Dolina tęczyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Pojechał do portu. Ciągle go wzywają do chorych; nie wiem, czy od powrotu do domu przespał się ze trzy godziny. No i może dwa razy zjadł z nami obiad.

Panna Kornelia pokiwała domyślnie głową.

– Wygląda na to, że wszyscy, którzy zapadli na jakąś chorobę w ciągu ostatniego półtora miesiąca, czekali, aż doktor Blythe wróci z podróży, a wtedy zaczęli go wszyscy naraz prosić o poradę. Nawet ich rozumiem, bo od kiedy ich własny lekarz z portu poślubił córkę właściciela zakładu pogrzebowego z Lowbridge, jego pacjenci poczuli się trochę nieswojo. Jakby stracili do niego zaufanie. Cóż, taka informacja wzbudza niepokój, prawda? Bardzo liczę, że wpadniecie do nas wkrótce z wizytą i poopowiadacie nam o tych swoich wojażach. Domyślam się, że było wspaniale.

– Było – przyznała Ania. – Zobaczyłam Europę, a to było moje marzenie od zawsze. To niezwykły kontynent, pełen zabytków i różnych cudowności. Mimo to cieszyłam się, że wracam do domu. Bo Kanada, pani Kornelio, to najpiękniejsze miejsce na świecie.

– Zawsze o tym wiedziałam – panna Kornelia uśmiechnęła się z wyższością.

– A miejscem najpiękniejszym w Kanadzie jest oczywiście Wyspa Księcia Edwarda i Przystań Czterech Wiatrów – Ania odetchnęła głęboko czystym, rześkim powietrzem, patrząc z rozrzewnieniem na dolinę i fragment zatoki, skąpane w ciepłym, miękkim świetle zachodzącego słońca. – Widziałam w Europie mnóstwo fantastycznych widoków, ale żaden nie może się równać z widokiem z tej werandy. Szkoda, że pani już wychodzi, panno Kornelio. Dzieci będą żałowały, że się nie spotkaliście.

– Powiedz im, żeby do mnie zajrzały któregoś dnia. Będą na nie czekały pyszne pączki.

– Dzieci już wczoraj przy kolacji mówiły, że muszą się do pani wybrać. Teraz jednak najważniejsze jest, żeby szybko wróciły do szkoły. A wie pani, że dziewczynki w tym roku zaczną chodzić na lekcje muzyki?

– Ale chyba nie zamierzasz ich posyłać do żony pastora od metodystów? – w głosie panny Kornelii pojawił się szczery niepokój.

– Nie, nie… Róża West będzie je uczyła. Spotkałyśmy się wczoraj i wszystko już ustaliłyśmy. Jakaż z niej piękna dziewczyna!

– To prawda – przyznała łaskawie panna Kornelia. – Wygląda naprawdę dobrze jak na swój wiek, bo przecież nie jest już nastolatką.

– Ma taki specjalny rodzaj uroku… – Ania szukała słów. – Nie umiem tego dokładnie określić. Właściwie wcale jej nie znam, choć mieszkamy tu już tyle lat. Ten ich dom stoi tak na uboczu, że właściwie nie miałyśmy okazji się spotykać… no, chyba że w kościele.

– Ona zawsze była tu lubiana, choć jest na swój sposób inna… – mówiła panna Kornelia, pakując swoją robótkę. – To chyba wina Heleny; zawsze była wobec niej surowa i wymagająca. Trzymała ją jak na smyczy, i to bardzo krótkiej; nic dziwnego, że Róża jest jej całkowicie podporządkowana. Nie wiem, czy słyszałaś o tym, Aniu, ale dawno temu Róża zaręczyła się z młodym Marcinem Crawfordem. Marcin był marynarzem i pewnego dnia nie wrócił z morza do domu: ich statek zatonął gdzieś w pobliżu Wysp Magdaleny. Ona była wtedy młodziutka, miała jakieś siedemnaście lat, ale ta strata kompletnie ją złamała. Nigdy nie wyszła za mąż; została w rodzinnym domu i mieszka tam razem ze swoją siostrą, Heleną. Są… nierozłączne. Czasami można je spotkać w kościele, ale nie za często; Helena nie przepada za prezbiterianami, czemu się trudno dziwić, bo Westowie zawsze byli anglikanami. To i tak dobrze, że nie chodzi do metodystów. Z tego, co wiem, całkiem nieźle się im powodzi, więc Róża wcale nie musi dorabiać lekcjami muzyki, ale ona chyba lubi uczyć. A tak w ogóle to obie panny West są spowinowacone z panią Ford, wiedziałaś o tym? Przy okazji: Fordowie wybierają się na wakacje do Glen, jak zwykle?

