Ania ze Złotego BrzeguTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania ze Złotego Brzegu
Ania ze Złotego Brzegu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Ania ze Złotego Brzegu
Audio
Ania ze Złotego Brzegu
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90  18,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Następnego ranka, w dniu swojego wyjazdu, Ania wybrała się jeszcze na cmentarz, by zanieść kwiaty na grób Mateusza. A po obiedzie pojechała na stację i wsiadła do pociągu, który powiózł ją do domu. Przez jakiś czas myślami była jeszcze w Avonlea i rozpamiętywała miłe chwile, które spędziła tam w ciągu ostatnich dni z bliskimi i przyjaciółmi. Potem jednak, im bliżej była Złotego Brzegu, tym silniej czuła radość z tego, że wraca do domu, do tego cudownego miejsca wypełnionego śmiechem, pokrzykiwaniem i żartobliwymi sprzeczkami małej czeredki rozbrykanych urwisów o kędzierzawych główkach i tupotem ich gołych, tłuściutkich nóżek, biegających wte i wewte z podwórza do domu i schodami z góry na dół i z powrotem. Ten dom, ciepły i przytulny, pełen kolorowych kubeczków, zdjęć i dziecięcych rysunków, ulubionych zakamarków, szaf i schowków, celebrowanych uroczyście świąt i urodzin, powierzanych sobie szeptem najgłębszych tajemnic i sekretów, był jej rajem i azylem.

Sięgnęła do torebki i po raz nie wiadomo który wyjęła z niej list, który zdążył do niej dotrzeć wczoraj. Zapisana niewprawną rączką synka-pierwszoklasisty kartka, pełna błędów ortograficznych i wypadających z rządków literek, zalała jej serce falą matczynej czułości i dumy. Czytała go każdemu, kto tylko chciał słuchać, i śmiała się, wzruszona tym pierwszym prawdziwym listem od swojego dziecka.

Nie mogłem ósnąć w nocy, bo Di płakała bez pszerwy, bo Tomek Drew ją nastraszył, rze jej spali w ognisku lalke. zuzanna nam opowiadała bajki w łuszku. One były ciekawe, ale ona nie ómie tak jak ty mamusiu. Ona jest miła i zgodziła się fczoraj, rzebym jej pomagał ogródku sadzić ważywa.

„To niepojęte, że z dala od nich mogłam czuć się dobrze” – myślała z niedowierzaniem i lekkim zawstydzeniem.

Na stacji w Glen St. Mary wpadła prosto w szeroko otwarte objęcia Gilberta, który wyglądał na bardzo stęsknionego.

− Jak to dobrze wiedzieć, że ktoś na nas czeka u celu podróży – śmiała się uszczęśliwiona widokiem męża, bo jego obecność na dworcu zawsze stała pod znakiem zapytania: w końcu pory na narodziny lub umieranie ludzie sobie nie wybierali.

Ania nie lubiła tych powrotów, gdy Gilbert jednak nie mógł po nią wyjechać, za to gdy z daleka widziała na peronie jego sylwetkę, wiedziała, że na pewno przyjechała tam, gdzie powinna. Z przyjemnością patrzyła na swojego przystojnego męża w jasnym, letnim garniturze, zadowolona, że jednak zdecydowała się włożyć na podróż ten ładny kostium i szyfonową bluzkę. Wprawdzie pani Linde uznała, że taki elegancki strój do pociągu to czysta ekstrawagancja, ale Ania dzięki temu czuła się ładna i zadbana.

Dom powitał ją światłami w oknach i kolorowymi lampami na werandzie. Zostawiła Gilberta na obsadzonej narcyzami ścieżce i szybko wbiegła po schodkach.

− Nareszcie! Jestem w domu! – zdążyła zawołać, zanim objęło ją, przywarło do niej i przyssało się kilkanaście rąk, nóg i lepkich buziaków, obsypując ją deszczem uścisków, całusów i słów. Dzieciaki śmiały się i piszczały, czepiając się jej spódnicy i żakietu, nie pozwalając się odkleić ani oderwać równie stęsknionemu rodzeństwu. Jedynie Zuzanna trzymała się z boku, przyglądając się tej eksplozji uczuć z pobłażaniem. Każdy z malców, nawet mały Shirley, próbował wcisnąć mamie swój własny bukiecik kwiatków.

