Dolina tęczyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Po chwili obie już smacznie spały.

Spał też cały dom, z wyjątkiem gabinetu, w którym pastor Meredith zastanawiał się, co powinien powiedzieć swoim owieczkom w najbliższym kazaniu. Różne myśli przychodziły mu do głowy, ale ta jedna nie: że oto w jego domu, na poddaszu, dopiero co zasnęła obca, samotna, przez nikogo niekochana dziewczynka, której obojętny świat nie okazał do tej pory ani odrobiny tej biblijnej dobroci, o której tak pięknie mówiła jego córka Una.


6. Zostań z nami, Mary!

Rankiem, jako że była niedziela, dzieci z plebanii szykowały się do kościoła. Zachęciły Mary, żeby poszła tam razem z nimi, ale jej ten pomysł nie przypadł do gustu.

– Nie chodziłaś do kościoła w niedziele? – zdumiała się Una.

– Oczywiście, że chodziłam! – Mary poczuła się dotknięta tym przypuszczeniem. – Pani Wiley w ogóle nie zawracała sobie tym głowy, ale ja, jak najbardziej. Lubiłam tam chodzić, bo przez chwilę mogłam tam sobie po prostu posiedzieć i nikt mnie nie gonił do pracy. Tylko że to było tam. A tu nie mogę przecież iść do kościoła jak jakiś kocmołuch, w tej starej, podartej sukience. Tylko bym wam wstydu narobiła.

Faith nie widziała w tym żadnego problemu.

– Włożysz moją – zdecydowała. – Nie ma, co prawda, dwóch guzików i taka jest trochę sprana, ale prawie tego nie widać.

– Guziki mogę szybciutko przyszyć – zaoferowała się Mary.

– W niedzielę nie wolno szyć – upomniała ją Una. – Ani w ogóle pracować.

– Żebyś wiedziała, że można – roześmiała się Mary. – A niektórzy to nawet muszą. Dajcie mi tylko igłę i nitkę. A jeśli cię to tak razi, możesz nie patrzeć.

Do sukienki Faith dołożyła jeszcze swoje szkolne pantofle i czarny kapelusz, w którym chodziła jeszcze jej mama. Tak wystrojona Mary raźno pomaszerowała do kościoła. Tam zachowała stosowną powagę, należną temu szczególnemu miejscu. Wprawdzie niektórzy zauważyli, że tego dnia gromadka dzieci pastora była trochę liczniejsza niż zwykle, ale widok chudej, wyraźnie niedożywionej dziewczynki w wyraźnie za dużej na nią sukience nie zwrócił specjalnie uwagi parafian.

Mary tymczasem grzecznie wysłuchała całego kazania, a potem energicznie przyłączyła się do parafialnego chóru śpiewającego psalmy. Wychodziło jej to całkiem dobrze, bo okazało się, że ma dobry, mocny głos i świetny słuch.

– A Jego krew płatki kwiatów zabarwi… – śpiewała wzruszona i przejęta.

Słysząc za plecami nieznany sobie głos, pani Milligrew, siedząca w pierwszej ławce, odwróciła się, by zlokalizować śpiewaka. Zorientowawszy się, że to jakaś obca dziewczynka w zbyt obszernej, wypłowiałej sukience i za dużym kapeluszu, obrzuciła ją znaczącym i stanowczo za długim spojrzeniem. Mary, która nie znosiła, gdy ktoś się na nią gapił bez powodu, niewiele myśląc otworzyła usta i tej natrętnie się jej przyglądającej kobiecie zademonstrowała – i to w całej okazałości – swój język.

Una na ten widok omal nie zemdlała.

– Widziałaś, jak ona się na mnie gapiła? – tłumaczyła Mary Unie, gdy już wyszły z kościoła. – To było silniejsze ode mnie. Tak się nie zachowują grzeczni ludzie! Wcale nie żałuję, że jej pokazałam język! Ani trochę! Słuchajcie, wiecie, że zauważyłam w kościele Roberta McAllistera, tego, który mieszka za przystanią? Pewnie zaraz wygada pani Wiley, że mnie tu widział.

Czas jednak mijał, a pani Wiley nie upominała się o powrót Mary i dzieci powoli zapominały, że ktoś taki w ogóle istnieje. Mary czuła się na plebanii jak u siebie, tylko o pójściu do szkoły nie chciała słyszeć.

– Czasy szkolne się dla mnie skończyły – oznajmiła stanowczo, gdy Faith namawiała ją, by wybrała się z nimi na lekcje. – Chodziłam do szkoły przez cztery lata, gdy pracowałam u pani Wiley, i myślę, że to wystarczy: nauczyłam się wszystkiego, co może mi się przydać w życiu. Nie zniosłabym, gdyby ktoś miał mi znowu ciosać kołki na głowie, że nie odrobiłam pracy domowej. A kiedy ja ją niby miałam odrobić, jeśli przez cały czas byłam zajęta robieniem jakichś prawdziwych prac domowych?!

