Ania z Zielonego WzgórzaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania z Zielonego Wzgórza
Ania z Zielonego Wzgórza
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,80 34,24
Ania z Zielonego Wzgórza
Ania z Zielonego Wzgórza
Ania z Zielonego Wzgórza
Audiobook
Czyta Paulina Holtz
19,90 15,72
Szczegóły
Ania z Zielonego Wzgórza
Ania z Zielonego Wzgórza
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90 19,92
Szczegóły
Ania z Zielonego Wzgórza
Ania z Zielonego Wzgórza
Audiobook
Czyta Magdalena Różdżka
29,90 23,32
Szczegóły
Ania z Zielonego Wzgórza
Ania z Zielonego Wzgórza
Ania z Zielonego Wzgórza
E-book
9,90
Szczegóły
Ania z Zielonego Wzgórza
Ania z Zielonego Wzgórza
E-book
9,90
Szczegóły
Ania z Zielonego Wzgórza
Ania z Zielonego Wzgórza
E-book
18 15,30
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lucy Maud Montgomery

Tytuł oryginału

Anne of Green Gables

Przełożyła

Agnieszka Kuc

Copyright, 1908, by L.C. Page & Company. Entered at Stationer’s Hall, London

First British Edition published by Pittman 1908

© David Macdonald, trustee, and Ruth Macdonald 1996

Polish Translation © Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003

L.M. Montgomery is a trademark of the Heirs of L.M. Montgomery Inc., used under licence by Wydawnictwo Literackie, Krakow, Poland.

Anne of Green Gables and other indicia of „Anne” are trademarks of the Anne of Green Gables Licensing Authority Inc., which is owned by the heirs of L.M. Montgomery and the Province of Prince Edward Island and located in Charlottetown, P.E.I., Canada, and are used under licence of Wydawnictwo Literackie, Krakow, Poland.

Cover art © Ben Stahl

Wydanie pierwsze w tej edycji

Redaktor prowadzący

Jolanta Korkuć

Redakcja

Marianna Cielecka, Paweł Ciemniewski

Korekta

Henryka Salawa, Anna Rudnicka, Małgorzata Wójcik, Alina Doboszewska, Urszula Srokosz

Opracowanie komputerowe okładki

Marek Pawłowski

Redaktor techniczny

Bożena Korbut

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2008

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 0 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

ISBN 978-83-08-04642-5

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp z o.o.

Same dobre gwiazdy spotkały się na nieba szczycie,

Z ducha, ognia i rosy tchnęły w ciebie życie.

Robert Browning

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Co zadziwiło panią Małgorzatę

Pani Małgorzata Linde mieszkała tuż przy głównym trakcie wiodącym przez Avonlea, tam gdzie łagodnie opadał on w dół, ku małej kotlinie. Droga biegła wśród olszynowych zarośli i polnych dzwonków. Przecinał ją strumyk, którego źródło biło gdzieś daleko w lasach otaczających stare domostwo Cuthbertów. Przez leśne ostępy strumień płynął zakolami, niezwykle wartko, po drodze rozlewał się, tworząc mroczne stawy i malownicze kaskady, z chwilą jednak gdy dopływał do kotliny, w której mieszkała pani Linde, zmieniał się w cichy i spokojny potoczek, płynący układnie w kierunku jej domu. Nic w tym zresztą nie było dziwnego, wobec pani Małgorzaty bowiem nawet strumień musiał zachowywać się należycie i zgodnie z zasadami. Widocznie doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że pani Małgorzata bacznie wszystko obserwuje z wysokości swojego okna, nie wyłączając strumyka i biegających nieopodal dzieci, i jeśli tylko zauważy coś dziwnego lub niestosownego, nie spocznie, dopóki nie dowie się, co za tym stoi.

W Avonlea i okolicy mieszkała spora grupa ludzi, którzy tak bardzo przyglądali się temu, co robią sąsiedzi, że zaniedbywali przez to własne obowiązki; pani Małgorzata Linde należała jednak do chlubnych wyjątków – nie dosyć, że potrafiła doskonale ze wszystkim się uporać, to jeszcze znajdowała czas, aby mieć wgląd w sprawy innych. Była znakomitą gospodynią, zawsze wszystko było u niej zrobione jak należy i na czas. Mało tego, „zawiadywała” także kółkiem krawieckim, pomagała w prowadzeniu szkółki niedzielnej, kierowała parafialnym oddziałem Koła Pomocy, a także wiodła prym w Stowarzyszeniu Misyjnym. Pomimo swych rozlicznych zajęć, pani Małgorzata znajdowała aż nadto wiele czasu, by przesiadywać całymi godzinami w kuchennym oknie i dziergać z bawełnianych resztek narzuty na tapczan. Zrobiła ich już szesnaście, co z niekłamanym podziwem powtarzały sobie z ust do ust gospodynie w Avonlea. Robienie na drutach nie przeszkadzało jej uważnie śledzić wszystkiego, co działo się na drodze, która przecinała kotlinę i pięła się dalej po stromym zboczu wzgórza rudawoczerwonej barwy. Ponieważ Avonlea leżało na małym trójkątnym półwyspie wrzynającym się w Zatokę św. Wawrzyńca i z obu stron otaczała je woda, każdy, kto chciał tu dotrzeć lub stąd wyjechać, musiał podążać drogą prowadzącą na wzgórze, a tym samym dostawał się pod czujne oko pani Małgorzaty.

