Wymarzony dom AniTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wymarzony dom Ani
Wymarzony dom Ani
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Wymarzony dom Ani
Wymarzony dom Ani
E-book
18  13,86 
Szczegóły
Wymarzony dom Ani
Wymarzony dom Ani
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90  17,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

1. Na poddaszu Zielonego Wzgórza

2. Wymarzony dom

3. Kraina marzeń

4. Panna młoda na Zielonym Wzgórzu

5. Nareszcie w domu

6. Kapitan Jim

7. Narzeczona nauczyciela

8. Odwiedziny panny Kornelii Bryant

9. Wieczór w latarni morskiej

10. Ewa Moore

11. Historia Ewy

12. Odwiedziny Ewy

13. Koszmarny wieczór

14. Listopadowe dni

15. Boże Narodzenie w Czterech Wiatrach

16. Sylwester w latarni morskiej

17. Zima w Czterech Wiatrach

18. Wiosenne dni

19. Od świtu do zmierzchu

20. Zaginiona Małgorzata

21. Przełamane lody

22. Panna Kornelia bierze sprawy w swoje ręce

23. Przyjazd Owena Forda

24. Kronika życia kapitana Jima

25. Powieściopisanie

26. Wyznanie Owena Forda

27. Na piaskowym wale

28. Różne sprawy

29. Sprzeczka Ani i Gilberta

30. Decyzja Ewy

31. Prawda, która wyzwala

32. Rozważania panny Kornelii

33. Powrót Ewy

34. Gdy okręt szczęśliwie przybija do brzegu

35. Polityka w Czterech Wiatrach

36. Róża bez kolców

37. Rewelacje panny Kornelii

38. Róże czerwone jak miłość

39. Kapitan Jim odchodzi

40. Żegnaj, wymarzony domku!

Okładka


Tytuł oryginału: Anne’s House of Dreams

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Damasiewicz

Redaktor prowadzący i korekta: Agata Paszkowska-Pogorzelska

Redaktor techniczny: Beata Jankowska

Copyright © for the Polish edition by Bellona SA, Warszawa 2015

Zapraszamy na strony

www.bellona.pl, www.ksiegarnia.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebooku

www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Nasz adres: Bellona SA

ul. Bema 87, 01-233 Warszawa

Dział Wysyłki: tel. 22 457 03 02, 2245703 06, 22457 03 78

faks 22 652 27 01

e-mail: biuro@bellona.pl

www.bellona.pl

ISBN 978-83-11-15953-2

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1. Na poddaszu Zielonego Wzgórza

Dzięki Ci, Panie Boże! Skończyłam z geometrią! – Ania wrzuciła do wielkiej skrzyni noszący ślady intensywnego używania tom wykładów Euklidesa i z nieskrywaną satysfakcją opuściła ciężkie wieko. Dla pewności usiadła na nim i dopiero teraz popatrzyła wesoło na siedzącą w drugim końcu pokoju Dianę. Szare oczy rozjaśniał uśmiech.

Jej ukochany pokoik na poddaszu był dokładnie taki, jakie powinny być pokoiki na poddaszu: niewielki, oddalony od reszty domu i bardzo przytulny. Zza okna, otwartego na oścież, napływało letnie powietrze, rozgrzane i pachnące sierpniowym upałem. Ciepły, popołudniowy wiatr poruszał leniwie koronami topól i poskręcanymi gałęziami jabłoni, obwieszonymi dojrzewającymi w słońcu owocami. Błękitne niebo upstrzone było białymi obłokami, jakby ktoś rozsypał na nim bezowe ciasteczka. We framudze drugiego okna, też szeroko otwartego, połyskiwała niebiesko Zatoka Świętego Wawrzyńca; tam też ktoś wysypał na jej wody puszyste bezy. Swoją drogą ciekawe, kto piękną indiańską nazwę Abegweit[1] zamienił na mało poetycką Wyspę Księcia Edwarda?

