Ania z Zielonego WzgórzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania z Zielonego Wzgórza
Ania z Zielonego Wzgórza
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Ania z Zielonego Wzgórza
Audio
Ania z Zielonego Wzgórza
Audiobook
Czyta Paulina Holtz
19,90  14,73 
Szczegóły
Audio
Ania z Zielonego Wzgórza
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90  17,43 
Szczegóły
Audio
Ania z Zielonego Wzgórza
Audiobook
Czyta Magdalena Różdżka
29,90  21,83 
Szczegóły
Ania z Zielonego Wzgórza
Tekst
Ania z Zielonego Wzgórza
E-book
9,90 
Szczegóły
Tekst
Ania z Zielonego Wzgórza
E-book
17,90  12,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4. Poranek na Zielonym Wzgórzu

Było już całkiem jasno, gdy Ania się obudziła. Nie bardzo wiedząc, gdzie jest, spojrzała w okno i na tle czystego, błękitnego nieba zobaczyła w nim coś białego, puszystego, skąpanego w słońcu…

Na chwilę, gdy już uświadomiła sobie, co to za miejsce, ogarnęła ją radość, ale zaraz przypomniało się jej, że nie może tu zostać. Tak, musi opuścić ten dom, Zielone Wzgórze, bo nie jest chłopcem. No dobrze, ale na razie był słoneczny poranek, a pod oknem rosła wiśnia, która właśnie pięknie zakwitła. Zwinnym susem dziewczynka pokonała odległość między łóżkiem a oknem i podniosła skrzypiącą ze starości żaluzję. Przykucnęła przy oknie i wyjrzała na zewnątrz. Świat za oknem był taki niezwykły! Pomyślała, że wspaniale byłoby zostać w tym miejscu, i postanowiła, że spróbuje to sobie wyobrazić. Właśnie tu było miejsce dla jej wyobraźni.

Tuż przy domu rosła ogromna wiśnia, tak gęsto pokryta kwiatami, że zupełnie nie było widać jej liści. Na lewo i na prawo ciągnęły się kwitnące w tej chwili sady: jabłoniowy i wiśniowy; trawniki pod nimi żółciły się od mleczów. Do pokoiku docierał oszałamiający zapach liliowego bzu, który rósł w ogrodzie znajdującym się pod oknem.

Dalej były łąki, gęsto porośnięte koniczyną, przemykający wśród nich strumień i smukłe, białe brzozy, zatopione w poszyciu z mchów poprzerastanych dzikimi ziołami. A jeszcze dalej wybrzuszało się wzniesienie, ozdobione na górze falbanką ciemnozielonych iglaków. W wąskiej szczelinie między drzewami Ania dostrzegła poddasze szarego domu, który mijali, przejeżdżając obok Jeziora Lśniących Wód.

Po lewej stronie widać było zabudowania gospodarcze, za którymi ciągnęły się, opadając łagodnie w dół, zielone pola uprawne. Na samym końcu, gdzieś na horyzoncie prawie, można było dojrzeć połyskujące szmaragdowo morze.

Zapatrzona w te niezwykłe dla niej widoki, Ania zapomniała o całym świecie i nie zauważyła, że do pokoju weszła Maryla. Oprzytomniała dopiero, poczuwszy na ramieniu jej dłoń.

– Najwyższa pora, żebyś już się ubrała – poinstruowała ją krótko. Zabrzmiało to szorstko, bo Maryla, nienawykła do kontaktów z dziećmi, nie wiedziała, jak z nimi rozmawiać.

Ania pospiesznie zerwała się z podłogi.

– Czy to nie jest prześliczne? – wskazała ręką na ogród za oknem.

– Tak, ta wiśnia jest duża i ładnie kwitnie, ale owoców daje mało; drobnych i robaczywych w dodatku.

– Ale ja nie mówię o drzewie, nie tylko o nim w każdym razie, choć jest takie piękne… I kwitnie tak, jak byłaby to dla niego najważniejsza sprawa na świecie. Myślałam o tym wszystkim tam: o ogrodzie, sadzie, lesie i strumieniu… Nie sądzi pani, że w taki piękny dzień jak dziś, człowiek kocha cały świat? Słyszy pani ten strumień? Jak on się cieszy? Wie pani, że strumienie potrafią być wesołe? To dobrze, że na Zielonym Wzgórzu jest strumień. Tak, wiem, nie powinno to mieć dla mnie żadnego znaczenia, skoro i tak stąd wyjeżdżam, ale będzie mi przyjemnie pomyśleć sobie, że tu jest. Bo gdyby go nie było, to bardzo by go tu brakowało. Dziś już nie jestem zrozpaczona, tak jak wczoraj, ale jestem smutna. Nawet bardzo. Bo przed chwilą wyobrażałam sobie, że jednak to na mnie czekaliście i że będę tu mogła zostać na zawsze. I najtrudniej jest mi wtedy, gdy muszę przestać marzyć…

– Też myślę, że powinnaś już skończyć swoje marzenia, ubrać się i zejść na dół – wtrąciła Maryla, gdy tylko udało jej się przerwać potok słów Ani. – Śniadanie czeka. Jak już się umyjesz i ubierzesz, pościel łóżko i otwórz szeroko okno. I zrób to szybko, dobrze?

