Wymarzony dom AniTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wymarzony dom Ani
Wymarzony dom Ani
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Wymarzony dom Ani
Wymarzony dom Ani
E-book
18  12,60 
Szczegóły
Wymarzony dom Ani
Wymarzony dom Ani
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5. Nareszcie w domu

Na stacji czekała na Anię i Gilberta bryczka, wysłana przez starego doktora Blythe’a, ale chłopak, który nią podjechał, skorzystał ze sposobności i szybko zniknął, uśmiechając się przy tym porozumiewawczo. Nie zmartwiło ich to ani trochę i z wielką przyjemnością tę niezwykłą drogę do swojego domu odbyli tylko we dwoje.

Ania na zawsze zapamiętała widok, jaki ukazał się jej oczom, gdy bryczka wjechała na wzniesienie: w dole, rozjarzony światłami, odbijającymi się w migotliwej wodzie, leżała Przystań Czterech Wiatrów.

Widoczne w oddali wejście do Zatoki wyznaczały z jednej strony pofałdowane łachy wydm, a z drugiej strome zbocze, zbudowane z czerwonego piaskowca. Na brzegu, u stóp wydm, przycupnęła malutka wioska rybacka; w zamglonym świetle księżyca wyglądała jak opalizujący tęczowo kamień, wyrzucony przez wodę na brzeg. Powietrze pachniało intensywnie solą i morzem.

Na wodzie w pobliżu nabrzeża, wzdłuż którego posadzono rząd wysokich, smukłych jodeł, kołysało się kilka żaglówek. Z pobliskiego kościoła, usadowionego na drugim brzegu, niósł się wyciszony przez mgłę i odległość, ale wciąż głęboki głos dzwonu. Do jego dwutaktu zdawała się dostosowywać latarnia, stojąca na wysuniętej w morze skale, której światło to zapalało się, to gasło na czystym, granatowym niebie, wlewając nadzieję na ocalenie w serca wszystkich rozbitków i zagubionych podróżników, krążących po Zatoce.

– Jak bajkowo…! – westchnęła Ania, urzeczona niezwykłą urodą tego widoku. – Myślę, że pokocham to miejsce. Ale powiedz mi, który to nasz dom?

– Nie widać go stąd. Widzisz tę małą zatokę i dalej te drzewa? Nasz dom jest za nimi, dlatego go nie widzimy. Stąd to jakieś trzy i pół, cztery kilometry, a żeby dojechać do latarni, trzeba do tego dołożyć jeszcze parę kilometrów. Trochę tam pusto, Aniu; domów wokół nie za wiele. A właściwie jest jeden, ale nie mam pojęcia, do kogo należy. Teraz zacząłem się martwić, że będziesz się czuła osamotniona, gdy ja będę w pracy…

– Dam sobie radę! – uspokoiła go Ania. – Z tą latarnią na horyzoncie i bajkowym pejzażem za oknem… Zaraz sobie ten bezludny świat zaludnię tworami swojej wyobraźni. Naprawdę nie wiesz, kto tam mieszka?

– Naprawdę, ale sądząc po tym, jak wygląda z zewnątrz, nie łudziłbym się, że są to twoje bratnie dusze – zaśmiał się Gilbert.

Dom był bardzo okazały, ale ktoś wpadł na pomysł, by pomalować go na tak jaskrawo zielony kolor, że naturalna zieleń nie miała przy nim żadnych szans. Z tyłu był ogród, a trawa przed domem wyglądała na doglądaną i pielęgnowaną, mimo to wszystko razem robiło wrażenie raczej ponure, choć nie z powodu zaniedbania. Sterylna czystość i perfekcyjny porządek w całym obejściu wywoływały wrażenie jakiejś surowej bezduszności, jakby w tym bardzo wysprzątanym miejscu nie mieszkał nikt żywy.

– Masz rację, nie wydaje mi się, żeby ktoś, kto wybrał sobie taki kolor na ściany domu, był „z naszej bajki”. No, ale przypomnij sobie nasz niebieski Dom Kultury w Avonlea; pozory czasami mylą, Gilbercie. Jedno jest pewne: nie ma tam dzieci! One nie pozwoliłyby, żeby było tam tak czysto. Nawet rezydencja Koppów u nas nie mogłaby z nim konkurować w dyscyplinie pod nazwą: ład i porządek. W życiu czegoś takiego nie widziałam!

