Dolina tęczyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5. Nadchodzi Mary Vance

Są takie dni, kiedy człowiekowi się wydaje, że wszystko jest możliwe! – Faith była w doskonałym humorze i z radości podskakiwała na lekko zmurszałej płycie grobu Ezechiasza Pollocka. Zauważyły to, niestety, dwie starsze kobiety, przechodzące obok cmentarza, i popatrzyły na siebie ze zgrozą, a następnie raz jeszcze obrzuciły zgorszonym spojrzeniem stojącą na nagrobku dziewczynkę, która wspięła się na palce i wyciągnęła do nieba nagie ramiona.

– Widziała to pani?! – starsza pani nie mogła oderwać niedowierzającego wzroku od tańczącej na nagrobku Faith. – Przecież to jest córka naszego pastora! – jęknęła.

– A czego się pani spodziewała po dzieciach, którym zabrakło matki? – odpowiedziała jej towarzyszka takim tonem, jakby los młodych Meredithów był przesądzony.

Była sobota i dzieciaki z plebanii wyrwały się z domu w cudownym poczuciu swobody, jaką doceniają tylko ci, którzy cały tydzień spędzili w szkole. A latorośle pastora, poza obowiązkami szkolnymi, żadnych innych nie miały; nic dziwnego, że w takie poranki jak ten czuły się absolutnie i totalnie wolne. Podczas gdy Nan i Di w sobotę rano musiały się włączyć w różne domowe prace, panny Meredith cieszyły się słońcem i błogim nicnierobieniem. Faith była z tego niezmiernie rada, ale wrażliwa Una czuła, że coś jest nie tak: to prawda, miały dużo wolnego czasu, ale inne dziewczynki, w przeciwieństwie do nich, zdobywały w tym czasie różne użyteczne umiejętności: potrafiły gotować, szyć i dziergać na drutach. Una wiedziała, że nie potrafi nic.

Jerry wpadł na pomysł, żeby wybrać się na daleki spacer, więc ruszyli w stronę lasu, zgarnąwszy po drodze Karola, który zaległ w mokrej trawie, pochłonięty obserwacją wielkiego mrowiska.

Po paru kwadransach wyszli wreszcie z lasu i znaleźli się na łące pana Taylora. Wyglądała przepięknie, bo cała była pokryta mleczami, które właśnie przeobrażały się w dmuchawce. Na jej odległym krańcu stała, a właściwie chyliła się ku upadkowi stara stodoła, w której pan Taylor przechowywał zwykle trochę siana na wszelki wypadek. Dzieci, zmęczone marszem, ruszyły w tamtą stronę, by sobie chwilę odpocząć. Zdążyły właśnie rozsiąść się i rozłożyć na gołej, ubitej ziemi, która stanowiła podłogę w szopie, gdy Unie wydało się, że coś słyszy.

– Co to? Słyszeliście? – szepnęła, podnosząc palec do góry.

Nadstawili uszu. Szmer, niewyraźny i przytłumiony, dochodził z góry, gdzie pan Taylor trzymał swoje zapasowe siano. Dzieci spojrzały na siebie, lekko przestraszone.

– Ktoś tam jest… – szepnęła Faith, patrząc niepewnie na dziurawy dach stodoły.

– Wejdę tam i sprawdzę – Jerry odważnie podniósł się z ziemi.

– Nie, nie! Nigdzie nie chodź! – Una kurczowo złapała go za ramię.

– Daj spokój! Trzeba zobaczyć, co tam jest.

– To najlepiej idźmy wszyscy – rozstrzygnęła Faith.

Zaczęli po kolei, jedno za drugim, wspinać się po rozchwierutanej drabinie: najpierw Jerry, a zaraz za nim Faith, śmiało i zadziornie, potem Una, na wpół przytomna ze strachu, a na końcu Karol, liczący, że na tym starym strychu na pewno mieszka jakieś interesujące stworzenie, na przykład nietoperz. Ach, zobaczyć takiego w blasku słońca, obejrzeć go sobie dokładnie… To by dopiero było coś!

Gdy tylko znaleźli się na górze, od razu zrozumieli, skąd wydobywały się te dziwne odgłosy. Zamarli ze zdumienia. Na stryszku zapanowała niczym niezmącona cisza.

