Ania z Zielonego WzgórzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania z Zielonego Wzgórza
Ania z Zielonego Wzgórza
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Ania z Zielonego Wzgórza
Audio
Ania z Zielonego Wzgórza
Audiobook
Czyta Paulina Holtz
19,90  14,73 
Szczegóły
Audio
Ania z Zielonego Wzgórza
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90  17,43 
Szczegóły
Audio
Ania z Zielonego Wzgórza
Audiobook
Czyta Magdalena Różdżka
29,90  21,83 
Szczegóły
Ania z Zielonego Wzgórza
Tekst
Ania z Zielonego Wzgórza
E-book
9,90 
Szczegóły
Tekst
Ania z Zielonego Wzgórza
E-book
17,90  12,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Słowo daję, że nie wiem – przyznał szczerze Mateusz.

– Czyli to jeszcze jedna sprawa, którą muszę wyjaśnić. Jakie to miłe uczucie: wiedzieć, że się jeszcze tylu rzeczy nie wie. Dlatego tak lubię swoje życie. Bo świat jest taki interesujący… A przecież nie byłby taki, gdyby ludzie już wszystko wiedzieli, prawda? Oj, czy ja nie za dużo mówię? Wszyscy mi mówią, że straszna ze mnie gaduła. A pan może chciałby, żebym ja trochę pomilczała? Jeśli tak, to proszę mi to wprost powiedzieć. Ja potrafię nic nie mówić, gdy się postaram, chociaż to takie trudne…

Mateusz, sam sobie się dziwiąc, musiał przyznać, że czuje się całkiem w porządku. Jak to bywa z ludźmi niezbyt rozmownymi, lubił gadatliwe towarzystwo, pod warunkiem że ono nie oczekiwało od niego brania udziału w rozmowie. Nigdy by mu do głowy nie przyszło, że obecność małej dziewczynki może być taka przyjemna. Kobiety uważał za istoty z różnych względów upiorne, małych dziewczynek nie wyłączając, bo te były jeszcze gorsze! Nie znosił zwłaszcza, gdy przemykały obok niego pospiesznie, przyglądając mu się z daleka jakby w obawie, że je pożre, gdy tylko otworzą usta. Tak w każdym razie zachowywały się dobrze wychowane dziewczynki w Avonlea. Tymczasem to piegowate stworzenie było całkiem inne i Mateusz zdał sobie sprawę, że choć trudno mu było dotrzymać kroku gonitwie bystrych obserwacji dziewczynki, to jej paplanina nie drażniła go ani trochę.

– Mnie twoje mówienie nic a nic nie przeszkadza – powiedział nieśmiało. – Opowiadaj dalej.

– Bardzo się cieszę. Tak myślałam, że pan i ja będziemy do siebie pasowali. Uważam, że dobrze jest móc powiedzieć wszystko, co się ma do powiedzenia i nie milczeć z przymusu. Niektórzy dorośli chcą tylko dzieci widzieć, a nie życzą sobie ich słyszeć. Powtarzali mi to chyba z milion razy. I obśmiewali to, że używam takich górnolotnych słów. Może i tak, skoro jednak mówię o górnolotnych sprawach, to nie mogę opisywać ich pospolitymi słowami. Mam rację?

– Na to wygląda – przytaknął Mateusz.

– Pani Spencer mówi, że mój język musiał się urwać i tak tam lata w środku. Ale to nieprawda, bo on jest mocno przytwierdzony tam jednym końcem. Dowiedziałam się też, że wasza posiadłość nazywa się Zielone Wzgórze i że rośnie wokół niej mnóstwo drzew. Bo ja ją o wszystkie te sprawy wypytałam i bardzo się ucieszyłam! Lubię drzewa bardziej niż cokolwiek innego! Tam u nas, w domu dziecka, nie było drzew, tylko parę takich byle jakich krzaczorków przy wejściu. One też, bidulki, wyglądały jak sierotki. Chciało mi się płakać, gdy na nie patrzyłam; tak mi ich było szkoda! Czasami z nimi rozmawiałam: „Biednie tu macie, drogie drzewka. Gdyby tu dookoła rósł piękny, gęsty las, było wiele innych drzew i mech, i konwalie, gdyby płynął sobie tędy jakiś strumyczek i świergotały ptaszki, to co? Nie chciałoby się wam szybko urosnąć? A tak… nie chce się wam. Wiem, jak się czujecie, naprawdę”. Smutno mi było, gdy poszłam je dziś pożegnać. Przecież przywiązujemy się do różnych rzeczy, prawda? A czy po Zielonym Wzgórzu płynie jakiś strumyk? Miałam o to zapytać panią Spencer…

– No jak nie? – odpowiedział Mateusz. – Jest, oczywiście. Zaraz za domem.