Czerwona droga, po której jechali wzdłuż nabrzeża, była pusta aż po horyzont, jednak gdy dotarli do bukowego zagajnika, za którym – jak mówił Gilbert – był już ich dom, Ania nagle kogoś zauważyła. Była to młoda kobieta, która schodziła ze wzniesienia, popędzając przed sobą stadko białych gęsi. Musiała być dobrze zbudowana, bo pod niebieską, perkalową sukienką rysowały się kształtne ramiona i ładnie zarysowane biodra. Krok miała mocny i pewny. Zanim Ania i Gilbert dojechali do bramy pastwiska, ona zdążyła już zejść z pagórka i teraz wyganiała swoje stado, ponaglając ptaki długą witką. Usłyszawszy, że ktoś nadjeżdża, przestała machać patykiem i zaczęła przyglądać się przybyszom, ale wzrok miała obojętny, jakby było jej wszystko jedno, kto to jedzie. To pozbawione zainteresowania, nieuważne spojrzenie nie zmyliło jednak Ani, która mogłaby przysiąc, że zauważyła malującą się w oczach gęsiarki niechęć. Jednak bardziej niż to, jej uwagę zwróciło coś innego, a mianowicie niezwykła uroda dziewczyny. Na głowie nic nie miała: ani chustki, ani kapelusza, więc można było w całej krasie podziwiać jej piękne, gęste włosy w kolorze dojrzewającego zboża, ujarzmione w gruby warkocz, który oplatał jej mocno osadzoną na szyi głowę grubym pierścieniem. Całości dopełniały intensywnie niebieskie oczy i ładnie wykrojone usta w kolorze maków, których bukiet przypięła sobie do paska.

– Widziałeś? – zapytała poruszona tym widokiem Ania. – Znasz ją? Kim jest ta dziewczyna?

Gilbert, który od dawna z tłumu kobiet wyróżniał tylko Anię, pokręcił głową.

– Kogo? Nikogo nie zauważyłem.

– Ta dziewczyna, tam, przy bramie na pastwisko. Nie, nie odwracaj się teraz, bo ona nas wciąż obserwuje. Boże, w życiu nie widziałam takich regularnych rysów twarzy!

– Nie mam pojęcia, o kim mówisz. Żadnych piękności tu nie spotkałem. Owszem, jest kilka niebrzydkich dziewcząt w miasteczku, ale trudno by mi było uznać, że są piękne.

– Ta na pewno była piękna – upierała się Ania. – Musiałeś jej naprawdę nie zauważyć, bo na pewno zwróciłbyś na nią uwagę. Trudno ją zapomnieć. Takie twarze znam tylko z obrazów i to wielkich mistrzów. Włosy ma jak… jakby żywcem zeszła z kart poematów Roberta Browninga[4], pamiętasz?

– Może bawi tu przejazdem… Przyjechała do kogoś w odwiedziny albo coś w tym rodzaju. Wybrała się na spacer, a mieszka w hotelu w mieście; tym, który uruchamiają tu latem.

– Wątpię. Wyglądała na kogoś stąd, tym bardziej że zaganiała gęsi z pastwiska.

– Może to taka turystyczna atrakcja: popasać gęsi na prawdziwej wsi? – zaśmiał się Gilbert. – Zobacz! Nasz dom!

Zachęcona tak zdecydowanie, Ania porzuciła chwilowo rozważania o tajemniczej nieznajomej i jej pełnym niechęci spojrzeniu i popatrzyła w kierunku, który wskazywał jej Gilbert. Spojrzała i… oniemiała. To rzeczywiście był jej wymarzony dom! Z tej odległości przypominał ogromną, połyskującą perłowo muszlę, którą miotnęła wysoka fala, zanim potoczyła się po piaszczystym brzegu i utkwiła w nim na zawsze. Wysokie, strzeliste jak maszty topole, którymi przed laty ktoś wysadził drogę, wydały się Ani podobne do starożytnych kolumn, strzegących wejścia do świątyni. I jeszcze niewielki zagajnik, obsadzony młodymi jodłami, które własnymi, przysadzistymi ciałami zdawały się osłaniać przydomowy ogródek przed silnymi nad morzem podmuchami wiatru.

