Ania z Szumiących TopoliTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania z Szumiących Topoli
Ania z Szumiących Topoli
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Ania z Szumiących Topoli
Ania z Szumiących Topoli
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90  18,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Byłam dziś na cmentarzu – napisała Ania tego wieczora do Gilberta. – Jakkolwiek śmiesznie to zabrzmi, była to całkiem przyjemna wyprawa. Spotkałam tam pannę Courtloe, a ona uraczyła mnie cudnymi opowieściami o pochowanych tam ludziach, z których większość znała osobiście. Niesamowite, jak bardzo radość i łzy, sprawy komiczne i tragiczne są ze sobą w życiu związane, jak się spotykają i wymieniają. Wstrząsnęła mną tylko historia dwojga ludzi, małżeństwa, które spędziło ze sobą ponad pół wieku, nienawidząc się aż do bólu. Ten, kto powiedział, że nienawiść to miłość, która pobłądziła na drodze, wiedział, co mówi. Myślę, że pomimo tej wzajemnej niechęci, oni kochali się jednak… tak ja kochałam Cię od bardzo dawna, myśląc, że Ciebie nie cierpię. Chciałabym wierzyć, że przed śmiercią przejrzeli na oczy, i cieszę się, że ja to odkryłam dużo wcześniej niż oni. Poza tym dowiedziałam się, że wśród Pringle’ów też bywali porządni ludzie; niestety, wszyscy już leżą tam, na cmentarzu…

Wczoraj wieczorem zeszłam na chwilę na dół, żeby w kuchni napić się wody, i kogo tam zastałam? Ciocię Kasię ze śmietankową maseczką na twarzy! Ha! Przyrzekłam, że dochowam tajemnicy i cioci Misi nic nie powiem.

Cieszę się, że Elżbietka wciąż przychodzi do nas na mleko, choć Kobieta już jest zdrowa i to od dawna. Trochę mnie dziwi, że jej tego nie zabroniły; w końcu pani Campbell jest z domu Pringle. W sobotę, gdy mała wypiła swoją porcję i pobiegła do domu, nucąc coś pod nosem – domyślam się, że była tego dnia Elżunią – otwierająca jej drzwi Kobieta przywołała ją surowo do porządku:

− Nie śpiewaj! Dziś nie niedziela.

Wyobrażasz sobie?! Jestem pewna, że to babsko, gdyby tylko mogło, zabroniłoby temu biednemu dziecku nie tylko śpiewać, ale i głośniej oddychać.

Tego dnia Elżbietka była ubrana w bardzo ładną sukienkę w kolorze wina; trzeba przyznać, że dbają tam o jej wygląd. W pewnym momencie pogłaskała swój aksamitny rękawek i powiedziała z westchnieniem:

„Jak ją dzisiaj włożyłam, to pomyślałam, że jest ładna i że do mnie pasuje. I jeszcze, że szkoda, że mój tata tego nie widzi. Ale zaraz się pocieszyłam, że to tylko teraz, bo przecież Jutro już mnie zobaczy. Choć czasami przeraża mnie, że to jeszcze tak długo… A ja bym tak chciała, żeby Jutro było już dziś…”.

No i sprawa Tego Kota… Gilbercie, jeśli czujesz do mnie cokolwiek i leży Ci na sercu dobro otaczających nas zwierząt, trzymaj kciuki za to głupie kocisko. Jego przyszłość w tym domu jest mocno niepewna. Konkretnie od dnia, w którym Rebeka Dew przyuważyła w spiżarni żwawą mysz. Widok ten wstrząsnął nią tak bardzo, że do dziś się nie uspokoiła.

− Ten leń patentowany tylko je i wysypia się, podczas gdy myszy harcują sobie po całym domu! – pomstuje od paru dni. – To nie do pojęcia i… nie do przyjęcia!

Od tamtego dnia biedny Kot jest po prostu prześladowany. Rebeka Dew pędzi go z każdego miejsca, w którym przyłapie go na siedzeniu bądź leżeniu, a z jego ulubionej poduszki wyrzuca go prosto na podwórze, nie bacząc, jaka jest pora dnia i pogoda. I uwierz mi: robi to bardzo niedelikatnie.


