Ania ze Złotego BrzeguTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania ze Złotego Brzegu
Ania ze Złotego Brzegu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Ania ze Złotego Brzegu
Audio
Ania ze Złotego Brzegu
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90  18,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 7

O, będzie mu tu bardzo wesoło! – pani Parker posłała Walterowi promienny uśmiech. – Oprócz naszej czwórki są u nas moi siostrzeńcy z Montrealu. Przy tylu głowach zawsze znajdzie się jakiś pomysł na pyszną zabawę.

W odpowiedzi chłopiec skrzywił usta w niewyraźnym grymasie, który od biedy można było uznać za uśmiech. Gdyby ktoś go zapytał, czy lubi panią Parker, miałby kłopot z odpowiedzią. Przytłaczała otoczenie swoją obecnością. Za to doktor Parker wydawał mu się miły. Młodych Parkerów ani ich kuzynów nie zdążył dotąd poznać, choć Lowbridge, gdzie mieszkali, leżało niedaleko Glen, dziesięć kilometrów najwyżej. Dorośli często się odwiedzali i o ile tata i pan Parker byli wyraźnie zaprzyjaźnieni, to panią Parker trudno byłoby uznać za przyjaciółkę mamy; mama pewnie bez trudu przeżyłaby brak spotkań z hałaśliwą sąsiadką.

Patrząc na synka, Ania zdała sobie sprawę, że Walter to świetnie wyczuwa; już dawno zauważyła, że mimo swoich ledwie sześciu lat chłopczyk zdaje się zauważać detale, które umykały innym, nawet starszym od niego dzieciom.

Walter wcale nie był pewien, czy cieszy go perspektywa wyjazdu do Lowbridge. Choć lubił wyjeżdżać, odwiedzać różne miejsca; uwielbiał na przykład wizyty w Avonlea. Albo pobyty w Wymarzonym Domku, gdy Krzyś Ford przyjeżdżał tam z rodzicami. Zresztą Wymarzony Domek to była zupełnie inna historia; dzieciaki ze Złotego Brzegu traktowały go właściwie jak swój drugi dom. Tymczasem wyjazd do Lowbridge i to na tak długo, bo na całe dwa tygodnie, które miał tam spędzić z zupełnie obcymi dziećmi – wcale nie wyglądał zachęcająco. Nie miał na to jednak wpływu; w dodatku odnosił wrażenie, że rodzice cieszą się z takiego obrotu sprawy. Nie rozumiał dlaczego; czyżby chcieli rozesłać ich wszystkich w różne strony? Dwa dni temu Jim pojechał do Avonlea, a ostatnio usłyszał Zuzannę, która mówiła o wysłaniu gdzieś dziewczynek, „gdy przyjdzie pora”. Jaka pora? Pora na co? Także ciotka Mary Maria była bardziej niż zwykle podenerwowana i powtarzała w kółko: „Niech już będzie, co ma być”. Ale co ma być? Nikt nie chciał mu powiedzieć. Walter był zaniepokojony.

– Zatem jesteśmy umówieni: jutro przywiozę do was Waltera – zakończył debatę Gilbert.

– Tak, wszyscy na niego czekamy. Zwłaszcza nasze maluchy – zapewniła serdecznie pani Parker.

– Jesteście bardzo mili – podziękowała grzecznie Ania.

Zuzanna, która w kuchni zmywała naczynia, przysłuchiwała się tej wymianie uprzejmości z dezaprobatą.

– Akurat! – zwierzyła się ponuro Okruszkowi. – Nasz Walter najmniej się w tym liczy.

Wreszcie Parkerowie pojechali, a ciotka Mary Maria odetchnęła z ulgą.

– Poczciwa kobieta z tej pani Parker, że zgodziła się zabrać Waltera– oznajmiła. – Słyszałam, jak mówiła, że ma do niego słabość. Jakież to ludzie miewają dziwne słabości! Ale to dobrze. Przynajmniej będę spokojniej wchodziła do łazienki, bez obawy, że stanę bosą stopą na zdechłą rybę!

– Na co? − Ania myślała, że się przesłyszała. – Na rybę?

– Dobrze usłyszałaś, moja droga. Na rybę! Nadepnęłaś kiedyś na zdechłą rybę?

– Boże drogi, nigdy! No bo jak…?