– Ale nasza pani jest naprawdę w porządku – przekonywała ją Faith. – Ona nigdy nie ma pretensji, jak ktoś nie odrobi lekcji.

– Nie szkodzi, może sobie taka być. Umiem pisać, czytać i liczyć; nawet ułamki znam. To mi było potrzebne i tego się nauczyłam. Wystarczy. Idźcie do szkoły, a ja na was poczekam w domu. Nie musicie się bać; niczego wam stąd nie wyniosę. Nie jestem złodziejką, słowo daję!

Mary nie próżnowała, kiedy dzieci wychodziły do szkoły – zajęła się sprzątaniem plebanii. Wystarczyło kilka dni jej starań, by dom zmienił się nie do poznania. Mary pozamiatała i umyła wszystkie podłogi, pościerała kurze z mebli, zapanowała nad wszechobecnym chaosem. Poustawiała wszystko na swoich miejscach, naprawiła materac na łóżku w pokoju gościnnym, a potem zajęła się ubraniami domowników: poprzyszywała to, co było oderwane, uzupełniła brakujące guziki, a tam, gdzie trzeba było, ponaszywała łatki. Pewnego dnia, uzbrojona w szczotkę, zapuściła się nawet do gabinetu pastora Mereditha i wyprosiła go stamtąd na chwilę, by posprzątać. Jedyną niezdobytą przez energiczną nastolatkę twierdzą pozostała kuchnia, bo ciotka Marta, choć mocno już niedołężna, niedowidząca i niedosłysząca, ten rewir postanowiła zachować dla siebie. Mary czyniła różne podchody, uciekała się do przedziwnych podstępów, ale staruszka dostępu do kuchni broniła jak niepodległości.

– Pokazałabym wam, jakie smaczne może być jedzenie, gdyby ta wasza ciotka wpuściła mnie do kuchni – złościła się Mary. – Już nie musielibyście jeść swojego „tego-i-owego” ani owsianki na przypalonym mleku, z kożuchami. I powiedzcie mi, gdzie ona chowa śmietanę.

– Nie chowa. Karmi nią swojego kota – powiedziała Faith, uśmiechając się znacząco.

– Kota? Śmietaną?! A to kociara okropna! – Mary złapała się za głowę. – Kto to widział, żeby kocurowi oddawać najlepsze kąski! Po co ona go w ogóle trzyma tego sierściucha? Nie lubię kotów; one mają coś diabelskiego w oczach. No cóż, z waszą upartą ciotką nie mam szans, ale aż mi się ciemno robi w oczach ze złości, gdy widzę, jak ona marnuje takie dobre rzeczy.

Gdy kończyły się zajęcia w szkole, dzieci razem biegły do Doliny Tęczy, bo Mary odmówiła chodzenia na cmentarz. Mówiła, że tam mieszkają duchy, a ona woli się trzymać od nich z daleka.

– O czym ty mówisz? – obruszył się Jim Blythe. – Na świecie nie ma żadnych duchów.

– Co ty nie powiesz!

– A widziałaś kiedyś jakiegoś?

– Mnóstwo razy. Sto i więcej – odpowiedziała Mary bez mrugnięcia okiem.

– Naprawdę? – zainteresował się Karol. – A jak one wyglądają?

– Jak maszkary. Takie okropne kościotrupy, ubrane w białe prześcieradła.

– Widziałaś ducha? Prawdziwego? – zapytała Una drżącym głosem. – Nie przeraziłaś się?

– Jeszcze jak! – odpowiedziała Mary bagatelizująco. – Popędziłam w drugą stronę, jakby mnie stado wilków goniło…

Mary poczuła na sobie uważne spojrzenie Waltera i zamilkła, zmieszana.

Walter wywierał na niej dziwne wrażenie. Trochę się bała, ale bardziej podziwiała. Przyznała się kiedyś przed Faith i Uną, że gdy Walter na nią patrzy, ona czuje się tak, jakby ją prześwietlał oczami.

– Wszystkie moje kłamstwa sobie od razu przypominam – mówiła. – I każdego się wstydzę.

Ale najbardziej Mary polubiła Jima. Była zachwycona, gdy pewnego dnia zaprosił ją do swojego domu i tam na poddaszu oglądali razem różne przedziwne przedmioty, które chłopiec dostał w spadku po kapitanie Jimie. Ją z kolei bardzo polubił Karol, gdy okazało się, że Mary dużo wie o życiu różnych owadów, bo ją też one interesują. Ogólnie widać było, że Mary łatwiej nawiązuje kontakty z chłopcami i lepiej się z nimi dogaduje. Z dziewczynkami nie szło jej tak dobrze.