Nie minęło nawet dziesięć minut, gdy Ania, umyta, ubrana i uczesana, znalazła się w kuchni, ciesząc się, że udało się jej zrobić wszystko, co jej polecono.

– Dziś jestem naprawdę głodna – oznajmiła, zajmując wskazane jej przez Marylę miejsce. – Już nie mam takiego ponurego nastroju jak wczoraj. Cieszę się, że dziś świeci słońce, choć deszczowe dni też lubię. Poranki są obiecujące, bo nigdy nie wiadomo, co nas czeka w ciągu dnia. Ale dziś cieszę się, że nie pada, bo przecież łatwiej człowiekowi martwić się w pogodny dzień, prawda? A ja mam dziś duże zmartwienie… Kiedy słyszymy o czyimś nieszczęściu, myślimy sobie, że my na pewno byśmy sobie z nim poradzili. Ale kiedy ono nas spotyka… to już nie jest takie proste, prawda?

– Na miłość boską, przestań tyle gadać! – nakazała Maryla. – Dziewczynka w żadnym razie nie powinna tak dużo paplać.

Skarcona Ania umilkła posłusznie i nie odzywała się zupełnie, co po chwili zaczęło Marylę drażnić, tak nienaturalna była ta wymuszona cisza. Mateusz jak zwykle także nic nie mówił, więc śniadanie upłynęło w milczeniu.

Widząc, że Ania staje się coraz bardziej nieobecna, je machinalnie i patrzy w okno niewidzącymi oczami, Maryla czuła, jak narasta w niej irytacja. Miała nieprzyjemne wrażenie, że Ania tylko ciałem była obecna przy stole, podczas gdy jej duch oddalił się w nieznanym kierunku. Jak tu mieć takie dziecko w domu?!

No tak, ale ku jej najwyższemu zdumieniu, Mateusz chciałby, żeby Ania u nich została. Maryla nie miała wątpliwości, że dziś rano pragnie on tego równie mocno, jak wczoraj wieczorem. I że jutro i pojutrze też będzie tego chciał. Znała go; taką miał naturę. Jeśli na czymś mu bardzo zależało, potrafił to komunikować swoim zaciętym milczeniem znacznie skuteczniej, niż gdyby mówił o tym przez cały dzień.

Gdy skończyli jeść, Ania powróciła do rzeczywistości i zapytała, czy może pozmywać.

– A potrafisz? – zapytała Maryla z niedowierzaniem.

– Pewnie, że tak! Choć chyba lepiej umiem opiekować się dziećmi. Szkoda, że nie ma tu żadnych maluchów…

– A ja się z tego cieszę. Już ty sama jesteś wystarczającym kłopotem. I co ja mam z tobą zrobić? Z tego Mateusza to naprawdę dziwak!

– A ja myślę, że jest miły – zaprotestowała Ania. – Wcale nie przeszkadzało mu moje mówienie, a nawet wyglądało na to, że mu się podoba. Tylko go zobaczyłam, od razu pomyślałam, że jesteśmy bratnimi duszami.

– Dziwakami jesteście oboje, choć może i bratnimi – burknęła Maryla. – Dobrze, pozmywaj naczynia, tylko dokładnie. Mam dziś mnóstwo pracy, bo po południu wybiorę się do Białych Piasków, żeby porozmawiać z panią Spencer. Zdecydujemy, co z tobą zrobić, dlatego pojedziesz tam ze mną. Jak pozmywasz, idź na górę i pościel swoje łóżko.

Uwagi Maryli nie uszło, że Ania bardzo dokładnie umyła wszystkie kubki i talerze. Trochę gorzej poszło jej ze słaniem łóżka; najwyraźniej nie miała w tym wprawy. Gdy wreszcie skończyła, Maryla kazała jej wyjść z domu i czymś się zająć w oczekiwaniu na obiad.

Ania ruszyła do drzwi z zapałem, ale nagle zawróciła i usiadła na krześle. Uśmiech zniknął z jej buzi, jakby ktoś go zdmuchnął.