– Eee tam! Jest o co robić szum! – zbagatelizowała sprawę Zuzanna. – Wczoraj Walter złapał na wędkę pstrąga. Przyniósł go do domu, napuścił wody do wanny i wpuścił do niej pstrąga. A biednej rybce się tam nie podobało; zaczęła podskakiwać, aż wyskoczyła z wanny na podłogę i tam dokonała żywota. Znaczy: zdechła. Nie trzeba się po nocy pałętać po domu, w dodatku na bosaka – dorzuciła Zuzanna pogodnie, acz bezosobowo.

– Z zasady nie odpowiadam na skierowane pod moim adresem impertynencje – oświadczyła urażona ciotka, po czym podniosła się z krzesła i z godnością opuściła pokój.

– To nie jej dom! – powiedziała tonem usprawiedliwienia Zuzanna. – Nie zgadzam się, żeby ona się tu szarogęsiła i mówiła, co można robić, a czego nie.

– Mnie też ciotuchna czasami działa na nerwy – przyznała z oporem Ania. – Myślę, że to się niedługo zmieni, gdy już… No, ale trzeba przyznać, że jak człowiek stanie na bosaka na zdechłej rybie, to ma prawo poczuć się trochę nieswojo.

– Chyba lepiej, że stanęła na umarłej rybie, a nie na takiej ruszającej się – wtrąciła się Di.

Rzeczowość tej uwagi rozbawiła Anię i Zuzannę, które wybuchnęły śmiechem.

Wieczorem Ania podzieliła się z Gilbertem swoimi obawami.

– Boję się, że Walterowi będzie źle tam w Lowbridge. Jest taki… wrażliwy – martwiła się.

– Powiedziałbym, że aż za bardzo. – Gilbert ledwo się trzymał na nogach ze zmęczenia. Dzień miał wyjątkowo trudny, bo pomógł przyjść na świat aż trzem nowym obywatelom. – On nawet do ciemnego pokoju sam nie wejdzie. Przyda mu się parę dni z normalnymi, rozbrykanymi dzieciakami. Zobaczysz, że wróci stamtąd odmieniony.

Ania nie spierała się z mężem; wiedziała, że w tym, co mówi Gilbert, jest dużo racji. W dodatku Walter, pozbawiony teraz towarzystwa Jima, czuł się bardzo samotny. Obecność dzieciaków, nawet obcych, powinna mu dobrze zrobić, a poza tym należało też pomyśleć o Zuzannie. Po urodzeniu Shirleya spadło na nią mnóstwo dodatkowych obowiązków, a teraz ma jeszcze na głowie ciotkę Mary Marię, która wprawdzie przyjechała „tylko na dwa tygodnie”, ale siedziała już sześć.

Przy obiedzie Walter dowiedział się, że po południu tata zawiezie go do Lowbridge. Poczuł, jak coś go boleśnie ściska w gardle, a do oczu napływają łzy. Nie umknęło to bacznemu wzrokowi ciotki Mary Marii.

– Taki duży chłopak nie powinien być beksą! – zauważyła surowo, jakby naprawdę wierzyła, że łzy u sześciolatka są rzeczą niedopuszczalną. – Nie znoszę mazgajstwa! No i nie dokończyłeś kotleta – wskazała oskarżycielsko na jego talerz.

Walter zamrugał oczami, żeby odpędzić łzy, i nie podnosząc wzroku, powiedział:

– Tylko trochę zostawiłem. Tego tłustego…

Ciotka uznała, że na wychowywanie krnąbrnych dzieci zawsze jest dobra pora.

– Za moich czasów dzieci nie miały prawa grymasić – pouczyła go stanowczym tonem. – Miejmy nadzieję, że u Parkerów nauczą cię posłuszeństwa. Wybiją ci z głowy te grymasy. Ona jest z domu Winter, prawda? – zwróciła się do Ani. – Czy może Clark? Albo Campbell? Wszystko jedno, Winterowie i Campbellowie to ta sama gałąź i wiem, że oni na żadne kaprysy przy stole nie pozwalają.

– A ja nie pozwalam, żeby ciocia straszyła Waltera – powiedziała Ania stanowczo, a w jej głosie zadrgały groźne tony.

Ciotka Mary Maria zrobiła minę skruszonej winowajczyni.

– Bardzo cię przepraszam, moja droga Andziu – powiedziała z udawanym zawstydzeniem – że ośmielam się wygłaszać jakiekolwiek uwagi na temat wychowania dzieci w t w o j e j obecności.

– A żeby cię, stara zołzo! – pomyślała Zuzanna i czym prędzej wyszła do kuchni po deser, bojąc się, że jeszcze chwila, a powie to głośno.