– No, takiego powitania to się nie spodziewałam! Muszę chyba częściej wyjeżdżać, żeby sobie potem patrzeć, jak się cieszycie z mojego powrotu – przekomarzała się Ania z dziećmi, uszczęśliwiona ich radością.

– Ja nie żartuję, mamo! – zapowiedział Jim z grobową miną. – Jeśli znowu gdzieś pojedziesz, ja… zachoruję! Na zapalenie ślepej kiszki!

Walter nie lubił niedomówień.

– A jak to zrobisz? – zapytał brata zaintrygowany.

– Cicho bądź! – uciszył go Jim pospiesznie. – Pamiętam, że wtedy człowieka brzuch boli. Nie wiem gdzie, ale się dowiem. Chciałem mamę postraszyć, żeby już nas nie zostawiała.

Ania tymczasem z tej wielkiej uciechy, że już jest w domu, nie wiedziała, co zrobić najpierw. Próbowała robić wszystko jednocześnie: przytulała swoje maluchy, na chwilę wychodziła do ogrodu, ale zaraz wracała, zbierając po drodze porozrzucane na podłodze zabawki. Jednocześnie słuchała gorączkowych i nieskładnych opowieści o tym, co się zdarzyło w czasie jej nieobecności. O Nan, która wepchnęła sobie do nosa nakrętkę od tubki z maścią. Zuzanna omal się nie załamała, bo pana doktora akurat nie było w domu. „Mało nie dostałam zawału!” – opowiadała Ani z przejęciem. O pani Palmer, która musiała nagle wezwać weterynarza, gdy okazało się, że jej krowa pożywiła się metalowymi gwoździami, których połknęła całe pudełko, czyli blisko sześćdziesiąt sztuk. A wszystkie z żelaza. O pani Douglas, która siedziała na mszy w kościele z gołą głową! Zapomniała włożyć kapelusz i wyszła z domu taka nieubrana! Jak to pan doktor wypielił calusieńki trawnik i to między porodami, przy których asystował. „Pani pojechała, a on pomógł przyjść na świat ośmiorgu dzieciom, pani Aniu!” – raportowała wzruszona Zuzanna. Że Tom Flagg paraduje po wsi z wąsami podejrzanie czarnymi, zapewne ufarbowanymi, a przecież wszyscy wiedzą, że jesienią będą dopiero dwa lata, jak owdowiał. Że Róża Maxwell rozstała się z Jimem Hudsonem, tym z Glen, a on wtedy skrupulatnie wyliczył, ile wydał na nią pieniędzy. Że umarł Amazy Warren i rodzina urządziła mu przepiękny pogrzeb. Że na kota Cartera Flagga napadł jakiś wampir i zjadł mu kawałek ogona! I że któregoś dnia Shirley przepadł bez wieści i po rozpaczliwych poszukiwaniach znaleziono go w stajni, jak się przechadzał między końskimi brzuchami i kopytami. „O, pani Aniu, co ja przez ten czas przeżyłam, to tylko ja jedna wiem”. Że śliwy w ogrodzie zaatakowała jakaś owocowa zaraza. I że Di od rana chodziła po domu i podśpiewywała sobie: „Mama wraca… mama wraca… mama wraca…”. A Joe Reese ma nowego kotka i ten kotek ma najprawdziwszego zeza, a Joe mówi, że to dlatego, że nie zamknął oczu, jak przychodził na świat. I jeszcze że Okruszek wpadł do beczki z wodą. Prawie się utopił; na szczęście tata w porę wyciągnął go z tej kąpieli, bo kociak darł się w tej wodzie tak, że było go słychać na przystani.

– Wygląda na to, że już zapomniał o tej przygodzie – Ania z czułością potarmosiła łaciate futerko mruczącego na jej kolanach kota.