Najpierw zraziła do siebie Nan, gdy zobaczywszy pierwszy raz panią Blythe, orzekła z politowaniem:

– Masz rudą matkę. To czarownica! Wszystkie czarownice są rudowłose!

Potem zaczęła dokuczać Faith, że jej ulubieńcowi, pstremu kogucikowi, ktoś wyskubał ogon. Bo jest za krótki. Faith rozgniewała się nie na żarty.

– Nie znasz się na kogucich ogonach – orzekła. – Ma dokładnie taki ogon, na jaki mu Pan Bóg pozwolił.

Obrażone dziewczynki boczyły się na siebie przez cały dzień.

Z Uną Mary bardzo uważała; pilnowała się, żeby słowem nie urazić jej miłości do pozbawionej włosów i jednego oka lalki. Kiedyś jednak Una postanowiła pokazać jej w tajemnicy swoją najcenniejszą rzecz: była to stara pocztówka, na której smukły, świetlisty anioł tulił w ramionach małe dziecko i unosił się z nim w przestworza. Mary orzekła, że ten anioł przypomina jej bardzo ducha, jednego z tych, których widywała setki.

Una najpierw oniemiała ze zgrozy i niedowierzania, a potem z płaczem pobiegła do swojego pokoju. Mary musiała długo ją przepraszać, zanim Una jej wybaczyła to okrucieństwo.

Bo na Mary nie sposób się było długo gniewać. Przekonała się o tym nawet Nan, którą niełatwo było udobruchać i która porównaniem mamy do czarownicy była bardzo dotknięta. Ona też szybko pogodziła się z Mary, bo Mary miała w sobie tyle życia, tyle żywiołowej, nieposkromionej energii… Mówiła dużo i ciekawie, wciąż opowiadała im różne straszne albo zabawne historie. W Dolinie Tęczy bywało teraz albo bardzo śmiesznie, albo przerażająco, ale nigdy nie było nudno. Jerry nauczył ją grać na harmonijce i dzieci uznały, że Mary gra już równie dobrze jak on, a nawet lepiej.

– Bo jak ja sobie coś postanowię, to nie ma zmiłuj! – wyjaśniła im Mary pogodnie. – Musi tak być i już!

 

Mary lubiła być górą i zawsze korzystała z okazji, by to pokazać. Uwielbiała imponować i czuć się lepszą, ale też chętnie dzieliła się swoją wiedzą i umiejętnościami z innymi. Nauczyła ich „grać na liściach” i na szerokich wąsach trawy: zademonstrowała, jak je trzeba trzymać w dłoniach i gdzie dmuchać, żeby wydawały, długi, świszczący dźwięk. Pokazała, gdzie najlepiej szukać szczawiu, tego najlepszego, kwaśnosoczystego, że aż buzia wykrzywiała się na drugą stronę. Wyczarowywała prawdziwe cuda na ścianie, na której jej zwinne ręce malowały cienie zwierząt i przedmiotów… I jak nikt inny wiedziała, gdzie rosną najdorodniejsze dzikie maliny i poziomki, po korze których drzew spływa najlepsza i najsłodsza, gęsta jak miód, złota żywica…

Wzbudzała skrajnie różne uczucia: raz kochali ją tak, że daliby się za nią żywcem upiec w ognisku, a kiedy indziej nienawidzili jej tak strasznie, że gotowi byli udusić ją gołymi rękami. Z Mary zawsze było „jakoś”: gorąco albo lodowato; nigdy letnio, zwyczajnie, nudno… Nadawała ton ich wspólnym spotkaniom i nie minęły dwa tygodnie, a dzieci zdawały się nie pamiętać czasu, gdy Mary z nimi nie było. Czuli, jakby była jedną z nich, od zawsze.

– Jak to możliwe, że pani Wiley jeszcze nie wytropiła, gdzie jestem? – powiedziała pewnego dnia Mary.

– Odpuściła – orzekła Una. – Postanowiła machnąć ręką i dać ci spokój. Możesz z nami zostać na zawsze.

– W waszym domu jest o jedną z nas za dużo – stwierdziła posępnie Mary. – Albo ciotka Marta, albo ja. Byłoby przecudnie, gdyby mnie wpuściła do kuchni, ale to marzenie ściętej głowy. Zresztą… nie ma to specjalnego znaczenia, bo pani Wiley i tak się tu zjawi, zobaczycie. I zabierze do domu, gdzie już przygotowała sobie pas. Na mnie, oczywiście. Czasami sobie myślę: niech to już się stanie! Wolałabym już dostać to lanie, niż je sobie ciągle wyobrażać. Dostaliście kiedyś lanie?