Ani zrobiło się głupio, tym bardziej że Gilbert spojrzał na nią z wyrzutem. „Mogłabyś mieć trochę więcej wyrozumiałości dla starszej pani, która nie ma nikogo oprócz nas” – mówiły jego zmęczone oczy.

Naprawdę był zmęczony; przez całe lato nie miał ani jednego dnia wolnego, pracował w świątki, piątki i niedziele, a poza tym jego też irytowało wścibstwo ciotki, i to bardziej, niż to okazywał. Ania pomyślała, że jej mąż potrzebuje odpoczynku i że zaraz po tym, gdy stanie się to, na co czekali, wyekspediuje go na jakiś krótki urlop. Na razie jednak postanowiła udobruchać ciotkę, która siedziała z zaciśniętymi ustami i obrażoną miną.

– Smakuje cioci herbata? – zapytała pojednawczo.

– Niespecjalnie. Za słaba jest jak dla mnie. Ale kto by się tam przejmował gustami starej ciotki! Całe szczęście, są jeszcze na tym świecie ludzie, którzy sobie chwalą moje towarzystwo i bardzo o nie zabiegają.

Zabrzmiało to dość tajemniczo, ale Ania nie miała siły, żeby zajmować się teraz takimi zagadkami. Od rana nie czuła się najlepiej, a teraz nagle poczuła, że musi się koniecznie położyć.

– Pójdę na górę – powiedziała cicho, wstając od stołu. Twarz miała bladą i czuła, że kręci się jej w głowie. – Gilbercie, zadzwoń, proszę, po pannę Carson. I wróć jak najszybciej z Lowbridge, dobrze?

Obdarowawszy Waltera przelotnym całusem, poszła na górę. Walter z trudem powstrzymał łzy, które były już całkiem blisko jego oczu, tuż pod powiekami. Poczuł się niekochany i całkiem nieważny dla swojej własnej mamy, więc pocałunek, który złożyła na jego czole ciotka Mary Maria, tylko go rozzłościł. Nie cierpiał, gdy ktoś go całował w głowę.

– Bądź tam grzeczny, zwłaszcza przy stole – pouczyła go starsza pani. – Nie proś o dokładki i słodycze, bo zobaczysz, co się stanie: przyjdzie po ciebie dziad z workiem na łakome dzieci i cię stamtąd porwie.

Miała szczęście, że Gilberta już nie było w jadalni; poszedł zaprząc konia do bryczki. I on, i Ania wychowywali swoje dzieci bez takich „straszaków” i nie zgadzali się, by inni opowiadali im podobne głupstwa. Za to groźbę ciotki Mary Marii usłyszała Zuzanna i z trudem powstrzymała się, by resztki sosu z patelni nie wylać na głowę złośliwej damy.


Rozdział 8

W gruncie rzeczy Walter był zadowolony, że może tak sobie jechać bryczką razem z tatą. Droga do Lowbridge wiodła przez wyjątkowo malowniczą okolicę, a Walter lubił ładne widoki. Żałował tylko, że tata był jakiś taki milczący; nie rozmawiał z nim wcale, tylko poganiał konia.

W Lowbridge też się spieszył; zamienił tylko parę słów z panią Parker i zaraz odjechał. Nie pożegnał się z Walterem! To oznaczało tylko jedno: nikt go już nie kochał i nikomu nie był potrzebny – nawet rodzicom!

 

Dom Parkerów, ogromny i wyraźnie potrzebujący ręki, która zapanowałaby nad wszechobecnym tam bałaganem, nie spodobał się Walterowi. Inna sprawa, że w tamtej chwili chciał być tylko w jednym miejscu na świecie, a tym miejscem był Złoty Brzeg.

Pani Parker wzięła go za rękę i zaprowadziła na podwórko, na którym roiło się od dzieci. Przedstawiła go im, a potem szybko wróciła do swoich zajęć. Wyznawała zasadę, że dzieci, pozostawione same sobie, szybciej i łatwiej się poznają, a potem zaprzyjaźniają. To słuszne założenie, które się prawie zawsze sprawdza, ale w przypadku Waltera zadziałało owo „prawie”. Mama młodych Parkerów uznała, że skoro Walter jest miłym i grzecznym chłopcem, jej własne dzieciaki są wesołe i towarzyskie, a siostrzeńcy, choć początkowo dawali wszystkim odczuć, że przyjechali z „wielkiego świata”, szybko się zakolegowali ze swoimi wiejskimi kuzynami, wszystko powinno zadziałać jak należy i bez większych obaw wróciła do przerwanego szycia. Cieszyła się, że może pomóc sąsiadce, tej „biednej Annie Blythe”, i „przechować” przez parę dni jej synka. Jak wszyscy znajomi i sąsiedzi Blythe’ów, którzy pamiętali komplikacje przy narodzinach Shirleya, wierzyła, że tym razem wszystko się odbędzie bez kłopotów.