Gilbert poruszył delikatnie lejcami i bryczka wtoczyła się powoli na ostatnią przed celem ulicę, tę obsadzoną topolami. Wiatr przeczesywał głowy pobliskich wydm, wzbijając obłoczki kurzu, a widoczna w oddali, za masztami portowych urządzeń rybacka osada połyskiwała światłami, jakby ktoś rozrzucił tam garść drogocennych kamyków…

Zatrzymali się przed domem i Gilbert wysiadł, a potem pomógł Ani stanąć na wysypanej czerwonym żwirem ścieżce. Otworzył przed nią na oścież furtkę, zawieszoną, tak jak opowiadał, między pniami dwóch jodeł, i przez ogród poprowadził ją do kamiennego schodka, wiodącego na malutką werandę.

– Jesteśmy w domu! – powiedział cicho i objąwszy żonę ramieniem, wprowadził ją do środka.


4 Robert Browning (1812–1889) – angielski poeta i dramatopisarz.

6. Kapitan Jim

Okazało się, że w domu czeka na nich wuj Gilberta, stary doktor Blythe, ze swoją żoną. Przyjechali specjalnie wcześniej, żeby przygotować dom i poczekać na nowożeńców.

Doktor, choć miał już swoje lata, był wciąż ruchliwym, sympatycznym człowiekiem z dużym poczuciem humoru, pozbawionym dość typowej dla tego zawodu sztywności i pryncypialności. Pani doktorowa bardzo do niego pasowała: wydała się Ani otwartą i bezpośrednią kobietą, która młodą żonę potraktowała życzliwie i nad wyraz serdecznie.

– Bardzo się cieszę, że już jesteście – przywitała ich szczerze wzruszona. – Jesteś pewnie zmęczona, moja droga – zwróciła się do Ani – ale zaraz będziesz mogła sobie odpocząć. Przygotowałam dla was kolację, a widziałam, że kapitan Jim ma dla was w prezencie kilka świeżutkich pstrągów. Gdzież on się podział? Kapitanie! – zawołała gromko, ale zaraz się zmitygowała: − Ach, pewnie zajrzał do stajni, do konia. Chodź, kochanie, ze mną; domyślam się, że chciałabyś się przebrać.

Ania poszła za swoją przewodniczką na górę, rozglądając się po drodze uważnie, coraz bardziej zachwycona tym, jak dom był urządzony. Miała miłe wrażenie, że klimatem przypomina on dom na Zielonym Wzgórzu. Gdy została sama w pokoju, od razu podeszła do okna. Było szerokie i roztaczał się z niego urzekający widok na latarnię Czterech Wiatrów.

– Magiczne okno w krainie odległej, zaludnionej duchami… – przypomniały jej się słowa jakiegoś wiersza. Powierzchnia morza marszczyła się gniewnie, popychana podmuchami coraz silniejszego wiatru.

Gdy podeszła do drugiego okna, zobaczyła przede wszystkim strumień, który przecinał na pół ciągnące się aż po horyzont pola. Jakiś kilometr dalej dostrzegła jedyny w okolicy budynek, którego burawoszara, nieforemna bryła na pewno nie była szczególną ozdobą tego miejsca. Spomiędzy potarganych głów rosochatych wierzb, rosnących przed nim w rzędzie, zerkały lękliwie puste okna. Choć całość nie wyglądała zachęcająco, Ania była ciekawa, kto tam mieszkał. Wyglądało na to, że są to ich najbliżsi i jedyni sąsiedzi. Przypomniała jej się dziewczyna zaganiająca gęsi, którą minęli, przejeżdżając obok pastwiska.

 

„Gilbert powiedział, że musiała być nietutejsza, ale to nieprawda. Czuję, że ona jest stąd, że ona morze, zatokę i ten wiatr ma w sobie” – pomyślała Ania.

Gdy zeszła na dół, Gilbert i jakiś obcy człowiek stali przy kominku, pochłonięci rozmową.

– Aniu, pozwól, że ci przedstawię: to kapitan Boyd. Panie kapitanie, pan pozwoli: moja żona.