Na rozgrzebanym sianie leżała, zwinięta w kłębek, dziewczynka. Nadejście niespodziewanych gości musiało ją nie tylko obudzić, ale i przestraszyć, bo zerwała się na równe nogi, choć z trudem udawało jej się utrzymać równowagę. Teraz, gdy stanęła w świetle słońca, wlewającego się na stryszek przez niewyobrażalnie zakurzone okna, widać było, jaka jest blada i mizerna. Proste włosy w kolorze słomy miała splecione w dwa solidne warkocze, a spod nieco przydługiej grzywki spoglądały na nich zaczepnie i niepewnie zarazem oczy w kolorze nieba, ale to niebo musiało być spłukiwane przez padające od miesiąca bez przerwy deszcze, tak niewiele zostało w nim niebieskości. Te oczy nieznajomej dziewczynki wydały się im dziwne, jakby przezroczyste… Gdy tak stała przed nimi na bosaka, w znoszonej, zszarzałej i zdecydowanie za ciasnej na nią sukience, chuda tą chudością dziecka niedożywionego i zaniedbanego, trudno było orzec, ile może mieć lat, ale sądząc po jej wzroście, nie miała więcej niż dwanaście.

– Coś ty za jedna? – To Jerry zadał pytanie, które im wszystkim cisnęło się na usta.

Dziewczynka rozejrzała się dookoła w popłochu, jakby szukała drogi ucieczki, ale najwyraźniej uznała, że znalazła się pułapce, bo zrezygnowanym tonem, niechętnie szepnęła:

– Nazywam się Mary Vance.

– Skąd się tu wzięłaś? – dopytywał dalej Jerry.

Ale Mary, zamiast zaspokoić jego ciekawość, nagle osunęła się na siano i rozpłakała się żałośnie. Musiała wzbudzić współczucie Faith, bo ta od razu kucnęła obok niej i otoczyła ją ramionami. Czuła, jak chude ciało nieznajomej dziewczynki drży w jej objęciach.

– Zostaw ją w spokoju! – ofuknęła brata i przytuliła ją do siebie. – Nie płacz! Lepiej nam opowiedz, co ci się stało. Nie musisz się nas bać.

– Ja… nie… Mnie się tylko tak okropnie chce jeść – wykrztusiła wreszcie dziewczynka. – Nic nie jadłam od czwartku. Nic, tylko wodę ze strumienia piłam…

Dzieci popatrzyły na siebie z niedowierzaniem. Od czwartku?! Pierwsza otrząsnęła się z tego zdumienia i zgrozy Faith.

– Wobec tego idziemy! – zakomenderowała. – Najpierw pójdziemy do domu i tam coś zjesz. A potem nam opowiesz całą resztę.

Ale Mary, zamiast wstać, tylko ciaśniej objęła ramionami kolana.

– Nie… nie… Ja nigdzie nie pójdę – oznajmiła drżącym głosem. – Zaraz byłaby afera. Waszej mamie i tacie na pewno by się to nie spodobało. Zaraz by mnie wysłali z powrotem… tam…

– Przestań! – obruszyła się Faith. – My… nie mamy już mamy, a nasz tata na pewno nie zwróci na ciebie uwagi, bo on rzadko coś zauważa. Zresztą ciocia Marta też nie jest specjalnie spostrzegawcza. Słyszałaś, co powiedziałam? Wstawaj! Idziemy! – Przecież nie mogli dopuścić, żeby ten chudy dzieciak umarł z głodu niemal na progu ich domu.

Mary skapitulowała. Była tak wyczerpana wielodniowym niejedzeniem, że miała kłopot z zejściem po drabinie ze stryszku, ale podtrzymywana przez Faith jakoś dała radę. Przez pastwisko cała piątka dotarła do domu, a tam od razu skierowali się do kuchni. Ciocia Marta, zajęta przygotowywaniem obiadu, nie zwróciła w ogóle uwagi, że dzieciaków jest trochę więcej niż zwykle. Una i Faith przyniosły ze spiżarni wszystko, co wydało się im jako tako jadalne: jakieś smętne resztki „tego-i-owego”, parę kromek chleba, trochę masła, kubek mleka i coś, co w zamiarze ciotki miało być ciastem, ale niespecjalnie je przypominało. Mary Vance była jednak tak głodna, że brak umiejętności kulinarnych ciotki zupełnie jej nie przeszkadzał: wprost rzuciła się na jedzenie i pochłaniała je z wilczym apetytem. Reszta dzieci obserwowała ją w nabożnym zdumieniu, a każde zwróciło uwagę na coś innego. Jerry dostrzegł, że Mary ma ładnie wykrojone usta i zadziwiająco białe, proste zęby, za to Faith stwierdziła, że sukienka dziewczynki, brudna i postrzępiona, była całym jej przyodziewkiem. Unie serce się ściskało ze współczucia, a Karol wyglądał, jakby go ta sytuacja trochę śmieszyła. Wszyscy z zainteresowaniem przyglądali się, jak Mary je. Pierwszy raz w życiu widzieli kogoś aż tak głodnego.

Gdy Mary w końcu się najadła, Faith zadecydowała, że pójdą wszyscy na cmentarz i tam Mary im o sobie opowie. Na miejscu odstąpili jej najwygodniejsze miejsce na nagrobku pana Pollocka, a sami usiedli na sąsiednim. Atmosfera była podniosła; wszyscy czuli, że to ważna chwila.