W tym domu człowiek musiał cały czas uważać, gdzie stawia nogę i na czym siada, żeby nie rozdeptać albo nie przygnieść futrzanego domownika. Nawet Zuzanna przekonała się do kota, choć początkowo traktowała go wrogo. Ale nie sposób było go nie lubić. To Nan przyniosła go rok temu do domu, wyrwawszy zabiedzone, chude jak nieszczęście kocię z rąk wiejskich łobuzów, którzy znajdowali uciechę w dręczeniu takich małych sierotek. To Gilbert nazwał go Okruszkiem, choć to imię teraz, gdy Okruszek wyrósł na chwata, jak się patrzy, wcale do niego nie pasowało.

Nagle Ania zauważyła, że w salonie czegoś brakuje.

– Zuzanno! – zawołała zaniepokojona. – Gdzie są Gog i Magog?! Potłukły się?!!

Twarz Zuzanny oblekła się szkarłatem, a ona sama pospiesznie wybiegła z pokoju, wołając uspokajająco:

– Nie, nie, pani doktorowo! Proszę się nie martwić!

Wróciła po chwili, trzymając kurczowo dwie psie figurki z porcelany. Stróże domowego ogniska w Złotym Brzegu wrócili na swojej miejsca.

– Zapomniałam przynieść je tu z powrotem – tłumaczyła się Zuzanna, wciąż jeszcze zmieszana. – Gdy pani wyjechała, odwiedziła nas któregoś dnia Karolina Pay z Charlottetown. Wie pani, jaka ona jest akuratna i poukładana. Walter akurat był w salonie, no i poczuł, że powinien porozmawiać grzecznie z gościem. Wskazał na nasze pieski i oznajmił: „To jest Bóg. A to mój Bóg”[1]. Dobrze, że pani nie widziała jej miny… Mało nie wyzionęła ducha ze zgorszenia! Nie chciałam, żeby gadała o nas po wsi, że bluźnimy Bogu, nazywając jego imieniem psy, więc jej wyjaśniłam, skąd to nieporozumienie. Nie jestem pewna, czy moje tłumaczenia trafiły jej do przekonania, ale na wszelki wypadek postanowiłam psy schować do szafy, póki pani tu nie ma.

– Mamo, jestem głodny! Ssie mnie w żołądku. Możemy już usiąść do kolacji? Wiesz, że ugotowaliśmy wszystko, co najbardziej lubisz?

– Ale tupiemy! – powiedziała mrówka do słonia, idąc razem z nim przez most – pokiwała głową Zuzanna. – Zrobiliśmy, no pewnie! Jim najwięcej. Ale rzeczywiście chcieliśmy uczcić pani powrót, pani Aniu.

Po pysznej kolacji Ania poszła poukładać dzieci do snu. Nawet Shirleya utuliła, którą to przyjemność wyjątkowo odstąpiła jej Zuzanna.

– Niech tak będzie! – zgodziła się wspaniałomyślnie. – To taki wyjątkowy dzień.

– A ja myślę, że każdy dzień jest na swój sposób wyjątkowy – zauważyła Ania. – Inny od pozostałych i niepowtarzalny. Czyż nie, Zuzanno?

– A pewnie! – pokiwała głową Zuzanna. – Któregoś dnia na przykład od rana lało jak z cebra; pogoda taka, że żyć się odechciewało. A wieczorem patrzę, a na mojej pelargonii pączki malutkie się pojawiły. Nie kwitła parę lat, już ją chciałam wyrzucić – a to proszę: niespodzianka! A nasze pantofelniki pani już widziała?

– Jak mogłabym ich nie zauważyć? – śmiała się Ania. – Jak ty to robisz, Zuzanno, że one są takie… niezwykłe? – Anię pantofelniki Zuzanny bardziej przerażały niż zachwycały, ale w rzeczy samej były niezwykłe. Uznała więc, że ta mała nieścisłość to jeszcze nie kłamstwo.