Któregoś popołudnia na początku czerwca pani Małgorzata wyglądała właśnie przez okno. Ciepłe, jasne promienie słońca wpadały do wnętrza kuchni; sad położony na zboczu wzgórza poniżej domu wyglądał niczym zarumieniona panna młoda, cały w bladoróżowym kwieciu, huczący od pszczół. Tomasz Linde, niepozorny, cichy mężczyzna, którego mieszkańcy Avonlea określali zawsze mianem „męża pani Małgorzaty”, zajęty był akurat pracą w polu – siał późną odmianę rzepy na górce za stodołą. Także Mateusz Cuthbert powinien był właśnie obsiewać rzepą swoje rozległe, rdzaworude pole, które leżało niedaleko, nad strumieniem, nieopodal domu o nazwie Zielone Wzgórze. Pani Małgorzata była o wszystkim dobrze poinformowana, słyszała bowiem, jak poprzedniego wieczoru rozmawiał o tym z Piotrem Morrisonem w sklepie Wilhelma Blaira, w Carmody. Mówił, że zamierza przystąpić do siewu właśnie nazajutrz. Piotr oczywiście musiał wyciągnąć z niego tę informację, gdyż Mateusz Cuthbert słynął z tego, że nie był skory do wynurzeń.

Aż tu proszę, Mateusz Cuthbert we własnej osobie, o wpół do czwartej po południu, gdy wszyscy pochłonięci byli pracą, jechał z wolna drogą wiodącą przez kotlinę i dalej ku wzniesieniu. Jakby tego było mało, założył białą koszulę i swoje najlepsze ubranie. Niewątpliwie wyjeżdżał właśnie z Avonlea. W dodatku do powozu zaprzągł kasztankę, co oznaczało, że udawał się w daleką drogę. Gdzież, na Boga, mógł się wybierać, no i po co?

Gdyby chodziło o jakiegokolwiek innego mieszkańca Avonlea, pani Małgorzata na pewno nie miałaby kłopotu ze znalezieniem odpowiedzi na oba nurtujące ją pytania. Mateusz jednak tak rzadko wyjeżdżał z domu, że musiał to być jakiś naglący i całkiem niezwykły wypadek. Był to przecież najbardziej nieśmiały mężczyzna pod słońcem, w dodatku nie cierpiał przebywać w towarzystwie obcych ludzi, a już szczególnie nie znosił miejsc, gdzie należało zabierać głos. Mateusz w białym kołnierzyku, jadący powozem, stanowił widok zaiste niespotykany. Pani Małgorzata, mimo usilnych starań, nic nie mogła z tego pojąć i ten fakt zupełnie popsuł jej humor.

– Po podwieczorku zajdę na chwilę do domu Cuthbertów i dowiem się od Maryli, dokąd się udał i po co – zdecydowała wreszcie ta wielce szacowna osoba. – Zazwyczaj nie jeździ o tej porze roku do miasta, a już na pewno n i e z w i z y t ą. Gdyby zabrakło mu nasion do obsiania pola, nie wystroiłby się tak, no i nie zaprzągłby kasztanki do powozu; nie udawał się też po doktora, jechał bowiem zbyt wolno. Od ubiegłej nocy musiało jednak wydarzyć się coś, co skłoniło go do wyjazdu. Jestem zdziwiona, ot co, i nie zaznam spokoju, dopóki się nie dowiem, dlaczego Mateusz Cuthbert wybrał się w drogę.

Jak pomyślała, tak zrobiła. Nie miała zresztą daleko, jako że obszerny, pełen zakamarków dom Cuthbertów, otulony rozległym sadem, znajdował się zaledwie o ćwierć mili od posesji pani Małgorzaty. Gwoli ścisłości należałoby dodać, że wąska dróżka, która łączyła obie posiadłości, niepomiernie tę odległość zwiększała. Ojciec Cuthbertów, tak samo cichy i nieśmiały jak Mateusz, wzniósł swoje domostwo na tyle daleko od sąsiadów, na ile się dało, bez zaszywania się w leśne ustronia. Dom Cuthbertów został zbudowany w najodleglejszym zakątku posiadłości, dlatego zawsze był ledwie widoczny od strony głównej drogi, przy której tak zgodnie i przyjaźnie sąsiadowały ze sobą pozostałe zabudowania Avonlea. Dla pani Małgorzaty Linde życie na takim odludziu było nie do pomyślenia.