– Ale nikomu nie wygadacie tego, co wam powiem? – zaniepokoiła się Mary. – Waszemu ojcu albo innym?

– Nie powiemy. Nikomu! – obiecały dzieci.

– Na pewno? Słowo? – Mary najwyraźniej nie ufała ludziom zanadto.

– Jasne. Słowo! Słowo honoru! Nie jesteśmy paplami!

– Niech będzie. Przekonamy się. No to tak… Mieszkałam tam – wskazała ręką na zatokę. – Po drugiej stronie. U pani Wiley. Wiecie, kto to?

– Nie wiemy – zaprzeczyły.

– No, to macie szczęście! Okropna baba! Boże, jak ja jej nienawidzę! Goniła mnie do pracy od świtu do nocy, a do jedzenia dawała jakieś resztki, że ledwie miałam siłę rano zwlec się z łóżka. I za byle co biła mnie, gdzie popadnie. Zobaczcie… – odsłoniła ramię, podwijając wystrzępiony rękaw sukienki.

Dzieci zobaczyły chudą rękę, poznaczoną siniakami we wszystkich kolorach tęczy. Dłoń Mary nie wyglądała jak dłoń dziecka; była spuchnięta od ciężkiej pracy, a zgrubiała skóra była szorstka i zaczerwieniona.

Na ten widok dzieci wzdrygnęły się, a Unie zachciało się płakać. Faith zacisnęła zęby, zagniewana.

– W środę znowu mnie zlała – opowiadała Mary głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji. – Bo się mleko wylało. Krowa potrąciła wiadro i… masz! Przecież nie wiedziałam, że to zrobi, prawda? Stara niedołęga! Niech ją diabli! – mówiła obojętnie, jakby opowiadała o pogodzie. – No i dostałam wciry.

Dzieci patrzyły na nią zafascynowane. Współczuły jej, oczywiście; wciry to nie była miła rzecz, choć jako że same nigdy nie były bite, nie za bardzo zdawały sobie sprawę, co to dokładnie oznacza. Ale język, jakim Mary, opisywała swój los, wydał im się ekscytujący: taki dorosły, mocny, zupełnie niedziecięcy. One nigdy nie używały takich twardych słów, choć oczywiście znały ich znaczenie.

Tak, Mary Vance była kimś niezwykłym.

– Skoro uciekłaś od niej z tego powodu, to miałaś rację – stwierdziła Faith z niezachwianą pewnością.

 

– Myślisz, że uciekłam, bo mnie zbiła? Nie, ja się do bicia przyzwyczaiłam. Lanie to dla mnie żadna niespodzianka. Wzięłam nogi za pas, bo przypadkiem usłyszałam, że ona, znaczy pani Wiley, zamierza wydzierżawić komuś swoją farmę, a sama zamieszkać na ten czas w Lowbridge. Oczywiście, beze mnie; ja miałam trafić do domu jej krewnej, która mieszka przy tej drodze, która prowadzi do Charlottetown. Ja ją znam. To prawdziwa wiedźma, jeszcze gorsza niż pani Wiley. Wiem, co mówię, bo pamiętam, jak mnie jej „wypożyczyła” do pracy w zeszłym roku. Najkoszmarniejszy miesiąc w moim życiu! Już lepiej byłoby iść do diabła!

Słuchali, zafascynowani jej słownictwem. Tylko Una wyglądała na zakłopotaną.

– No i postanowiłam, że dość tego – kontynuowała Mary. – Nie jestem rzeczą, żeby mnie komuś „pożyczać”. Miałam trochę zaoszczędzonych pieniędzy; niedużo, ale zawsze. Pani Wiley o nich nie wiedziała, bo zarobiłam je, gdy wiosną wyjechała na trochę, a mnie pan Crawford poprosił o pomoc przy sadzeniu ziemniaków. Postanowiłam, że ucieknę tutaj, do Glen, kupię sobie bilet na pociąg i pojadę do Charlottetown. To duże miasto, więc znajdę sobie tam jakąś pracę. Bo ja się żadnej pracy nie boję, mogę robić absolutnie wszystko i naprawdę nie jestem leniwa. No i wstałam w czwartek bardzo rano, jeszcze przed panią Wiley, i poszłam pieszo do Glen. Ale jak już dotarłam do stacji, to okazało się, że zgubiłam pieniądze. Pojęcia nie mam, gdzie. Ale wiedziałam, że jak wrócę do pani Wiley, to ona spuści mi taki łomot, że przez miesiąc nie usiądę na tyłku. No to schowałam się tam, w tej szopie, na sianie, i zasnęłam.

– I co będzie dalej? – zapytał przytomnie Jerry.