– Co się dzieje? – zdziwiła się Maryla.

– Boję się, że jak wyjdę, to polubię to miejsce – wyznała Ania udręczonym tonem. – A po co mam lubić Zielone Wzgórze, skoro nie będę mogła tu zostać? I tak jest mi ciężko; nie chcę, żeby było jeszcze ciężej. Lepiej będzie, jeśli zostanę w domu. Tak trudno byłoby mi nie pokochać tych drzew, sadu, strumyka, kwiatów… Cieszyłam się, że jest tu tak wiele rzeczy do pokochania, ale teraz mój sen się skończył. Jestem rozżalona, a boję się, że jeśli wyjdę, to znowu będę zrozpaczona. Co to za kwiatek, ten na oknie?

– To pelargonia.

– Och, wiem, że to pelargonia. Pytam, jak ma na imię? Jak ją pani nazwała? A może ja dam jej imię? Mogę? Będę ją tak nazywała, dopóki tu będę.

– Nazwij ją, oczywiście, jeśli masz taką ochotę. Choć nie wiem, jaki sens ma nadawanie imion kwiatom.

– Ależ ma! Ja lubię dawać imiona różnym rzeczom; kwiatom też. Przecież tej pelargonii może być przykro, że wszyscy o niej mówią tylko: pelargonia. To tak, jakby o pani mówili jedynie: kobieta. Już wiem, nazwę ją Jutrzenką. A to wielkie drzewo wiśniowe pod oknem nazwałam Królową Śniegu. Jest taka biała… Wiem, że nie kwitnie przez cały rok, ale zawsze można to sobie przecież wyobrazić…

– Jak żyję, nie spotkałam nikogo takiego – mruczała Maryla sama do siebie, na wszelki wypadek oddaliwszy się w kierunku piwnicy po zbędne jej w tej chwili ziemniaki. – Mateusz ma rację: ona jest jedyna w swoim rodzaju. Jeszcze chwila i na mnie rzuci swój urok, tak jak zaczarowała już Mateusza. A to jego spojrzenie, gdy wychodził w pole! Od razu wiadomo, o czym myślał w nocy. Dlaczego on nie wykrzyczy tego, co mu leży na sercu, jak inni mężczyźni? Jak tu dyskutować z kimś, kto tylko na ciebie patrzy?!

Aż do obiadu Ania była zamyślona, ale Maryla nie przerywała jej rozmyślań. Przy stole zapytała Mateusza:

– Chciałabym po obiedzie wziąć bryczkę i klacz. Nie masz nic przeciwko temu?

Mateusz pokiwał głową i spojrzał pytająco na Anię.

– Pojadę do Białych Piasków, żeby załatwić tę sprawę do końca. Wezmę Anię; niech pani Spencer odeśle ją do Nowej Szkocji jak najprędzej. Podwieczorek zostawię ci na stole w kuchni. Wrócę przed zmierzchem.

Mateusz nie odezwał się ani słowem i Maryla zaczęła się zastanawiać, czy w ogóle słyszał to, co ona mówiła. Pomyślała, że jest tylko jedna rzecz, gorsza od mężczyzny, który nie słucha: kobieta, która nie słucha.

Kiedy przyszła pora, Mateusz zaprzągł klacz do bryczki i otworzył im bramę. Maryla wraz z Anią, siedzącą obok niej na ławeczce, ruszyła powoli. Kiedy go mijały, Mateusz odezwał się wreszcie, mówiąc nie wiadomo do kogo:

– Rozmawiałem dziś z młodym Jerrym Buote z Creek. Umówiliśmy się, że pomoże mi latem przy żniwach.

Maryla udała, że nie słyszy, ale tak popędziła klacz, że ta, zdumiona taką bezceremonialnością, ruszyła z kopyta. Gdy bryczka wytoczyła się już na drogę, zerknęła przez ramię i zobaczyła, jak jej niepoprawny brat stoi oparty o bramę i patrzy za nimi. Uważnie, ale smutno.

 

5. Opowieść Ani

Mimo wszystko – mówiła Ania, patrząc na Marylę z ufnością – postanowiłam się cieszyć tą podróżą. Ja umiem się cieszyć wszystkim. Nie będę myślała, że wracam do domu dziecka, tylko że sobie jadę przez takie piękne miejsca. O, dzika róża tam zakwitła! Śliczna, prawda? Nie wydaje się pani, że to przyjemnie być różą? Ciekawe, co by róże mówiły, gdyby umiały mówić tak jak ludzie. A czy czerwony nie jest najpiękniejszym kolorem na świecie? Bardzo go lubię, choć nie mogę nosić takich ubrań. Czerwień nie jest dla rudych. A może pani słyszała o kimś, kto miał rude włosy w dzieciństwie, a później one zmieniły kolor?