– Nigdy. Oczywiście, że nie! – Faith była oburzona tym pytaniem. – Tata nigdy na nikogo z nas nie podniósł ręki.

– Eh, co wy tam wiecie o prawdziwym życiu! – prychnęła pogardliwie Mary. W jej głosie słychać było poczucie wyższości pomieszane z zazdrością. – Gdybyś ty wiedziała, ile razy ja dostałam! A te dzieciaki od Blythe’ów? Też nie wiedzą, co to znaczy dostać baty?

– No… chyba też… – powiedziała niepewnie Faith.

– Klapsów nie zaliczam do bicia – uprzedziła od razu Mary z politowaniem. – Gdybym ja dostała klapsa, pomyślałabym, że to dla zabawy. A w ogóle uważam, że to niesprawiedliwe. Że jedni dostają lanie, a inni wcale. Bo bym się ani trochę nie sprzeciwiała, gdym dostała tyle, ile mi się należy. Ale dlaczego dostaję aż tyle bicia? Za innych?! Diabli by to wzięli!

– Miałaś nie przeklinać – przypomniała jej zgorszona słownictwem Mary Una. – Obiecałaś!

– A ty obiecałaś, że nie będziesz się mnie czepiać – burknęła Mary. – Gdybym ci powiedziała, jakie ja jeszcze inne przekleństwa znam, to nie suszyłabyś mi głowy o głupich diabłów. A w dodatku, skoro o obietnicach mowa, to przypominam ci, że od tamtego dnia ani razu nie skłamałam. Może nie?

– Może nie! – prychnęła Faith. – A co nam za bajki opowiadałaś o tych duchach, które fruwają wokół ciebie?

Twarz Mary oblała się rumieńcem.

– O duchach to były naprawdę bajki – przyznanie się do winy przychodziło jej z wyraźnym trudem. – Ale jak to mówiłam, to wiedziałam, że wy mi ani trochę nie wierzycie, więc to był taki żart, a nie kłamstwo. Raz jednak naprawdę coś widziałam – twarz Mary spoważniała nagle. – Koło cmentarza, ale nie waszego, tylko tego za przystanią. Była ciemna noc i nagle zobaczyłam… – zawiesiła głos – coś niezwykłego. Tylko że nie jestem pewna, czy to był prawdziwy duch, czy może koń Sandy’ego Crawforda. Wolałam tego nie rozstrzygać i zwiałam stamtąd tak szybko, że aż się kurz na drodze podniósł.


7. Ucieczka przed wielką rybą

Tego dnia główną ulicą Glen dziarsko maszerowała mała dziewczynka. Była to Rilla Blythe, która szła na plebanię, pieczołowicie ściskając w rączce wiklinowy koszyczek, wypełniony wczesnymi truskawkami. Te truskawki to była duma Zuzanny, która troskliwie doglądała ich każdej wiosny na małej, mocno nasłonecznionej grządce w ogrodzie Złotego Brzegu. Przed wyjściem niania kilka razy przypomniała dziewczynce, że koszyk z truskawkami ma oddać tylko cioci Marcie albo samemu pastorowi. Rilla była ogromnie dumna z faktu, że to właśnie jej powierzono tak odpowiedzialną misję i była gotowa dołożyć wszelkich starań, by się z niej należycie wywiązać.

Swój wielki szacunek do rodziny Meredithów Zuzanna pragnęła wyrazić nie tylko świeżymi truskawkami, ale także strojem Rilli, którą wystroiła w białą sukieneczkę, ozdobioną angielskim haftem i przepasaną niebieską wstążką. Do tego kazała jej założyć białe pantofelki, obszyte perłowymi guziczkami. Własnoręcznie związała długie, rude włosy dziewczynki w bujny koński ogon i na główkę włożyła jej niebieski kapelusik, który dopełnił dzieła, po czym mała elegantka, w pełni świadoma powalającej urody swoich haftów, koronek i perełek, ruszyła w drogę.

Taką ją, niby puchatą bezę, zauważyła Mary Vance, uczepiona rozhuśtanej furtki prowadzącej na podwórze plebanii i widok ten wzbudził w dziewczynie szczerą irytację. Ta irytacja, wywołana już to nieświąteczną, a więc niepotrzebną elegancją, już to kapelutkiem w kolorze nieba, tylko pogłębiła frustrację Mary, którą chwilę wcześniej ciocia Marta pogoniła z kuchni, odmawiając jej przywileju obrania ziemniaków na obiad.