Diana Wright w ciągu ostatnich trzech lat bardzo się zmieniła: dojrzała, spoważniała i nabrała cech właściwych kobietom, które zostają matkami. Tylko czarne jak węgielki oczy błyszczały jak dawniej figlarnie, a w rumianych policzkach ciągle pojawiały się urocze dołeczki, gdy się uśmiechała. Jak wtedy, gdy ona i Ania przyrzekły sobie uroczyście, że będą się przyjaźniły „do końca świata”. A teraz przytulała do siebie małą, śpiącą w jej ramionach dziewczynkę z burzą ciemnych loczków na głowie, Anię Kordelię. Nikogo w Avonlea nie zdziwiło, że Diana dała malutkiej na imię Ania, ale to drugie imię wywołało wiele wątpliwości. Żadnych Kordelii w rodzinach Barrych i Wrightów się nie doszukano, więc pani Harmon Andrews autorytatywnie orzekła, że Dianę musiała zainspirować jakaś żenująca, romansowa historia, którą się zachwyciła; dziw, że praktyczny Alfred jej na taką ekstrawagancję pozwolił. Dziewczęta nie przejmowały się tymi domysłami i uśmiechały się do siebie porozumiewawczo; najważniejsze, że one wiedziały, dlaczego mała Ania została też Kordelią.

– Pamiętam, że nie cierpiałaś geometrii – roześmiała się Diana. – Wyobrażam sobie, jak się cieszysz, że już nie musisz mieć z nią do czynienia.

– To prawda. Lubiłam uczyć wszystkiego. Oprócz geometrii. Ale i tak uważam, że etap mojego życia pod tytułem „Summerside” był naprawdę udany. Wprawdzie gdy tylko zjechałam do domu, pani Harmon Andrews podzieliła się ze mną bardzo pouczającą uwagą, mianowicie uprzedziła mnie, żebym nie spodziewała się po małżeństwie zbyt wiele, bo jak każda nowość bywa w praktyce mniej radosne, niż to sobie wyobrażamy. Zapewne, wzorem Hamleta, pani Andrews uważa, że lepsze znane nieszczęście od nieznanego szczęścia – podsumowała Ania, śmiejąc się pogodnie.

Ten radosny śmiech dotarł aż na dół, do kuchni, gdzie Maryla smażyła powidła ze śliwek. Ona też się uśmiechnęła, ciesząc się, że Ania znowu jest w swoim pokoiku na poddaszu, ale zaraz posmutniała, gdy uświadomiła sobie, jak rzadko będzie tam już wkrótce gościła. Oczywiście, była bardzo szczęśliwa, że Ania i Gilbert pobiorą się niedługo, ale też zdawała sobie sprawę, że ten ślub wiele zmieni. Ania, która nawet przez trzy lata pobytu w Summerside przyjeżdżała do domu w prawie każdy weekend i spędzała na Zielonym Wzgórzu wszystkie wakacje i święta, teraz będzie tu rzadkim gościem; dobrze, jeśli zajrzy raz na dwa lata.

– Nie słuchaj pani Harmon! – zawyrokowała Diana pewnym głosem mężatki z czteroletnim stażem. – Małżeństwo ma mnóstwo dobrych stron, choć zdarzają się, oczywiście, trudne chwile. Myślę, że taka mądra dziewczyna jak ty nie oczekuje, że wyjście za mąż oznacza chodzenie po płatkach róż. Najważniejsze to wybrać odpowiedniego człowieka.

Ania dołożyła wszelkich starań, by nie parsknąć, ubawiona mentorskim tonem Diany, która w tych sprawach czuła się znacznie bardziej doświadczona od przyjaciółki i lubiła to podkreślać. „Tak samo będę opowiadała po paru latach – tłumaczyła sobie. – No, chyba że moje wrodzone poczucie humoru pozwoli mi nie stracić do tego odpowiedniego dystansu”.

 

– Wiecie już, gdzie zamieszkacie po ślubie? – Diana przytuliła Anię Kordelię tym gestem, który niezmiennie wzruszał i rozczulał Anię do łez.

– No właśnie w tej sprawie do ciebie zadzwoniłam. Ach, nie mogę uwierzyć w to, co sama mówię: zadzwoniłam. To nie do wiary, że w Avonlea są telefony! Szczyt nowoczesności w naszej starej, kochanej osadzie!