– Nie przypominam sobie – Maryla ceniła szczerość ponad wszystko. – A w twoim przypadku taka zmiana raczej w ogóle nie wchodzi w grę.

– Cóż, nie liczyłam na to specjalnie – westchnęła Ania. – Moje życie to prawdziwy cmentarz pogrzebanych nadziei. Znalazłam to zdanie w jakiejś książce i teraz pocieszam się nim, gdy jest mi źle.

– Jak można się pocieszać w taki niemądry sposób? – obruszyła się Maryla.

– Niemądry? Te słowa są bardzo romantyczne, jak z powieści, a ja się czuję, jakbym w niej występowała. Trudno o coś bardziej romantycznego niż cmentarz nadziei i właściwie to się cieszę, że go mam. Pojedziemy przez Jezioro Lśniących Wód?

– Nie przejeżdżamy przez staw Barrych, bo o niego ci zapewne chodzi. Będziemy jechały wybrzeżem morskim.

– Wybrzeże morskie! Jak to pięknie brzmi! Czy jest równie piękne jak jego nazwa? Białe Piaski też się ładnie nazywają, choć nie tak ładnie jak Avonlea. Kiedy słyszę: Avonlea, mam wrażenie, że słyszę muzykę. Daleko do tych Białych Piasków?

– Około dziesięciu kilometrów. A skoro już i tak przez cały czas mówisz, to przynajmniej niech to ma sens. Opowiedz mi coś o sobie. To, co wiesz.

– Wie pani, myślę, że to, co wiem, nie jest ani trochę ciekawe. Ale mogłabym pani opowiedzieć o tym, co sobie wyobrażam, i to byłoby znacznie bardziej zajmujące.

– Nie wątpię, ale dziękuję. Żadnych wymyślań, proszę! Chcę usłyszeć prawdę. Od początku: gdzie się urodziłaś i ile masz lat?

– Skończyłam jedenaście w marcu – skapitulowała Ania, wzdychając przy tym ciężko. – Urodziłam się w Bolingbroke, w Nowej Szkocji. Mój tata, Walter Shirley, był nauczycielem w liceum. A mama miała na imię Berta. Prawda, że Walter i Berta to ładne imiona? Cieszę się, że moi rodzice mieli ładnie na imię, bo czułabym się bardzo źle, gdyby mój tata nazywał się… na przykład Jedediah…

– A ja myślę, że to, jak się kto nazywa, nie ma większego znaczenia. Liczy się charakter człowieka – Maryla uznała, że odrobina dydaktyzmu nikomu nie zaszkodzi.