– Jasne! Jak zwykle wszyscy będą wcinali na wpół surowe kartofle, w dodatku niedokładnie obrane! Jak ja bym się ucieszyła, gdyby ten dzwon obwieścił mszę za pokój twojej duszy! – burknęła rozzłoszczona Mary i z takim impetem zamknęła za sobą drzwi do kuchni, że omal nie wypadły razem z futryną. Łomot był tak straszny, że nawet Marta go usłyszała, a zagłębiony w lekturze Biblii pastor, zamknięty w swoim gabinecie, uznał, że ten drżący w posadach dom musiano zbudować w jakimś niestabilnym tektonicznie miejscu.

Mary zeszła z furtki i zastąpiła drogę Rilli, ściskającej w rękach wiklinowy koszyk.

– Pokaż! Co tam masz w tym koszyku?

– Nie! To dla pastora.

– Widzę. Daj! Pójdę i mu zaniosę.

– Nie rusaj! – tupnęła nogą Rilla. – To dla pastora. Albo dla pani cioci. Zuzanna nie pozwoliła dawać nikomu więcej.

Mary popatrzyła na nią z politowaniem.

– Kto by pomyślał! Mała pudernica! Myślisz, że ci wszystko wolno, bo cię zapakowali w ładną sukieneczkę? Już ja wolę swoją znoszoną sukienkę, w której wglądam jak normalny człowiek. Powinni ci jeszcze kokardkę zawiązać na tym kapelusiku i w całości dawać w prezencie, razem z życzeniami! No, co się tak gapisz? Jak jesteś taka ciekawa, to patrz!

Mary podwinęła swoją spraną sukienkę w burym kolorze i zaczęła wymachiwać chudymi, podrapanymi nogami w zapamiętałym ni to tańcu, ni to rozpaczliwym popisywaniu się. Rilla aż się cofnęła, przestraszona gwałtownością tej reakcji, ale potem dzielnie ruszyła w stronę domu. Na to Mary nie chciała pozwolić. Znowu zastąpiła dziewczynce drogę.

– Daj mi ten koszyk! – powiedziała groźnie, marszcząc gniewnie czoło.

Miny nauczyła się robić już w dzieciństwie i wtedy odkryła, że bywają one skuteczną bronią w różnych sporach, w których na przewagę siły fizycznej nie mogła liczyć. Teraz też jej jasne oczy spoglądały tak niepokojąco, że Rilla naprawdę się przestraszyła. Nie na tyle jednak, by skapitulować.

– Nie mogę – powiedziała z uporem. – Nie mogę ci dać tego kosyka. On nie jest dla ciebie. Puść mnie, Mary, spiesę się.

Mary zrozumiała, że ta mała lalunia nie odda jej koszyka po dobroci. A Mary nie znosiła, kiedy takie małe i w dodatku wystrojone smarkule stawiają na swoim. Obrzuciła wzrokiem podwórze i zauważyła, że na lince tuż przy furtce wisi kilka sporych rozmiarów ryb. Pastor dostał je w zeszłym tygodniu od jednego z rybaków, pewnie zamiast zwyczajowej składki, jaką parafianie zbierali na pensję swojego wielebnego. Przyjął świeże ryby i natychmiast o nich zapomniał; na szczęście Mary nie dopuściła, by takie dobro się zmarnowało. Oczyściła ryby i powiesiła je na słońcu, by się wysuszyły. I teraz, gdy tak na nie patrzyła, przyszła jej do głowy perfidna myśl: zerwała z linki najokazalszego dorsza i krzycząc przeraźliwie, ruszyła w stronę Rilli.

Rilla, widząc pędzącą w jej stronę i wymachującą wielką rybą Mary, straciła cały animusz. Żadne, choćby i najpiękniejsze truskawki, nie zasługiwały na to, by narażać dla nich swoją sześcioletnią dumę. Nie do końca była pewna, co Mary zamierza zrobić z tym rybim, lekko cuchnącym już zewłokiem, ale też wcale nie chciała się tego dowiadywać. Wrzasnęła, jakby ją ktoś obdzierał ze skóry, rzuciła na ziemię koszyk i puściła się pędem w stronę furtki. Truskawki, tak troskliwie przygotowane przez Zuzannę, wysypały się, a po chwili zniknęły w piachu ścieżki, wdeptane tam przez uciekającą Rillę i goniącą ją Mary. Tak, Mary, która nie lubiła, gdy marnowało się jakiekolwiek jedzenie i która nigdy na to nie pozwalała, tak zapamiętale ścigała małą strojnisię, że na nic innego nie zwracała uwagi. Liczyło się tylko jedno: żeby ta mała, wymuskana i rozpieszczana przez wszystkich pyza zapamiętała raz na zawsze, że nie strój zdobi człowieka, tylko odwrotnie.

