Ania ze Złotego BrzeguTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania ze Złotego Brzegu
Ania ze Złotego Brzegu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Ania ze Złotego Brzegu
Audio
Ania ze Złotego Brzegu
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90  18,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ja także ją lubię – wtrąciła Rebeka Dew.

– Nie cierpi kotów. Twierdzi, że potrafi wyczuć obecność kota, nawet gdy go nie widzi, bo wtedy od razu cierpnie jej skóra. Z tego powodu nasz biedny Okruszek boi się wejść do domu. Ja też nigdy nie przepadałam za kotami, panno Dew, ale do głowy by mi nie przyszło, żeby je prześladować. Przecież to takie same boże stworzenia jak wszystkie inne i mają prawo spokojnie sobie żyć. A jeszcze te jej ciągłe komentarze i dogadywania: „Zuzanno, wysil się i postaraj zapamiętać, że nie wolno mi jeść jajek”, „Zuzanno, kiedy wreszcie przyswoisz sobie zasadę, że nie jadam zimnych tostów?”, „Zuzanno, być może innym wszystko jedno, czy zagotowałaś esencję na herbatę, czy też ją przed tym barbarzyństwem uchroniłaś, ale ja się do grona tych ignorantów nie zaliczam”. Ona śmie mnie oskarżać o zagotowanie esencji! Ona! Mnie! Jakbym nie umiała parzyć herbaty! – pomstowała Zuzanna, głęboko zraniona w swojej dumie.

Rebeka Dew próbowała ją uspokoić.

– Ależ nikomu zdrowemu na umyśle nawet nie przyszłoby do głowy pani o to posądzać.

– Jeśli są na świecie takie pytania, których żaden przyzwoity człowiek nie ośmieliłby się zadać, ona zada je na pewno! Nie może przeboleć, że nasz pan doktor zwierza się najpierw swojej żonie; ona dowiaduje się najwyżej w drugiej kolejności. Próbuje więc wyciągać z niego różne informacje o jego chorych. Doktor jest wtedy zły, bo przecież obowiązuje go tajemnica lekarska. Albo to jak się boi ognia. Ciągle mnie poucza i sprawdza, czy wszystko pogasiłam, jakbym była niespełna rozumu. I jeszcze mnie straszy, że jakby co, to ja będę winna. Komiczna jest z tą swoją obsesją. A jak ostatnio podpaliła zasłony w swoim pokoju, to darła się tak strasznie, że ją w porcie było słychać. Najbardziej to mi było żal doktora, bo on, biedak, dwie noce czuwał przy jakimś biedaku, a ta mu w domu nawet porządnie odpocząć nie dała, zołza jedna! I jak się szarogęsi w kuchni i w spiżarni! Doszło do tego, że każe sobie raporty przedstawiać, ile jajek kury zniosły. Da pani wiarę? Dzieci jej nie lubią; widzę to przecież. Tolerują ją tylko dlatego, że pani Ania zawsze ją tłumaczy i usprawiedliwia. A gdy kiedyś rodziców nie było w domu, ta jędza uderzyła Nan, bo mała powiedziała do niej: „Pani Matuzalemowo”. Sama tego nie wymyśliła przecież, tylko powtórzyła to, co usłyszała od tego małego figlarza od Fordów, Krzysia.

Rebeka Dew była oburzona.

– Ma szczęście, że nie na moich oczach to zrobiła. Już ja bym jej wybiła z głowy te nerwy wobec dziecka!

– Ja też jej powiedziałam, że nigdy więcej nie pozwolę na takie zachowania wobec dzieci i niech ma się na baczności. „Niech pani sobie zapamięta raz na zawsze: tu, w Złotym Brzegu, zwracamy dzieciom uwagę, jak zrobią coś niewłaściwego, ale nigdy ich nie bijemy”. Obraziła się na mnie, a jakże, przez tydzień traktowała mnie jak powietrze, ale żadnego dziecka już więcej nie tknęła. A jak się cieszy, gdy widzi, że rodzice wyznaczają im jakieś kary. O, to dopiero ma uciechę! Któregoś dnia Jim coś spsocił i Mary Maria Blythe przemówiła do niego surowo: „Gdybym ja była twoją matką…”, a on jej przerwał: „O, całe szczęście, że ciocia niczyją matką nie jest i nie będzie!”. Sprowokowała go, czarownica jedna! Ale pan doktor kazał Jimowi wstać od stołu i iść do swojego pokoju. Bez kolacji! Na szczęście biedny chłopak nie musiał zasypiać o pustym brzuchu…

– Nie wątpię – uśmiechnęła się Rebeka Dew. – I nawet się domyślam, kto mu na to nie pozwolił.