– No nie wiem… – Ania nie była o tym przekonana. – Czytałam wprawdzie gdzieś, że róża, nawet gdyby ją nazwać ostem, nadal pachniałaby pięknie, ale nie bardzo w to wierzę. Być może mój tata, nazywając się Jedediah, wciąż byłby miłym człowiekiem, ale nie jestem pewna, czy żyłoby mu się z tym dobrze. Aha, moja mama też była nauczycielką, ale przestała pracować w szkole, gdy wyszła za mąż. W końcu mąż dostarcza pracy aż nadto… Pani Thomas mówiła, że bieda u nich aż piszczała, gdy zamieszkali w tym Bolingbroke, w małym, żółtym domku. Nigdy go nie widziałam, ale wyobrażałam sobie tyle razy, że mogłabym go narysować. Miał taras obrośnięty bzem i firanki, przezroczyste jak mgiełka, w oknach. No i tam się urodziłam. Pani Thomas mówiła, że byłam najbrzydszym noworodkiem, jakiego w życiu widziała: kości powleczone skórą i oczy. Ale podobno moja mama uważała, że jestem najpiękniejsza na świecie i ja jej wierzę, bo chyba matki lepiej znają się na urodzie swoich dzieci, niż biedne kobiety, które przychodzą im sprzątać w domu. Wkrótce potem moja mama umarła. Na febrę. Tata umarł cztery dni później, na tę samą chorobę. No i zostałam bez rodziców, więc wszyscy myśleli, co by tu ze mną zrobić. Już wtedy nikomu nie byłam potrzebna. Widać taka moja dola… No więc nie miałam żadnych krewnych, bo moi rodzice przyjechali do Nowej Szkocji z daleka. Wreszcie ta pani Thomas postanowiła mnie wziąć, a nie była to łatwa decyzja, bo ona była biedna i w dodatku jej mąż był pijakiem. Pani Thomas karmiła mnie butelką. O, może pani będzie wiedziała, czy ludzie, którzy byli karmieni butelką, powinni być lepsi od innych? Bo potem, gdy tylko coś przeskrobałam, pani Thomas pytała mnie z pretensją, jak mogę być taka niedobra, skoro ona wykarmiła mnie butelką. Potem państwo Thomas przenieśli się do Marysville. Mieszkałam u nich do ósmego roku życia, pomagając w wychowaniu czwórki ich dzieci; wszystkie były młodsze ode mnie. To była bardzo ciężka praca… Jednak pewnego razu pan Thomas wpadł pod pociąg i się zabił. Wtedy jego matka zaproponowała wdowie, że weźmie ją do siebie razem z dziećmi, ale beze mnie. Mnie nie chciała. I biedna pani Thomas znów nie wiedziała, co ze mną zrobić. I wtedy zabrała mnie pani Hammond. Usłyszała, że umiem opiekować się dziećmi. Ona mieszkała nad rzeką, w lesie. Okropne pustkowie; pewnie umarłabym tam, gdyby nie moja wyobraźnia. Pan Hammond pracował w tartaku. Mieli razem ośmioro dzieci, w tym trzy razy z rzędu bliźnięta. Wie pani, ja bardzo lubię dzieci, ale nie wtedy, gdy jest ich tak wiele naraz. I powiedziałam to pani Hammond, gdy urodziła te ostatnie bliźniaki. Bo tak mnie już bardzo bolały plecy od noszenia tych dzieci… No i tam, w lesie, byłam dwa lata. Potem pan Hammond umarł, a jego żona dzieci rozdzieliła wśród krewnych, sama zaś pojechała do Stanów. Mnie nikt nie chciał, więc wysłano mnie do domu dziecka. Ale i tam, w Hopetown, nie było dla mnie miejsca; tak dużo było dzieci. W końcu mnie przyjęli, no bo dokąd miałam iść? Byłam tam przez cztery miesiące i wtedy przyjechała pani Spencer.

Po tych ostatnich słowach Ania znowu westchnęła, tym razem z ulgą. Najwyraźniej przypominanie sobie tego, jak bardzo nikt jej nie chciał, było dla niej przykre i trudne.

– A szkoła? – zapytała Maryla, gdy już zjechały na trakt biegnący wzdłuż wybrzeża. – Chodziłaś w ogóle do szkoły?

– Tylko trochę, w czasie tego ostatniego roku u pani Thomas. Tam z lasu było do szkoły daleko, a zimą to już w ogóle nie miałam jak się do niej dostać. Ale w domu dziecka oczywiście chodziłam do szkoły. Umiem czytać i znam na pamięć wiele wierszy. Niektóre są piękne… Lubi pani takie wiersze, kiedy słuchając ich, czuje pani, jak przechodzi panią dreszcz? W czytance do piątej klasy był taki poemat: Upadek Polski. Bardzo przejmujący! Ja, co prawda, nie byłam w piątej klasie, tylko w czwartej, ale dziewczynki, te starsze, pożyczały mi czasem swoje podręczniki.

Maryla przyglądała się Ani z boku.

– A te kobiety, pani Thomas i pani Hammond… Czy one dobrze cię traktowały?

– No… tak – Ania była zakłopotana i zarumieniła się nagle. – One… na pewno chciały być dobre, choć przecież każdemu z nas nie zawsze się to udaje. Im też było trudno w życiu… Jak się ma męża, który jest pijakiem… Albo trzy razy bliźniaki… Pod rząd! Myślę, że one na pewno chciały być dla mnie dobre.

Ania umilkła i zaczęła z zachwytem przyglądać się mijanym po drodze okolicom. Maryla też już o nic jej nie pytała; zajęta myślami, które nie dawały jej spokoju, machinalnie prowadziła bryczkę. Nagle poczuła, że bardzo żal jej tego siedzącego obok niej dziecka. Pomyślała, że w jego krótkim życiu, biednym i wypełnionym ciężką pracą, najgorszy był brak miłości. Maryla była mądrą kobietą i umiała w opowieści Ani usłyszeć to, czego dziewczynka bardzo starała się nie powiedzieć.

Trudno się dziwić, że perspektywa znalezienia wreszcie domu i rodziny tak bardzo Anię podekscytowała. W gruncie rzeczy szkoda, że muszą ją odesłać do tego domu dziecka. A swoją drogą, ciekawe, co by było, gdyby Maryla uległa naciskom Mateusza i zgodziła się, by zatrzymali Anię. Bo przecież on naciskał, a dziewczynka była miła i poukładana. „Gaduła z niej okropna – rozmyślała Maryla – ale przecież tego można ją oduczyć. A poza tym przecież ona wcale nie opowiada żadnych głupstw. Wydaje się naprawdę inteligentna; najwyraźniej pochodzi z dobrej, porządnej rodziny”.