– Czy ja wiem? Wychodzi na to, że jednak muszę wrócić do tej jędzy. Trudno. Dobre i to, że już nie jestem taka strasznie głodna, więc mogę sobie spokojnie pomyśleć, co zrobić – dziewczynka mówiła to, uśmiechając się zawadiacko, ale wzrok miała spłoszony.

Una przesiadła się ze swojego nagrobka na nagrobek pana Pollocka i objęła Mary mocno obiema rękami.

– Po co masz tam wracać? Zostań tutaj, z nami.

– Coś ty! – obruszyła się Mary. – Zaraz mnie tu znajdzie i za włosy zawlecze do domu. Na pewno już mnie szuka. Ale jeśli się zgodzicie, wy i wasz tata, to może mogłabym tu posiedzieć, dopóki ona mnie nie wykryje, co? Głupia byłam, myśląc, że uda mi się od niej zwiać. Ona jest przebiegła jak stary lis i nie odda niczego, co do niej należy. Tylko że ja już naprawdę byłam u kresu sił… – pociągnęła nosem, zła na siebie, że tak się rozkleja przy innych ludziach. – Ona nawet swoje psy traktuje lepiej niż mnie. I tak od czterech lat.

– Cztery lata już u niej jesteś? – zdumiała się Faith.

– No. Miałam osiem lat, jak mnie zabrała z sierocińca w Hopetown.

– W Hopetown? To tam też była kiedyś pani Blythe!

– No, proszę! A ja mieszkałam tam przez dwa lata. Trafiłam tam, jak moi rodzice zabili się… to znaczy… umarli.

Dzieci miały oczy jak spodki.

– Jak to zabili się? Sami?

– Pewnie, że sami. Zapili się na śmierć – krótko wyjaśniła Mary.

– I co? Nie mieliście żadnej innej rodziny?

– Pewnie mieliśmy, ale ja nic o niej nie wiem. Słyszałam tylko, że mój dziadek był okropnie bogaty, pewnie więcej niż wasz dziadek. Tylko co z tego, skoro mój ojciec wszystko utopił w wódce. A mama mu w tym piciu towarzyszyła od rana do nocy. A jak byli pijani, to bili mnie, gdzie popadło. Tak sobie myślę, że jakby mnie teraz ludzie przestali bić, to by mi czegoś brakowało. Tak się przyzwyczaiłam. – Powiedziała to tak zwyczajnie, jakby mówiła o oddychaniu, ale zaraz energicznie pokręciła głową. Pomyślała, że dzieci z plebanii pewnie się litują nad jej losem, a tego nie lubiła. Wolała podziw od współczucia. Niech sobie nie myślą! Ona, Mary Vance, jest silna! Da sobie radę z życiem!

Znowu uśmiechnęła się zawadiacko; smutne myśli uleciały gdzieś, rozproszone przypływem animuszu.

– Bardzo dużo chorób miałam – postanowiła im zaimponować. – Inna dziewczynka na moim miejscu już by pewnie umarła, a ja wytrzymałam! Byłam chora na ospę i na szkarlatynę, a potem na różyczkę. I jeszcze złapałam świnkę i koklusz. A jak już byłam całkiem duża, to miałam zapalenie płuc.

– A to były takie choroby, że byłaś bliska śmierci? – zainteresowała się Una.

– Nie wiem… to znaczy… nie jestem pewna…

– No chyba, że nie była. Jakby była, to by umarła i nie byłoby jej tu – orzekł kpiącym tonem Jerry.

– To prawda, nie umarłam – prychnęła Mary. – Ale raz było tak, że już prawie byłam nieżywa. I wszyscy pomyśleli, że umarłam, i chcieli mnie pogrzebać, tylko ja, na szczęście, wróciłam do przytomności.

– No i co? Jak to jest? Jak się czujesz, jak prawie nie żyjesz? – dopytywał Jerry.

– Nie mam pojęcia – przyznała Mary szczerze. – Nic potem nie pamiętałam. Po tym zapaleniu płuc, bo wtedy omal nie umarłam, a pani Wiley nie zadzwoniła po lekarza. „Jeszcze czego! – powiedziała – dla zwykłej posługaczki będę płaciła za doktora!”. Gdyby nie ciotka McAlister, która mi robiła zimne okłady, to bym wtedy wyzionęła ducha. Może to i szkoda, że wtedy tylko trochę umarłam, bo już bym miała za sobą te swoje męczarnie. Miałabym wszystko w nosie i święty spokój. Byłoby mi dobrze.

– Byłoby – zgodziła się Faith. – Jeśli byś trafiła do nieba.

– A gdzie indziej można trafić po śmierci? – zdumiała się Mary.

– No, wiesz… Można też wylądować w piekle. – Una powiedziała to szeptem, by ta straszna wieść, oznajmiona głośno, nie przeraziła Mary.

– A co to jest piekło? – szczerze zdziwiła się Mary.