– To nie życie, tylko zwykłe t r w a n i e, ot co – powiedziała, gdy weszła na zrytą koleinami trawiastą ścieżkę, przy której rosły krzewy dzikiej róży. – Nic dziwnego, że Mateusz i Maryla są nieco zdziwaczali, żyją w końcu na zupełnym pustkowiu, całkiem sami. Przecież drzewa nie mogą zastąpić człowiekowi towarzystwa, chociaż gdyby mogły, to uzbierałaby się wcale liczna kompania. Ja tam wolę przyglądać się ludziom, ale trzeba przyznać, że Mateusz i Maryla czują się tutaj dobrze. Ostatecznie, jak to zgrabnie ujął pewien Irlandczyk, można się przyzwyczaić do wszystkiego, nawet do wiszenia na szubienicy.

Z takimi myślami pani Małgorzata wkroczyła na podwórze domu Cuthbertów. Tonęło w zieleni, a przy tym wszędzie panował idealny ład i porządek. Z jednej strony rosły dostojnie wyglądające rozłożyste wierzby, a z drugiej strzeliste topole. Najmniejsza słomka ani kamień nie psuły doskonałej harmonii; gdyby było inaczej, pani Małgorzata natychmiast by to zauważyła. Skrycie żywiła przeświadczenie, że Maryla Cuthbert zamiata swoje podwórze równie często, jak sprząta dom. Z ziemi można by jeść bez obawy, że zgarnie się choćby odrobinkę brudu.

Pani Małgorzata zapukała delikatnie do kuchennych drzwi i weszła do środka dopiero, gdy usłyszała zaproszenie. Kuchnia była bardzo jasna i przytulna, a właściwie mogłaby za taką uchodzić, gdyby nie owa przesadna czystość, która nadawała jej wygląd nieuczęszczanego salonu. Okna kuchni wychodziły na wschód i na zachód; przez zachodnie, które łapało delikatne czerwcowe promienie, widać było podwórze. Ze wschodniego roztaczał się przede wszystkim widok na obsypane białym kwieciem czereśnie rosnące w sadzie oraz na szpaler wysmukłych brzóz, pochylających się nad strumieniem przecinającym kotlinę. Dopiero po chwili dostrzec można było gąszcz winorośli oplatających okno. To tutaj siadywała Maryla Cuthbert, jeżeli już zdecydowała się przysiąść na chwilę. Zawsze nieufnie traktowała światło słoneczne, którego nieodpowiedzialne pląsy i igraszki zupełnie nie licowały z powagą i surowością świata. To tutaj zastała ją teraz pani Małgorzata. Maryla robiła coś na drutach, a za jej plecami widać było stół nakryty do kolacji.

 

Pani Małgorzata, zanim zamknęła drzwi, uważnie przyjrzała się wszystkiemu, co stało na stole. Spostrzegła trzy nakrycia i od razu domyśliła się, że Maryla spodziewa się kogoś. Naczynia jednak były codziennego użytku, a obok nich stał tylko zwyczajny mus jabłkowy i jeden rodzaj ciasta, tak że od razu było widać, iż oczekiwany gość nie jest tak znowu niezwykły. No tak, ale czemu Mateusz przywdział biały kołnierzyk, a w zaprzęgu szła kasztanka? Pani Małgorzata była naprawdę podekscytowana całą tą sprawą, która ze spokojnego, zupełnie zwyczajnego domu Cuthbertów uczyniła miejsce nad wyraz tajemnicze.

– Dobry wieczór, Małgorzato – powiedziała żywo Maryla. – Jest naprawdę pięknie. Może zechcesz usiąść? Co u was słychać?

Pomiędzy Marylą Cuthbert i panią Małgorzatą zawsze istniało coś w rodzaju przyjaźni, na przekór – a może właśnie dzięki – wszystkim dzielącym je różnicom.

Maryla była wysoką, szczupłą kobietą, dosyć kościstą i mało kształtną. Jej ciemne włosy poprzetykane były srebrnymi nitkami i jak zawsze upięte wysoko w mały, ciasny kok, z którego sterczały groźnie dwie metalowe szpilki. Maryla wyglądała na kobietę o niewielkim doświadczeniu i nieugiętych zasadach. Taka też i była. Tylko w kącikach jej ust kryło się coś, co zwiastowało poczucie humoru, któremu nigdy jednak nie pozwoliła w pełni rozbłysnąć.

– U nas wszystko dobrze – odparła Małgorzata. – Niepokoiłam się jednak o was, gdy zobaczyłam, że Mateusz dokądś się dzisiaj wybrał. Myślałam, że pojechał po doktora.

Maryla poruszyła ustami ze zrozumieniem. Spodziewała się wizyty Małgorzaty. Wiedziała, że na widok jej brata wyruszającego w drogę pani Linde nie będzie mogła powściągnąć swej ciekawości.

– Ach, nie, czuję się całkiem dobrze, tyle że wczoraj bolała mnie głowa – powiedziała. – Mateusz pojechał do Bright River. Zdecydowaliśmy się wziąć na wychowanie małego chłopca z sierocińca w Nowej Szkocji. Przyjedzie wieczornym pociągiem.