– Jak się cieszę! Zawsze chciałam mieszkać nad strumykiem, ale nie wierzyłam, że mi się uda. Bo marzenia rzadko się spełniają, a szkoda! Pięknie by było, gdyby się wszystkie spełniały. Myślę, że teraz będę już prawie szczęśliwa! Bo tak całkiem szczęśliwy człowiek chyba być nie może, bo… – podniosła jeden ze swoich długich, błyszczących warkoczy, leżących na jej szczupłych ramionach, i podsunęła go Mateuszowi do oczu – No, jaki to jest kolor?

Mateusz nie miał wprawdzie doświadczenia w określaniu koloru kobiecych włosów, ale w tej sprawie zastanawiać się nie musiał.

– Wygląda na to, że rudy – stwierdził.

Mała odrzuciła warkocz na plecy, wzdychając przy tym tak głęboko, że to westchnienie zdawało się pochodzić z jej wnętrza i musiało tkwić tam przez lata.

– Jasne, że rudy – powiedziała smętnie. – To teraz już pan wie, dlaczego nigdy nie będę całkiem szczęśliwa. Jak może być szczęśliwy człowiek, który ma rude włosy?! Ani piegami, ani zielonymi oczami, ani nawet tym, że jestem chuda jak patyk, nie martwię się specjalnie. Bo umiem sobie wyobrazić, że wyglądam inaczej: mam cerę jak płatek róży i oczy jak fiołki, i one jaśnieją jak gwiazdy na niebie. Ale że nie mam tych włosów – tego nie potrafię sobie wyobrazić. Choć próbuję. Mówię sobie: masz kruczoczarne, błyszczące włosy. I nic. Ja wiem, że one są ognistoczerwone, i czuję, że boli mnie serce. To jest dramat mojego życia! Czytałam kiedyś o pewnej dziewczynce, która też miała w życiu taki dramat, ale on nie był spowodowany przez czerwone włosy. Nic podobnego, ona miała piękne, złote włosy, które lokami opadały jej na alabastrowe czoło. Jakie to jest alabastrowe czoło, bo nie wiem? Może mi pan to wyjaśnić?

– Cóż… chyba nie mogę… nie umiem… – wyjąkał Mateusz, który zaczął już mieć lekkie zawroty głowy. Podobnie poczuł się kiedyś, dawno temu, gdy był dzieckiem i jakiś kolega namówił go podczas pikniku, by pokręcić się na karuzeli.

– Ja myślę w każdym razie, że to jest coś ładnego, bo ta dziewczynka była oszałamiająco piękna. Umie pan sobie wyobrazić, co musi czuć człowiek, który jest o-sza-ła-mia-jąco piękny?!

– No… nie, nie umiem… – Mateusz postanowił być szczery.

– A ja umiem, bo często staram się to sobie wyobrazić. A gdyby mógł pan wybierać, to jaki wolałby pan być: oszałamiająco piękny, niezwykle mądry czy wzruszająco dobry?

– Prawdę mówiąc… nie wiem.

– A wie pan, że ja też nie wiem? Wciąż nie mogę się zdecydować. Ale dajmy już temu spokój. Przecież wiem, że nigdy nie będę ani taka, ani taka, ani taka. A już na pewno nie będę wzruszająco dobra. Pani Spencer mówi… Och, panie Cuthbert! Och…!

To, oczywiście, nie były słowa pani Spencer. Mateusz nie zrobił nic szczególnego ani dziewczynce nic się nie stało. Tylko bryczka skręciła w Aleję.