– To zasługa naszego Koła![2] – podkreśliła z przejęciem Diana. – Gdybyśmy się tym w pewnej chwili nie zajęli, na pewno nie udałoby się podłączyć do sieci domów w Avonlea. Co krok napotykaliśmy jakąś przeszkodę; jedną większą od drugiej. Inni pewnie daliby sobie spokój, ale nie my! Mieliśmy cel i parliśmy do przodu, nie oglądając się na trudności. I udało się! A przecież nie byłoby KMA, gdyby nie ty! Jak sobie przypomnę te nasze potyczki… Pamiętasz niebieski Dom Kultury? Albo ten nieszczęsny płot Jutsona Parkera, który wynajął go w celach reklamowych, dzięki czemu ludzi wjeżdżających do Avonlea witały ogromniaste plakaty informujące o najskuteczniejszych środkach przeczyszczających?

– Wiesz co… Skłamałabym, gdybym powiedziała, że jestem zachwycona tą telefonizacją – Ania pokręciła głową z powątpiewaniem. – Wiem, oczywiście, jaka to wygoda i że nasz „system świecowy” nie może się równać z telefonem, no i że świat idzie z postępem albo – jak to nazywa pani Małgorzata – „z nurtem”, ale… Nic na to nie poradzę, że tęsknię za tamtym światem: takim prostym, zwyczajnym, staroświeckim. „Nieutrudnionym przez te nowoczesne ułatwienia” – jak żartobliwie mawia pan Harrison. Chciałabym ocalić tę niemodną urokliwość rzeczy prostych i niewydumanych. No, ale wiem, że to niemożliwe i chyba niepotrzebne, więc kończę z tym ckliwym sentymentalizmem i jestem już taka jak trzeba: nowoczesna i do bólu praktyczna. Znowu odwołam się do pana Harrisona: telefon to niewątpliwie wspaniałe urządzenie, zwłaszcza z punktu widzenia tych, którzy bardzo interesują się życiem bliźnich, bo już nie muszą ich podglądać przez okno ani podsłuchiwać przez zamknięte drzwi!

– Żebyś wiedziała! – przytaknęła Diana energicznie. – Jak mnie to irytuje, gdy dzwonię do kogoś i słyszę, że połączyłam się z kimś innym. Pani Harmon Andrews zażyczyła sobie, żeby aparat zainstalowali jej w kuchni. „Muszę go słyszeć – powiedziała. – A garnków na kuchni przecież nie zostawię bez opieki”. Akurat! Garnków musi pilnować! A dziś, gdy do mnie zadzwoniłaś, dałabym głowę, że słyszę tykanie tego osobliwego zegara w salonie u Pye’ów. Józia albo Gertie nie darowałyby sobie przecież, gdyby nie skorzystały z okazji, by podsłuchać, o czym rozmawiamy.

– Teraz rozumiem, dlaczego pytałaś, czy sprawiłyśmy sobie nowy zegar. Nie wiedziałam, o czym mówisz. A potem coś stuknęło głucho; pewnie odłożyły słuchawkę. E tam, szkoda czasu na rozmowy o Pye’ach. Są, jacy byli, i będą, jacy są. Pomówmy o czymś ciekawszym… Wyobraź sobie, że już wiemy, gdzie zamieszkamy po ślubie!

– No… bardzo jestem ciekawa – powiedziała z wahaniem Diana. – Mam nadzieję, że nie przeniesiecie się na drugi koniec świata.

– Drugi koniec to pewnie nie jest, ale… dość daleko stąd, niestety. Gilbert wybrał Przystań Czterech Wiatrów. Wiesz, gdzie to jest? Trochę ponad sto kilometrów stąd.

– Sto kilometrów! – w oczach Diany malowała się zgroza. – Równie dobrze mogłoby być tysiąc! Nawet sto to dla mnie odległość nie do pokonania w tej chwili. Mogę pojechać co najwyżej do Charlottetown, a i to tylko od czasu do czasu.