– Nie, w tym roku nie; jadą do Japonii i to chyba na dłużej, bo Owen właśnie tam osadził akcję swojej nowej powieści. To będzie chyba pierwszy raz, gdy Wymarzony Domek będzie stał latem pusty.

– Fanaberie jakieś! – mruknęła panna Kornelia pod nosem. – Osobiście uważam, że pan pisarz mógłby spokojnie napisać książkę o Kanadzie, siedząc tu na miejscu, zamiast ciągać swoją rodzinę po jakiś barbarzyńskich krajach, pełnych dzikich ludzi o skośnych oczach. I tak jego najlepszą książką jest i pozostanie „Księga życia”, a pomysł na nią i wszystko inne znalazł przecież tu, u nas.

– No tak – zgodziła się Ania. – Ale „Księga życia” dlatego jest taka wyjątkowa, bo opiera się na opowieściach kapitana Jima, a on gromadził je przez całe swoje życie, podróżując po świecie. Zresztą pani wie, panno Kornelio, że wszystko, co napisze Owen Ford, jest znakomite.

– To prawda – zgodziła się panna Kornelia. – Wprawdzie znasz mnie i wiesz, że czytanie powieści uważam za stratę czasu, ale książki naszego Owena to co innego – przeczytałam je wszystkie. Niemniej nie omieszkam napisać mu, co sądzę o jego pomyśle z tą Japonią – prychnęła lekceważąco. – Chce, żeby jego dzieciom wszystko się w głowach poprzestawiało?

Zostawiwszy w powietrzu tę nierozstrzygniętą wątpliwość, panna Kornelia udała się w kierunku swojego domu. Zuzanna wyjęła Rillę z hamaka i zaniosła ją na górę, a Ania wróciła na schody, prowadzące na werandę, i tam, przyglądając się, jak niebo rozjarza się światłem pierwszych gwiazd, po raz nie wiadomo który zdała sobie sprawę, jak bardzo jest szczęśliwa.


1 W oryginale: I will lift my eyes to the hills. Słowo hill oznacza w jęz. ang. „górę, wzgórze, pagórek”. Gdy więc pastor mówił o spoglądaniu na pagórki (hills), parafianom od razu się to skojarzyło z pannami Hill.

3. Dzieciaki ze Złotego Brzegu

Początkowo ulubionym miejscem zabaw małych Blythe’ów był młody, klonowy zagajnik, który wyrósł między ich domem a pobliskim stawem. Latem było tam zielono i panował przyjemny chłód, więc chętnie bawiły się w nim w ciągu dnia, ale wieczorem biegły gromadą za zagajnik, do leżącej tuż za nim małej dolinki. Pewnego dnia, po deszczu, zauważyły z okien na poddaszu, że nad doliną pojawił się łuk wielobarwnej tęczy. Był tak szeroki, że zdawał się spinać brzeg doliny ze stawem po drugiej stronie.

Walter nie mógł od tego widoku oderwać oczu.

– Niech ona się nazywa Dolina Tęczy – zaproponował.

I tak ją odtąd nazywali.