„Aleją” okoliczni mieszkańcy nazywali około półkilometrowy odcinek drogi, biegnącej w tym miejscu między szpalerem wysokich, starych jabłoni. Ich gałęzie, obsypane teraz bladoróżowymi kwiatami, tworzyły o tej porze roku nad traktem gęste sklepienie. Podobno posadził je tu przed laty jakiś zdziwaczały sadownik. Bryczka niespiesznie zanurzyła się w ten wypełniony łagodnym światłem, różowiejący tunel, na którego końcu, niby zamykająca go wielka, okienna rozeta, żarzyło się purpurowo ciemniejące niebo.

Ten rzeczywiście malowniczy widok sprawił, że dziewczynka zamilkła na długą chwilę. Oparłszy drobną buzię na splecionych, szczupłych rękach, zapatrzyła się w niezwykłą grę świateł, odbywającą się nad jej głową. Zdążyli już wyjechać z Alei i wzdłuż ciągnącego się daleko wzniesienia zmierzali do Newbridge, a ona ciągle siedziała bez ruchu i bez słowa.

Ciągle nic nie mówiąc, przejechali przez Newbridge, całkiem spore miasteczko, witani ujadaniem psów i radosnymi krzykami dzieci oraz zaciekawionymi spojrzeniami, śledzącymi ich z okien. Dziewczynka nie odezwała się przez kolejne parę kilometrów, co oznaczało, że potrafi milczeć równie konsekwentnie, jak mówić.

– Pewnie jesteś już bardzo zmęczona i głodna – odezwał się w końcu niepewnie Mateusz, sądząc, że to z tego powodu umilkła. – Ale stąd już niedaleko do domu, jakiś kwadrans najwyżej.

Wtedy mała poruszyła się wreszcie, jakby obudziła się z głębokiego snu, w którym szybowała gdzieś wysoko w przestworzach.

– Och, panie Cuthbert! – powiedziała z cichym westchnieniem. – Ta biała droga… tam… Co to było takiego?

Mateusz zastanawiał się przez chwilę głęboko.

– Pewnie chodzi ci o Aleję – rzekł domyślnie. – Rzeczywiście, to ładne miejsce.

– Ładne?! – obruszyła się dziewczynka. – To z pewności nie jest odpowiednie określenie. Nawet nie jest piękne. Ono jest… przepiękne! Tak, przepiękne. Nawet nie umiem sobie wyobrazić, że może być na świecie coś piękniejszego. Tutaj to poczułam – wskazała na swoje serce. Ten widok sprawił mi taki… przyjemny ból. Czy bolało coś kiedyś pana, panie Cuthbert, tak przyjemnie?

– Prawdę mówiąc, nie przypominam sobie nic takiego – odpowiedział jej poważnym tonem Mateusz.

– A ja często to czuję. Zawsze, gdy widzę coś przepięknego. A dlaczego ta droga nazywa się „Aleja”? To taka zwyczajna nazwa. Nic nie wyraża. Ona powinna się nazywać… niech pomyślę… Białą Drogą Zachwytu. Prawda, że ładnie? Zawsze tak robię: gdy nie podoba mi się czyjeś imię albo jakaś nazwa, wymyślam inne i już. W domu dziecka była taka dziewczynka… nazywała się Hepziba Jenkins, ale ja ją po cichu nazywałam: Rozalia de Vere. Możecie sobie dalej nazywać ten magiczny korytarz Aleją; dla mnie to jest Biała Droga Zachwytu. Naprawdę będziemy wkrótce w domu? To dobrze i źle zarazem. Źle, bo zawsze szkoda, gdy kończy się coś miłego. Wiem, że potem może się zdarzyć coś jeszcze milszego, ale pewności nie ma. A czasami dzieje się coś, co w ogóle nie jest ani trochę miłe; o, wiem coś o tym. Ale bardzo się cieszę, że niedługo będę w domu. Bo wie pan, ja nigdy nie miałam prawdziwego domu, a przynajmniej go nie pamiętam. O proszę, na samą myśl o tym, że jadę do domu, znowu czuję ten przyjemny ból. Ojej, a co to tam, takie śliczne?

Zaczęli właśnie zjeżdżać ze wzniesienia. W dole można było zobaczyć staw, podłużny i tak pozawijany, że można go było wziąć za rzeczkę. Na środku oba jego brzegi spinał mostek. Woda w stawie mieniła się teraz tyloma barwami i odcieniami, że trudno byłoby ją określić jednym słowem. Brzegi zbiornika porastały krzewy dzikiej śliwy, podziwiające w jego tafli swoją wiosenną urodę. Z pobliskich bagien dochodziło rzewne kumkanie żab.