– To siedziba diabła. No, przecież wiesz, kto to jest diabeł. Sama o nim niedawno mówiłaś.

– Owszem, mówiłam – przyznała z godnością Mary. – Bo tak się mówi: idź do diabła! Nie wiedziałam, że trzeba wtedy iść tam, gdzie on mieszka. W ogóle pierwszy raz słyszę, żeby on miał jakieś mieszkanie. Pan Wiley, gdy jeszcze żył, to często krzyczał na nas, żebyśmy się wynosili do diabła albo do jakiegoś Piekła. Myślałam, że to jakieś miasto w Nowym Brunszwiku, bo on się tam urodził.

– O, piekło to nie jest urocze miasteczko w Nowym Brunszwiku – rozwiała jej wątpliwości Faith. – Piekło to miejsce jak z koszmaru, straszne i wstrętne. – Mówiła to drżącym z emocji, ale i dziwnego podekscytowania głosem. Straszne miejsca zawsze wydają się intrygujące. – Trafiają tam wszyscy źli, grzeszni ludzie. I za karę po wieczne czasy smażą się tam w ogniu piekielnym.

Mary popatrzyła na nią z powątpiewaniem.

– Kto wam naopowiadał takich rzeczy?

– W Biblii tak napisano. I jeszcze mówił o tym pan Crothers, gdy chodziliśmy do szkoły niedzielnej w Majowych Wodach. On był już bardzo stary i mądry; wszyscy go szanowali, bo on znał się na tym, o czym mówił. No, ale nie martw się tym piekłem, bo tam idzie się tylko wtedy, gdy człowiek jest okropnie złym człowiekiem. Jak jest dobry, to idzie do nieba – rzekła Faith pocieszającym tonem.

– Nie chciałabym smażyć się w ogniu – Mary wstrząsnął dreszcz odrazy. – To musi być straszne być w takim gorącu; pamiętam, jak kiedyś dotknęłam niechcący takiego rozgrzanego aż czerwonego pogrzebacza. Chyba do tej pory byłam złym człowiekiem, ale postaram się poprawić. Co robi dobry człowiek?

– Chodzi do kościoła – zaczęła z powagą wyliczać Una. – A jak jest dzieckiem, to także do szkoły niedzielnej. I musi się modlić, codziennie. Czytać Biblię powinien… Aha, i jeszcze powinien wysyłać pieniądze na misje w biednych krajach.

– Okropnie to brzmi – skrzywiła się Mary. – Taki spis nakazów. Co jeszcze musi ten biedny, dobry człowiek?

– Musi poprosić Pana Boga, żeby mu wybaczył wszystkie złe postępki, wszystkie grzechy, które popełnił.

– Ale ja… no, ja… nie pamiętam żadnych złych postępków… – plątała się, zmieszana Mary. – Żadnych tych tam… grzeszności

– Grzechów, nie grzeszności – poprawiła ją spokojnie Una. – Mary, musisz mieć na sumieniu jakieś grzechy. Wszyscy je mamy. Pomyśl tylko: nigdy nikogo nie okłamałaś?

– Ciągle – odparła beztrosko Mary. – Ja ciągle kłamię.

– No, widzisz. A to bardzo wielki grzech – uświadomiła ją z powagą Una.

– Co ty opowiadasz?! – zdenerwowała się Mary. – Że niby co? Pójdę do piekła, bo kogoś okłamałam? Niby dlaczego? Przecież gdybym nie kłamała, pani Wiley już dawno urwałaby mi głowę. Kłamstwo to jest dobra rzecz, bo czasami może nawet uratować człowieka od śmierci. Tyle wam powiem – oznajmiła Mary i wydęła lekceważąco usta.

Una poczuła, jak przechodzi ją zimny dreszcz. Sama myśl o tym, że ktoś mógłby ją uderzyć, o urwaniu głowy nie mówiąc, wydała jej się straszna. Jak miałaby się przed tym ustrzec dziewczynka taka jak ona i Mary? Dodała otuchy nowej koleżance, uścisnąwszy szorstką od ciężkiej pracy dłoń dziewczynki.

Faith nie lubiła długo skupiać się na sprawach, na które i tak nie miała wpływu.

– Nie miałaś jakiejś innej sukienki? – zapytała, wskazując na mocno wytarty przyodziewek Mary.

– Miałam, ale nie chciałam nic zabierać z domu pani Wiley – odpowiedziała dziewczynka, oblewając się rumieńcem. – Wszystkie ubrania ona mi kupowała, a ja nie chcę mieć wobec niej żadnych długów. Jestem biedna, ale uczciwa. Nie chciałam niczego zabierać z cudzego domu. Kiedyś sama sobie kupię piękną sukienkę, taką niebieską, atłasową… Zresztą – popatrzyła na dzieci krytycznie – wy też nie wyglądacie szczególnie elegancko. A mnie się zawsze wydawało, że kto jak kto, ale dzieciaki z plebanii chodzą porządnie ubrane.