Gdy tylko pani Parker zniknęła w domu, na podwórku zapadła cisza. Dzieci przyglądały się sobie uważnie i w milczeniu. Walter, poważny jak na swój wiek, zerkał niepewnie na małą gromadkę młodych Parkerów i ich gości, Johnsonów, którzy przyjechali do nich z Montrealu.

Najstarszy z Parkerów, Bill, miał dziesięć lat i swoją okrągłą, rumianą buzią przypominał pucułowatą twarz matki. W ogóle wydał mu się jakiś taki dorosły, wręcz stary. Drugi w kolejności był Andy Parker, dziewięciolatek, który zyskał w okolicy przezwisko „Prosiak”; dzieciaki uważały, że jest „najokropniejszy ze wszystkich Parkerów”. To przezwisko miało chyba z tym jakiś związek. Walter od razu pomyślał, że chyba nie polubi tego ostrzyżonego na jeża chłopaka, o twarzy gęsto usianej piegami i niebieskich, jakby wytrzeszczonych oczach.

Fred Johnson, ładny, czarnooki i ciemnowłosy chłopaczek, choć był dokładnie w wieku Waltera, też nie przypadł mu do gustu. Jego siostra Opal, dziewięciolatka o ciemnobrązowych oczach i bujnych lokach, była do niego bardzo podobna; najbardziej z oczu, w których, tak jak w oczach brata, migotały złośliwe iskierki. Stała, obejmując wpół ośmioletnią Korę Parker; obie przyglądały się Walterowi ironicznie i z wyższością. Chłopiec poczuł się nieswojo i pewnie gdyby nie obecność najmłodszej z rodzeństwa Parkerów, Alicji, wziąłby nogi za pas i uciekł, gdzie pieprz rośnie.

Alicja była tylko trochę starsza od Waltera; miała siedem lat, burzę płowych loków na głowie, ciemnoniebieskie oczy i zdrową, rumianą buzię. W swojej żółtej sukience wyglądała jak mały, złoty bratek. Uśmiechnęła się do Waltera przyjaźnie, a on poczuł się tak, jakby znał tę dziewczynkę od urodzenia. Mama mówiła, że to się nazywa „bratnia dusza”.

– Cześć, mały! – odezwał się Fred, lekceważąco lustrując przybysza.

Walterowi nie spodobało się politowanie w głosie chłopaka. Poczuł, jak sztywnieje z urazy i niechęci.

– Mam na imię Walter – przedstawił się powściągliwie.

Fred zrobił jeszcze bardziej lekceważącą minę i odwrócił się do reszty dzieciaków.

– Słyszeliście! – gwizdnął pogardliwie, po czym nachylił się do Billa i konspiracyjnie ściszył głos: – Powiedział, że ma na imię Walter.

– Powiedział, że ma na imię Walter. – Bill przekazał tę nowinę Opal.

– Powiedział, że ma na imię Walter – zakomunikowała Opal rozradowanemu Andy’emu.

– Powiedział, że ma na imię Walter – przekazał Andy Korze, a ta odwróciła się do Alicji i zawołała:

– Powiedział, że ma na imię Walter…

Alicja nic nie powiedziała. Przyglądała się Walterowi z sympatią i akceptacją, jakby chciała im dać do zrozumienia, że bez względu na to, jak ma ten nowy chłopiec na imię, ona go lubi i już.

Reszcie towarzystwa nie przeszkadzało to, że Alicja nie podjęła zabawy. Zaczęły na wyścigi powtarzać: „Powiedział, że ma na imię Walter”, wyśpiewując to zdanie na różne sposoby i zaśmiewając się przy tym do rozpuku. Ich okrzyki i chichoty dotarły do siedzącej przy oknie pani Parker.

„No, proszę! Nie mówiłam? Dzieci szybko znajdują wspólny język. Już się śmieją i ładnie bawią” – pomyślała, uradowana własną przenikliwością, układając fałdki na nowej sukience Kory.

Na podwórku tymczasem Andy podszedł do Waltera. Bardzo blisko. Za blisko.

– Nasza mama mówiła, że ty wierzysz w takie tam… różne… elfy i wróżki – stwierdził zaczepnie.

Walter odważnie spojrzał mu w oczy. Czuł na sobie spojrzenie Alicji i wiedział, że nie pozwoli się wyśmiewać w jej obecności.