– Trzeba wiedzieć, jak dbać o kwiaty – wyjaśniła jej Zuzanna z prostotą. – A potem wystarczy już tylko to robić, czyli dbać. Muszę pani o czymś powiedzieć – zmieniła nagle temat. – Martwię się o naszego Waltera. On tak sobie bierze do serca wszystko, co usłyszy, a te durne dzieciaki z Glen co rusz opowiadają mu różne głupoty. O, dziś dzieci wiedzą mnóstwo niepotrzebnych rzeczy, droga pani doktorowo. No i nasz chłopczyk zapytał mnie ostatnio, czy dzieci dużo kosztują. Zaniemówiłam na chwilę, a potem mu wyjaśniłam, że zależy, jak na to patrzeć. Niektórzy uważają, że i owszem, kosztują i to dużo za dużo. Ale my tu, u nas, sądzimy, że to potrzebny wydatek. Przyjął moją odpowiedź, ale ja się zaczęłam martwić, czy sama nie wywołałam wilka z lasu. Kiedyś przy nim zaczęłam pomstować na te szybujące w niebo ceny różnych rzeczy w sklepach w Glen; może to go tak przestraszyło? No, w każdym razie chciałam, żeby pani wiedziała, że on może poruszyć taki temat.

 

– Ładnie mu to wyjaśniłaś, Zuzanno – pochwaliła ją Ania. – Ale może to znak, że już należy porozmawiać z dziećmi i przygotować je na to, co już niebawem nastąpi…?

Zwieńczeniem tego niezwykłego wieczoru była dla Ani chwila, gdy stała przy oknie, patrząc jak obłoki mgły najpierw spowijają mleczną zasłoną pobliskie wydmy, a potem spływają niżej i niżej, nad zatokę, potem podłużną dolinę i przycupniętą na jej brzegu wieś. Tak ją zastał Gilbert, który dopiero późnym wieczorem wrócił z pracy.

– Jak ja się cieszę, że mogę wrócić upiornie zmęczony do domu, w którym ty już jesteś. Aniu, kochanie, powiedz mi: czy ty jesteś ze mną szczęśliwa?

Ania pochyliła się nad gałązką kwitnącej jabłoni, którą Jim postawił na jej toaletce.

– Szczęśliwa? Powiem ci tak: przekonałam się dziś, że to było wspaniałe znów przez parę dni być Anią z Zielonego Wzgórza. Ale naprawdę szczęśliwa jestem tylko tu: jako Ania ze Złotego Brzegu.


1 Gra słów: Bóg po angielsku to God, a mój Bóg to my God. Walter musiał niewyraźnie wypowiedzieć imiona psów: Gog i Magog – przyp. red.

Rozdział 4

Mowy nie ma! – oznajmił doktor Blythe tonem, który Jim znał doskonale, nie miał więc wątpliwości, że sprawa jest zamknięta.

Ojciec nie zmieniał zdania, a na wsparcie ze strony mamy w takich sytuacjach nie można było liczyć; Ania zawsze stawała po stronie męża. Pociemniałe od żalu i rozczarowania spojrzenie Jim przenosił z jednego rodzica na drugiego, zachodząc w głowę, jak oni to robią, że im większy gniew wzbiera w nim i im wymowniej on na nich patrzy, z tym większym spokojem oni jedzą kolację. Co gorsze, jego zagniewanie zauważyła też na pewno siedząca przy stole ciotka Mary Maria, bo jej sokolemu wzrokowi nic nie mogło ujść uwagi. W każdym razie można było odnieść wrażenie, że napięcie panujące przy stole sprawia jej przyjemność.

Dzisiejsze popołudnie chłopiec spędził z Bertim Szekspirem Drew; sam, bo Krzyś Ford zaprosił Waltera do Wymarzonego Domku. No i właśnie od Bertiego Jim dowiedział się, że wieczorem chłopcy z Glen wybierają się do portu, bo kapitan Bill Taylor będzie rysował tatuaż na ramieniu kuzyna Bertiego, Joego Drew. Było rzeczą oczywistą, że Jim też chciałby to zobaczyć na własne oczy, ale oto przed chwilą na własne uszy usłyszał, żeby to sobie wybił z głowy.

Gilbert uznał, że jest winien synowi wyjaśnienie.

– Po pierwsze, to daleko. Będzie już bardzo późno, gdy chłopcy wrócą z portu, a ty o ósmej idziesz przecież spać.