Rilla, ile sił miała w krótkich nóżkach, pomknęła zboczem w dół wzgórza i jak pocisk wypadła na drogę. Mary dawno już by ją dogoniła, gdyby nie to, że spowalniał ją jej własny śmiech, który wszelako nie przeszkadzał jej w wojowniczym pokrzykiwaniu i potrząsaniu biedną rybą. Tę niezwykłą gonitwę z okien, werand i podwórek śledzili zdumieni mieszkańcy Glen, co Mary bardzo schlebiało, a na co Rilla, półżywa ze strachu i zmęczenia, w ogóle nie zwracała uwagi. Zbyt bała się tego, że jeszcze chwila, a to monstrum o imieniu Mary dopadnie ją i zacznie ją bić tą straszną, wysuszoną rybą.

Pewnie z tego wyczerpania dziewczynka potknęła się w pewnej chwili i jak długa wyłożyła się na drodze; trzeba trafu, że w samym środku kałuży pozostałej po porannym deszczu. Dokładnie w tej samej chwili ze sklepu Cartera Flagga wychodziła panna Kornelia, której wystarczyło jedno badawcze spojrzenie, by się zorientować, co się dzieje. Mary, dostrzegłszy pannę Kornelię, też błyskawicznie oceniła sytuację, bo odwróciła się na pięcie i pobiegła z powrotem na plebanię. Panna Kornelia miała ochotę pobiec za nią, złapać i wytargać za uszy, ale uznała, że w tej chwili powinna zająć się kimś innym, a mianowicie małą Rillą. Pomogła dziewczynce podnieść się z kałuży i taką ubłoconą i zapłakaną odprowadziła do domu. Przez całą drogę Rilla chlipała cichutko; nawet nie z żalu za zniszczoną sukienką, zgubionym kapeluszem i pantoflami, na których nie było już guziczków z masy perłowej, tylko ze wstydu i upokorzenia.

Na widok Rilli Zuzanna załamała ręce, a gdy usłyszała od panny Kornelii, co się stało, pobladła z gniewu.

– A to hultajka przeklęta, łobuzica z piekła rodem! – wyrzekała wstrząśnięta, prowadząc Rillę do łazienki, by ją wykąpać, a przede wszystkim uspokoić.

Tymczasem panna Kornelia przekonywała Anię, że najwyższy czas przyjrzeć się uważniej tej dziwnej, nieznajomej dziewczynie, która zamieszkała na naszej plebanii.

– Nikt jej tu nie zna! – mówiła oburzona. – Bóg jeden wie, skąd się wzięła i kim tak naprawdę jest to niewychowane dziewczynisko.

– Słyszałam, że to jakaś krewna rodziny pastora Mereditha, mieszkająca po drugiej stronie zatoki. Podobno przyjechała do nich z wizytą – mówiła Ania, starając się nie pokazać po sobie, że to, co się przydarzyło Rilli, traktuje jako zdrową lekcję życia, która przyda się jej trochę najmłodszemu, cokolwiek za bardzo rozpieszczonemu dziecku.

– Ha! – kręciła głową panna Kornelia. – Tylko że ja znam wszystkich parafian z naszego kościoła, którzy mieszkają po tamtej stronie zatoki. I wiesz, co ci powiem, droga Aniu? Ta szatanica wcielona w ludzką postać na pewno nie jest od nich. O, ja wiem, co mówię! Uważnie jej się przyjrzałam. Zwróć uwagę, jak ona się ubiera. Szmaty jakieś, znoszone, pocerowane, niedoprane… Tylko do kościoła przyszła jako tako ubrana, ale ja mam dobre oko i jeszcze lepszą pamięć: to była stara sukienka Faith, mówię ci, Aniu. Oni coś ukrywają i ja się dowiem, co to jest, bo widzę, że wszystkim innym wyjaśnienie tej sprawy jest obojętne. A nie powinno być, bo ja jestem pewna, że ta… – zabrakło jej słowa – ta awantura niedaleko domu Warrena Meada, to była jej sprawka. Tymczasem ta biedna kobieta, matka Warrena, omal nie umarła na serce! Słyszałaś o tym, prawda?

 

– Szczerze mówiąc, nie znam szczegółów. Wiem tylko, że Gilbert tam do nich jeździł, ale nie wiem, co się dokładnie wydarzyło.

– No, to ja ci podam kilka szczegółów. Pani Maed to starsza osoba, w dodatku ma chore serce. Usiadła sobie parę dni temu na werandzie, by odpocząć, i nagle, tuż za swoimi plecami, usłyszała straszny krzyk. Dochodził z pobliskiego zagajnika. „Ratunku!” „Mordują!” – ktoś przeraźliwie i rozpaczliwie wzywał pomocy. Naprawdę trudno się dziwić pani Maed, że omal sama nie umarła. Krzyki usłyszał również jej syn, który wtedy coś robił w stodole. Warren wybiegł z niej pośpiesznie i ruszył do zagajnika, żeby zobaczyć, kto na kogo napadł. Nie wierzył wprost swoim oczom, gdy się przekonał, co tam się dzieje. Otóż na powalonym, próchniejącym drzewie, siedziała gromada dzieciaków z plebanii i darła się wniebogłosy, wołając o pomoc i ratunek z rąk kogoś, kto je rzekomo mordował. Wyobrażasz to sobie? Tłumaczyły, że to tylko takie żarty, bo bawią się w Indian, którzy zastawili zasadzkę na traperów. Gdy Warren wrócił do domu, znalazł na werandzie swoją matkę niedającą znaku życia, bez przytomności.