– Wierzę – odparł bez wahania. – Bo one żyją naprawdę.

– Akurat! – zaśmiał się Andy ironicznie.

– Żyją! – powtórzył Walter twardo.

– On powiedział, że wróżki żyją naprawdę – Andy przekazał tę wstrząsającą nowinę Fredowi.

– On powiedział, że wróżki żyją naprawdę – Fred odwrócił się do Billa i cała zabawa w „podaj dalej” zaczęła się od nowa.

Dla Waltera, z którego nikt się nigdy nie wyśmiewał, słuchanie tych drwin było nie do zniesienia. Czuł, że chce mu się płakać, ale nie mógł sobie przecież teraz pozwolić na łzy. Nie przy Alicji.

Andy tymczasem zauważył zmagania Waltera ze łzami i uznał, że to mazgaj i maminsynek.

– Ty, a może chcesz w ucho? – zapytał go głosem niemal pieszczotliwym.

– Prosiaku, daj mu spokój! Ale już! – w głosie Alicji, na pozór spokojnym i grzecznym, było coś, co kazało Andy’emu cofnąć się o pół kroku.

– Przecież żartowałem! – burknął, nie wiadomo czym bardziej speszony: swoją zuchwałością czy swoją uległością.

Potem było lepiej: dzieci zaczęły bawić się w berka i do większych scysji nie dochodziło. Jednak gdy wreszcie wyhasane i zmęczone wróciły na kolację, Waltera ogarnęła nagle tak przemożna tęsknota za domem, że omal się nie rozpłakał i nawet obecność Alicji nie stanowiłaby pewnie większej przeszkody. Jeszcze raz udało mu się opanować łzy i wdzięczny był Alicji za przyjacielskiego kuksańca, gdy siadali do stołu, ale nic nie jadł. Gardło miał jak zasznurowane i nie był w stanie przełknąć ani kęsa. Na szczęście nikt się tym nie przejął – ani pani Parker, która uważała, że dzieci nie należy zmuszać do jedzenia i pozwolić im zgłodnieć, ani reszta dzieciaków, zajętych jedzeniem i wzajemnym przekrzykiwaniem się.

Waltera intrygowało, dlaczego wszyscy w tym domu nie mówią do siebie, tylko krzyczą. Może gdyby wiedział, że niedawno zmarła niedosłysząca mocno, ale bardzo ciekawa świata babcia młodych Parkerów, do której wszyscy z konieczności wołali, a nie mówili, byłby bardziej wyrozumiały. Ale nie wiedział, za to czuł, że głowa mu pęka od tego hałasu. Znowu zatęsknił strasznie za domem. „Oni też pewnie jedzą kolację” – pomyślał. Mama się śmieje, tata przekomarza się z dziewczynkami, Zuzanna jak zwykle rozpieszcza Shirleya i dolewa słodkiej śmietanki do jego wieczornego mleka. Nan po kryjomu karmi pod stołem Okruszka… Nawet myśl o ciotce Mary Marii nie wywoływała w nim teraz odruchu niechęci. Bądź co bądź należała do ich rodziny. Najchętniej uciekłby od stołu i schował się w jakiejś mysiej dziurze, żeby sobie spokojnie popłakać. Tylko jak tu znaleźć mysią dziurę? Dobrze, że chociaż ta Alicja tu jest.

Walter sięgnął po szklankę z wodą i wypił ją całą, do dna. „Trochę lepiej” – pomyślał.

– Nasz kot często wymiotuje! – oznajmił Andy, kopnąwszy go wcześniej pod stołem w nogę.

– Nasz też wymiotuje – temat konwersacji nie wydał się Walterowi specjalnie interesujący, ale co tam. Okruszek wprawdzie wymiotował może ze dwa razy, ale przecież nie można pozwolić, żeby koty Parkerów pod jakimkolwiek względem wydawały się lepsze.

Andy nie zamierzał jednak tak łatwo ustąpić.

– Ale nasz na pewno częściej! – zaperzył się nie na żarty.

– Akurat! Nasz robi to tak często jak żaden inny na świecie.

Kres dyspucie o kocich torsjach położyła pani Parker, która potrzebowała chwili spokoju, by dokończyć artykuł pod obiecującym tytułem Jak zrozumieć własne dziecko.

– Dość już tych kłótni o koty – zarządziła. – Idźcie jeszcze trochę pobiegać po dworze, a potem mycie zębów i do łóżek!