Gdyby Maryla powiedziała, że Mateusz pojechał do Bright River, żeby odebrać ze stacji australijskiego kangura, konsternacja pani Małgorzaty byłaby zapewne mniejsza. Po prostu oniemiała na pięć sekund. Niemożliwe, żeby Maryla chciała z niej sobie zadrwić, ale w tej chwili pani Małgorzata była skłonna w to uwierzyć.

– Mówisz poważnie, Marylo? – zapytała, gdy już w pełni odzyskała głos.

– Naturalnie, że tak – odpowiedziała spokojnie Maryla, jak gdyby przygarnianie chłopców z sierocińca w Nowej Szkocji nie było żadną niesłychaną fanaberią, lecz zwykłą, rutynową czynnością, taką jak wiosenne prace polowe na farmach w Avonlea.

Pani Małgorzata poczuła, że przeżywa szok. W głowie huczało jej od wykrzykników. Chłopak! Maryla i Mateusz Cuthbert, akurat oni, adoptują chłopca! Z sierocińca! Świat chyba stanął na głowie! Teraz nic nie jest w stanie jej zaskoczyć! Absolutnie nic!

– Skąd taka myśl przyszła wam do głowy? – zapytała z przyganą w głosie.

W końcu nie poprosili jej nawet o radę, siłą rzeczy należało więc wyrazić swoje niezadowolenie.

– No cóż, zastanawialiśmy się nad tym już od dłuższego czasu, właściwie przez całą zimę – odpowiedziała Maryla. – Aleksandra Spencer odwiedziła nas któregoś dnia przed Bożym Narodzeniem i oświadczyła, że na wiosnę planuje sprowadzić z sierocińca w Hopetown pewną małą dziewczynkę. Powzięła ten zamiar w trakcie wizyty u kuzynki, która mieszka w Hopetown. Tak więc Mateusz i ja niejednokrotnie o całej sprawie rozmawialiśmy. Umyśliliśmy sobie wziąć chłopca. Mateusz coraz bardziej posuwa się w latach, wiesz, ma już sześćdziesiątkę – i nie jest tak żwawy jak dawniej. Serce odmawia mu posłuszeństwa. A sama wiesz, jak trudno jest znaleźć dobrych pomocników. Do wzięcia są tylko te głupie francuskie chłopaki, zupełne niedorostki jeszcze. Ledwo zdążysz takiego przyuczyć do tego czy tamtego, a już ci czmychnie pracować w fabryce konserw albo ucieknie do Ameryki. Z początku Mateusz proponował, żeby wziąć jakiegoś chłopca z przytułku dla angielskich sierot. Ja jednak byłam zdecydowanie przeciwna. Może oni są i w porządku, nie mówię, że nie, ale nie potrzeba mi tutaj żadnych londyńskich uliczników. Jeżeli mam kogoś przygarnąć, to niech to będzie jakiś chłopiec stąd. Ryzyka i tak nie da się wykluczyć. Na pewno będę się czuła bezpieczniej i lepiej będę w nocy spać, gdy dostaniemy Kanadyjczyka. Tak więc koniec końców zdecydowaliśmy się poprosić panią Spencer, ażeby wybrała dla nas jakiegoś, gdy pojedzie po swoją dziewczynkę. W ubiegłym tygodniu dowiedzieliśmy się, że właśnie wybiera się w drogę, i poprzez krewnych Ryszarda Spencera mieszkających w Carmody poprosiliśmy, aby przywiozła nam jakiegoś bystrego, odpowiedniego dla nas chłopca w wieku dziesięciu lub jedenastu lat. Uznaliśmy, że to najlepszy wiek – dziecko jest już na tyle duże, że może nam trochę pomóc w domowych zajęciach, a jednocześnie na tyle jeszcze małe, że można je będzie odpowiednio wychować. Planujemy stworzyć dla niego dom i zadbać o stosowne wykształcenie. Listonosz przywiózł dziś ze stacji telegram od pani Spencer, z którego wynikało, że przyjadą wieczornym pociągiem o wpół do szóstej. Dlatego Mateusz udał się do Bright River, aby odebrać chłopca. Pani Spencer wysadzi go na stacji. Sama pojedzie oczywiście dalej, do Białych Piasków.

Pani Małgorzata szczyciła się tym, że zawsze mówiła to, co myśli. Także i tym razem zdecydowała się wyrazić swoje zdanie, gdy tylko zdążyła oswoić się nieco z niezwykłą nowiną.

– No cóż, Marylo, muszę ci szczerze wyznać, że popełniasz straszne głupstwo – wiele ryzykujesz, ot co. Nie wiesz, co sobie ściągasz na głowę. Wpuszczasz obce dziecko do własnego domu, a nic o nim nie wiesz, nie znasz jego charakteru, nie wiesz, kim byli jego rodzice, nie możesz też przewidzieć, co z niego wyrośnie. Dopiero co czytałam w gazecie, bodajże w ubiegłym tygodniu, jak pewien mężczyzna i jego żona, mieszkający na północny zachód od Wyspy, przygarnęli chłopca z sierocińca, a ten podłożył nocą ogień pod ich dom. Zrobił to s p e c j a l n i e, Marylo, mało brakowało, a upiekliby się we własnych łóżkach. Słyszałam też o innym chłopcu, także wziętym z sierocińca, który ciągle podkradał i wypijał jajka, w żaden sposób nie można go było tego oduczyć. Jeżeli chcesz znać moje zdanie, to szkoda, żeś się wcześniej nie spytała, na pewno bym ci wybiła ten szaleńczy pomysł z głowy, ot co.