– Ona też zrezygnowała z kolacji; taka niby była wzburzona całym zajściem, ale w nocy zeszła do spiżarni i pożarła wszystkie kanapki, które uszykowałam na rano dla pana doktora. Nawet okruszka nie zostawiła! Ja jestem wierząca, panno Dew, i Pana Boga szanuję jak należy, ale czasami Mu się bardzo dziwię: Jak On może tolerować takich osobników jak Mary Maria Blythe?!

– Nie ma rady, panno Baker – stwierdziła Rebeka Dew. – Musi pani to brać na wesoło. Niech pani za każdym razem próbuje dostrzec zabawną stronę tej sytuacji.

– Wiem, wiem… Niech mi pani jednak wierzy, że to czasami bywa bardzo, ale to bardzo trudne… Niech się pani nie gniewa, że tak się tu przed panią wyżalam, ale czasami naprawdę się boję, że nie wytrzymam i wybuchnę…

– Żeby pani wiedziała, jak ja panią dobrze rozumiem, panno Baker.

Zuzannie ta rozmowa najwyraźniej dobrze zrobiła. Poweselała i energicznie zakręciła się po kuchni.

– A gdybym tak zaproponowała pani przed snem kawałeczek kurczaka na zimno? I filiżankę pysznej herbatki?

Rebeka Dew z ociąganiem odsunęła się od rozgrzanego pieca.

– Cóż, zawsze uważałam, że jedzenie nie jest wprawdzie szczególnie ważnym celem w naszym życiu, ale za to jakże przyjemnym.


Rozdział 12

Niedługo potem Gilbert wyjechał do Nowej Anglii polować na bekasy. Ania namawiała go, by został tam dłużej, niż planował, i porządnie odpoczął, ale bez skutku. Listopad przyniósł posępnie mroczne, coraz dłuższe wieczory i zawodzący żałośnie wiatr znad Atlantyku, ale w domu w Złotym Brzegu było jasno od ognia płonącego w kominku i gwarno od dziecięcego śmiechu, niosącego się po piętrach.

– Ten wiatr tak jęczy… Chyba jest nieszczęśliwy – zauważył pewnego dnia Walter. – Dlaczego, mamusiu?

– Może dlatego, że zna wszystkie smutne i straszne historie, jakie się wydarzyły od początku świata – spróbowała znaleźć odpowiedź na to trudne pytanie Ania.

– Gadanie! – prychnęła ciotka Mary Maria. – Wiatr jęczy, kiedy dzień jest tak okropnie wilgotny jak dziś. Od tej wilgoci okropnie mnie łamie w kościach.

Nie zawsze jednak było tak wietrznie. Zdarzały się dni, gdy wiatr ledwie marszczył nieliczne liście na srebrnych klonach, a bywało i tak, że nie wiał wcale. W jesiennym słońcu pozbawione liści drzewa układały swoje długie cienie na trawnikach, w gdy pomarańczowa kula kryła się za wzgórzami, wszystko zastygało w powietrzu, w którym dawało się wyczuć pierwsze uszczypnięcia mrozu.

– Zobaczcie, jaka wielka i jasna jest ta gwiazda tam, nad topolą! – ekscytowała się Ania, która nawet o tej porze roku co rusz odkrywała jakieś fascynujące zjawiska i lubiła się tymi odkryciami dzielić z domownikami. – Jak widzę coś tak niezwykłego, to się cieszę nawet z tego, że jest jesień.

– Ależ wymyślasz, Andziu! – ciotka Mary Maria nie podzielała zachwytu Ani. – Gwiazda jak gwiazda, nic nadzwyczajnego. Tu, na Wyspie Księcia Edwarda, gwiazd mamy pod dostatkiem i na nikim normalnym nie robią one specjalnego wrażenia.

A w duchu pomyślała: „Wielkie mi cudo, gwiazda nie niebie! Zamiast się tak wpatrywać w niebo, zajęłaby się lepiej kuchnią i domem. Kto to widział, żeby tak marnotrawić jedzenie, tyle śmietany i jajek zużywać, ile ta niegospodarna Zuzanna za każdym razem bierze. I po co to tak? Oj, biedny ten Gilbert, całkiem sobie dał wejść na głowę. Ona gwiazdy na niebie liczy, a on się zaharowuje na śmierć!”.