Do łóżek. Walter przypomniał sobie, że ma w tym domu spać, że spędzi tu nie jedną, ale wiele nocy. Całe dwa tygodnie. Ta myśl go poraziła. Schował do kieszeni ręce zwinięte w pięści, wyszedł z domu i skierował się w stronę sadu. Pod jabłonią bili się Andy i Bill, gryząc się nawzajem, parskając i rycząc wniebogłosy.

– W tym jabłku od ciebie był wielki robal! Ja ci pokażę! Zaraz będziesz musiał sam zeżreć to jabłko, ty głąbie jeden!

Bijatyki młodych Parkerów były na porządku dnia i dawno już przestały kogokolwiek dziwić i niepokoić. Pani Parker była zdania, że takie siłowe przepychanki jej chłopców działają na nich oczyszczająco, bo pozwalają im pozbyć się złych emocji. Chwilę później chłopcy znowu są najlepszymi kumplami i bawią się ze sobą jak dawniej. Jednak nawet jeśli miała rację, to dla Waltera, który nigdy wcześniej nie widział niczego podobnego, widok tłukących się czym popadnie braci był szokujący. Popatrzył na pozostałe dzieci. Fred wojowniczymi okrzykami dopingował obu walczących do skuteczniejszego okładania się pięściami, a starsze dziewczynki chichotały głośno. Tylko Alicja stała z boku i chlipała. Widok łez w jej oczach był dla Waltera nie do zniesienia. Wpadł między bijących się chłopaków, którzy akurat znieruchomieli na chwilę, by odetchnąć.

– Dość tego! – krzyknął najgłośniej, jak potrafił. – Alicja przez was płacze.

Przez chwilę obaj przeciwnicy patrzyli na niego z niedowierzaniem, aż wreszcie dotarło do nich, jakie to śmieszne, że taki mały niedorajda ośmielił się przerwać im zabawę. Zaczęli się śmiać z uznaniem, a Bill posunął się jeszcze dalej: poklepał Waltera po plecach.

– No, dzieciarnia! Przyjrzycie się temu tu bohaterowi – mówił, ciągle chichocząc. – Zuch chłopak! Może jeszcze będą z ciebie ludzie. Masz tu jabłko w nagrodę. Bez robala! – zastrzegł natychmiast.

Alicja przestała płakać i wbiła w Waltera pełen uwielbienia wzrok. To zachwycone spojrzenie nie spodobało się Fredowi. Wprawdzie Alicja jest jeszcze siusiumajtką, ale i tak nie powinna się tak publicznie zachwycać kimś, kto nie jest nim, czyli Fredem Johnsonem. Postanowił raz jeszcze skupić na sobie uwagę całego towarzystwa. W tym celu przywołał w pamięci podsłuchaną niedawno rozmowę ciotki Jen z wujem Dickiem.

– A twoja matka jest bardzo ciężko chora – powiedział, patrząc Walterowi prosto w oczy.

– Nieprawda! Nie jest! – zawołał Walter.

– A właśnie że tak! Słyszałem na własne uszy, jak ciocia Jen mówiła o tym do wuja Dicka. Pewnie jak wrócisz do domu, to ona już nie będzie żyła.

Walter rozejrzał się dookoła, udręczony i bezsilny. Obok niego stała Alicja, ale cała reszta dzieciaków otaczała Freda. Z ukosa zerkali na Waltera, małego, ładnego chłopczyka, który miał w sobie coś, co go odróżniało od nich. Był inny i tyle. Nie mogli się opanować; chęć dokuczenia tej odmienności była silniejsza od nich.

– Jeśli mama jest chora, to mój tata ją wyleczy – powiedział Walter drżącym głosem. – On jest lekarzem, na pewno to zrobi!

– Ej, a ja myślę, że on nie może jej wyleczyć – Fred zrobił zmartwioną minę, jednocześnie ukradkiem puszczając oko do Andy’ego.

– Właśnie że tak! – upierał się Walter. – Mój tata wszystko potrafi. Nie ma takiej rzeczy, której by nie zrobił!

– A słyszałeś o tym, jak Russ Carter w zeszłym roku pojechał do miasta? Tylko na jeden dzień, ale jak wrócił, to się dowiedział, że jego mama jest już zimna jak trup – w akcję straszenia Waltera włączył się także Bill.

– Nawet już ją zdążyli pochować – dodał Andy. I chcąc ubarwić ten nudny w gruncie rzeczy obrazek, pokiwał smętnie głową: – Russ był okropnie zły, bo jak przyjechał, było już po wszystkim. Znaczy: po pogrzebie. A pogrzeby są takie… – szukał przez chwilę właściwego słowa – takie super!

