałeś czy nie – musiałeś ją polubić. A fizycznie…? Niewątpliwie była ładna: wysoka i zgrabna, o ciemnych włosach, piwnych oczach i bardzo jasnej, takiej… – chwilę szukał słowa – porcelanowej cerze.

Ślub wzięli jeszcze tego samego dnia, wieczorem. Uroczystość była bardzo romantyczna, odbyła się w naszym domu, przy świecach, a potem odprowadziliśmy nowożeńców do ich własnego gniazdka, czyli tutaj. Aniela rozpaliła kominek i tak ich zostawiliśmy, przy tych płonących drwach – dokładnie tak, jak to widział niedawno Jan w swojej dziwnej wizji… – kapitan znowu pokiwał głową w zadumie. − Dziwnej, bo choć wiele dziwnych rzeczy potem widziałem, ta była dziwna, wręcz zdumiewająca bezspornie.

– Piękna historia! – westchnęła Ania wzruszona. – Długo tu potem mieszkali?

– Jakieś piętnaście lat. Ja niedługo potem ruszyłem na morze, ale zawsze, gdy wracałem do domu, najpierw szedłem do nich. Pani Selwyn jak nikt inny czekała na moje opowieści. Myślę, że to było piętnaście dobrych, pogodnych lat. Oni… jak by to powiedzieć… oni umieli być szczęśliwi. Potrafili smakować życie i się nim cieszyć. To taki szczególny dar: tylko niektórzy ludzie się z nim rodzą. Żadne kłopoty, problemy, niedogodności nie były w stanie wprawić ich w zły humor, wywołać złości czy niezadowolenia, spowodować, że byli nieszczęśliwi albo choćby niezadowoleni. Oczywiście, nie byli aniołami; zdarzało, że się pokłócili, zwłaszcza że oboje byli dość temperamentni. Ale szybko dochodzili do porozumienia i godzili się tak ładnie, że zacząłem podejrzewać, że sprzeczają się właśnie po to: by się zaraz pogodzić i obsypać czułościami.

Potem, gdy przenieśli się do Charlottetown, w tym domu zamieszkała inna młoda para: Nad Russel z żoną. Mili, weseli ludzie. Mniej więcej po roku przyjechała tu do nich Elżbieta Russel, siostra Neda. Ona także często się śmiała; w ogóle mam wrażenie, że w tych wszystkich pokojach dużo było zawsze radości i miłości. Jest pani tu trzecią młodą żoną – popatrzył na Anię z uznaniem – i śmiem twierdzić, że najpiękniejszą z nich wszystkich.

Ten uroczy i wypowiedziany z niesłychaną, staroświecką galanterią komplement sprawił Ani wyraźną przyjemność. Zresztą naprawdę ładnie tego wieczora wyglądała, gdy zarumieniona od wrażeń całego dnia co chwila spoglądała na Gilberta miękkim, rozkochanym wzrokiem.

– Śliczna z niej dziewczyna, to fakt! – przyznał nieskory do komplementów doktor Tomasz, gdy wraz z żoną wracali do domu. – Poszczęściło się naszemu chłopakowi, bez dwóch zdań!

Kapitan Jim też zaczął się zbierać do wyjścia.

– Na mnie też pora – podniósł się zza stołu. – Obowiązki czekają. Ale muszę przyznać, że spędziłem u państwa przemiły wieczór.

– Proszę nas odwiedzać! – poprosiła Ania. – Jak najczęściej!

– Na pani miejscu byłbym ostrożny z tym zapraszaniem – roześmiał się serdecznie. – Nie wie pani, jak chętnie z tego korzystam.

– Kokiet z pana, kapitanie. Rozumiem, że oczekuje pan z mojej strony zapewnienia, że to nie konwencjonalna formułka. Dobrze, powiem więc tak: pogniewam się, jeśli nie będzie nas pan często odwiedzał.

– Wobec takiej groźby nie mam innego wyjścia, ale ostrzegam: lubię wpadać bez zapowiedzi. No i nie ukrywam, że ja też lubię gości: będzie mi bardzo miło, jeśli i pani zajrzy do mnie od czasu do czasu. Ucieszy mnie pani, bo zwykle nie mam do kogo ust otworzyć, więc gadam do mojego Maćka. Pan Bóg wiedział, co robi, kiedy go postawił na mojej drodze. Słucha świetnie, ale porozmawiać z nim, niestety, się nie da. Tak że będę naprawdę rad, gdy mnie pani odwiedzi w mojej samotni. Mam takie wrażenie, że choć mógłbym pewnie być pani dziadkiem, nasze dusze są w podobnym wieku. Kornelia Bryant ma na to takie ładne określenie: mówi o niektórych ludziach, że oni „znają Józefa”.