– Wiem, ale do Czterech Wiatrów będziesz musiała przyjechać i już! Myślę, że nie ma na naszej Wyspie ładniejszej przystani. Jest tam malutka wioska, nazywa się Glen St. Mary. Stryj Gilberta, doktor Tomasz Blythe, prowadził tam praktykę lekarską przez ostatnie pół wieku. Teraz mówi, że ma już dość, jest zmęczony, i zaproponował Gilbertowi, by przejął od niego jego pacjentów. Natomiast jeśli chodzi o dom, to musimy sobie czegoś poszukać, bo on zostaje u siebie. Tak że na razie nie wiem, gdzie będziemy mieszkać, ale… znasz mnie. Ja już sobie ten nasz wymarzony domek wyobraziłam, wymyśliłam i nawet go urządziłam. Tylko jeszcze nie wiem, gdzie on jest.

– A wasza podróż poślubna? Dokąd się wybieracie?

– Donikąd! Diano! Nie patrz tak na mnie! Jakbym widziała zgorszony wzrok pani Harmon Andrews. I słyszę, jak mówi tym swoim wyrozumiałym tonem, że ludzie niemajętni słusznie robią, trzymając się swojego podwórka, a potem nie omieszka wszystkim przypomnieć, że jej Janka zaraz po ślubie zjechała całą Europę wzdłuż i wszerz . No i dobrze! My nasz miesiąc miodowy zamierzamy spędzić w naszym całkiem nowym domu, który sobie wymarzyliśmy i będziemy musieli go sobie urządzić.

– No a druhny? Naprawdę nie będziesz miała żadnej?

– Naprawdę! Iza, Priscilla, Janka i ty jesteście już mężatkami, a innych przyjaciółek nie mam. A nie wyobrażam sobie w roli mojej druhny kogoś, z kim się nie przyjaźnię.

Diana była przybita.

– Ale welon… Welon przynajmniej będziesz miała?

– Ależ oczywiście! Nie czułabym się prawdziwą panną młodą, gdybym nie miała na głowie welonu. Pamiętam, tamtego popołudnia, gdy jechałam z Mateuszem na Zielone Wzgórze… gdy odebrał mnie ze stacji… powiedziałam mu, że na pewno nigdy nie wyjdę za mąż. Jestem brzydka jak sto nieszczęść, więc wiadomo, że nikt nigdy nie zobaczy we mnie kandydatki na swoją żonę. No, chyba że jakiś niedowidzący misjonarz, wybierający się gdzieś do afrykańskiego buszu. Takie miałam wyobrażenie misjonarza! A musiałabyś zobaczyć tego misjonarza, który oświadczył się Priscilli! Mało, że piękny jak marzenie, to jeszcze wytworny. Absolutnie najelegantszy mężczyzna, jakiego w życiu spotkałam. I taki rozkochany w „nieziemskiej, wręcz anielskiej” urodzie Priscilli. Porwał ją wprawdzie do Japonii, nie na afrykańską sawannę, ale zawsze misje to misje.

– Śliczna jest ta twoja sukienka – zachwycała się tymczasem Diana. – Wyglądasz w niej… − chwilę szukała odpowiedniego słowa – posągowo. Jak modelka… co ja mówię: jak księżniczka. Mało, że jesteś wysoka, to jeszcze udaje ci się zachować taką piękną figurę. Jak ty to robisz? Ja sama mam wrażenie, że zupełnie straciłam kontrolę nad swoim ciałem.

– Nic nie robię. Taka się urodziłam po prostu. Myślę, że nasza postura zależy od pewnych wrodzonych skłonności i niewiele da się tu zawojować wyrzeczeniami i głodówkami. Tak czy inaczej, ciesz się, że nie słyszysz od pani Andrews takich „komplementów” jak ja, gdy ją spotkałam po powrocie z Summerside. Tobie nie powie: „Droga Diano, nic się zmieniłaś! Byłaś chuda i jesteś chuda!”. Lubię myśleć o sobie, że jestem szczupła, ale gdy słyszę, jak ktoś mówi o mnie: „chuda”, robię się bardzo zła.

– Słyszałam, że masz śliczną wyprawę. Nawet pani Andrews przyznała, że jest „równie okazała” jak jej Janki, choć ona poślubiła bajecznie bogatego człowieka, a ty się wydajesz za początkującego lekarza, gołego jak święty turecki – śmiała się Diana.