– Naprawdę? – zainteresowała się Opal. – A ja nigdy nie byłam na żadnym pogrzebie – stwierdziła z żalem.

– Nic straconego – pocieszył ją Andy. – Będziesz miała jeszcze sto okazji. Ale jak widać, nawet nasz tata nie potrafił wyleczyć pani Carter, a przecież wszyscy wiedzą, że on jest lepszym lekarzem niż twój ojciec, Walterze.

– To… nieprawda! – Walterowi aż zabrakło tchu z oburzenia.

– Właśnie, że prawda! I w dodatku jest przystojniejszy.

 

– Wcale nie jest – Walter z trudem powstrzymał się, żeby nie tupnąć nogą.

– Jak się wyjeżdża z domu, to tam się różne dziwne rzeczy dzieją, gdy nas nie ma – głos zabrała Opal. – Wyobraź sobie, że wracasz do Złotego Brzegu, patrzysz i widzisz, że twój dom się spalił. I co byś wtedy poczuł?

– A jeśli jeszcze twoja mama umrze, to na pewno was wszystkich porozdzielają – Kora uśmiechnęła się do Waltera życzliwie. – I może wtedy ty zamieszkasz u nas.

– Tak, tak… – pisnęła zadowolona Alicja. – Zamieszkaj razem z nami.

– Co wy! Doktor Blythe na pewno zatrzyma swoje dzieci, bo pewnie niedługo potem się znowu ożeni. Albo może też umrze. Słyszałem, jak nasz tata mówił do mamy, że ten doktor Blythe zapracowuje się na śmierć. Czego się tak na mnie gapisz? – zobaczył wpatrzone w siebie, ogromne ze strachu i zgrozy oczy Waltera. – Masz takie oczy jak dziewczyna, wiesz? Babskie oczy! Babskie oczy!

– Nie, no dajcie już spokój! – powiedziała nagle Opal, którą znudziła ta zabawa. – Przecież on wie, że się wygłupiacie. Kto by się dał nabrać na te wasze popisy! Chodźmy do parku; tam chłopaki grają w piłkę, to sobie pooglądamy. A te maluchy – ruchem brody wskazała na Waltera i Alicję – niech zostaną tu, na podwórzu. Nie potrzebujemy takich smarkatych ogonów!

Całe towarzystwo zebrało się i poszło, ale Waltera nie zmartwiło to ani trochę. Cieszył się, że Alicja z nim została. Usiadł obok niej na stercie suchych gałęzi, pozostałych po wiosennych porządkach w ogrodzie, i uśmiechnął się nieśmiało. Odpowiedziała mu takim samym uśmiechem.

– Umiesz grać w kamienie? Nie szkodzi, nauczę cię. I mogę ci dać na trochę mojego kangurka pluszowego. Możesz z nim dzisiaj spać.

Wieczorem pani Parker zaprowadziła Waltera do jego sypialni; małego pokoiku, w którym nie było właściwie nic poza łóżkiem i małą szafką. Na łóżku leżała ciepła kołdra, bo choć był już czerwiec, na zewnątrz było bardzo chłodno, wręcz zimno; w końcu Lowbridge leżało nad morzem i panował tu mroźny jak na tę porę roku morski klimat.

Chłopiec nie mógł zasnąć, choć Alicja rzeczywiście pożyczyła mu na noc swojego kangura. Tęsknił za domem, za swoim pokojem, za widokiem z okna i mamą, która na pewno przyszłaby do niego, żeby mu poczytać. Zamiast tego leży oto w jakimś obcym domu, obcym łóżku i czuje się tak, jakby już lata całe spędził na tym wygnaniu. Te wspomnienia tak go rozczuliły, że poczuł łzy zbierające się pod powiekami.

– Nie płacz! – strofował sam siebie w myślach. – Jesteś już duży i nie powinieneś… Nie trzeba…

Nic jednak nie mógł na to poradzić i łzy dwiema ciepłymi strużkami popłynęły po jego buzi.

Młodzi Parkerowie i Johnsonowie wrócili właśnie z parku i wszyscy, całą czeredą, wpakowali się do pokoju Waltera. Rozsiedli się na łóżku i na podłodze, pogryzając przyniesione ze sobą jabłka. Andy zauważył ślady łez na twarzy Waltera.

– Beczałeś, maluszku? – zakpił. – Beksa lala! Mała dziewczynka! Beksa lala!

Bill podsunął mu pod nos nadjedzone jabłko.