W Dolinie Tęczy panował specyficzny mikroklimat; nawet w czasie bardzo wietrznej pogody, gdy gałęzie drzew uginały się pod naporem wiatru, w dolinie odczuwało się jedynie delikatny powiew. Wśród porośniętych mchem korzeni starych świerków biegły w różne strony wąskie ścieżki i dróżki. Rosło tam trochę zdziczałych drzew czereśniowych, które wiosną pokrywały się białymi kwiatami; patrząc z daleka na ich białe fryzury, można było odnieść wrażenie, że na Dolinę tęczy spadł nagle śnieg. Oczywiście, nie mogło tam zabraknąć strumienia; płynął od Glen i miał wodę czystą jak kryształ. Nie było tu żadnych zabudowań poza niewielką, zniszczoną przez upływ czasu i brak mieszkańców chatą, nazywaną przez mieszkańców chatą starego Baileya. Ogród, który ją otaczał, też zdziczał, ale dziewczynki nadal znajdowały tam wiosną mnóstwo kwiatów: fiołków, stokrotek i białych lilii, wyrastających dzielnie i wytrwale pośród morza chwastów. Niektóre z nich kwitły na biało i w księżycowe, wietrzne noce ogród wyglądał jak rozkołysane, połyskujące srebrzyście morze.

Był też staw, rozciągający się w południowej części doliny. Po drugiej stronie, na jego horyzoncie, można było dostrzec ścianę lasu, w którym skrył się stary, chylący się ku ziemi dom. Sama dolina, choć leżąca nieopodal wsi, zdawała się od niej oddalona; przypominała jakąś baśniową, dziką i niezbadaną krainę, którą młodzi Blythe’owie, gdy ją tylko odkryli, zajęli i uznali za swoje miejsce na ziemi. I oczywiście, natychmiast je pokochali.

W dolinie było wiele ukrytych przed wzrokiem zakątków; w jednym z nich dzieci ze Złotego Brzegu zebrały się tego wieczoru, gdy wróciły do domu. Była to niewielka polana, przez którą płynął strumień, a na samym jego brzegu wyrosła młoda brzoza, którą Walter, zachwycony jej strzelistą, smukłą postacią, nazwał Białą Damą. Rosnące tuż obok polany dwa drzewa, choć do siebie niepodobne, bo były to świerk i klon, tak bardzo miały się ku sobie, że ich splątane gałęzie wyglądały, jakby stanowiły koronę jednej rośliny. Dzieci nazwały je Leśną Parą, a Jim pozawieszał na ich gałęziach stare dzwonki od sań, które podarował mu kowal z Glen. Najmniejszy podmuch wiatru wprawiał je w ruch i powietrze nad głowami dzieci drżało od delikatnego dzwonienia.

– Jak ja się cieszę, że już wróciłam do domu i do naszej Doliny! – krzyknęła Nan, kręcąc się z radości dookoła. – W Avonlea jest dobrze, miło i przyjemnie, ale takiego miejsca jak nasza dolina nie ma ani jednego!

Dzieci lubiły te wyjazdy do Avonlea, gdzie czekały na nie rozkochane w nich i gotowe im nieba przychylić ciocia Maryla i pani Małgorzata; ta ostatnia nieustannie szyła kolorowe kołdry, w które zamierzała wyposażyć panny Blythe, gdy wystartują w dorosłe życie. Czekali też na nie tamtejsi przyjaciele, dzieciaki wujka Tadzia i cioci Diany. Mama pokazała im wszystkie miejsca, w których spędzała czas, gdy jako mała dziewczynka mieszkała na Zielonym Wzgórzu: Aleję Zakochanych, Fontannę Driad i Zakątek Słowika. Gdy przyjeżdżały dziewczynki, Maryla przeznaczała dla nich malutki pokoik na poddaszu, w którym kiedyś mieszkała ich mama. Lubiła tam przychodzić, gdy Nan i Di już zasnęły; przysiadała na krześle i długo, z rozczuleniem na nie patrzyła. I tak jednak wszystkie dzieci wiedziały, że to Jim był jej największą miłością.

Teraz, w Dolinie Tęczy, Jim był naprawdę zajęty poważną pracą: na palenisku zbudowanym z płaskich kamieni wokół ogniska smażył kilka niewielkich rybek, które przed chwilą złowili w stawie. Zastawy tam żadnej nie mieli, ale połamany widelec i rozklepana kamieniem stara puszka wystarczyły, by pachnącą apetycznie kolację można było elegancko podać.