– Tu akurat ma rację – zgodziła się Ania. – Mam ładne sukienki, bo wiesz, że ja lubię ładne rzeczy. A najpiękniejsza, jaką kiedykolwiek miałam, to ta brązowa, którą dostałam od Matusza na Gwiazdkę. Pamiętasz, włożyłam ją potem na nasz koncert w szkole. W tej sukience poczułam się jak Kopciuszek, który na balu przeobraził się w księżniczkę. Jakby mnie ktoś zaczarował…

– Pamiętam, na tym koncercie Gilbert deklamował wiersz i kiedy mówił: Jest tu inne dziewczę, nie siostra…, cały czas patrzył na ciebie. Strasznie cię to irytowało, bo znalazł jedną z twoich jedwabnych różyczek, które miałaś przy pasku, i włożył ją sobie do kieszonki marynarki. Przyznaj się, nie myślałaś wtedy, że kiedyś wyjdziesz za niego za mąż?

– No widzisz, najwyraźniej – jak to mówią – co ma wisieć, nie utonie – roześmiała się Ania i pociągnęła przyjaciółkę za sobą na dół, do kuchni.


1 Abegweit to słowo pochodzące z języka zamieszkujących niegdyś te tereny Indian Mikmaków, którzy słowem Epekwit’k określali „miejsce kołysane przez fale”.

2 Chodzi o Koło Miłośników Avonlea, które przed laty założyła chcąca zmian młodzież z Avonlea.

2. Wymarzony dom

Zielone Wzgórze nie pamiętało takiego zamieszania. Nawet Maryla, zwykle powściągliwa i opanowana, była przejęta jak nigdy dotąd.

– A cóż w tym dziwnego? – tłumaczyła się przed pokpiwającą z niej panią Małgorzatą. – Jako żywo nie było tu nigdy żadnych ślubów ani wesel. Pamiętam, że jak byłam mała, usłyszałam kiedyś, jak stary pastor mówi, że dom staje się prawdziwym domem, gdy jego mieszkańcy wezmą ślub, urodzi się tam dziecko albo umrze w nim któryś z domowników. Śmierć te ściany już widziały; tu zmarli moi rodzice, a potem Mateusz. Narodziny też tu miały miejsce, bo dawno temu żona jednego z naszych pracowników urodziła dziecko w pokoju, który im wynajmowaliśmy. Tylko wesela nigdy tu nie było… Wciąż nie mogę uwierzyć, że to Ania wychodzi za mąż. Patrzę na nią i widzę tę małą dziewczynkę, którą Mateusz przywiózł tu ze stacji… ile to już?… Czternaście lat temu. Ciągle mam ją przed oczami, jak stoi w drzwiach, taka zagubiona… A swoją drogą… gdyby wtedy nie doszło do tego nieporozumienia i trafił tu do nas jakiś chłopaczek… Kto wie, jak potoczyłyby się jego losy?

– Masz rację, to było ze wszech miar dobre nieporozumienie – pokiwała głową pani Linde. – Wprawdzie ja sama miałam do tego pomysłu duże zastrzeżenia, a już gdy przyszłam tu do was, a ona odstawiła taki cyrk… Byłam pewna, że popełniliście straszny błąd. No, ale życie pokazało, że się myliłam… – westchnęła melancholijnie, ale zaraz dobry humor jej wrócił. Wesele było zbyt radosnym wydarzeniem, by rozpamiętywać przeszłość. – Chciałabym podarować Ani dwie z moich patchworkowych kołder; tę w prążki koloru tabaczkowego i tę z ponaszywanymi listkami. Podobno takie kołdry to ostatni krzyk mody, wyobraź sobie! Ja tam za modą, jak wiesz, nie gonię, ale uważam, że w porządnym domu muszą być w sypialni i w pokoju gościnnym porządne kołdry. Muszę je tylko odświeżyć, bo jak je po śmierci Tomasza zapakowałam w te lniane worki, tak do nich nie zaglądałam. Na, ale jest jeszcze trochę czasu, więc zdążę przywrócić im należytą formę.