Wszystkie te uwagi nie zrobiły większego wrażenia na Maryli, nie poczuła się też nimi dotknięta. Dalej spokojnie robiła na drutach.

– Nie przeczę, Małgorzato, że w tym, co mówisz, tkwi sporo racji. Sama też miałam wiele wątpliwości. Mateusz bardzo jednak nalegał. Nietrudno mi było zauważyć, jak strasznie mu zależy, toteż w końcu ustąpiłam. Mateusz tak rzadko się przy czymś upiera, że gdy już coś postanowi, czuję się w obowiązku mu ulec. Jeżeli chodzi o ryzyko, to nieodłącznie towarzyszy nam ono w każdej chwili życia. Ci, którzy decydują się na dzieci, także ponoszą ryzyko – w końcu nie wszystkim udaje się wychować własne potomstwo tak, jak by chcieli. A poza tym Nowa Szkocja leży bardzo blisko Wyspy. Co innego, gdyby chłopiec pochodził z Anglii lub ze Stanów – ale skoro jest stąd, nie powinien specjalnie różnić się od nas.

– No cóż, miejmy nadzieję, że martwię się na wyrost – odrzekła pani Małgorzata tonem pełnym wątpliwości. – Tylko żebyś potem nie miała żalu, że cię nie ostrzega łam, gdy on podpali wasz dom lub wrzuci strychninę do studni. Słyszałam o takim przypadku, który zdarzył się w Nowym Brunszwiku; dziecko z sierocińca zatruło studnię i cała rodzina skończyła życie w strasznych męczarniach. Tyle że wówczas chodziło o dziewczynkę.

– Ale my nie staramy się o dziewczynkę – odpowiedziała Maryla, jakby zatruwanie studni było wyłącznie damską specjalnością i nie dotyczyło małych chłopców. – Nigdy nie odważyłabym się wziąć dziewczynki na wychowanie. Podziwiam panią Spencer, że zechciała się podjąć takiego zadania. No, ale pani Spencer, gdyby tylko mogła, zaadoptowałaby cały sierociniec.

Pani Małgorzata najchętniej zaczekałaby, aż Mateusz wróci ze stacji razem z małym podopiecznym. Ponieważ jednak musiałaby czekać jeszcze dobre dwie godziny, postanowiła wstąpić do domu Roberta Bella i czym prędzej podzielić się nowiną. Niewątpliwie zanosiło się na sensację, jakiej dotąd w Avonlea jeszcze nie było, a pani Małgorzata wprost uwielbiała rozgłaszać takie historie. Toteż szybko podniosła się i wyszła, co sprawiło Maryli ulgę, jako że pod wpływem uwag Małgorzaty jej spokój zaczął ustępować miejsca dawnym wątpliwościom i obawom.

– Mój Boże, tego jeszcze u nas nie było! – wykrzyknęła pani Małgorzata, gdy szła już polną drogą. – Ja chyba śnię. Ten biedny mały nie będzie miał łatwego życia, oj nie. Mateusz i Maryla nie mają pojęcia o wychowywaniu dzieci, więc pewnie będą oczekiwać, że ten chłopiec okaże się mądrzejszy i bardziej poważny od własnego dziadka, którego zresztą pewnie wcale nie znał. Jakoś trudno się przyzwyczaić do myśli, że w domu rodzeństwa Cuthbertów pojawi się dziecko. Nigdy wcześniej nie było tam dzieci, bo Mateusz i Maryla byli już dorośli, gdy wprowadzili się do nowego domu. Patrząc na nich, można wątpić, czy w ogóle kiedykolwiek byli dziećmi. Za nic nie chciałabym się znaleźć na miejscu tego chłopca. Szkoda go, bez dwóch zdań, ot co.

Tak z głębi swego serca przemawiała pani Małgorzata do krzaków dzikiej róży. Gdyby jednak wiedziała, jakie dziecko czeka cierpliwie na stacji w Bright River, jej smutek byłby jeszcze większy i bardziej dojmujący.

Co zadziwiło Mateusza Cuthberta

Mateusz Cuthbert jechał sobie niespiesznie do Bright River – kasztanka miała do pokonania ponad osiem mil. Droga była piękna; ciągnęła się wśród schludnych, niedużych gospodarstw, miejscami przecinała jodłowy zagajnik lub kotlinkę, gdzie dzikie śliwy zwieszały gałęzie oblepione delikatnym kwieciem. Powietrze było ciężkie od zapachu jabłoni, a łąki kładły się na zboczach wzgórz aż po zamgloną, perłowofioletową linię horyzontu, podczas gdy:

Ptaszki małe z zapałem tak wielkim śpiewały,

Jakby w ten dzień jedynie lato chwalić miały. [1]

Mateusz był na swój sposób zadowolony z przejażdżki, no, może z wyjątkiem tych chwil, kiedy musiał kłaniać się mijanym po drodze kobietom – jako że na Wyspie Księcia Edwarda należało pozdrowić każdą napotkaną osobę, bez względu na to, czy się ją znało, czy też nie.