Trochę wyżej, na pagórku, ukryty wśród białych jabłoni, przycupnął mały, szary domek; w jednym z okien – choć nie było jeszcze ciemno – paliło się światło.

 

– A to staw Barrych – wyjaśnił Mateusz.

– A fuj! Co za okropna nazwa! Ja bym go nazwała… chwileczkę… chwileczkę… Mam! Jezioro Lśniących Wód. Tak, to odpowiednie imię dla stawu. Wiem, bo poznałam to po tym dreszczu, który czuję tylko wtedy, gdy nazwa jest należycie piękna. Czy pan też miewa taki dreszcz?

Mateusz zastanowił się przez chwilę.

– O tak, miewam. Zawsze dreszcz mnie przechodzi, gdy widzę te ohydne, białe gąsienice na grządkach ogórków.

– Ale nie, to całkiem inny dreszcz. Chyba jest różnica między gąsienicami a taką mieniącą się wodą… A dlaczego mówicie na niego „staw Barrych”?

– Bo tam, w tym małym domku, mieszka rodzina pana Barry’ego. To jest Sosnowe Wzgórze. Gdyby nie ten gęsty zagajnik, z tyłu, za domem, moglibyśmy już stąd zobaczyć Zielone Wzgórze. Jeszcze przejedziemy ten most i dalej drogą, jeszcze z kilometr, i będziemy w domu.

– A czy pan Barry ma może jakieś córki? Takie w moim wieku? Nie maluchy?

– Pewnie. Ma córkę. Jedenastoletnią. Dianę.

– Och! – jęknęła dziewczynka. – Jakie ładne imię!

– Czy ja wiem? – zaoponował Mateusz. – Jakieś takie wydaje mi się pogańskie… Ja tam wolę zwyczajne, swojskie imiona: Jankę, Mary… Podobno gdy urodziła się Diana, w domu państwa Barrych mieszkał nauczyciel i to on wybrał dla niej imię, poproszony przez rodziców.

– Szkoda, że tam, gdzie ja się urodziłam, nie było jakiegoś nauczyciela. Co to? Jesteśmy na moście? Boję się mostów, tego, że się załamią pode mną. Zawsze wtedy zamykam oczy, ale pilnuję, zerkając co jakiś czas, czy już jesteśmy na środku. Bo gdyby miał się załamać, to… to wolałabym to widzieć… Ale dudni! Fajnie, lubię, jak tak dudni. Dobrze, że na świecie jest tyle różnych rzeczy, które można lubić, prawda? No, jesteśmy na drugiej stronie. Teraz sobie popatrzę… Dobranoc, jeziorko! Ze wszystkim lubię się pożegnać, nie tylko z ludźmi. Widzę, że ono też to lubi – woda się do mnie uśmiecha.

Na kolejnym wzniesieniu znowu musieli skręcić.

– Już niedaleko – powiedział Mateusz. – Zaraz będzie Zielone Wzgórze – wyciągnął rękę.

– Nie, nie! Proszę nic nie mówić. – dziewczynka złapała jego ramię i pociągnęła je na dół. Na wszelki wypadek zamknęła też oczy, żeby nie widzieć, co pokazuje jej Mateusz. – Ja sama chcę zgadnąć.

Otworzyła ostrożnie oczy i popatrzyła dookoła. Ze szczytu wzgórza widać było dzwonnicę małego kościółka i niewielką dolinę, na której przeciwległym zboczu rozłożyły się fermy z wygodnymi, przytulnymi domami.

Dziewczynka wodziła oczami od jednego domu do drugiego, aż wreszcie jej wzrok zatrzymał się na jednym z nich. Dość duży, stał trochę na uboczu, otoczony kwitnącymi drzewami, które nie pozwalały mu się wtopić w ciągnące się w pobliżu lasy. Nad domem, na czystym niebie, migotała jak mocna lampa z kryształowym abażurem wielka, jasna gwiazda.

– Tam, prawda? – wyciągnęła rękę w tamtym kierunku. Mateusz śmignął batem nad głową klaczy.

– Rzeczywiście zgadłaś – ucieszył się. – Widzę, że pani Spencer dokładnie ci wszystko opisała.