Niepostrzeżenie listopad minął, znacząc otoczenie brązem i szarością, aż pewnego dnia świat obudził się całkiem biały. Jim odkrył to, gdy tylko otworzył oczy i spojrzał przez okno. Biegnąc do jadalni, już ze szczytu schodów wołał:

– Słuchajcie! Mamo! Tato! Spadł śnieg, a to znaczy, że niedługo będzie Boże Narodzenie! I przyjedzie do nas Święty Mikołaj!

– Nie mów mi, że taki duży chłopak jeszcze wierzy w Świętego Mikołaja! – zawołała ciotka Mary Maria z niedowierzaniem.

Spłoszona Ania poszukała wzrokiem pomocy u Gilberta.

– Ciociu, chcielibyśmy, żeby nasze dzieci doświadczały magii tych świat tak długo, jak to możliwe – powiedział Gilbert grzecznie, ale bardzo stanowczo.

Na szczęście ciotka nie podjęła dyskusji, a Jim w ogóle niespecjalnie słuchał tego, co ona niego mówiła, więc i ten jej komentarz nie zwrócił jego uwagi. Razem z Walterem miał w głowie tylko jedno: jak najszybciej wypaść z domu na ten cudownie ośnieżony świat. I tylko ich mama z żalem patrzyła, jak pracowicie i z zapałem niszczyli cudowną, nieskażoną doskonałość puchowej kołderki, pokrywającej podwórze, ogród i sad.

Wieczorem, gdy starsze dzieci, wyhasane na śniegu, leżały już w łóżkach, dorośli zebrali się w salonie, przy buzującym wesoło kominku. Ania usiadła blisko ognia i stamtąd podziwiała purpurowozłotą łunę zachodzącego słońca, barwiącą niebo nad pobielałymi dolinami i wrzosowymi z tej odległości wzgórzami. Widziała ją wyraźnie, bo światło z szerokiego, niezasłoniętego okna kładło się wielkim, jasnym prostokątem na pokrytym świeżym śniegiem trawniku.

Ciotka Mary Maria siedziała w swoim fotelu tak sztywno, jakby ktoś położył na siedzeniu coś twardego i ostrego. Obca jej była przyjemność moszczenia się i „rozkładania” podczas wykonywania tego szczególnego zadania, jakim była czynność siedzenia. Za to Gilbert „rozłożył się” wygodnie na kanapie, starając się za wszelką cenę przestać choć na chwilę myśleć o tym, że wczoraj umarł jeden z jego pacjentów, pokonany przez zapalenie płuc. Leżąca w kołysce mała Rilla z przejęciem oglądała swoje własne rączki, co chwila próbując je, obie naraz, wepchnąć do buzi. Na małym, wytartym dywaniku przed kominkiem spał Okruszek, pochrapując i pomrukując rozkosznie, czym najwyraźniej drażnił ciotkę Marię.

– A skoro już mowa o kotach – zagaiła ciotka poważnym tonem, choć żadnej rozmowy o kotach jako żywo nie było – to miałam wrażenie, że zeszłej nocy odwiedziły nas wszystkie kotki i kocury, jakie zamieszkują w Glen. Nadziwić się nie mogłam, że nikogo z was te kocie serenady nie obudziły. No, ale wiadomo, okna mojego pokoju wychodzą na tylne podwórze, to i nie dziwota, że ja w pierwszej kolejności musiałam wysłuchać tego bezpłatnego, pożal się Panie Boże, koncertu.

 

Zanim ktokolwiek zdążył wypowiedzieć swoją opinię na ten temat, do salonu zajrzała Zuzanna. Akurat wróciła ze wsi i przyszła uprzedzić, że w sklepie spotkała panią Elliot i pani marszałkowa zapowiedziała, że wstąpi do nich w drodze powrotnej. Dla siebie Zuzanna zachowała informację, że pani Elliot była mocno zaniepokojona stanem zdrowia pani Blythe.

– Cóż się z nią dzieje, moja droga Zuzanno? Kiedy ją zobaczyłam w kościele w zeszłą niedzielę, bardzo się zmartwiłam. Wygląda na przemęczoną i czymś przygnębioną. Nigdy jej nie widziałam w takiej złej formie.