Słowa „moja żona” Gilbert wypowiedział z niekłamaną satysfakcją, choć oczywiście nikt z zebranych nie wiedział, że zrobił to po raz pierwszy w życiu. Siwy mężczyzna wyciągnął rękę do Ani i uścisnął jej dłoń, mocno i pewnie. Uśmiech też miał zdecydowany. Odwzajemniła go i to był początek ich przyjaźni. Od razu oboje poczuli, że jest im razem po drodze.

– Cieszę się, że wreszcie mogłem panią poznać – oznajmił kapitan. – Życzę, aby to miejsce okazało się dla pani tak szczęśliwe, jak szczęśliwie się tu czuła poprzednia mieszkanka tego domu. Zamieszkanie tu to najlepsze, co mogło panią spotkać. Pani mąż powiedział, że nazywam się Boyd i to prawda, ale ja jestem po prostu kapitan Jim i proszę tak się do mnie zwracać. Wygląda mi pani na uroczą, a przy tym mądrą kobietę i kiedy tak się pani przyglądam, zaczynam żałować, że sam się nigdy nie ożeniłem.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem, ujęci bezpośredniością kapitana. Zaproszony przez żonę doktora Blythe’a, by został z nimi na obiedzie, kapitan skłonił głowę szarmancko.

– Z przyjemnością, droga pani. Rzadko miewam okazję jadać w czyimkolwiek towarzystwie, a już tak czarujących pań szczególnie. Cóż, zwykle siedzę przy stole sam i co najwyżej własną gębę oglądam w lustrze wiszącym w jadalni.

Choć swoje komplementy pod adresem dam kapitan Jim ubierał w słowa niespecjalnie wyszukane, to trzeba przyznać, że robił to w sposób, który kobiety uwielbiają: szczerze i naturalnie, bez nachalności i egzaltacji, za to z wyczuciem formy i stosownie do sytuacji. Prostolinijny i nigdy nieudający kogoś, kim nie jest, miał w oczach ten błysk, rozpoznawalny u ludzi, których marzenia nijak się miały do metryki, wiecznie młodych, ciekawych świata, otwartych i gotowych na nowe wyzwania. Wysoki i lekko zgarbiony, robił wrażenie trochę niezdarnego, ale wystarczyło chwilę z nim pobyć, by się przekonać, że to człowiek mocny, szlachetny i konsekwentny.

Nie miał brody, a jego pomarszczona, ciemnobrązowa twarz musiała być często wystawiana na słońce. Włosy, długie i siwe, spływały mu aż na ramiona; spod gęstej czupryny patrzyły spokojnie i pewnie jasnoniebieskie, jakby lekko spłowiałe na słońcu oczy. Kryła się w nich inteligencja i wrażliwość; czasami zapalały się w nich wesołe iskierki, a kiedy indziej bystrość spojrzenia łagodniała pod wpływem zadumy czy może raczej melancholii… Patrzył wtedy na morze, zamyślony albo przeciwnie, ożywiony, gdy wpatrywał się w wodę, jakby poszukiwał tam czegoś zgubionego. Kiedyś Ania miała poznać jego tajemnicę i zrozumieć, czego jej przyjaciel wypatrywał wśród fal.

Trudno byłoby uznać kapitana Jima za przystojnego mężczyznę. Twarz miał steraną przeżyciami i pomarszczoną, a raczej pobrużdżoną jak wysuszona przez słońce ziemia, a zapadnięte policzki, wąskie, zaciśnięte usta i szeroko sklepiona głowa też raczej dodawały mu lat, niż ich ujmowały. Jednak w sposobie jego bycia było coś tak ujmującego, że Ania, choć przy pierwszym spotkaniu uznała go za brzydala, nigdy potem już nie zawracała sobie głowy jego wyglądem; tak był nieistotny wobec jego uroku osobistego.

Zasiedli więc do stołu, uginającego się pod specjałami przygotowanymi przez żonę doktora Blythe’a. W pokoju było ciepło i przytulnie, bo mimo otwartych na oścież okien, przez które wpadała rześka, morska bryza, temperaturę w środku podnosiły płonące w kominku drwa. Najwięcej emocji wzbudzały apetycznie ułożone na wielkim półmisku dorodne pstrągi.