– Ależ nie! Mówiła tak ogólnie, że mógł to być każdy inny dom. Nie próbowałam sobie wyobrazić Zielonego Wzgórza, ale gdy tylko je zobaczyłam, wiedziałam, że to mój dom. Boże, ja chyba śnię! Cały dzień się dziś szczypałam w ramię; musi być całe w siniakach. Ale potem pomyślałam sobie, że jeśli to jest sen, to ja nie chcę się obudzić i przestałam się szczypać. A to przecież prawda! Zaraz będę w domu!

Mateusz poruszył się niespokojnie na ławeczce. Cieszył się, że to nie on, tylko Maryla będzie musiała powiedzieć tej biednej sierocie, że w tym domu, na który ona tak czeka, nie ma dla niej miejsca.

Było już całkiem ciemno, gdy mijali dom pani Linde, ale ona i tak zdołała ich dostrzec z okna, zanim skręcili w stronę Zielonego Wzgórza.

Gdy znaleźli się na podwórku, Mateusz poczuł, że zaczyna nerwowo drżeć na myśl o tym, co ma za chwilę nastąpić. Nie chodziło mu o siebie czy o Marylę ani o komplikacje wynikające z tej nieszczęsnej pomyłki. Myślał o tym, jakie okropne rozczarowanie przeżyje to dziecko, jak zgasną te iskierki w jej oczach, i poczuł się tak, jakby miał zaraz uczestniczyć w zbrodni.

Stali przed domem. Na podwórzu było już całkiem ciemno i z tych ciemności docierał do nich tylko jedwabisty szelest liści na topolach.

– Słyszy pan? – odezwała się dziewczynka. – Drzewa mówią przez sen. Coś ładnego musi się im śnić.

Ujęła mocniej rączkę swojej wysłużonej walizki, zawierającej całą jej skromną garderobę, i weszła za Mateuszem do środka.


3. Maryla Cuthbert jest zdumiona

Słysząc, że Mateusz otwiera drzwi, Maryla pospiesznie wybiegła mu na spotkanie. W tej samej chwili wzrok jej padł na dziwaczną istotę w kusej, burej sukience, z ogniście rudymi warkoczami i rozradowanymi oczami i… stanęła jak wryta ze zdumienia.

– Co to ma znaczyć, Mateuszu?! – wykrzyknęła. – A gdzie jest ten chłopiec?

– Nie było tam żadnego chłopca – tłumaczył się Mateusz, zakłopotany. – Tylko ona… – wskazał na dziewczynkę i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nie zapytał jej, jak ma na imię.

– Jak to: nie było go tam? – upierała się Maryla. – Przecież miał być. Poprosiliśmy panią Spencer, żeby przywiozła nam chłopca.

– Owszem, ale z jakiegoś powodu nie zrobiła tego. Przywiozła tylko tę dziewczynkę. Rozmawiałem z zawiadowcą stacji. Nie mogłem zostawić dziecka na noc na dworcu, nawet jeśli znalazło się tam przez pomyłkę. Więc przywiozłem ją do domu.

– Dobre sobie! – wykrzyknęła Maryla.

Podczas tej wymiany zdań dziewczynka stała, nie odzywając się i przenosząc wzrok z Maryli na Mateusza i z powrotem. Już się nie uśmiechała. Jakby dotarł wreszcie do niej sens toczącej się nad jej głową rozmowy. I nagle rzuciła na podłogę swoją drogocenną walizkę, zrobiła kilka kroków w głąb kuchni i zawołała:

– Nie chcecie mnie! Bo nie jestem chłopcem! Wiedziałam, że nie będziecie mnie chcieli! Znam to: nikt mnie nigdy nie chciał! To było za piękne, żeby mogło być prawdziwe. Powinnam była się tego spodziewać, bo kto by mnie zechciał! I co ja teraz zrobię! Pewnie się utopię we własnych łzach!

Jak powiedziała, tak zrobiła. Usiadła na krześle, zakryła buzię rękami i wybuchnęła płaczem.

Maryla i Mateusz spojrzeli na siebie z przestrachem w oczach. Ani ona, ani on nie wiedzieli, co zrobić ani co powiedzieć. W końcu Maryla odezwała się:

– Uspokój się, dziecko! Przecież nie ma o co tak lamentować.

Dziewczynka podniosła głowę; twarz miała zalaną łzami, a usta drgały jej od tłumionego szlochu.