Mateusz żywił niechęć wobec wszystkich kobiet, z wyjątkiem Maryli i pani Małgorzaty. Zawsze towarzyszyło mu jakieś niejasne przekonanie, że te dziwne i tajemnicze istoty po cichu się z niego podśmiewają. Niewykluczone zresztą, że jego podejrzenia były słuszne. Bądź co bądź wyglądał dosyć osobliwie. Chodził lekko przygarbiony, miał długie, sięgające ramion, posiwiałe włosy i gęstą jasnobrązową brodę, którą zapuścił, kiedy ukończył dwudziesty rok życia. W rzeczy samej, w wieku dwudziestu lat wyglądał mniej więcej tak samo jak teraz, gdy miał lat sześćdziesiąt, z tą tylko różnicą, że wówczas nie miał siwych włosów.

Gdy dotarł do Bright River, nigdzie nie było widać pociągu. Pomyślał, że być może przybył za wcześnie. Uwiązał konia na tyłach małego hotelu sąsiadującego ze stacją i wszedł do poczekalni. Długi peron był niemal zupełnie opustoszały. Jedyną żywą istotą w promieniu kilkunastu metrów była mała dziewczynka siedząca na stercie dachówek na samym końcu peronu. Mateusz zaledwie rzucił na nią okiem, poznał, że to dziewczynka, i czym prędzej przemknął obok, starając się nie patrzyć w jej stronę. Gdyby tylko przyjrzał się trochę uważniej, nie mógłby nie zauważyć napięcia i nadziei malujących się na twarzy dziecka. Dziewczynka niewątpliwie czekała na coś lub na kogoś, a ponieważ w tej sytuacji nie mogła robić niczego innego, całą swoją energię włożyła właśnie w czekanie.

Natknąwszy się na naczelnika stacji, który zamykał akurat kasę biletową i wybierał się już do domu na kolację, Mateusz zapytał go, czy wieczorny pociąg planowany na piątą trzydzieści wkrótce nadjedzie.

– Ten pociąg już odjechał, jakieś pół godziny temu – odpowiedział energiczny urzędnik. – Na peronie został jednak pewien pasażer – czeka tu na pana mała dziewczynka. Siedzi tam, na stercie dachówek. Proponowałem, aby weszła do poczekalni, ale poważnym głosem powiedziała, że woli zostać na zewnątrz. „Na powietrzu lepiej działa wyobraźnia”, oświadczyła. Ta dziewczynka ma charakter, to od razu widać.

 

– Nie czekam na dziewczynkę – stwierdził kategorycznie Mateusz. – Przyjechałem po chłopca. Powinien gdzieś tu być. Pani Aleksandra Spencer obiecała przywieźć go nam z Nowej Szkocji.

Naczelnik stacji gwizdnął przeciągle.

– Widocznie zaszła jakaś pomyłka – powiedział. – Pani Spencer wysiadła z pociągu z tą oto dziewczynką i poleciła ją mojej opiece. Wyjaśniła, że pan i pańska siostra zdecydowaliście się ją adoptować oraz że lada chwila któreś z was przyjedzie ją odebrać. To wszystko, co mi wiadomo na ten temat, i proszę mi wierzyć, nie ukryłem tu żadnych innych sierot.

– Nie bardzo rozumiem – odpowiedział już całkiem zagubiony Mateusz. Żałował, że nie ma przy nim Maryli, ona na pewno wiedziałaby, jak wybrnąć z tej sytuacji.

– No cóż, najlepiej zapytać samą zainteresowaną – rzucił beztrosko zawiadowca. – Ona na pewno wszystko panu wytłumaczy, jest wygadana jak mało kto, sam pan zobaczy. Może w sierocińcu nie mieli akurat odpowiedniego chłopca.

Zawiadowca odszedł żwawym krokiem, był już bowiem bardzo głodny. Tym samym nieszczęsny Mateusz stanął przed zadaniem trudniejszym niż wejście do jaskini lwa. Oto miał podejść do dziewczynki, w dodatku zupełnie obcej, wziętej z sierocińca, i zażądać wyjaśnień, dlaczego nie jest ona chłopcem. Mateusz jęknął w duchu, obrócił się i powłócząc nogami, skierował swe kroki w stronę dziecka.

Dziewczynka od samego początku poddawała go wnikliwej obserwacji i teraz również nie spuszczała z niego oczu. Mateusz starał się na nią nie patrzeć, ale nawet gdy by spojrzał, nie dostrzegłby wielu rzeczy, które nie uszłyby uwadze przeciętnego obserwatora.