– Jakie ładne jest to morze – odezwała się Ania po długim milczeniu. – Kiedyś, gdy mieszkałam w Marysville, pan Thomas któregoś dnia wypożyczył taki specjalny wóz i pojechaliśmy nad morze. Na cały dzień. Choć musiałam tam przez cały czas pilnować dzieci, i tak się cieszyłam, że tam jestem. A to wybrzeże tutaj jest jeszcze ładniejsze od tamtego. I te mewy… Piękne, prawda? Chciałaby pani być mewą? Ja bardzo… oczywiście, gdybym nie była człowiekiem. To musi być ekscytujące: obudzić się ze wschodem słońca, a potem przez cały dzień fruwać sobie nad taflą morza… I wieczorem powrócić do swojego gniazda. Tak się cieszę, że potrafię to sobie wyobrazić! Co to za wielki dom, ten tam?

– To hotel pana Kirkego. Sezon się jeszcze nie zaczął, więc na razie jest pusto, ale na lato zjeżdżają tu tłumy turystów ze Stanów. Lubią odpoczywać na naszym wybrzeżu.

– To dobrze. Już się bałam, że to dom pani Spencer, a wcale nie chciałabym już być na miejscu. Bo nie chcę, żeby to wszystko się już skończyło.


6. Decyzja Maryli

W końcu jednak dojechały na miejsce. Dom był duży i żółty i stał nad samą zatoką. Pani Spencer wyszła im na spotkanie, a na jej twarzy zadowolenie mieszało się z zaskoczeniem.

– Jak miło was widzieć! Nie wiedziałam, że przyjedziecie, ale bardzo się cieszę. Zaraz każę zająć się koniem, panno Marylo. Co słychać, Aniu?

– Dobrze, proszę pani – odpowiedziała Ania markotnie. Na jej buzi nie było śladu uśmiechu.

– Wejdziemy na chwilę, niech klacz trochę odpocznie – powiedziała Maryla. – Obiecałam Matuszowi, że wrócę niedługo. Musiałam przyjechać, bo… najwyraźniej zaszło jakieś nieporozumienie i chcę te sprawę wyjaśnić. Poprosiliśmy panią – za pośrednictwem pani szwagra – o przywiezienie nam z domu dziecka chłopca, takiego dziesięcio- jedenastoletniego…

– Naprawdę?! – wykrzyknęła pani Spencer zdumiona. – A Robert przysłał do nas swoją córeczkę, Nancy, z informacją, że chcielibyście wziąć na wychowanie dziewczynkę… Prawda, Floro? – zapytała córkę, która akurat wyszła na ganek.

– No tak, rzeczywiście – przytaknęła Flora.

– Ogromnie mi przykro z powodu tego nieporozumienia – pani Spencer była bardzo zakłopotana. – Doprawdy, nie ma w tym mojej winy. Bardzo chciałam spełnić pani prośbę najlepiej, jak to było możliwe. Z Nancy jest prawdziwy pędziwiatr; tyle razy próbowałam zapanować nad tym jej roztrzepaniem.

– Nie, to w zasadzie nasza wina – przyznała Maryla szczerze; w jej głosie słychać było zrezygnowanie. – Powinniśmy byli pojechać tam sami, a nie załatwiać to przez pośredników. No, trudno. Zaszła pomyłka i teraz trzeba całą sprawę jakoś odkręcić. Można małą odesłać do domu dziecka? Powinni ją chyba przyjąć z powrotem, czyż nie?

– Tak sobie myślę – pani Spencer zastanawiała się nad czymś intensywnie – że może nie będzie w ogóle takiej potrzeby. Odwiedziła mnie wczoraj pani Blewett i kiedy dowiedziała się, że byłam w tym domu dziecka, żałowała, że o tym nie wiedziała. Mówiła, że potrzebuje dziewczynki, która mogłaby jej pomagać w domu. To duża rodzina i niełatwo do niej znaleźć jakąś pomoc. Ania nada się tam w sam raz. Naprawdę dobrze się składa…

Maryla nie wyglądała na kogoś, kto jest zadowolony, że coś się tak, a nie inaczej złożyło. Oznaczało to, co prawda, że jej problem został rozwiązany, ale nie była za to ani trochę wdzięczna losowi.