– Nie ma o co?! Ciekawe, czy pani by nie płakała, gdyby jako sierota przyjechała do jakiegoś domu, myśląc, że to będzie od tej pory j e j dom, a tam powiedzieliby pani, że nie chcą pani, bo woleliby jakiegoś chłopca. Och, to najgorsza chwila w moim życiu!

Coś na kształt uśmiechu, dawno nieobecnego, zagościło na chwilę na twarzy Maryli, łagodząc jej surową minę.

– No, ale nie płacz tak! Przecież nikt cię stąd nie wygoni w noc. Zostaniesz tutaj, aż wyjaśnimy to nieporozumienie. Jak się nazywasz?

Wahanie pojawiło się w oczach małej.

– Może mnie pani nazywać Kordelią – zaproponowała szybko.

– Nazywać cię Kordelią? Tak masz na imię?

– No… niezupełnie. Ale chciałabym nazywać się Kordelia. To brzmi tak… uroczyście.

– Nic nie rozumiem. Skoro nie masz na imię Kordelia, to jak się nazywasz?

– Ania Shirley – przyznała niechętnie dziewczynka. – Ale tak bym chciała, żeby pani nazywała mnie Kordelią. Przecież pani jest wszystko jedno, jak będzie na mnie mówić, skoro i tak mam tu zostać tylko trochę. Anna to takie pospolite imię.

Maryla była mało romantyczna.

– Pospolite czy niepospolite, Anna to ładne i skromne imię – oznajmiła rzeczowo. – Nie musisz się go wcale wstydzić.

– Nie wstydzę się go – tłumaczyła dziewczynka – tylko bycie Kordelią bardziej mi się podoba. Lubię sobie wyobrażać, że tak mam na imię. Kiedy byłam mała, podobała mi się Geraldyna, ale teraz sądzę, że Kordelia to najpiękniejsze imię na świecie. Ale jeśli pani woli nazywać mnie Anną, to niech to będzie raczej „Ania”, nie „Andzia”, dobrze?

– Wydaje mi się, że jedno od drugiego nie różni się specjalnie – Maryla uśmiechnęła się ukradkiem, przynosząc herbatę w dzbanuszku.

– Ależ jest różnica i to duża! Ania brzmi o wiele milej. Przecież gdy mówimy jakieś imię, to tak, jakbyśmy widzieli je oczami wyobraźni. W każdym razie ja je widzę. Andzia wygląda okropnie, a Ania – bardzo wytwornie. Myślę, że gdyby nazywała mnie pani Anią, łatwiej byłoby mi znieść to, że nie mam na imię Kordelia.

– No dobrze, Aniu-nie-Andziu, mogłabyś nam wyjaśnić, co się stało? Chcieliśmy, aby pani Spencer przywiozła nam chłopca. Czyżby w domu dziecka nie było żadnych chłopców?

– O nie, jest ich tam mnóstwo. Tylko że pani Spencer oświadczyła, że państwo chcieliby wziąć do siebie jedenastoletnią dziewczynkę. I wtedy pani kierowniczka uznała, że ja nadam się najlepiej. Nawet pani nie wie, jak bardzo się ucieszyłam! Nie mogłam zasnąć z radości… – odwróciła się do Mateusza i popatrzyła na niego z wyrzutem. – Dlaczego mnie pan nie zostawił na stacji, skoro to była pomyłka? Nie byłoby mi tak smutno, gdybym po drodze nie widziała Białej Drogi Zachwytu ani Jeziora Lśniących Wód!

– O czym to dziecko mówi? – zdziwiła się Maryla.

– Ach, wspomina takie tam nasze rozmowy po drodze… – wyjaśnił szybko Mateusz. – Pójdę do stajni, zająć się koniem. Wrócę na kolację, Marylo.

Gdy Mateusz wyszedł, Maryla wróciła do rozmowy z dziewczynką.

– Powiedz mi, czy pani Spencer wzięła jeszcze jakieś inne dziecko?

– Tak, wzięła Lili Jones dla siebie. Ona jest mała, ma dopiero pięć lat i jest prześliczna. Ma takie piękne, kasztanowe włosy… Pewnie gdybym ja miała kasztanowe włosy i była taka ładna jak Lili, pozwolilibyście mi tu zostać…

– Nic podobnego! – obruszyła się Maryla. – Zależało nam na chłopcu, który mógłby pomagać Mateuszowi na farmie. Dziewczynka nie jest nam tu potrzebna. A teraz zdejmij kapelusz; zaniosę go razem z walizką do sieni.