– Oj, tam zaraz „bez przytomności”! – włączyła się do rozmowy Zuzanna, która akurat weszła do salonu. – Odkąd znam Amelię Mead, a znam ją długo, zawsze lubiła osuwać się „bez przytomności” i mdleć parę razy w tygodniu. I od zawsze skarży się na swoje „słabe” serce. Ma je takie od wczesnej młodości i, na moje oko, trzyma się całkiem nieźle jak na osobę ciężko chorą. Amelia lubi po prostu być w centrum zainteresowania, a czy jest lepszy sposób, by się w nim nieustannie znajdować, niż opowiadanie o swojej słabowitości?

– Zuzanna ma chyba rację – potwierdziła Ania. – Gilbert mówił, że na szczęście to nie był atak serca.

– Nie upieram się, że to był atak serca – machnęła ręką panna Kornelia. – Rzecz w tym, że o tej całej awanturze zrobiło się głośno, a musicie pamiętać, że wywołały ją dzieciaki naszego, prezbiteriańskiego pastora, podczas gdy Meadowie są metodystami. Bóg jeden wie, co z takich chowających się samopas łobuziaków wyrośnie. Wiesz, Aniu, ja często o nich myślę; czasami aż w nocy spać nie mogę. Przecież nimi się nikt nie zajmuje! No bo niby kto? Ojciec, który jak nie rozmyśla, to rozważa, a jak ani to, ani to, wtedy się modli? Przecież on, biedak, nawet nie wie, czy mamy jeszcze wiosnę, czy już lato – mówiła z pobłażliwym uśmiechem. – Ciotka Marta? Ona ledwo im tam coś upichci, a i to nie każdego dnia. O tym, żeby się nimi porządnie zajęła, mowy nie ma. Więc tak chodzą, gdzie im przyjdzie ochota albo gdzie je oczy poniosą. A że teraz nie ma szkoły, tylko im w to graj!

– Faktem jest, że bawić się potrafią wyśmienicie – przyznała Ania, uśmiechając się, bo przypomniała sobie, jak jej własne dzieci opowiadały jej o jednej z takich fantastycznych zabaw w Dolinie Tęczy. – A skądinąd wiem, że to dobre, uczciwe, porządne dzieciaki, które, uwaga!, nie kłamią. No i bardzo są wszystkie za sobą, wspierają się i pomagają sobie nawzajem.

– Masz rację, Aniu – zgodziła się z nią panna Kornelia. – W dodatku jak się je porówna do tych dwóch małych zołz, córek naszego poprzedniego pastora, to człowiek z wdzięcznością wznosi oczy do nieba. Ależ one nam tu nabruździły…!

– W dodatku miłe są i grzeczne – Zuzanna też uznała za stosowne pochwalić małych Meredithów. – Psocą czasami, jak wszystkie dzieciaki na świecie, ale przecież gdyby tego nie robiły, to by były aniołkami, a nie dzieciakami. Jedyne, co mi się u nich nie podoba, to te zabawy na cmentarzu. Kto to widział?! – pokręciła głową, naprawdę zgorszona. – Temu koniecznie trzeba położyć kres.

– Ale przecież one nie robią tam nic złego – wstawiła się za dziećmi Ania. – Nie szaleją tam przecież tak jak w lesie czy na łące. Żeby pani słyszała, panno Kornelio, jaki one robią harmider, gdy się wszystkie razem spotkają w Dolinie Tęczy! Najazd Hunów przy nich to jak szum wiatru. Nasze ochoczo je zresztą wspierają. Wczoraj, jak mi opowiadał Jim, urządzili tam jakąś wielką bitwę, a że nie mieli dział artyleryjskich, żeby do siebie „strzelać”, postanowili do siebie… krzyczeć. Im głośniejszy krzyk z jednej strony, tym większe spustoszenie z drugiej. Jim właśnie wkroczył w wiek, w którym każdy chłopiec marzy o wstąpieniu do armii.