– „Ludzie, którzy znają Józefa”? – powtórzyła Ania zaskoczona, smakując urodę tego określenia.

– No właśnie. Bo trzeba pani wiedzieć, że Kornelia ma dość prosty ogląd świata: dzieli ludzi na tych, którzy „znają Józefa”, i resztę, która go „nie zna”.

Ania była pod wrażeniem.

– Ja mam na to swoje określenie – przyznała. – Mówię o niektórych ludziach, że są bratnimi duszami.

– Widzi pani! – ucieszył się kapitan. – To jest właśnie to! Jesteśmy bratnimi duszami, czyli oboje „znamy Józefa”. Gdyby było inaczej, niewiele by z tej naszej znajomości wynikło. Osobiście uważam, że ludzie, którzy „znają Józefa” to sól tej ziemi.

Księżyc wisiał już wysoko na niebie, gdy Ania i Gilbert wyszli, by odprowadzić swoich gości do furtki. Wieczór był ciepły, bardzo cichy, a ustawione w szeregu wzdłuż drogi topole lombardzkie wydawały się posypane srebrzystym confetti.

– Te topole… – kapitan wskazał na drzewa. – Zawsze mi się podobały. Ludzie ich nie lubią i już właściwie nie sadzą; mówią, że z wiekiem marnieją od góry, włosy się im na głowach przerzedzają jak starym ludziom. No pewnie, dlatego trzeba o to zadbać zawczasu! Trudno, człowiek ryzykuje, że sobie skręci kark, ale włazi na drabinę i przycina im te marniejące czuby. Zawsze to robiłem przy tych topolach, specjalnie dla panny Russel, i proszę, jak się ładnie od stóp do – można powiedzieć – głów prezentują. Ona też je bardzo lubiła i podziwiała; mówiła, że są takie inne, wytworne. Prawdziwa drzewna arystokracja.

– A noc mamy prawdziwie magiczną – stwierdziła żona doktora Tomasza, sadowiąc się w bryczce.

– U nas przecież wszystkie są takie – rozmarzył się kapitan. – Zawsze, gdy z latarni patrzę na Cztery Wiatry w tej niesamowitej, księżycowej poświacie, myślę, że to, co ewentualnie zobaczę w niebie, w żaden sposób mnie nie zaskoczy ani nie zachwyci. Po tym, co tu widziałem?! Inna sprawa, że jestem wielbicielem księżyca. Od zawsze! Kiedyś, jako dziecko, zasnąłem pewnego dnia na dworze, w sadzie. Domownicy tego nie zauważyli, poszli spać, a ja się nagle obudziłem w środku nocy, w miejscu, którego nie potrafiłem rozpoznać, otoczony zewsząd jakimiś poruszającymi się cieniami, szelestami, nieznanymi mi dźwiękami. Skamieniałem z przerażenia i nie byłem w stanie poruszyć ani ręką, ani nogą. I nagle zerknąłem do góry i na skrawku granatowego nieba, między gałęziami jabłoni, dostrzegłem dobrze znajomą, pyzatą twarz księżyca. I co powiecie? Natychmiast wszystkie strachy poszły precz, a ja podniosłem się na nogi i dziarsko, jak młody tygrys, pomaszerowałem do domu. A ile razy gapiłem się na niego prawie do świtu podczas moich morskich wojaży! No i znowu. Gadam jak najęty! Każcie mi zamilknąć i pójść tam, gdzie trzeba, czyli do domu!

 

Wreszcie, po wylewnych pożegnaniach, życzeniach dobrych snów i wzajemnych zaproszeniach Ania i Gilbert zostali sami. Postanowili jeszcze przejść się po ogrodzie. Objęci wpół, doszli do strumienia. Mimo mroku widać było rosnące nad wodą maki, posadzone tam dawno temu przez żonę nauczyciela. Ania zerwała ostrożnie jeden kwiatek.

– Zauważyłeś, że te nocne kwiaty pachną zupełnie inaczej? Tak głęboko, jakby ciemno i odurzająco… Och, Gilbercie, jaki piękny dom dla nas wybrałeś! Nie mogłabym wymarzyć sobie lepszego. I wiesz co? Cieszę się, że on ma swoją historię, a my nie jesteśmy tu pierwszym młodym małżeństwem. I nie pytaj mnie dlaczego, bo nie wiem!