Mateusz wrócił ze stajni i usiedli wszyscy do kolacji. Widać było, że dziewczynka nie ma apetytu; skubała tylko kromkę chleba z masłem i dżemem jabłkowym, leżącą przed nią na małym talerzyku.

– Dlaczego nie jesz? – Maryla popatrzyła na Anię surowo, jakby niejedzenie było zasługującym na naganę przewinieniem.

– Nie mogę jeść – westchnęła dziewczynka. – Jestem w otchłani rozpaczy. Czy gdyby pani wpadła w otchłań rozpaczy, myślałaby pani o jedzeniu?

– Nie wiem, bo na szczęście nigdy tam nie byłam – odpowiedziała chłodno Maryla.

– No tak, nie była pani… Ale może chociaż próbowała pani sobie wyobrazić, jak tam jest?

– Nie próbowałam.

– Szkoda, bo nie może pani zrozumieć, co czuję. To bardzo przykre uczucie. Człowiek próbuje coś zjeść, ale ma ściśnięte gardło i nie może nic przełknąć. Nawet czekoladki. Jadłam czekoladkę dwa lata temu… Coś wspaniałego! Od tamtej pory śniło mi się od czasu do czasu, że dostałam całą torebkę czekoladek, ale kiedy wyciągałam rękę po pierwszą, zawsze się budziłam. Proszę się nie gniewać, że nie jem. To wszystko tu na stole jest pyszne, ale ja nie mogę…

– Myślę, że jest zmęczona – powiedział Mateusz, który podczas kolacji nie odezwał się ani słowem. – Powinna chyba pójść spać.

Maryla zastanawiała się, gdzie mogłaby położyć dziewczynkę na tę jedną noc. Dla oczekiwanego chłopca przygotowała mały pokoik obok kuchni, on jednak – choć czysty i jasny – nie za bardzo nadawał się dla dziewczynki. Goszczenie sierotki w pokoju gościnnym nie wchodziło, oczywiście, w grę, więc jedynym rozwiązaniem pozostawał mały pokoik na poddaszu.

Maryla poleciła Ani pójść za sobą na górę, zabrawszy walizkę i kapelusz. Wszędzie było nieskazitelnie czysto, zwłaszcza w pokoiku, w którym się znalazły po chwili. Zapaliwszy lampę, Maryla uniosła brzeg leżącej na łóżku kołdry.

– Koszulę nocną pewnie masz? – zapytała.

Ania przytaknęła.

– Tak, mam, nawet dwie. Tylko są okropnie ciasne. W domu dziecka wszystkiego brakuje, więc na wszystkim się oszczędza; na ubraniach też. Nie znoszę takich małych koszul! Ale nie szkodzi… można przecież sobie wyobrazić, że jest powiewna, delikatna i ma koronkową falbankę przy szyi… Zawsze to jakaś pociecha.

– Dobrze już, rozbierz się szybko i połóż do łóżka. Wrócę za parę minut, żeby zgasić lampę. Sama pewnie byś o tym zapomniała.

 

Maryla wyszła, a Ania zaczęła się rozglądać po pokoju. Pomalowane na biało ściany, zupełnie puste i pozbawione jakichkolwiek ozdób, sprawiały wrażenie, jakby same się smuciły swoją nagością. Drewniana podłoga także była odkryta; tylko na środku przysłaniała ją mała, okrągła mata; Ania nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziała. W jednym rogu pokoju stało staroświeckie łóżko, a w drugim – stolik na trzech nogach. Leżała na nim czerwona poduszeczka do igieł, uszyta z aksamitu; wyglądało na to, że niełatwo byłoby wbić w nią nawet grubą igłę. Na ścianie nad stolikiem wisiało małe, podłużne lusterko; tuż obok było okno, przysłonięte białą, szyfonową firanką. Po drugiej stronie pokoju znajdowała się umywalka. Wszystko było tak sterylnie czyste, puste i zimne, że Anię przeszedł dreszcz.