– Mogę pani powiedzieć, na co choruje pani Blythe – stwierdziła Zuzanna posępnie. – Ta choroba nazywa się: Mary Maria Blythe. A nasz pan doktor, choć taki w swoją żonę wpatrzony, zupełnie tego nie zauważa.

– A czyż nie jest to postawa typowa dla męskiej połowy ludzkości?

– Naprawdę? – ucieszyła się Ania i wstała z fotela, by zapalić dodatkową lampę. – Świetnie! Tak dawno nie widziałam panny Kornelii! Z przyjemnością posłucham najnowszych ploteczek.

– O, ta przyjemność na pewno nas nie ominie – zakpił Gilbert.

– To największa plotkara, jaką ta święta ziemia nosi; w dodatku jadowicie złośliwa – orzekła ciotka Mary Maria grobowym głosem.

Ta niesprawiedliwa opinia oburzyła do żywego Zuzannę, która pierwszy raz w życiu pozwoliła sobie jawnie i głośno nie zgodzić się ze zdaniem starszej pani Blythe:

– O, to już mocno pani przesadziła, proszę pani! Nie pozwalam, żeby pani tak kłamliwie oceniała przyjaciółkę tego domu w mojej obecności. W rzeczy samej: złośliwa! Myślałby kto! Przyganiał kocioł garnkowi!

– Zuzanno, proszę! – Ania próbowała załagodzić spór.

– Bardzo przepraszam, pani Aniu! Rzeczywiście posunęłam się w słowach odrobinę za daleko. Ale tylko odrobinę. Nie sposób jednak znieść spokojnie takiej jawnej niesprawiedliwości.

Co rzekłszy, opuściła pokój, puszczając zamykające się za nią drzwi nieco zbyt energicznie, a one z rozmachem trzasnęły w futrynę, wywołując efekt akustyczny w Złotym Brzegu właściwie niespotykany.

– Mam nadzieję, że teraz nareszcie się przekonałaś, moja Andziu, do czego prowadzi zbytnie spoufalanie się ze służbą – oznajmiła ciotka Mary Maria triumfalnym tonem. – A to dopiero początek twoich kłopotów z tą zuchwałą, bezczelną kobietą!

Gilbert, jak każdy mężczyzna, który nie chce zajmować stanowiska w domowych sporach, przeniósł się w spokojniejsze miejsce, a za takie uznał bibliotekę. Ciotka Mary Maria, która nigdy nie ukrywała swojej antypatii wobec panny Kornelii, także oddaliła się do swojego pokoju. Kiedy więc pani Elliot weszła do salonu, Ania była w nim zupełnie sama. Zamiast jednak rozsiąść się wygodnie i uraczyć gospodynię paroma najświeższymi nowinkami, panna Kornelia usiadła obok przygaszonej Ani i wzięła jej szczupłą rękę w swoje pulchne dłonie.

– Aniu, moja droga, co ja widzę? Nie mów mi tylko, że wszystko jest w porządku. Niech zgadnę: przezacna Mary Maria Blythe robi wszystko, co w jej mocy, żeby wpędzić cię w ciężką nerwicę?

Ania próbowała uśmiechem pokryć swoje zakłopotanie, ale nie bardzo jej się to udało.

– Ja wiem, panno Kornelio, że nie powinnam się tak nią przejmować… Że powinnam puszczać mimo uszu jej uwagi i nie zwracać uwagi na złośliwości, ale… Od jakiegoś czasu czuję, że już nie mogę… nie jestem w stanie dłużej tolerować sposobu, w jaki ona weszła i… i utkwiła w życiu naszej rodziny. Ta zła energia, którą ona tu emanuje każdego dnia… Ja mam wrażenie, że ona… te jej niedobre myśli, uczucia, emocje… że one nas zatruwają… dzień po dniu…

– Nie rozumiem. Dlaczego po prostu nie powiesz jej, że już pora, aby pożegnała wasz dom?

– Nie umiem. Nie potrafię. I wiem, że tym bardziej nie mogę tego oczekiwać od Gilberta. Już mi kiedyś powiedział, że nie miałby śmiałości spojrzeć ludziom w oczy ani sobie w lustrze, gdyby komuś, kto nosi to samo nazwisko, krewnemu, kazał opuścić swój dom.

– A niech ją piekło pochłonie! – jęknęła wzburzona panna Kornelia. – Przecież ta kobieta ma swój dom, bardzo okazały, jak mi wiadomo. I mnóstwo pieniędzy na dodatek. Przecież nikt jej nie chce porzucić na pastwę losu! Zamierzacie jej tylko dać do zrozumienia, żeby wróciła pomieszkać do siebie.