– Ja chodziłam spać o siódmej, gdy byłam w twoim wieku – wtrąciła ciotka Mary Maria.

– Zaczniesz wychodzić wieczorami, gdy trochę podrośniesz – dodała mama.

– Już to słyszałem! – krzyknął Jim. – Przecież w zeszłym tygodniu mówiłaś to samo! Podrosłem przecież! Ciągle traktujecie mnie jak małe dziecko. A ja jestem już duży! Bertie jest w moim wieku i idzie do portu! – mówił coraz bardziej podniesionym głosem Jim.

– A słyszałeś, że dzieciaki chorują teraz na odrę, Jakubie? – zapytała złowieszczo ciotka. – Co będzie, jak się od nich zarazisz?

Jim nie cierpiał, gdy ktoś mówił do niego: Jakubie. Ciotka o tym wiedziała i robiła to specjalnie po to, by go doprowadzać do szału.

– No i dobrze – burknął niegrzecznie. – Będzie bardzo dobrze, jak zachoruję!

Poczuł na sobie ciężkie spojrzenie ojca i opanował się. Nic nie mógł poradzić na to, że z całego serca nie znosił ciotki Mary Marii. Inne ciotki lubił, na przykład ciocię Marylę albo ciocię Dianę. Tej nienawidził, choć ojciec oczekiwał, że będzie ją traktował z szacunkiem.

– Nie to nie! – bardzo chciał, by to zabrzmiało bezczelnie, choć wypadło raczej żałośnie. – Gdyby wam na mnie zależało, to… Bez łaski! Jak będę trochę starszy, wyjadę stąd! Jak najdalej! Do Afryki. Będę tam polował na tygrysy!

Ania popatrzyła na niego z czułością.

– Tam nie ma tygrysów, Jim – przypomniała mu.

– Za to lwy tam są! – parsknął rozeźlony.

Żarty sobie z niego stroili i jeszcze mieli z tego uciechę. Jim był naprawdę wściekły.

– Właśnie! Są tam lwy. Tysiące, miliony lwów… W całej Afryce lew stoi obok lwa.

Rodzice pokiwali głowami, uśmiechając się do niego wyrozumiale. Ciotce Mary Marii ta wyrozumiałość nie przypadła do gustu. Takie niepotrzebne spoufalanie się z dziećmi tylko pogłębia ich karygodną bezczelność.

Zuzannie, kochającej Jima bardzo, żal było chłopca, ale podzielała obawy jego rodziców: wieczorem port nie był dobrym miejscem dla chłopców, a już na pewno nie powinni oni w tym czasie przebywać w pobliżu tego starego pijanicy Billa Taylora.

– Zjedz trochę piernika, kochanie – podsunęła Jimowi ciasto, sięgając po stare, sprawdzone sposoby osuszania dziecięcych łez. – I dołóż sobie bitej śmietany do niego.

Normalnie za piernik z kleksem śmietany na wierzchu Jim dałby się pokroić. Ale dziś nie było normalnie i nawet ulubiony deser nie złagodził jego gniewu.

– Nie chce mi się jeść! – oznajmił grobowym głosem i głośno wstał, a potem, szurając nogami, ruszył do wyjścia. W drzwiach zatrzymał się jeszcze i popatrzył wyzywająco na domowników, zgromadzonych przy stole.

– Nie liczcie na to, że zaraz pójdę do łóżka, bo ani mi się śni to robić. A jak już będę dorosły, to w ogóle nie będę się kładł! I zrobię sobie tatuaże… wszędzie, gdzie mi przyjdzie do głowy. I będę chuliganił, ile wlezie. Jeszcze o mnie posłuchacie! – zakończył pogróżką.

– Mówi się: „usłyszycie”, a nie „posłuchacie” – poprawiła go mama od niechcenia.

Naprawdę tylko to do nich dotarło?! Nic nie mogło wzruszyć ich serc z kamienia?

Wtedy głos zabrała ciotka Mary Maria.

– To, co mam do powiedzenia, na pewno nikogo z was nie zainteresuje, ale i tak to powiem: za moich czasów, gdyby dziecko miało czelność odezwać się tak do rodziców, dostałoby takie baty, że przez miesiąc unikałoby siadania na czymkolwiek! To wielki błąd, że dzisiejsi rodzice zrezygnowali z używania pasa.