Dziewczynka wyglądała na około jedenaście lat, ubrana była w przykrótką, zbyt ciasną, brzydką sukienczynę z żółtawoszarej wełny. Na głowie miała kapelusz, całkiem już wypłowiały, spod którego spływały na ramiona dwa grube, płomiennorude warkocze. Kapelusz przysłaniał jej drobną, szczupłą twarz, całą usianą piegami, które kontrastowały silnie z bardzo jasną cerą. Jej usta były duże, podobnie zresztą jak i oczy, które przybierały to zieloną, to znów szarą barwę, zależnie od nastroju i padającego na nie światła.

Tyle zauważyłby od razu każdy przeciętny obserwator. Ktoś bardziej wnikliwy dostrzegłby zapewne znacznie więcej. Podbródek dziewczynki był dosyć spiczasty i wydatny, wielkie oczy skrzyły się radością życia, usta były pięknie wykrojone i pełne wyrazu, czoło wyraziste i szerokie. Krótko mówiąc, każdy uważny obserwator natychmiast by dostrzegł, że w tej pozbawionej opieki małej istocie płci żeńskiej, której tak bezzasadnie obawiał się Mateusz Cuthbert – kryje się duch całkiem niezwykły.

Na szczęście Mateusz nie musiał odzywać się pierwszy, bo gdy tylko zwrócił się w stronę dziewczynki, ta zerwała się z miejsca, chwyciła chudą rączką starą, podniszczoną torbę, a drugą rękę wyciągnęła do niego.

– Pan Mateusz Cuthbert, jak sądzę? – zapytała czystym, miłym głosem. – Bardzo się cieszę, że mogę pana poznać. Już zaczynałam się martwić, że coś się stało, i wyobrażać sobie różne rzeczy. Pomyślałam, że jeśli nikt się po mnie nie zgłosi, to pójdę w stronę tej wielkiej dzikiej czereśni, która rośnie na zakręcie drogi, wejdę na nią i tam spędzę noc. Wcale bym się nie bała, to przecież takie romantyczne spać na czereśni, wśród powodzi kwiatów, w świetle księżyca, nie sądzi pan? Można sobie wtedy wyobrażać, że mieszka się w jakimś marmurowym pałacu. A poza tym i tak byłam pewna, że rano pan mnie odnajdzie.

Mateusz ujął chudą rączkę dziewczynki i trzymał ją niezgrabnie w swojej dłoni. Nareszcie wiedział, co ma zrobić. Przecież nie mógł powiedzieć temu dziecku o promiennych oczach, że zaszło nieporozumienie. Postanowił zabrać je do domu i pozwolić Maryli przejąć inicjatywę. Tak czy owak nie mógł zostawić dziewczynki samej na stacji w Bright River, bez względu na pomyłkę, wszelkie wyjaśnienia i wątpliwości musiały więc poczekać do czasu powrotu do domu.

– Przepraszam, że się spóźniłem – wyszeptał nieśmiało. – Chodźmy, koń czeka na podwórzu. Podaj mi swoją torbę.

– Ależ mogę ją nieść sama – odpowiedziała wesoło dziewczynka. – Nie jest ciężka. Są w niej wszystkie moje rzeczy, ale nie ma tego zbyt wiele. A poza tym trzeba ją trzymać umiejętnie, inaczej może się urwać ucho, więc lepiej będzie, jeżeli sama ją poniosę. To strasznie stara torba. Och, tak bardzo się cieszę, że pan przyszedł, chociaż miło byłoby spędzić noc na tej wielkiej czereśni. Zdaje się, że mamy do pokonania ładny kawał drogi, prawda? Pani Spencer mówiła mi, że trzeba przejechać z osiem mil. To świetnie, bo ja uwielbiam przejażdżki. Och, jak to cudownie, że będę z wami mieszkać i że będziemy razem. Nigdy nikogo nie miałam tak naprawdę. Najgorzej wspominam jednak sierociniec. Byłam tam tylko cztery miesiące, ale i tak o wiele za długo. Pan, jak sądzę, nigdy nie mieszkał w sierocińcu, więc nie może pan wiedzieć, jak tam jest. Naprawdę okropnie, aż trudno to sobie wyobrazić. Pani Spencer powiedziała, że to nieładnie okazywać taką niewdzięczność, ale ja nie chciałam być złośliwa. Czasem mówimy coś złego, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, prawda? Oni byli nawet dobrzy, no wie pan, ci nasi opiekunowie z sierocińca. Tylko że w takim miejscu nie za wiele można fantazjować, chyba że na temat innych dzieci. Często lubiłam układać o nich różne historie, na przykład wyobrażałam sobie, że dziewczynka, która siedziała obok mnie, jest córką jakiegoś hrabiego i że została porwana w dzieciństwie z domu rodziców przez pozbawioną serca niańkę, która zmarła, zanim zdążyła wyznać swoją winę. Często nie spałam w nocy i wymyślałam sobie różne podobne rzeczy, a wszystko dlatego, że w ciągu dnia nie miałam na to czasu. To chyba z tego powodu jestem teraz taka chuda, okropnie chuda, no nie? Sama skóra i kości. Uwielbiam wyobrażać sobie, że jestem ładną, pulchniutką dziewczynką i że mam łokcie z dołeczkami.