– Ja to wiem, ale myślę, że Gilbert tego nie rozumie. On większości tych sytuacji nie widzi i nic o nich nie wie, bo zwykle jest poza domem, a ja mu o wszystkim nie opowiadam. Zresztą to pewnie są małe sprawy, głupstwa właściwie. Powinnam się wstydzić.

– Nie, Aniu, nie masz racji. To są małe sprawy, ale z takich małych spraw, drobnych sytuacji, uwag, słów i min składa się nasze życie. Mężczyźni tego nie rozumieją. Moja znajoma, która też mieszka w Charlottetown i zna Mary Marię Blythe, mówiła mi, że ona nie ma tam żadnych przyjaciół i że właściwie powinna się nazywać nie Blythe, ale Blight[2]. Nikt tego za ciebie nie zrobi, kochanie; to ty musisz powiedzieć Gilbertowi, że nie masz siły mieszkać dłużej z jego ciotką pod jednym dachem.

– Czasami, gdy myślę o naszej przyszłości, przypomina mi się taki sen, jaki każdy z nas kiedyś śni: że chcemy dokądś biec, uciec od czegoś, ale nogi mamy jak z waty albo jakbyśmy się poruszali po czymś grząskim i lepkim – Ania mówiła to monotonnym głosem, patrząc tępo w kąt pokoju. – Coraz częściej mam takie poczucie, że nic ode mnie nie zależy, że jest tak, jak jest i zawsze już tak będzie, a ja nie mam na to żadnego wpływu. Nie lubię swojego życia, różnych takich chwil, które kiedyś mnie cieszyły… na przykład gdy siadamy wszyscy do stołu. A Gilbert mi niedawno powiedział, że ma wrażenie, iż nie potrafi nawet pokroić mięsa…

– No, proszę! – zauważyła sarkastycznie panna Kornelia. – Czyli jednak też coś czuje.

– My już nawet przestaliśmy swobodnie rozmawiać przy stole – poskarżyła się Ania. – Każde odezwanie się natychmiast wywołuje jej komentarz. Nieustannie poucza dzieci i wytyka im, że są źle wychowane i nie potrafią się właściwie zachować. Nawet gdy są goście, potrafi je krytykować i obśmiewać ich niezręczność. Kiedyś lubiliśmy nasze wspólne posiłki, a teraz… tylko czekamy, żeby jak najszybciej wstać od stołu. My lubimy się śmiać, żartować z siebie w taki ciepły sposób, a ona… jest taka posępna i ponura. I niedelikatna. Uważa, że zawsze ma prawo powiedzieć to, co myśli, nawet jeśli kogoś to rani. Dziś powiedziała do Gilberta: „A cóż ty jesteś taki ponury? Pokłóciłeś się z Andzią?”. A my… po prostu chcieliśmy pomilczeć. Wczoraj umarł pacjent Gilberta, a wie pani, jak on każdy taki przypadek głęboko przeżywa, obwinia się, myśli, co mógł zrobić inaczej. Ale ona nie dała za wygraną. Wygłosiła do nas przemówienie na temat zgody w małżeństwie i przykazała, żebyśmy się do wieczora pogodzili. Potem oczywiście wydało mi się to komiczne, ale kiedy słuchałam tego jej wykładu, głoszonego tonem osoby, która wszystko wie lepiej, miałam ochotę ją udusić. Albo jej relacje z Zuzanną. Nie znoszą się nawzajem serdecznie. Wie pani, jaka jest Zuzanna. Ciągle coś tam mruczy i mamrocze pod nosem o tym, że każda gościnność ma swoje granice, choć proszę ją i zaklinam, by się nie odzywała. W każdym razie jakoś udawało jej się panować nad językiem, aż pewnego dnia nie wytrzymała. To było wtedy, gdy ciotka nazwała Waltera „największym kłamczuchem, jakiego w życiu spotkała”. Bo usłyszała, jak Walter opowiadał Di, że kiedyś spotkał takiego przybysza z Księżyca i długo z nim rozmawiał. Ciotka go najpierw zwymyślała, potem wyśmiała, a na koniec chciała mu buzię wypłukać wodą z mydłem. No i wtedy Zuzanna eksplodowała. Kłóciły się cały wieczór. Straszne jest też to, że ciągle opowiada dzieciom jakieś koszmarne historie. Nan opowiedziała o jakimś dziecku, które się źle zachowywało, a potem zasnęło i już się nie obudziło. Od tej pory Nan boi się, że jak zaśnie, to umrze. A Di usłyszała od niej, że jak się postara i będzie się ładnie zachowywała, to mama i tata zaczną ją kochać tak samo jak Nan, chociaż ma rude włosy! Boże! Gilbert się wtedy naprawdę rozgniewał i nawet coś jej powiedział ostrym tonem. Szczerze mówiąc, liczyłam wtedy, że może się obrazi i wyjedzie, ale nie. Nie zamierzała się obrażać. Popłakała się tylko i powiedziała, że przecież nie chciała źle. Że ona wie, iż rodzice zawsze wyróżniają jedno z bliźniąt i że my pewnie bardziej kochamy Nan, a Di to czuje i cierpi. No i że ona chciała jej pomóc poradzić sobie z tą traumą. Płakała potem przez cały wieczór, aż Gilbert poczuł się jak najgorszy drań i serdecznie ją przeprosił.