– A czymże to niby Jim zasłużył sobie na lanie? – nie wytrzymała Zuzanna.

Ciotka Mary Maria zignorowała jej pytanie, tak jak udawała, że jej nie zauważa podczas posiłków. W głowie jej się nie mieściło, że można ze służbą zasiadać do stołu. Zuzanna, która nigdy nie nadużywała tego demokratycznego obyczaju, gdy do domu zjeżdżali goście, teraz też nie chciała spożywać posiłków razem ze wszystkimi. Ania jednak nie chciała się zgodzić, by jadała sama w kuchni.

– Ciotka Mary Maria nie jest gościem – stwierdziła stanowczo. – Jest członkiem naszej rodziny, takim samym jak ty.

Nie mając innego wyjścia, Zuzanna ustąpiła, postanawiając, że pokaże pannie Mary Marii, że ona, Zuzanna, nie jest zwykłą kuchtą. Wprawdzie nie znała panny Blythe wcześniej, ale dużo o niej słyszała od swojej siostrzenicy, która kiedyś pracowała u panny Blythe w charakterze pokojówki.

Ania jak zwykle była szczera wobec Zuzanny.

– Prawdę mówiąc, ani trochę się nie cieszę z jej przyjazdu. I to akurat teraz… Ale cóż było robić! Ona sama napisała do Gilberta, że chciałaby do nas przyjechać i pobyć tu przez parę miesięcy. No, a mój mąż, jak wiesz, bardzo szanuje swoją rodzinę.

– Czyli robi to, co do niego należy – skwitowała Zuzanna z właściwą sobie prostotą. – Obowiązkiem mężczyzny, zwłaszcza głowy rodu, jest poważanie swoich krewnych. Parę miesięcy… mówi pani? No, nie wiem… Matylda, szwagierka mojej siostry, przyjechała do nich kiedyś w odwiedziny. „Na trochę” – zapowiedziała. Minęło dwadzieścia lat, a ona wciąż u nich siedziała.

Ania nie była taką pesymistką.

– Nie wydaje mi się, żeby nam coś takiego groziło, Zuzanno. Ciotka ma piękny dom w Charlottetown, tylko trochę za duży i zbyt pusty dla niej jednej. Zawsze mieszkała z matką, ale starsza pani zmarła jakieś dwa lata temu, a miała już dobrze ponad osiemdziesiąt lat. Mary Maria spędziła z nią całe życie, nic więc dziwnego, że czuje się teraz samotna. Spróbujmy uprzyjemnić jej jakoś ten pobyt u nas, dobrze?

– Jak pani sobie życzy – zgodziła się Zuzanna. – Trzeba będzie rozłożyć stół w jadalni. Wprawdzie nie wydaje mi się, żeby panna Blythe należała do ludzi, którzy dają się łatwo polubić, ale cóż… Zawsze to lepiej, gdy przy stole zasiada więcej ludzi, niż miałoby ich stamtąd ubywać.

– Aha, nie stawiajmy wazonu z kwiatami na stole, bo ciotka ma jakąś alergię, podobno na kwiaty właśnie. I nie syp pieprzu do potraw, bo ją od niego kręci w nosie i ma katar. Trzeba też pilnować dzieci, żeby nie hałasowały za bardzo, bo ciotka miewa migreny.

– Nasze dzieci nigdy nie hałasują bez potrzeby – oznajmiła Zuzanna z godnością. – A ja zawsze mogę sobie pójść do lasu i tam pokrzyczeć. Mam tylko wielką nadzieję, że z powodu dolegliwości panny Blythe nie będziemy zabraniali dzieciom śmiać się i dokazywać, bo to już by była gruba przesada.

– Przecież to tylko parę miesięcy, Zuzanno…

– Oby! Cóż, trzeba udźwignąć tę dolegliwość, skoro Pan Bóg nam ją zesłał – zakończyła Zuzanna filozoficznie.