Pani Blewett nie znała osobiście; widywała ją tylko na ulicy. Ta chuda, zrzędliwa kobieta uchodziła za osobę ogromnie wymagającą, a przy tym przykrą i złośliwą, co potwierdzały wszystkie pracujące u niej kiedyś dziewczęta. Podobne opinie krążyły o jej nieznośnych, wciąż kłócących się między sobą dzieciach. Maryla, myśląc o tym, że miałaby wydać Anię w ręce takich ludzi, poczuła skurcz serca.

– No dobrze – powiedziała, siląc się na obojętny ton. – Wstąpię do niej po drodze i pomówię o tym.

– Chyba nie będzie takiej potrzeby – ucieszyła się pani Spencer, która zdążyła już wprowadzić swoich gości do salonu i patrzyła właśnie przez okno. – Zdaje mi się, że pani Blewett akurat postanowiła złożyć nam wizytę. Jakie to szczęście! Możemy od razu załatwić tę sprawę. Proszę usiąść, panno Marylo, tu, na fotelu. Ty, Aniu, tam, na kanapie, tylko siedź spokojnie. Floro, nastaw wodę na herbatę. Witam, pani Blewett! Bardzo się cieszymy, że pani akurat dziś do mnie przyszła. Poznajcie się, drogie panie: pani Blewett, panna Cuthbert. Muszę panie na chwilę przeprosić; sprawdzę tylko, co z moimi rogalikami… – z tymi słowami pani Spencer energicznym krokiem opuściła salon.

 

Ania siedziała jak skamieniała, nie odzywając się ani słowem, i nieruchomym wzrokiem wpatrywała się w panią Blewett. Naprawdę ma trafić pod opiekę tej oschłej kobiety, patrzącej na nią tak nieprzychylnie? Czuła, jak w gardle duszą ją łzy, i przeraziła się, że za chwilę wybuchnie płaczem.

Do salonu powróciła pani Spencer, bardzo zaaferowana, ale gotowa zająć się rozwikłaniem każdej skomplikowanej kwestii.

– Ta dziewczynka… – zaczęła wyjaśniać pani Blewett – zaszło małe nieporozumienie… Powiedziano mi, że państwo Cuthbert chcą adoptować dziewczynkę, podczas gdy oni, jak się okazało, czekali na chłopca. Jeśli zatem nie zmieniła pani zdania, myślę, że ta mała byłaby dla pani nabytkiem w sam raz…

Pani Blewett zmierzyła Anię ostrym jak brzytwa spojrzeniem.

– Jak się nazywasz i ile masz lat?

– Nazywam się Anna Shirley i… mam jedenaście lat – Ania była tak przerażona, że nie ośmieliła się poprosić o nienazywanie jej Andzią.

– Cóż… wydajesz się młodsza, ale pewnie umiesz się szybko ruszać. To dobrze, bo z takich są najlepsi pracownicy. Wezmę cię pod warunkiem, że będziesz mnie słuchała i wykonywała polecenia szybko i bez szemrania. A zatem – zwróciła się do Maryli – biorę ją, panno Cuthbert. Pani pozbędzie się kłopotu, a ja… Mój najmłodszy jest taki marudny, że czasami nie mam już do niego sił. Mogę ją od razu zabrać do domu…

Maryla popatrzyła na Anię. Zobaczyła jej bladą buzię, na której malowała się bezgraniczna rozpacz, i pomyślała, że jeśli pozwoli na to, czego to biedne dziecko tak bardzo się boi, nie wybaczy sobie tego do śmierci. Miałaby oddać tę wrażliwą dziewczynkę komuś takiemu jak pani Blewett? Czuła, ze w żadnym razie nie chce za coś takiego odpowiadać.

– Nie powiedziałam kategorycznie, że nie chcemy jej zatrzymać… – powiedziała ostrożnie. – Prawda jest taka, że mój brat chciałby, żeby mała została u nas. W gruncie rzeczy przyjechałam tu po to, by wyjaśnić, jak doszło do tej pomyłki… I tak sobie myślę, że powinnam wrócić do domu i porozmawiać z Mateuszem, więc…nie podejmę teraz żadnej decyzji. W razie gdybyśmy zmienili zdanie, odeślę ją jutro do pani. Jeśli tak się nie stanie, będzie to oznaczało, że postanowiliśmy ją zatrzymać. Zgadza się pani, pani Blewett?

– A mam inne wyjście? – odparła tamta niegrzecznym tonem.

W czasie tej wymiany zdań twarz Ani zaczęła się stopniowo zmieniać. Najpierw zniknęła z niej rozpacz, potem pojawiła się nieśmiała nadzieja, a w końcu rozjaśnił ją uśmiech. Dziewczynka wyglądała jak przeobrażona, a gdy dwie pozostałe kobiety wyszły na chwilę z pokoju, podbiegła do Maryli rozpromieniona.