– Pomyślałem sobie, że po takiej wyczerpującej podróży będą wam smakowały – wyjaśnił kapitan Jim. – Są świeżuteńkie, zważywszy, że ledwie dwie godziny temu opuściły staw w miasteczku.

– A kto ma dziś służbę w latarni? – zainteresował się doktor.

– Olek, mój siostrzeniec – wyjaśnił kapitan Jim. − Czasami myślę, że zna się na tej robocie lepiej ode mnie. Powiem wam szczerze, że się cieszę, iż zostałem z wami na obiedzie. Niewiele dziś jadłem i dopiero teraz poczułem, jaki byłem głodny.

Pani Blythe popatrzyła na Jima z dezaprobatą.

– To przez tę pracę na latarni – powiedziała z wyrzutem. – Siedzi pan tam sam, jak borsuk w norze, to i nie dziwota, że się panu nie chce przygotować sobie czegoś ciepłego i pożywnego na obiad.

– A to akurat nieprawda! – zaprotestował wesoło gość. – Zwykle sobie dogadzam, droga pani. Nie dalej jak wczoraj byłem w Glen na zakupach, przywiozłem sobie całkiem sporą porcję mięsa i zamierzałem upichcić sobie z niego coś dobrego na obiad, ale…

– Ale…? – zapytała doktorowa kpiąco. – Wypadło panu po drodze?

– Gdzie tam! – machnął ręką kapitan Jim. – Dowiozłem je w całości, ale wczoraj przybłąkała się tam do mnie jakaś biedna psia sierota. A może i nie sierota? Pewnie to pies któregoś z rybaków, ale nie mogłem go przecież wygonić w noc. Tym bardziej, że zranił się w nogę. No to wpuściłem go do sieni, zrobiłem mu legowisko z jakiegoś starego koca i poszedłem do siebie. Położyłem się, leżę i nic. Nie mogę zasnąć. Nie wiedziałem, co się dzieje, aż nagle mnie olśniło: przecież to psisko tam, pod drzwiami, pewnie głodne jest jak nie wiem co. Chudy był taki, zabiedzony… − kapitan mówił o tym bez wcześniejszej swady, trochę niewyraźnie, jakby był z lekka zawstydzony tę sytuacją i swoją czułostkowością.

– Nie musi pan mówić; wiem, co było dalej – oznajmiła triumfalnie pani Blythe. – Dał mu pan ten wielki kawał mięsa!

– A niby co miałem mu dać? – odparł zaczepnie, ale niezbyt pewnie kapitan. – Nic więcej w spiżarni nie miałem. Ale miałem rację: był głodny, bo to mięso pochłonął dwoma kłapnięciami zębów. Ja poszedłem spać i… zasnąłem od razu. Tylko obiad miałem dzisiaj postny: ziemniaki, nawet bez skwarek. Cóż, psina nie była jaroszem. Rano dała nura i pobiegła do domu. Przynajmniej najedzona – zakończył kapitan.

– Nie chcę pana − broń Boże! − oceniać, kapitanie – zauważył oględnie doktor Blythe − ale to dość karkołomny sposób na życie: bezdomne psy karmić wołowiną, a samemu żywić się suchymi ziemniakami. Nie uważa pan? Warto było?

– Może i warto… − powiedział z zadumą kapitan. – Kto to wie? Może ten pies, choć wyglądał dość paskudnie, był komuś bliski? Cenny, w sensie materialnym, nie był na pewno, ale nie należy nikogo i niczego oceniać po pozorach. Może był cenny wewnętrznie? Mojemu Maćkowi nie przypadł do gustu, a nawet wręcz przeciwnie, bo rozdarł się histerycznie na jego widok, ale temu kotu mało co się podoba. A ja też nie za bardzo przejmuję się jego opiniami. Tak czy inaczej, musiałem się obejść bez obiadu, więc tym bardziej się cieszę, że miałem sposobność popróbować tych tu pyszności, w dodatku w tak zacnym towarzystwie. A dobre towarzystwo jest ważniejsze od dobrego jedzenia. Dlatego warto dbać o sąsiadów.

– À propos sąsiadów… − wtrąciła Ania. – Tam, pomiędzy tymi wierzbami, jest taki mały domek. Kto w nim mieszka?