Nie ulegało wątpliwości, że Mary była wygadana i nie dawała sobie w kaszę dmuchać. Poza tym była trochę przewrażliwiona na swoim punkcie i nie lubiła, gdy ktoś ją krytykował. Mimo to mali Meredithowie ulegli jej swoistej charyzmie.

Po południu zaprowadziły Mary do Doliny Tęczy i spotkanym tam dzieciom ze Złotego Brzegu powiedziały, że to ich koleżanka, która mieszka po drugiej stronie zatoki i przyjechała je odwiedzić. Mary została przyjęta bez zastrzeżeń i pytań; trzeba zresztą przyznać, że bardzo się pilnowała i starała się dbać o swoje maniery.

Gdy zjedli obiad – podczas którego ani mamrocząca coś pod nosem ciocia Marta, ani zajęty obmyślaniem nowego kazania ojciec nie zwrócili uwagi na gościa przy stole – Faith zmusiła Mary, by przebrała się w jedną z jej sukienek. Przyniosła jej też czystą bieliznę. W nowej sukience, umyta porządnie i uczesana, Mary wyglądała dużo lepiej. Dobrze się z nią rozmawiało, a poza tym pokazała dzieciom kilka nowych zabaw, których one dotąd nie znały. Tylko w jej języku wciąż przewijały się dziwaczne i niezbyt kulturalne wyrażenia; Nan i Di słuchały tego z lekkim zaniepokojeniem, pewne, że mamie by się one na pewno nie spodobały, a Zuzannę mocno zdenerwowały. Nie skomentowały tego jednak w żaden sposób, no bo skoro Mary przyjechała w gości do rodziny pastora, to wszystko musiało być w porządku.

Wieczorem niespodziewanie pojawił się nowy problem: nie wiadomo było, gdzie Mary ma spać.

Faith popatrzyła na Unę i zmarszczyła czoło.

– Gdzie my ją położymy? Przecież nie w gościnnym pokoju.

Mary od razy domyśliła się, o co może chodzić.

– Mam czyste włosy – oznajmiła z urazą w głosie. – Nie mam wszy.

Faith zaprotestowała gorąco.

– Nie o to mi chodzi. Nasz pokój gościnny nie wygląda dobrze. W materacu mysz się zadomowiła i założyła tam gniazdo. Dowiedzieliśmy się o tym w zeszłym tygodniu, gdy do taty przyjechał pastor Fisher z Charlottetown i został u nas na noc. To on natknął się na małe myszki w łóżku. Tata oddał mu swój pokój i swoje łóżko, a sam przespał się w gabinecie, na sofie. Ciocia Marta nie ma czasu, żeby zająć się tym materacem, więc nikt tam na razie nie może nocować, bez względu na to, czy ma czystą, czy brudną głowę. A w naszym łóżku na pewno się we trzy nie zmieścimy, bo ono jest bardzo wąskie.

Na Mary ten problem zdawał się nie robić specjalnego wrażenia.

– Nie przejmujcie się. Mogę się przespać w tej starej szopie, w której się spotkaliśmy po raz pierwszy – oznajmiła spokojnie. – Tylko dajcie mi coś do przykrycia, bo wtedy w nocy okropnie zmarzłam. Ale ja jestem przyzwyczajona do ciężkich warunków, więc dam radę.

– No co ty opowiadasz! – obruszyła się Una. – W szopie?! Słuchaj, Faith – zwróciła się do siostry – na poddaszu jest takie stare, składane łóżko, prawda? Po tym poprzednim pastorze. Jakbyśmy wzięły pościel z tego pokoju na dole i posłały Mary na poddaszu, to by się chyba nic nie stało, co? Mogłoby tak być, Mary? – znowu odwróciła się do gościa. – Przespałabyś się na poddaszu? Nie bałabyś się? Nasz pokój jest tuż pod nim.

Mary wzruszyła ramionami.

– Dajcie spokój, ja mogę się położyć wszędzie. Wszędzie zasnę. Nigdy nie miałam swojego łóżka ani swojego pokoju. W domu u pani Wiley miałam tylko taki stary siennik, który leżał na podłodze na strychu nad kuchnią. Dach był dziurawy jak sito, więc ciągle mi coś kapało na głowę, jak nie deszcz, to śnieg. No! Tak że nie przejmujcie się specjalnie, gdzie się prześpię. Wszędzie będzie dobrze.

 

Poddasze w budynku plebanii nie było szczególnie przytulnym pomieszczeniem, ale w jego rogu wygospodarowano coś w rodzaju malutkiego pokoiku, oddzielonego cienkim przepierzeniem. Tam dziewczynki rozstawiły składane łóżko i ułożyły kołdrę i poduszkę, obleczone w wyjątkowo piękną pościel, którą znalazły w komodzie w pokoju gościnnym. Ta pościel, uszyta jeszcze przez ich zmarłą mamę, ozdobiona delikatną, ręcznie wydzierganą koronką, całkiem dobrze zniosła nieumiejętne pranie przez ciocię Martę i wyglądała naprawdę wytwornie.