– No właśnie: trochę czasu! Miesiąc zaledwie! – westchnęła Maryla, ale ona też miała się czym pochwalić:

– Ja postanowiłam dać Ani trochę moich dywaników; wiesz; tych plecionych, które leżą na poddaszu. Myślałam, że takie rzeczy już wyszły z mody, bo teraz wszyscy chcą mieć wszystko ze słomy. A tu proszę: Ania mi powiedziała, że ona, jak najbardziej, marzy o tym, żeby sobie na podłodze poukładać moje gałgankowe dywaniki. Właśnie dlatego, że są inne. Właściwie się jej nie dziwię; te akurat ładnie mi wyszły, bo uplotłam je z resztek naprawdę ładnych, kolorowych materiałów. Parę ostatnich zim mi to zajęło. A poza tym smażę dla nich konfitury. Dużo, żeby im wystarczyło do przyszłego lata. Zwłaszcza powideł, bo widziałaś, co się w tym roku działo z naszymi śliwami. Myślałam, że już po nich, bo przez ostatnie lata właściwie nie kwitły; prawie wysyłałam tam chłopaka z siekierą, żeby je pościnał… a tu – proszę! Nagle wiosną zakwitły wszystkie jak na zamówienie i mają tyle owoców, że nasza spiżarnia takich cudów nie pamięta.

– Dobry znak, jak widać. Tak się cieszę, że Ania i Gilbert w końcu zdecydowali się pobrać; od dawna się o to modliłam – w głosie pani Małgorzaty nie było nawet cienia wątpliwości, że ten ślub to wynik jej pertraktacji z Panem Bogiem. – Przez pewien czas naprawdę się obawiałam, że ona się wyda za tego człowieka z Kingsport, jak mu tam… Cóż z tego, że był majętny, skoro nam wszystkim bardziej pasuje chłopak biedny, ale nasz, tutejszy.

– W dodatku nie za byle kogo z Wyspy się wydaje, tylko za Gilberta Blythe – podkreśliła Maryla, bezwiednie głaszcząc słowami to imię i nazwisko. Nawet przypiekana gorącym żelazem nie przyznałaby się do tego, że ilekroć spoglądała na Gilberta, w jej głowie pojawiała się natrętna myśl, iż gdyby nie jej beznadziejny, ośli, idiotyczny upór kiedyś, ten chłopak mógłby do niej mówić: mamo. Gdzieś w głębi jej duszy kiełkowała irracjonalna myśl, że za sprawą Ani, która zostanie żoną Gilberta, ona, Maryla, spłaci stary dług jego ojcu, którego kiedyś bezrozumnie odepchnęła. Liczyła, że to jej wreszcie przyniesie spokój i ukoi jej skołatane serce.

 

Tymczasem Ania była tak szczęśliwa, że aż ją to przerażało. Nie była szczególnie przesądna, ale pamiętała stare porzekadło: jeśli chcesz rozbawić Pana Boga, to opowiedz mu o swoich planach. I choć nie podejrzewała Stwórcy o takie złe intencje wobec swojej osoby, z niebotycznym zdziwieniem i żalem przekonała się, że trochę inaczej ma się sprawa z jej bliźnimi. I że nie wszyscy oni dobrze jej życzą. Że są tacy, a raczej takie, które dołożą wszelkich starań, by przestała tak fruwać nad ziemią, nieświadoma tego, co ją lada chwila czeka. Myśli, że Gilbert wciąż kocha ją obłąkańczo, a ona sama złapała Pana Boga za nogi, przyjmując jego oświadczyny? Nic bardziej mylnego! Na szczęście patrol mądrych białogłów, znających się na rzeczy, nadciągnął z odsieczą, by wyrwać ją, naiwną i niemądrą, z tej kolorowej bańki nieprawdy i ułudy, otwierając jej oczy na to, czego ona dostrzec sama nie chciała albo nie umiała. Było to o tyle zdumiewające, że owe damy ogólnie były wobec Ani nastawione życzliwie; ot, szczególnie pojęte poczucie solidarności płci kazało im zatroszczyć się o młodą i niedoświadczoną przyszłą mężatkę.