– Chcesz gryza? Uszy do góry! Nie becz! Może twoja mama zaczęła zdrowieć, jeśli ma silny organizm. Nasz tata mówi, że żona Stefana Flagga już dawno byłaby na tamtym świecie, gdyby nie to, że ma silny organizm. To jak? Ma twoja matka silny organizm czy nie ma?

– Ma. – Walter energicznie pokiwał głową. Nie wiedział co to jest ten „silny organizm”, ale przecież jego mama nie mogła być gorsza od pani Flagg.

– W zeszłym tygodniu umarła pani Sawyer, a przedtem, wcześniej, umarła mama Sama Clarka – podsumował zgony w gminie Andy.

– Ja słyszałam, że ludzie zwykle umierają w nocy. Nasza mama tak mówi. Ale ja nie chciałabym umierać w nocy. No bo jak: pomaszerować do nieba w nocnej koszuli?

Na piętrze rozległ się donośny głos pani Parker:

– Dzieciaki! Marsz do łóżek. Szybko, szybko!

Chłopcy, zanim wyszli, dla zabawy otulili Waltera kołderką jak małego dzidziusia. Nie było w tym jednak złośliwości; zdążyli na swój sposób polubić tego malucha. Kiedy w ślad za nimi ruszyła Opal, Walter złapał ją za rękę i zatrzymał.

– Opal, powiedz mi, że to nieprawda. No wiesz… że moja mama jest chora. Proszę! – Był przerażony, że za chwilę zostanie z tym strachem i niepewnością zupełnie sam.

Opal nie była złą dziewczynką, ale zdążyła się już przekonać, że straszenie innych sprawia jej ekscytującą przyjemność. Teraz też nie umiała jej sobie odmówić.

– Jest chora. Słyszałam, jak ciocia Jen o tym komuś opowiadała. Zabroniła mi mówić ci o tym, ale ja myślę, że powinieneś znać prawdę. Kto wie, może jest już tak chora, że nikt nie może jej pomóc?

Walter odważył się sformułować myśl, która po raz pierwszy zakiełkowała w jego głowie; myśl o śmierci.

– Myślisz, że każdy człowiek na świecie musi umrzeć? – wyszeptał.

– Pewnie, że tak. Ale wiesz, że się nie umiera tak na zawsze, tylko potem idzie się do nieba. – Opal wyłożyła tę teorię, nie przestając uśmiechać się pogodnie.

Za drzwiami przyczaił się Andy, podsłuchujący ich rozmowę.

– Tylko że nie każdy trafia do nieba… – wyszeptał dramatycznie modulowanym szeptem.

– A czy do tego… no, do tego nieba jest daleko z Charlottetown? – zapytał bojaźliwie Walter.

Opal wybuchnęła niepohamowanym śmiechem.

– Ale z ciebie niemądry dzieciuch! Niebo jest strasznie daleko stąd, o tysiące kilometrów. Ale nic się nie martw! Musisz się tylko pomodlić. To ci pomoże. Ja kiedyś zgubiłam dziesięć centów, więc pomodliłam się i… wiesz co? Znalazłam aż dwadzieścia pięć. Nic więcej na ten temat nie wiem.

– Opal, czy ty słyszałaś, co ja powiedziałam? – dobiegł z dołu poirytowany głos pani Parker. – Natychmiast idź się położyć! Zostaw Waltera; ten dzieciak już dawno powinien spać.

Opal pospiesznie wybiegła z pokoju Waltera; znała ciocię Jen i wiedziała, że nie rzuca słów na wiatr. Lepiej się jej nie narażać. Zamknięte drzwi otworzyły się jednak jeszcze raz i zamajaczyła w nich kudłata głowa Andy’ego.

– Uważaj, bo te ptaki na tapecie czasami ożywają i sfruwają na łóżko. Mogą ci oczy we śnie wydłubać – pocieszył na dobranoc Waltera.

Po godzinie wszystkie latorośle w domu w Lowbridge spały zdrowym snem, ciesząc się już na jutro, bo znowu będzie można bezkarnie podokuczać temu małemu, miłemu w gruncie rzeczy, ale tak śmiesznie bezbronnemu dzieciakowi. Będzie świetna zabawa.

„Moje kochane słoneczka!” – myślała z czułością pani Parker, obchodząc wszystkie dziecięce pokoje.

Tymczasem dziesięć kilometrów dalej, w tę zimną, czerwcową noc, w Złotym Brzegu przyszła na świat malutka Berta Marilla Blythe i ładnymi, orzechowymi oczami przyglądała się pochylonym nad nią uśmiechniętym twarzom.