Ułożywszy Mary w łóżku, dziewczynki powiedziały jej „dobranoc” i zeszły do siebie. W całym domu zapadła cisza.

Una prawie już spała, gdy nagle zdało jej się, że słyszy jakieś dziwne dźwięki, dochodzące z poddasza. Usiadła na łóżku i wytężyła słuch.

– Faith! – szepnęła. – Śpisz? Mary chyba tam na górze płacze.

Ale Faith zdążyła już zasnąć. Nie było rady; Una zsunęła się z łóżka i pomaszerowała na poddasze. Starała się iść na palcach, ale deski podłogi były stare i skrzypiały niemiłosiernie. Kiedy więc dotarła do pokoiku w samym rogu poddasza, panowała tam już absolutna cisza. Wpadające przez małe okienko w dachu światło księżyca wydobywało z ciemności fragment łóżka i leżącą na nim drobną, skuloną postać.

– Mary? – szepnęła Una.

Odpowiedziała jej cisza.

Una pociągnęła za róg kołdry.

– Nie udawaj, że śpisz. Przecież słyszałam twój płacz. Boisz się tu spać sama?

Mary otworzyła oczy i popatrzyła na Unę przeciągle, ale nie odezwała się ani słowem.

– Położę się koło ciebie. Przesuń się trochę. Zimno mi, jak tak tu stoję na bosaka.

Mary odsunęła się trochę i Una wsunęła się pod kołdrę.

– Wiem, to był głupi pomysł, żeby zostawić cię tu samą

Mary chlipnęła cicho.

– Nie, to nie to… Nie o to chodzi, że jestem tu sama…

– A o co? Dlaczego płakałaś?

– A bo tak przypomniałam sobie to wszystko, co się wydarzyło, i zrobiło mi się siebie samej żal. Że każą mi wrócić do pani Wiley, a ona jak amen w pacierzu spuści mi lanie za tę ucieczkę. I że ja na pewno, jak umrę, to trafię do piekła, bo tyle w życiu nakłamałam… No i z tego wszystkiego zachciało mi się płakać.

Una poczuła się okropnie zagubiona. Nie wiedziała, jak ma pocieszyć koleżankę.

– Wiesz co, Mary? – zaczęła ostrożnie. – Myślę, że Pan Bóg nie jest taki, żeby karać ludzi, którzy nie wiedzą, że postępują źle. A ty przecież nie wiedziałaś, że kłamstwo to grzech, prawda? Pan Bóg jest przecież dobry. I łagodny. Tylko musisz pamiętać, żeby już więcej nie kłamać.

Ale nie udało jej się uspokoić Mary, która płakała coraz żałośniej.

– Naprawdę myślisz, że to wystarczy? Żebym nie kłamała? Nie masz pojęcia, jak wygląda prawdziwe życie. Masz swoją rodzinę, tatę, który cię kocha, choć ciągle jest trochę nieprzytomny, ale z całą pewnością nikt cię nie bije. Nigdy nie jesteś głodna, choć ta wasza ciotka nie powinna wcale brać się za gotowanie, bo nie potrafi. A ty wiesz, że ja jeszcze nigdy w życiu nie zjadłam tyle, ile tu u was? Zawsze… zawsze byłam głodna. I zawsze ktoś mnie popychał, szturchał, bił… no, może z wyjątkiem tych dwóch lat, kiedy byłam w sierocińcu. Myślę nawet, że tam mi było całkiem w porządku, bo siostra przełożona, choć wiecznie była ze wszystkiego niezadowolona, nie biła nas. Można powiedzieć, że w porównaniu z panią Wiley to ona była niemal aniołem. No, właśnie… pani Wiley. To mi przypomina, że będę musiała do niej wrócić, i czuję, jak mróz przenika moje kości ze strachu.

– Poczekaj… – Una nie bardzo wiedziała, co ma powiedzieć. – Może tak się stanie, że nie będziesz musiała… Spróbujemy coś wymyślić. Jak chcesz, możemy się o to razem pomodlić. Umiesz się modlić, prawda?

Mary bez szczególnego zapału pokiwała głową.

– Tak, umiem wyklepać taki jeden wierszyk… To chyba się nazywa modlitwa. Tylko nigdy nie pomyślałam, że Boga można o coś poprosić. O mnie się nigdy nikt nie troszczył, to niby dlaczego On miałby to robić? No, ale ciebie pewnie posłucha, bo jak córka pastora prosi… – zakpiła gorzko.