Pewnego wieczora z wizytą na Zielonym Wzgórzu pojawiła się Janka Inglis, z domu Andrews, w towarzystwie swojej matki oraz pani Bell. Ania z przyjemnością stwierdziła, że Janka pozostała sobą: pogodną i życzliwie do ludzi i świata nastawioną osobą. Ani małżeństwo, ani dostatek, w jakim żyła obecnie, nie zmieniły jej wcale; wciąż była tą samą prostą, miłą, spokojną Janką, bardzo zainteresowaną ślubem swojej dawnej, szkolnej koleżanki i jej planami, niewątpliwie szczerze dobrze jej życzącą. Choć nie wyróżniała się szczególną inteligencją czy błyskotliwością, a jej myśli czy spostrzeżenia nie porażały głębią i można było spokojnie puszczać je mimo uszu, to przyznać też trzeba, że była uważna i delikatna, starając się ludzi nie denerwować ani tym bardziej nie urażać. W świecie, w którym cechy te nie są powszechne, należało je uznać za zalety raczej niż wady.

– Zatem Gilbert zdecydował się wreszcie, nie zrezygnował… − stwierdziła refleksyjnie pani Andrews. Ton jej głosu wskazywał, że cokolwiek ją to dziwi. – Cóż, taka już jest natura Blythe’ów: jak coś obiecają, nawet wbrew sobie obietnicy dotrzymują. Ile ty masz lat, Aniu? Dwadzieścia pięć? Jak to się jednak świat zmienia! Za moich czasów taki wiek uchodził już za staropanieństwo. Choć ty, muszę to przyznać, nieźle się trzymasz, ale to typowe dla rudych ludzi.

– Rudy jest teraz w modzie – oznajmiła Ania spokojnie, próbując okrasić tę światłą myśl uśmiechem, co średnio jej się udało. Jej poczucie humoru kończyło się tam, gdzie zaczynał się temat rudych włosów.

– Ach, ta moda… − uśmiechnęła pani Andrews pobłażliwie. – Człowiek nie nadąża za jej kaprysami. Ale to bez znaczenia. Najważniejsze, że cała ta uroczystość będzie miała odpowiednią oprawę, stosowną do twojej pozycji, Aniu. To bardzo wskazane, żeby człowiek wiedział, gdzie jest jego miejsce w szeregu, prawda, Janko? Jestem pewna, że wszystko ułoży się po twojej myśli, kochanie, a w każdym razie serdecznie ci tego życzę. Bywa, że takie długie narzeczeństwo wcale nie kończy się ślubem, no, ale tobie, jak widać, nie było to pisane.

– Gilbert wygląda stanowczo zbyt młodo, jak na powagę swojego zawodu – odezwała się pani Bell. – To wcale nie jest to zaleta w przypadku lekarza. Ludzie mogą mu nie ufać – zakończyła, dramatycznie zawieszając głos, jakby dla podkreślenia, że wie, iż to zły prognostyk, ale trudno, musiała to powiedzieć, bo prawda jest lepsza od iluzji. Jak zwykle, z jej kapelusza sterczało złowróżbnie czarne piórko, a wymykające się spod nakrycia głowy rzadkie pasma włosów jak zawsze wyglądały niedbale.

Ani zrobiło się przykro, że goście tak gorliwie przypomnieli jej, jaka jest jej pozycja społeczna i towarzyska, ale panie na szczęście wkrótce się oddaliły, a na Zielone Wzgórze zawitał Gilbert. Od razu też porwał Anię do ich ulubionego zakątka nad strumieniem, gdzie ostatnio spędzali każdą wolną chwilę, omawiając plany swojego wspólnego życia.

– Słuchaj, Aniu, znalazłem dla nas dom! – mówił rozgorączkowany Gilbert.

– Naprawdę?! Gdzie? Mam nadzieję, że nie w tej samej wsi, gdzie będziesz pracował.

– Nie, nie. Tam też szukałem, ale nic nie było, żadnego mieszkania. Ten dom, domek właściwie, jest w porcie, przy drodze z Czterech Wiatrów do Glen St. Mary. Prawdę mówiąc, jest trochę od tej drogi oddalony, ale to nie będzie problem, jeśli podciągniemy tam linię telefoniczną. Okolica jest – nabrał powietrza – przepiękna. Wyobraź sobie, że z okien, które wychodzą na zachód, widać stary port, cały, jak w obiektywie aparatu! A wokół bezmiar piasku, to znaczy wydmy, też malownicze, po których można spacerować, słuchając, jak po nich goni nadmorski wiatr.