Popłakując, rozebrała się najszybciej jak umiała, włożyła przyciasną koszulinę i wsunęła się pod kołdrę, zakrywając się nią po czubek głowy. Kiedy Maryla wróciła, by zgasić światło, tylko części skromnej garderoby, porozrzucane po podłodze, świadczyły o tym, że w pokoju ktoś jest. Pozbierawszy porozrzucane ciuszki i ułożywszy je porządnie na niskim krzesełku, podeszła do łóżka.

– Dobranoc! – powiedziała lekko zachrypniętym głosem, który pewnie miał brzmieć surowiej niż brzmiał.

Blada buzia z wielkimi oczami natychmiast wysunęła się spod kołdry.

– Jak może mi pani życzyć „dobrej” nocy, skoro wiadomo, że to będzie najgorsza noc w moim życiu? – powiedziała głosem, w którym dało się wyczuć głęboki wyrzut, i od razu schowała się pod kołdrą.

Maryla zeszła do kuchni i zajęła się zmywaniem naczyń po kolacji. Zerkała na Mateusza, który w milczeniu palił fajkę. Maryla nie lubiła tego palenia, nazywając je „złym nawykiem”, więc robił to rzadko; zwykle sięganie po fajkę oznaczało, że Mateusz czymś się martwi. Pozwalała mu na to od czasu do czasu, aby mógł się odprężyć.

– No i masz! – burknęła gniewnie. – Tak to jest, gdy się coś załatwia przez pośredników. Pewnie ten służący Roberta Spencera coś pokręcił. Jutro ty albo ja musimy do nich pojechać. Trzeba tę małą odesłać do domu dziecka.

– Pewnie tak – mruknął Mateusz bez entuzjazmu.

– Pewnie? Nie myślisz, że to jedyne możliwe wyjście?

– Wiesz co, Marylo? To bardzo miłe dziecko. Szkoda ją tak po prostu odesłać, skoro tak bardzo chciałaby tu zostać.

– No nie! Uważasz, że powinniśmy ją zatrzymać?! – Maryla nie byłaby chyba bardziej zdumiona, gdyby dowiedziała się, że jej brat postanowił pospacerować sobie na rękach.

– Ależ skąd! To znaczy… nie o to mi chodziło – plątał się Mateusz, myśląc gorączkowo, jak z tego impasu wybrnąć. – Myślę, że w ogóle nie mamy takiego obowiązku…

– Oczywiście! Kim właściwie miałaby ona dla nas być?

– Nie wiem – odparł Mateusz. – Ale może to my bylibyśmy kimś dla niej, Marylo? – zapytał nieoczekiwanie.

– Coś podobnego! Mateuszu Cuthbert, ja chyba śnię! To dziecko cię po prostu zaczarowało! Widzę, że ty zwyczajnie chciałbyś ją tu zatrzymać.

– Wiesz, co? To niezwykle ciekawe stworzenie – powiedział z przekonaniem Mateusz. – Gdybyś posłuchała, co ona opowiadała, gdy wracaliśmy z dworca…

– O, nie wątpię! Gadane to ona ma! W mig się zorientowałam. Ale wiesz co: to wcale nie jest zaleta. Nie przepadam za takimi dziećmi gadułami. Co więcej, nigdy nie myślałam o dziewczynce z sierocińca, ale jeśli już miałabym sobie jakąś wybrać, to na pewno nie taką. Ma w sobie coś, co mnie niepokoi. Nie, nie, mój drogi, odeślemy ją w taki sam sposób, w jaki do nas trafiła.

– Wiesz, ja mógłbym sobie wynająć jakiegoś chłopaka do pomocy w gospodarstwie, a ty… No, mogłabyś ją zatrzymać tu dla towarzystwa.

– Nie potrzebuję żadnego towarzystwa – prychnęła Maryla. – I nie mam zamiaru jej tu zatrzymywać.

– Cóż, zrobisz po swojemu – powiedział Mateusz i wstał, odkładając fajkę. – Idę się już położyć.

Gdy Mateusz sobie poszedł, Maryla dokończyła zmywanie naczyń. Czoło miała przy tym przez cały czas zmarszczone. Potem i ona poszła spać. A na górze, w małym pokoiku na poddaszu, usnęła, zmęczona płaczem, nieszczęśliwa, bezdomna dziewczynka, której nikt nigdzie nie chciał.