 

Jim był jedynym dzieckiem Ani i Gilberta, które urodziło się w Wymarzonym Domku. Pozostała piątka przyszła na świat, gdy już zamieszkali w Złotym Brzegu. Najstarszy potomek rodziny Blythe’ów był ciekawą mieszanką obojga rodziców: po mamie miał kędzierzawe, rude włosy i ładny, prosty nos, po ojcu odziedziczył orzechowe oczy o szczerym spojrzeniu i miły uśmiech. Także jego uszy nie pozostawiały nic do życzenia, a do ich kształtu nie miała zastrzeżeń nawet bardzo wymagająca pod tym względem Zuzanna. Za to on miał do niej ciągle pretensje o to, że jego, dorosłego trzynastolatka, wciąż nazywała „małym Jimem”. On uważał, że to okropne i przynosi mu wstyd. Mamę, która też lubiła nazywać go swoim „maluszkiem”, na szczęście szybko przekonał, żeby dała spokój.

– Przecież ja już wcale nie jestem malutki! – rozzłościł się w swoje ósme urodziny, gdy tak do niego nieopatrznie powiedziała. – Mamo, ja jestem już dużym człowiekiem!

Ania zamilkła wtedy na chwilę, po czym przemyślawszy sprawę, westchnęła zrezygnowana i roześmiała się na znak, że się poddaje. I rzeczywiście, przestała tak do niego mówić.

Już jako mały chłopiec Jim był nie tylko silny i sprawny, ale także rozsądny i bardzo odpowiedzialny. Zawsze dotrzymywał danego słowa, a w szkole, choć nie przejawiał jakichś szczególnych talentów, uczył się dobrze i ze wszystkich przedmiotów miał dobre stopnie. Był uważny, dociekliwy i niczego nie przyjmował na wiarę; wszystko musiał sam sprawdzić i przekonać się, że to prawda. Gdy któregoś dnia usłyszał od Zuzanny, że dotknięcie językiem klamki do drzwi, gdy na dworze panuje mróz, spowoduje zdarcie z niego skóry, od razu to zrobił, żeby sprawdzić, czy go nie nabiera. Język bolał go wtedy przez parę dni, ale Jim przekonał się – dosłownie na własnej skórze – czym to rzeczywiście grozi. I wcale tego nie żałował; uważał, że nauka, a zatem i zdobywanie wiedzy, wymaga ofiar i poświęcenia.

Lubił i potrafił obserwować otaczający go świat, a to sprawiało, że miał mnóstwo wiadomości z różnych dziedzin, czym ogromnie imponował rodzeństwu. Wiedział wszystko o tym, co było dookoła nich: gdzie najwcześniej zakwitną fiołki, w którym miejscu znajdą najdojrzalsze jagody i ile niebieskich jajeczek złożyła malutka samiczka rudzika w swoim gnieździe. Umiał wróżyć z kwiatowych płatków i znaleźć czerwoną koniczynę, której sok był słodki jak miód; potrafił też wyszukać na brzegu stawu korzonki, które dzieciaki zjadały ze smakiem ku rozpaczy Zuzanny, która umierała ze strachu, że się potrują. Wskazywał stare, pokryte „liszajami” świerki, w których naroślach gromadziła się złota jak bursztyn żywica i prowadził dzieci do miejsc, w których leszczyny uginały się pod ciężarem orzechów. Jak nikt inny łowił też pstrągi w strumieniu, a głosy ptaków i zwierząt mieszkających w okolicy naśladował tak, że wszyscy dawali się nabrać. Nie było w pobliżu Przystani Czterech Wiatrów miejsca, którego by już kiedyś nie odwiedził i dobrze nie poznał.

Walter usadowił się pod swoją ulubioną Białą Damą. Na kolanach miał otwarty tomik poezji, ale sądząc po jego wzroku, błądzącym to po lekko zamglonym stawie, to po upstrzonym białymi chmurkami niebie, nie zajmowało go czytanie wierszy. W dużych, pięknych oczach chłopca odbijały się wszystkie uczucia naraz: radość i melancholia, zaciekawienie i rozmarzenie, ale przede wszystkim tęsknota za czymś nieokreślonym, nie do końca nazwanym…

Zewnętrznie Walter różnił się od rodzeństwa; nie przypominał też nikogo z rodziny. Był zdecydowanie najładniejszym dzieckiem Ani i Gilberta: miał pociągłą buzię o regularnych, klasycznie pięknych rysach i ciemne, gęste, proste włosy. Mimo fizycznego niepodobieństwa do mamy, Walter był jednak niewątpliwym spadkobiercą jej żywej, bujnej wyobraźni i niestrudzonym poszukiwaczem piękna, który potrafił się zachwycać urodą wszystkich pór roku: wyniośle chłodnej zimy, pełnej obietnic wiosny, rozleniwionego lata czy szeleszczącej suchymi liśćmi jesieni.