– Pani Moore – wyjaśnił kapitan. I po chwili wahania dodał: − I jej mąż…

Pani Moore… Ania od razu wyobraziła sobie kogoś na podobieństwo pani Linde.

– Cóż… Pustawo tu dookoła. Wszystkich waszych sąsiadów da się pewnie policzyć na palcach jednej ręki, bo większość tych terenów należy do pana Howarda. On sam mieszka dość daleko stąd; za Glen. Swoją ziemię wydzierżawił na pastwiska. Lepiej jest po drugiej stronie portu. Tam jest wręcz tłoczno, a najbardziej się roi od MacAlisterów. W którą stronę nie pójdziesz, na pewno wpadniesz na któregoś. Leon Blacquier mówił mi kiedyś, że tam żyją sami MacAlisterowie: jest przecież Fred, Dawid i Wilhelm MacAlisterowie… I Aleksander; on też jest z MacAlisterów. Niewykluczone, że sam diabeł tam nosi to nazwisko.

– No, nie, Elliotów i Crawfordów wcale nie mieszka tu mniej – doktor poczekał, aż zebrani przy stole przestaną się śmiać, ubawieni sposobem, w jaki kapitan opisywał rodzinne koligacje MacAlisterów. – Wkrótce się przekonasz, Gilbercie, że tu, po naszej stronie Czterech Wiatrów, mamy takie powiedzenie: „Chroń nas, Panie, przed bufonadą Elliotów, zadufaniem MacAlisterów i egoizmem Crawfordów. Z resztą damy sobie radę sami!”.

– Niech ich pan nie straszy, doktorze – zaśmiał się kapitan – W końcu mieszka tu trochę porządnych ludzi. Ja sam mogę zaświadczyć, że Wilhelm Crawford – a długo z nim pływałem – to człowiek o wielkiej sile ciała i ducha, a przy tym odważny jak mało kto. Tak że oni tam, po drugiej stronie Czterech Wiatrów, też mają głowy na karku. Może to jest ten powód, że sobie czasami lubimy się z nich pożartować. A ludzie nie lubią, jak sobie inni z nich dworują.

Doktor, który spory „jednej strony” z „drugą stroną” obserwował, a nawet prowadził od dobrych czterdziestu lat, roześmiał się cicho i dał spokój. Może i kapitan ma rację?

– A w tym jadowicie zielonym domu przy drodze, niedaleko stąd, kto zamieszkuje? – dopytywał Gilbert.

– Tam… − kapitan wyglądał na zadowolonego, że to pytanie padło. − Tam, moi państwo, mieszka panna Kornelia Bryant. Jako że jesteście prezbiterianami, powinniście oczekiwać niebawem jej wizyty. Bo gdybyście przypadkiem byli metodystami… O, co to, to nie! Jej noga by tu nie postała. Panicznie boi się metodystów.

– To prawda! – zgodził się doktor Tomasz. – Jest pryncypialna do bólu głowy. I nie przepada za męską połową ludzkości.

– A to ciekawe! – zainteresował się Gilbert. – Czyżby syndrom „kwaśnych winogron”?

– No, nie – spoważniał kapitan − Tak bym tego nie ujął. Miała wielu adoratorów, gdy była młoda, a i teraz, jak sądzę, niejeden wdowiec nie miałby nic przeciwko temu, by móc jej pozaglądać w oczy. Tyle że ona się chyba już urodziła taka zagniewana na mężczyzn. I na metodystów. To bardzo poczciwa kobieta, o miękkim sercu i języku ostrym jak brzytwa. Pierwsza śpieszy z pomocą, zanim ktokolwiek inny pomyśli, że trzeba pomóc, i robi to z ogromną dyskrecją i delikatnością. O innej kobiecie nie powie złego słowa, ale tego, co wygaduje na temat mężczyzn, lepiej czasami nie słuchać, chyba że facet ma skórę grubą jak hipopotam.

– No, jeśli chodzi o pana, to ja zawsze słyszę same superlatywy – zakpił dobrodusznie doktor.

– Ależ wiem! I wcale mi się to nie podoba! Jak to dlaczego? Bo to oznacza, że ona nie traktuje mnie jak mężczyzny!