– Och, panno Cuthbert! Naprawdę pani to powiedziała? Że mogę zostać na Zielonym Wzgórzu? Naprawdę?! – mówiła szeptem, szybko, jakby bała się, że głośniejsze słowo może rozwiać jej nadzieje. – A może tak mi się tylko wydawało?

– A ja myślę, że dobrze by było, gdybyś trochę powściągnęła swoją wyobraźnię – pouczyła ją Maryla surowo. – Wtedy nie miałabyś kłopotu z odróżnieniem fantazji od rzeczywistości. Tak, właśnie to powiedziałam. Jednak to nic pewnego i możliwe, że ostatecznie trafisz do pani Blewett. Na pewno jej jesteś bardziej potrzebna niż mnie.

– Och, nie! To już wolę wrócić do domu dziecka! – wybuchnęła Ania. – Przecież ona wygląda jak… jaszczurka!

Maryla zdusiła w zarodku uśmiech, który wywołała ta celna uwaga, i uznała, że Anię należy zganić za tę niestosowność.

– Nie wypada, żeby dziewczynka mówiła w ten sposób o osobie starszej, w dodatku obcej – skarciła ją. – Wracaj na kanapę i zachowuj się tak, jak przystoi dobrze wychowanej dziewczynce.

– Zrobię wszystko, co mi pani każe – obiecała Ania, wracając na swoje miejsce. – Tylko niech mnie pani nigdzie nie odsyła.

Gdy wieczorem wróciły do domu, Mateusz czekał na nie przy drodze, chodząc tam i z powrotem. Maryla wiedziała, czym się tak niepokoił, więc nie zdziwiła się, widząc zadowolenie, z jakim powitał powrót ich obu. Ale dopiero gdy zostali sami, opowiedziała mu krótko o tym, czego się dowiedziała od Ani, i o spotkaniu w domu pani Spencer.

– Nawet psa bym nie oddał tej kobiecie pod opiekę – stwierdził bardzo jak na niego stanowczym tonem.

– Mnie też się ona nie podoba – zgodziła się z nim Maryla – ale musimy się zdecydować: albo zatrzymujemy Anię, albo ją oddajemy. Widzę, że ty bardzo chcesz ją zatrzymać, więc chyba nie mam wyjścia i będę musiała na to przystać. Zresztą… tyle o tym myślałam, że już przywykłam do takiego rozwiązania. Patrzę na to jak na swego rodzaju obowiązek… Co prawda nigdy nie wychowywałam dziecka, a już zwłaszcza dziewczynki, ale postaram się zrobić, co w mojej mocy… Także jeśli o mnie chodzi… zgadzam się, by Ania została z nami na Zielonym Wzgórzu.

Posępną twarz Mateusza rozjaśnił uśmiech.

– Wiedziałem, że się zgodzisz, Marylo – powiedział. – To taka niezwykła istota.

– Wolałabym, żeby można było o niej powiedzieć, że jest pożyteczną istotą. O jedno cię tylko proszę: nie wtrącaj się do moich metod wychowawczych, dobrze? Wprawdzie jako stara panna pewnie niewiele się znam na wychowywaniu dzieci, ale sądzę, że ty, jako stary kawaler, nie znasz się na tym wcale. Zatem pozwól, że ja się tym zajmę, a gdy nie będę sobie radziła, poproszę cię o pomoc.

– Przecież to oczywiste, że zrobisz wszystko po swojemu – uspokoił siostrę Mateusz. – Bądź jednak dla niej trochę wyrozumiała, nie rozpieszczając jej, oczywiście… Mam wrażenie, że wobec takich dzieci jak ona wszystko da się osiągnąć miłością.

Maryla znaczącym chrząknięciem wyraziła dezaprobatę dla metod wychowawczych Mateusza i poszła zanieść mleko do spiżarni.

„Nie powiem jej jeszcze dzisiaj, że chcemy ją zatrzymać – postanowiła, zajęta rozlewaniem mleka do naczyń. – Nie będzie mogła zasnąć z wrażenia. No tak, kobieto, nie miałaś kłopotu, to go sobie sprawiłaś. Kto by pomyślał, że na stare lata weźmiesz do domu sierotkę. Dziwne… Ale jeszcze dziwniejsze jest to, że za tym wszystkim stoi Mateusz… On, który zawsze jak ognia unikał małych dziewczynek… Tak czy inaczej, stało się! Czas pokaże, czy to była słuszna decyzja.