– A uchowaj Boże! – panna Kornelia aż się przeżegnała. – Na szczęście nasz Jim nie będzie musiał przywdziewać munduru. Zawsze uważałam, że to posyłanie naszych chłopaków w jakieś obce miejsca, do Afryki na przykład, było całkiem niesłuszne. Dobrze, że to się skończyło i oby nigdy nie wróciło. Teraz ludzie są przecież mądrzejsi niż kiedyś. A wracając do tych małych Meredithów, to ja myślę, że nie byłoby tych wszystkich kłopotów, gdyby nasz pastor miał żonę.

– Ktoś mi mówił, że w zeszłym tygodniu widziano go koło domu Kirków – powiedziała Zuzanna, zniżając głos. – Dwa razy!

– Hmm… – mruknęła panna Kornelia z pewnym ociąganiem. – Osobiście uważam, że pastor powinien szukać sobie żony poza swoją parafią. Tak jest po prostu zdrowiej. No, ale tu mamy sytuację wyjątkową, a Elżbieta Kirk jest przemiłą osobą. Pastorowi niełatwo byłoby znaleźć kobietę, która zgodziłaby się poślubić go razem z tym całym przychówkiem. Nawet nasze „panny Górskie” miałyby opory. Tak, Elżbieta świetnie nadawałaby się na żonę naszego pastora, tylko że on musiałby najpierw dostrzec w niej kandydatkę na żonę. A to już nie jest takie oczywiste, bo nasz pastor, jak każdy rasowy mężczyzna, zwraca uwagę przede wszystkim na urodę, a Elżbieta specjalnie urodziwa przecież nie jest, prawda? Nie patrz tak na mnie, Aniu, wiem, co mówię. Jeśli chodzi o sprawy damsko-męskie, to nasz przewielebny wcale nie jest taki „nieprzytomny”, jak mogłoby się wydawać.

Zuzanna też postanowiła dorzucić swoje trzy grosze.

– Panna Kirk rzeczywiście jest miła bardzo – przyznała – ale jeśli ja miałabym mu wybierać żonę z tej rodziny, to doradziłabym Sarę, jej kuzynkę. Zdecydowanie bardziej by się nadawała.

– Zuzanno! – pannę Kornelię aż zatchnęło z oburzenia. – Sara Kirk należy do metodystów – powiedziała z takim gniewem, jakby bycie metodystką było gorsze od bycia kobietą barbarzyńskich Hunów.

– No i co z tego? – odparowała spokojnie Zuzanna. – Jak by go poślubiła, to by stała się prezbiterianką.

Ten argument nie trafił pannie Kornelii do przekonania.

– Kto się urodził jako metodysta, pozostanie metodystą do śmierci – orzekła kategorycznie. – Zapomnijcie o Sarze Kirk, a także o Emmeline Drew, choć oni wszyscy wielce by się ucieszyli, gdyby z tej mąki był chleb. Wpychają mu tę biedną Emmeline w ramiona, wcale się z tym nie kryjąc, ale im bardziej oni się starają, tym bardziej on jej nie chce.

– A ja uważam, że ta cała Emmeline Drew jest pomylona – stwierdziła nagle Zuzanna. – Zna pani takie kobiety, pani Aniu, na pewno. One w gorącą, lipcową noc napalą gościom w kominku, a rano są urażone brakiem wyrazów wdzięczności. Matka Emmeline na przykład nie najlepiej sobie radziła z domowymi obowiązkami. Pewnego dnia, jak mówią, szukała w kuchni przez cały ranek ściereczki; takiej kuchennej, do wycierania naczyń. I nic. Ściereczka przepadła. A następnego dnia, gdy rodzina zasiadła do kolacji i pokrojono gęś, okazało się, że smakowity farsz w jej wnętrzu stanowiła owa zagubiona ściereczka. Myśli pani, że kobieta, która faszeruje niedzielną gęś ścierką do naczyń, powinna być teściową pastora?! Moim zdaniem, to absolutnie niewskazane. Wręcz zabronione! No, ale dość tych plotek. Borę się do roboty. Muszę ponaszywać łaty na spodniach Jima. Strach pomyśleć, co oni tam wyczyniali, że jego spodnie są dosłownie w strzępach!

– A gdzie jest Walter? – Ania przypomniała sobie nagle o młodszym synu.

– Gdzie by nie był, robi coś absolutnie nieużytecznego – wyjaśniła Zuzanna spokojnie. – Teraz jest u siebie, na poddaszu, i coś tam sobie pisze w takim małym notesiku. Znaczy: traci czas. A mógłby się matematyki pouczyć, bo się w tym semestrze jakoś opuścił. I nawet wiem, dlaczego. Bo siedzi i gryzmoli te swoje wierszydełka, zamiast porozwiązywać zadania. Trzeba z tym coś zrobić, pani Aniu, bo jeszcze, nie daj Boże, wyrośnie nam tu w domu prawdziwy poeta.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?