W gronie rówieśników i w szkole, tam gdzie pierwsze skrzypce grał jego starszy brat, Jim, Walter odstawał, trzymał się z boku albo wlókł się na końcu, daleko za peletonem. Nie przepadał za grami zespołowymi ani imprezami, na których było dużo ludzi, męczyły go zabawy w grupie, a w dodatku nie lubił się ścigać, mocować ani bić. W efekcie uważano go za mazgaja i maminsynka. Walterowi niespecjalnie to przeszkadzało; towarzystwo kolegów nie było mu do niczego potrzebne, bo on i tak, jak kot, chadzał swoimi własnymi ścieżkami. Lubił być sam, zaszyć się gdzieś w kącie i… czytać. Najchętniej wiersze. Uwielbiał poezję, a odkrył ją wcześnie, bo gdy tylko nauczył się sam czytać. Miał wrażenie, że przypomina muzykę, bo to za jej sprawą chłonął całym sobą niezwykłą melodię poszczególnych słów i całych strof. Marzył o tym, by kiedyś stać się prawdziwym poetą. Walter wierzył, że to marzenie może się ziścić, bo przecież tyle zachwytów słyszał przez całe swoje życie o niejakim Jasiu, dawnym uczniu swojej mamy, chodzącym do zwykłej, wiejskiej szkoły w Avonlea, który wyrósł na wybitnego poetę.

Szkolni koledzy Waltera nie mieli pojęcia o jego marzeniach; zresztą pewnie i tak nie zrobiłyby one na nich żadnego wrażenia. Syna doktora Blythe’a uważali za ciamajdę i cykora, ale w jednej, jedynej dziedzinie zasłużył sobie na ich… no, może nie szacunek, ale swego rodzaju uznanie. Walter umiał mianowicie opowiadać i robił to niemal równie świetnie, jakby czytał z książki. W przemawianiu Walter nie miał sobie równych w całej okolicy, a jeden z chłopców pokusił się nawet o pewne porównanie. „On gada jak pastor” – orzekł i być może dlatego dzieciaki dały mu spokój; nie czepiały się go ani mu nie dokuczały, choć zwykle dzieci takie jak on nie miały w szkole i we wsi łatwego życia.

Nan i Di, siostry-bliźniaczki ze Złotego Brzegu, stanowiły jaskrawe zaprzeczenie tego, jak ludzie sobie wyobrażają bliźniacze rodzeństwo. Tak bardzo i kompletnie były różne. Anna, nazywa przez wszystkich Nan, była bardzo ładną, ciemnowłosą dziewczynką o jasnych, orzechowych oczach, miłą, serdeczną i pogodną. Buzię miała gładką i – ku radości jej mamy – zupełnie pozbawioną piegów. „Co za radość – śmiała się Ania – że moja córka może bez obaw nosić ubrania w kolorze różowym!”.

Siostra Nan, Diana, nazywana przez wszystkich Di, ze swoimi rudymi włosami i szarozielonymi oczami, wyglądała jak młodsza wersja dawnej Ani Shirley. Być może jej widok poruszał jakieś czułe struny w sercu Gilberta; w każdym razie Di była ulubienicą taty. Dobrze się też dogadywała z Walterem, który to właśnie jej czytał swoje wiersze i zwierzał się ze swoich poetyckich planów. Di była dyskretna i lojalna, tajemnic Waltera nie zdradzała nikomu, za to chętnie dzieliła się z bratem swoimi własnymi przemyśleniami i sekretami.

– Długo jeszcze, Jim? – dopytywała Nan, wdychając z upodobaniem płynącą znad paleniska woń smażonych ryb. – Okropnie jestem głodna.