Niedługo potem ciotka Mary Maria, tak jak zapowiedziała, przyjechała do Złotego Brzegu. Od razu zapytała o stan instalacji przeciwpożarowej. Kiedy czyszczono i udrażniano kominy?

– Ten dom ma w ogóle dziwne kominy – stwierdziła, przyjrzawszy się im krytycznie. – Za krótkie. Ale liczę, że pościel w moim pokoju została odpowiednio wywietrzona. Nie znoszę kłaść się do łóżka, w którym pościel jest nieświeża i wilgotna.

Ulokowano ją w pokoju gościnnym, ale można było odnieść wrażenie, że zadomowiła się we wszystkich, oprócz tego, który zajmowała Zuzanna. Wszędzie jej było pełno, wszystko była w stanie zauważyć, ocenić i skrytykować. Już pierwsze wrażenie, jakie zrobił na domownikach jej przyjazd, nie było dobre. Jim szeptem zapytał w kuchni Zuzannę, czy dzieci mogą się przy niej śmiać, bo wygląda tak, jakby tego nie lubiła.

Walter uciekł z pokoju, a zaraz po nim to samo zrobiły obie bliźniaczki. Nawet Okruszek oddalił się pospiesznie, pomiaukując z wyraźnym zaniepokojeniem. Jedynie mały Shirley nie przestraszył się gościa i lustrował ciotkę uważnym spojrzeniem swoich wielkich, brązowych oczu, bezpiecznie schowany w ramionach Zuzanny.

Potraktowana tak obcesowo przez dzieci, ciotka Mary Maria doszła do wniosku, że dzieciaki w Złotym Brzegu są rozpuszczone jak dziadowskie bicze, ale przecież nie ma w tym nic dziwnego, skoro ich matka zajmuje się pisaniem nie-wiadomo-czego i wysyłaniem tego do różnych piśmideł, a ojciec, zamiast je wychowywać, zachwyca się nimi tylko z tej racji, że są j e g o, bo przecież to wystarczy, żeby uznać je za chodzące ideały. No i jeszcze ta służąca, Zuzanna Baker, której się głupota myli z odwagą i sama już nie wie, gdzie jest jej miejsce w szeregu. Dzięki Bogu, ona, Mary Maria Blythe, zjawiła się tu w porę, by uchronić tę rodzinę przed kompletną demoralizacją. Jest to winna pamięci swojego kuzyna, świętej pamięci Jana Blythe’a.

– Za krótko i niewłaściwie się pomodliłeś, Gilbercie – stwierdziła już podczas pierwszej kolacji, nie kryjąc poirytowania. – Mogę zająć się tym zamiast ciebie, inaczej dzieci nie będą wiedziały, jak powinna wyglądać prawidłowa modlitwa przy posiłku.

Gilbert, ku niedowierzaniu Zuzanny, przystał na tę propozycję dla świętego spokoju i już następnego dnia stery przejęła Mary Maria. Zmywając potem talerze, Zuzanna pomyślała, że ta modlitwa bardziej przypominała mowę pogrzebową niż pean na cześć Pana Boga. Teraz zrozumiała, co miała na myśli jej siostrzenica, gdy mówiła o pannie Blythe, że sprawia ona wrażenie, jakby wszędzie wokół siebie wyczuwała jakąś nieprzyjemną woń. Trzeba przyznać Gladys, że trafniej tego nie można było ująć.

Uczciwie trzeba przyznać, że jak na swój wiek, Mary Maria wyglądała nieźle. Miała pięćdziesiąt pięć lat, regularne – szlachetne – jak ona sama twierdziła – rysy twarzy i dobrze ułożone, siwe włosy. Ubierała się ze smakiem i elegancką prostotą, dbając, by jej fryzura była zawsze nienaganna. Inaczej niż Zuzanna, która nie miała czasu na takie zabiegi i swoje gęste włosy spinała w pośpiechu i byle jak szeroką spinką.

 

– Jeszcze by tego brakowało, żeby przy tym podłym charakterze wyglądała jak czarownica – prychała w duchu Zuzanna, rada, że wyniosła dama nie słyszy tych kierowanych pod jej adresem „komplementów”.