Tu dziewczynka przerwała, trochę z tego względu, że się zasapała, a także dlatego, że dotarli już do miejsca, w którym czekał na nich powóz. Nie odezwała się ani słowem aż do momentu, kiedy opuścili miasteczko, zjeżdżając ze stromego, niewielkiego wzgórza. W niektórych miejscach droga, przy której rosły kwitnące czereśnie i smukłe białe brzozy, wryła się tak głęboko w miękki grunt, że skarpa, stanowiąca obrzeże drogi, znajdowała się kilka stóp ponad ich głowami.

Dziewczynka wyciągnęła rękę i ułamała gałązkę mirabelki, która otarła się o brzeg powozu.

– Czyż nie jest piękna? Co przypomina panu to drzewo nachylające się ku nam ze skarpy, całe w bieli i koronkach? – zapytała.

– Czy ja wiem? – odpowiedział Mateusz.

– Jak to, przecież to proste – pannę młodą, w białej sukni i z długim, lekkim jak mgiełka welonem. Nigdy jeszcze nie widziałam panny młodej, ale potrafię ją sobie wyobrazić. Nie znaczy to, że sama pragnę zostać panną młodą. Jestem tak brzydka, że nikt nie zechciałby się ze mną ożenić. No, może z wyjątkiem jakiegoś cudzoziemskiego misjonarza, który nie byłby zbyt wybredny. Tak naprawdę marzę o tym, żeby mieć kiedyś białą suknię. To dla mnie absolutny ideał szczęścia na ziemi. Ja wprost przepadam za pięknymi ubraniami. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek w życiu miała na sobie ładną sukienkę. Tym bardziej chciałabym ją mieć, to chyba oczywiste? Zawsze mogę jednak sobie wyobrazić, że zdobi mnie jakiś olśniewający strój. Tego ranka, kiedy wyjeżdżałam z sierocińca, strasznie było mi wstyd, ponieważ kazano mi założyć tę okropnie starą wełnianą sukienkę. Wie pan, u nas wszystkie dzieci musiały w tym chodzić. Pewien kupiec z Hopetown darował zeszłej zimy trzysta jardów wełnianej tkaniny na rzecz sierocińca. Niektórzy mówili, że zrobił to, bo nie mógł jej sprzedać, ale ja wolę myśleć, że uczynił to z dobroci serca. Pan pewnie też by tak pomyślał? Gdy wsiedliśmy do pociągu, wydawało mi się, że wszyscy patrzą na mnie z politowaniem. Zaraz więc zaczęłam sobie wyobrażać, że ubrana jestem w najpiękniejszą suknię z błękitnego jedwabiu – bo w wyobraźni wszystko jest możliwe – na głowie mam wielki kapelusz, cały przybrany kwiatami i zwiewnymi długimi piórami, na ręku złoty zegarek, noszę też delikatne skórkowe rękawiczki i buciki. Od razu poczułam się lepiej i dzięki temu podróż na Wyspę bardzo mi się podobała. A gdy płynęłam statkiem, wcale nie było mi niedobrze. Również pani Spencer nie czuła się źle, chociaż zazwyczaj bardzo cierpi w czasie takich podróży. Twierdziła, że nie ma czasu myśleć o chorobie morskiej, bo bez przerwy musi uważać, żebym nie wypadła za burtę. Mówiła, że jeszcze nigdy nie widziała, żeby ktoś tak biegał bez ustanku. Ale może to i dobrze, że ciągle musiała mnie szukać, skoro dzięki temu nie dostała mdłości? A ja tylko chciałam dobrze się wszystkiemu przyjrzeć, bo przecież druga taka okazja może się już nie powtórzyć. O, niech pan spojrzy, tam rośnie jeszcze więcej czereśni i wszystkie obsypane są kwiatami! Ta wyspa to chyba najbardziej ukwiecone miejsce, jakie znam. Strasznie mi się podoba i jestem szczęśliwa, że będę tu mieszkać. Zawsze słyszałam, że Wyspa Księcia Edwarda to najpiękniejszy zakątek na ziemi, i lubiłam sobie wyobrażać, że właśnie tutaj jest mój dom, nigdy jednak nie oczekiwałam, że naprawdę tu zamieszkam. To cudowne, gdy nasze marzenia się spełniają, prawda? Ależ dziwne są te rudoczerwone drogi. Gdy w Charlottetown wsiadłyśmy do pociągu i za oknami bez przerwy migał czerwony kolor, zapytałam panią Spencer, dlaczego właściwie te drogi mają taką niezwykłą barwę. Pani Spencer odparła, że nie wie, i poprosiła, bym, na litość boską, przestała ją wreszcie zadręczać pytaniami, gdyż zdążyłam ich już zadać chyba z tysiąc. Może tak rzeczywiście było, ale w jaki inny sposób można się czegoś dowiedzieć, jeśli nie przez zadawanie pytań? No i dlaczego właściwie te drogi są czerwone?