– Ale domek, Gilbercie?! Jak wygląda ten dom? – Ani udzieliło się podekscytowanie narzeczonego.

– Nie jest szczególnie okazały; prawdę mówiąc, jest niewielki, ale dla nas dwojga będzie w sam raz. Ma piękny salonik, z kominkiem oczywiście, i jadalnię z oknem wychodzącym na morze. Jest jeszcze jeden, mały pokój, który chętnie zaanektuję na swój gabinet. To stary dom, ma pewnie z sześćdziesiąt lat; pewnie jest najstarszy w Czterech Wiatrach. Ale zawsze o niego dbano, więc jest w dobrej kondycji, a jakiś czas temu przeprowadzono tam całkowity remont. Ma nowy dach, podłogi, odświeżone ściany. Dla mnie ważne jest, że to solidna konstrukcja, zbudowana porządnie, według reguł sztuki. Podobno ma jakąś swoją legendę; nawet podpytywałem właściciela, ale on chyba nic o niej nie wie. Odesłał mnie z pytaniami do jakiegoś kapitana Jima; on podobno zna ja najlepiej.

– A któż to taki, ten kapitan Jim? – zainteresowała się Ania.

– Tamtejszy latarnik. Bo w Czterech Wiatrach jest prawdziwa latarnia morska. Jak cię znam, spodoba ci się to gasnące i zapalające się światło, bo z daleka wygląda jak taka jasna gwiazda na niebie. Widać ją przez okno w salonie i jak się otworzy drzwi wejściowe.

– A czyj to dom?

– Jest własnością parafii kościoła prezbiteriańskiego w Glen St. Mary. Obecnie, bo przedtem był własnością starszej pani, Elżbiety Russel. Zmarła jakiś czas temu, a że nie miała nikogo bliskiego, zapisała swój majątek temu kościołowi. Wiesz, zostały tam po niej meble i… i ja je kupiłem. Pełnomocnik, z którym załatwiałem sprawę najmu, sprzedał mi je za grosze, bo uznał, że takie stare rupiecie i tak nie znajdą nabywcy. Wiesz, oni tam wolą kryte aksamitem otomany i lustra z rżniętego kryształu. A mnie się te staroświeckie fotele i sekretarzyki spodobały; ba, jestem pewien, że ty podzielisz mój zachwyt.

Ania była powściągliwa w okazywaniu zachwytu.

– W porządku, masz rację, meble są ważne, ale powiedz mi o tym, co najważniejsze: o drzewach, zieleni. Czy tam coś rośnie wokół tego domu?

– Mnóstwo! I jeszcze więcej! Najpierw jest zagajnik, a właściwie całkiem spory las, blisko domu, potem droga obsadzona po obu stronach topolami, a przy samym domu jest ogród, otoczony brzozami. Z domku wychodzi się do ogrodu, ale z ogrodu można wyjść jeszcze inną drogą, przez furtkę, którą ktoś przymocował do dwóch jodeł: otwierasz ją i jakbyś wchodziła do lasu, a nad głową masz sklepienie z gałęzi tych drzew.

Ania była oczarowana opisem Gilberta.

– Nawet nie wiesz, jak się cieszę! Boże, jak dobrze, że tam jest tak zielono; uschłabym bez drzew i kwiatów. Gdy ich nie widzę, mam wrażenie, że krew przestaje mi krążyć w żyłach. I już nawet nie mam odwagi, żeby cię nieśmiało zapytać: a nie ma tam gdzieś w pobliżu jakiegoś małego strumyczka? Źródełka, choćby malutkiego?

– Pewnie, że jest! – roześmiał się Gilbert, który czekał na to pytanie. – I nie „w pobliżu”, tylko płynie sobie spokojnie w kącie naszego ogrodu.

– No, to jeśli o mnie chodzi, ja jestem usatysfakcjonowana – mina Ani nie pozostawiała wątpliwości, że tak jest naprawdę. − Dziękuję ci bardzo, kochanie, że znalazłeś mój wymarzony domek. Możesz dalej nie szukać.