– A czego się, droga Aniu, spodziewałaś po przedstawicielu męskiego rodu?

– Nie, to nie tak, panno Kornelio. Gdy się nad tym spokojnie zastanawiam, dochodzę do wniosku, że to chyba moja wina. Jestem samolubna i małostkowa, bo nie potrafię zaakceptować słabostek swoich bliźnich. I rozczulam się nad tym, jak to niby one utrudniają mi życie. Zresztą trzeba przyznać, że ciotka nie zawsze jest taka… upiorna. Bywa… od czasu do czasu… całkiem miła.

– Czyżby? – zainteresowała się panna Kornelia, nie kryjąc ironii. – A kiedy?

– No, na przykład kiedyś powiedziałam, że chciałabym sobie kiedyś sprawić taki serwis… specjalnie do herbaty. I ona wybrała się do Toronto, żeby mi kupić taki serwis – Ania umilkła na chwilę, a potem dodała, kręcąc głową: – I kupiła. Boże, jaki on jest okropny! – roześmiała się mimo woli. Potem westchnęła i znowu się roześmiała, przypomniawszy sobie swój brzydki serwis do herbaty. – Wystarczy. Nie chcę o niej więcej rozmawiać. Trochę się wygadałam i już mi lżej. W życiu są większe problemy niż koszmarna ciotka. Niech pani raczej popatrzy na nasze małe cudo. Widziała pani kiedyś takie rzęsy? A teraz proszę opowiadać. Cała zamieniam się w słuch.

Gdy po godzinie panna Kornelia pożegnała się i wyszła, Ania jeszcze przez jakiś czas siedziała przy dogasającym kominku. Nie powiedziała pannie Kornelii o wszystkim, co jej leżało na sercu. I Gilbert też o tym nie wiedział, bo zajęty, zabiegany, wielu rzeczy nie dostrzegał. A może nie chciał dostrzec?

„Wiem, że to są błahe sprawy, drobnostki właściwie… – myślała smutno. – Ale to one niszczą nasze życie. Po trochu. Jak mole…”.

Przypomniała sobie, co powiedziała panna Kornelia: że Mary Maria Blythe z nikim się nie przyjaźniła. Dla Ani, mającej tylu przyjaciół, ta myśl była nie do pojęcia. I nagle zrobiło jej się żal tej starzejącej się, samotnej kobiety, w której życiu wydarzyło się już wszystko, co się miało wydarzyć. Nie czekało jej nic nowego ani nic dobrego; nikomu nie miała się stać potrzebna, konieczna ani niezbędna, nikt nie oczekiwał od niej ani miłości, ani czułości; nawet jej uwagi i komentarze męczyły i drażniły otoczenie.

„Musimy być dla niej bardziej wyrozumiali. I cierpliwi. Jest męcząca, ale męczy powierzchownie. I na chwilę. A prawdziwe życie toczy się gdzie indziej” – pomyślała Ania wielkodusznie.

Wyjęła malutką Rillę z kołyski i przytuliła twarz do jej gładkiego, aksamitnego, pachnącego mlekiem policzka.

– Mama się trochę nad sobą poużalała – wyszeptała do malutkiego uszka. – I teraz bardzo jej wstyd.


2 Blight – (ang.) niszczyć, rujnować, udaremniać.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?