– Nie masz racji – zaprotestowała Una. – Pan Bóg o wszystkich troszczy się tak samo. Nie patrzy, kto jest czyim synem albo córką. Musisz go tylko właściwie poprosić. Ja ci pomogę.

– Niech będzie – Mary nieznacznie wzruszyła ramionami pod kołdrą. – Pomóc pewnie nie pomoże, ale szkody też nie wyrządzi. Ty nie znasz pani Wiley, bo gdybyś ją znała, to byś wiedziała, że Pan Bóg też będzie wolał trzymać się od niej z daleka. No, dobrze. Nie będę się więcej mazać. Przecież tutaj, w tym łóżku, i tak jest mi sto razy lepiej niż tam, w tej szopie na łące, razem z myszami. Widzisz to światełko, tam daleko? To latarnia w Czterech Wiatrach. Ładnie świeci, prawda?

– Ładnie – przytaknęła Una. – A wiesz, że tylko stąd, przez to okienko, ją widać?

– Serio? Ja też lubię ją oglądać, bo ze strychu Wileyów także widać to światło. Często na nie patrzę, zwłaszcza jak dostanę baty. Mniej mnie wtedy tyłek boli. Bo sobie myślę wtedy, że jestem żeglarzem, mam piękny statek, na który wsiadam i odpływam gdzieś daleko, na drugi koniec morza. Dlatego zimą, gdy latarnia nie świeci, jest mi zawsze smutno. – Zamilkła na chwilę, a potem zapytała innym tonem: – Po co to robicie? Dlaczego tak się o mnie troszczycie? Przecież ja jestem dla was kimś obcym.

– Troszczymy się o ciebie, bo tak trzeba. Tak postępują dobrzy ludzie. W Biblii tak jest napisane.

– W Biblii? – zdziwiła się Mary. – Tyle ludzi czyta Biblię, ale chyba niewielu z nich bierze sobie do serca to, co tam napisano. Ja w każdym razie nie mogę sobie przypomnieć nikogo, kto by się przejmował moim losem. Ach, popatrz tylko na tę ścianę, Uno. Widzisz te cienie? Jakby ptaki tam różne wirowały… Coś ci powiem – Mary znowu zmieniła temat. – Lubię was wszystkich: ciebie, twoją siostrę i braci, i te dzieci z Doliny Tęczy, chłopców i Di… Tylko Nan nie lubię. Ona bardzo zadziera nosa.

– Nie! – zawołała Una, poruszona tym zarzutem. – Nan wcale nie zadziera nosa! Ani trochę.

– Owszem, zadziera. Na wszystkich patrzy z góry, a jak ktoś tak spogląda z wyższością, to musi być zarozumiały. Ja w każdym razie jej nie lubię i kropka.

– To szkoda, bo my ją lubimy. Wszyscy.

– Widzę – Mary wyraźnie była zazdrosna o tę sympatię, zwłaszcza ze strony Uny. – Na pewno wolisz ją ode mnie.

Una poczuła się zakłopotana.

– Sama chyba rozumiesz… – wyjąkała. – Nan znam od jakiegoś już czasu, a ciebie poznałam dopiero dziś rano.

– Czyli sama przyznajesz, że wolisz ją ode mnie – stwierdziła Mary gniewnie. – Wspaniale! To ją sobie możesz lubić, ile chcesz! Nie zależy mi na tym! Wcale was nie potrzebuję! – ni stąd, ni zowąd odwróciła się do Uny tyłem.

Una pogłaskała ostrożnie nieruchome ramię Mary.

– Co ty za głupstwa opowiadasz! – powiedziała miękko. – Przecież ja cię lubię. Nie wiem, dlaczego na mnie krzyczysz.

Mary milczała złowrogo. Teraz Una zaczęła płakać. Z bezradności. Mary natychmiast odwróciła się w jej stronę i mocno ją przytuliła.

– Nie płacz! – poprosiła. – Masz rację, opowiadam głupoty. I w dodatku jestem wredna. Nic dziwnego, że ciągle mnie biją. Takie wredoty jak ja trzeba bić! Nie wystarczyło mi, że jesteście dla mnie mili i troskliwi; chciałam jeszcze, żebyście mnie lubili jak nikogo innego na świecie. Naprawdę należą mi się te baty, które dostaję. No, nie płacz już! Bo jak nie, to pójdę, taka nieubrana, do morza i się w nim utopię!

Wizja Mary, która w nocnej koszuli rzuca się we wzburzone fale, była tak okropna, że Una przestała chlipać. Wytarła mokrą od łez buzię i obie dziewczynki, wybaczywszy sobie nawzajem swoje przewinienia, pogodzone i szczęśliwe, ułożyły się w pięknej, koronkowej pościeli pani pastorowej i zaczęły obserwować tańczące na ścianie cienie liści winorośli, pnącej się po ścianie plebanii.