– Jeszcze chwila – Jim sprawnie przewracał ryby na zaimprowizowanej patelni. – Możecie szykować talerze i chleb. Walter, nie śpij! Jemy zaraz.

Walter rzeczywiście siedział zapatrzony w dal z rozmarzonym uśmiechem na twarzy.

– Zauważyliście, jakie przezroczyste jest dziś powietrze? Wszystko w nim wydaje się takie wyraźne, konkretne, jakby dodatkowo podświetlone… – Walter, nawet gdy był głodny, tak jak dziś, czuł przewagę ducha nad materią i to jego najpierw karmił. – Jakby anioł z niebieskimi skrzydłami przespacerował się po okolicy…

– A ja myślałam, że anioły zawsze mają białe skrzydła – zauważyła przekornie Nan.

– To nie był zwykły anioł – wyjaśnił jej spokojnie Walter. – To był anioł specjalny, taki duch kwiatów. One wyglądają, jakby były utkane z bladobłękitnej mgły, dlatego czasami wydaje nam się, że nad naszą doliną unosi się taka… niebieskość. Wyobrażacie sobie, jakie to musi być uczucie: tak unosić się w powietrzu…? Chciałbym mieć skrzydła – westchnął.

– Mnie się czasami śni, że latam – przyznała Di.

– A mnie nigdy – stwierdził z żalem Walter. – Ale zdarza się, że we śnie wydaje mi się, że unoszę się do góry, nad łóżko, opuszczam pokój i zaczynam szybować w powietrzu. Niezbyt wysoko, tuż nad domami i drzewami. I zawsze wtedy mam nadzieję, że tym razem to dzieje się naprawdę, że to wcale mi się nie śni. Ale kiedy tylko o tym pomyślę, zaraz się budzę. I przykro mi, że to znowu był tylko sen.

– Nan, dawaj te talerze! – poganiał siostrę Jim.

Nan nakrywała właśnie „do stołu”, choć nikt obcy tak by pewnie nie nazwał miejsca, w którym zwykle organizowali swoje „uczty”. Na dwóch sporych kamieniach ułożyli bowiem dość szeroką deskę, którą przykryli starymi gazetami. Za naczynia służyły im popękane i wyszczerbione talerze i filiżanki, których Zuzanna pozbywała się podczas każdych większych porządków w kredensie. Pod świerkiem, w jamie między jego korzeniami, ukryli skrzynkę, w której przechowywali swoje „skarby”: chleb i słoiczek z solą. Wodę zapewniał im strumień, a najlepszymi przyprawami skromnych potraw, które tam sobie szykowali, było świeże powietrze i niepohamowany, dziecięcy apetyt, doprawione szczyptą wyobraźni. Najlepsze restauracje mogły się schować ze swoim menu, gdy zgłodniali gromadzili się przy swoim „stole” i pałaszowali świeżo upieczone w ognisku pstrągi, zagryzane kromkami wysuszonego chleba. Dookoła nich trwał las, oblany gasnącym światłem zmierzchu, a powietrze wypełniała wiosenna woń kory, mokrego mchu i kwitnących właśnie poziomek. Zawieszone przez Jima dzwoneczki pobrzękiwały lekko, niemal niedosłyszalnie…

– No to chodźcie, jemy! – przywołała ich Nan.

Jim postawił na desce talerz, na którym apetycznie skwierczały pstrągi.

– Kto odmówi modlitwę? – zapytała Nan. – To chyba twoja kolej, Jim, prawda?

– Może i moja, ale ja już swoje zrobiłem: usmażyłem dla was ryby – Jim nie lubił tego rytuału i gdy tylko mógł, starał się od niego wymigać. – Walter niech to zrobi; on kocha przemówienia. Byle nie za długo, bracie, bo jeść mi się chce okropnie.

Walter już otwierał usta, by odmówić modlitwę, ale nie zdążył.

Di, która od dłuższej chwili wpatrywała się w jakiś oddalony punkt, podniosła się z ziemi, żeby lepiej widzieć.

– Ktoś tu idzie – oznajmiła z przejęciem. – Tam… od plebanii.