7

W grudniu, wyjątkowo pogodnym w tym roku, Willfryd Bryce, uczeń Ani, zaprosił ją, by odwiedziła go w domu jego wujostwa, u których mieszkał. Najlepiej w świąteczny piątek, tak by spędziła z nimi wieczór i została na następny dzień. Ania pomyślała, że to będzie dobra okazja, by namówić opiekuna chłopca do pozostawienia go w szkole; Willfryd przebąkiwał, że po Nowym Roku wuj planuje przerwać jego licealną edukację. Ania, która sądziła, że byłaby to wielka szkoda, bo chłopiec był utalentowany i bardzo pracowity, postanowiła sprawdzić, czy nie da się tym planom zaradzić.

Wizyta w domu wujostwa Willfryda nie za bardzo się udała, a spotkanie przy stole okazało się nudne i męczące, bo opiekunowie byli ludźmi dość prostackimi. Jedyną pociechą była dla Ani radość chłopca z jej wizyty.

W sobotę ranek wstał ciemny i posępny, a wiszące nisko chmury zapowiadały śnieżycę. Pogoda nie zachęcała do spaceru i Ania zaczęła się martwić, co będzie robiła przez cały dzień. Nie czuła się najlepiej; wczorajsze przyjęcie trwało do nocy, a ona później długo nie mogła zasnąć. Willfryda nie było; wuj zaangażował go do jakichś prac na farmie. Co gorsza, w całym tym ponurym domu nie było też żadnych książek. I wtedy Ani przyszła na myśl wielka, odrapana skrzynia, niewątpliwie marynarskiej proweniencji, stojąca w holu. Przyuważyła ją tam poprzedniego dnia. I przypomniała sobie prośbę pani Stanton. Jako że zajmowała się ona spisywaniem dziejów Wyspy, poprosiła kiedyś Anię o pomoc w poszukiwaniu zachowanych dokumentów: jakichś zapisków, starych kronik lub pamiętników, może listów; wszystko mogło się przydać.

− Jak się pani pewnie domyśla, wiele takich archiwaliów mają w swoich kufrach Pringle’owie, a mnie nie wypada ich o nie prosić. Nasze rodziny nigdy za sobą nie przepadały.

− Tak się składa, że ja również nie mogę ich o nic takiego prosić – wyjaśniła Ania krótko.

− Ależ nawet mi to nie przyszło głowy! Zależy mi na tym, żeby pani, odwiedzając różne domy, miała na uwadze moje poszukiwania. Czasami można się tam natknąć na prawdziwe skarby: stare dzienniki na przykład. Nie uwierzyłaby pani, jakie ja cuda znalazłam w takich starych, pamiętnikarskich zapiskach! Zależy mi, żeby w tej mojej kronice suchym faktom i liczbom towarzyszyło trochę „prawdziwego życia”, jakieś wspomnienie, nowinki, ciekawostki i anegdoty.

Pani Bryce, zagadnięta przez Anię, czy nie posiada jakichś papierowych pamiątek, pokręciła przecząco głową.

− Nic nie wiem – oznajmiła – żeby coś takiego u nas było. Choć wie pani co? Jest tu taki rupieć stary, skrzynia z zamierzchłych czasów, która należała do wuja Andy’ego. On kiedyś pływał na statkach razem z kapitanem Pringle. Może w niej coś jest. Zapytam Duncana. Jeśli on się zgodzi, niech pani sobie w niej poszpera.

Duncan szczęśliwie nie miał nic przeciwko i Ania mogła sobie „szperać” do woli, a nawet otrzymała zgodę na zabranie wyszperanych „aktów”. I tak od dawna przymierzał się do tego, żeby papierzyska spalić, a ze skrzyni zrobić sobie schowek na narzędzia.

Rada z takiego obrotu spraw Ania rozpoczęła więc penetrację kufra wuja Andy’ego. Choć wiązała z nim pewne nadzieje, w środku nie znalazła nic szczególnie interesującego poza starym kajetem. Okazało się, że to coś w rodzaju pamiętnika, a raczej dziennika, w którym stary żeglarz zapisywał swoje wspomnienia. Ania z zaciekawieniem oddała się lekturze zapisków. Ich autor całe swoje dorosłe życie spędził na morzu, a wiele wypraw odbył pod wodzą dzielnego kapitana Abrahama Pringle’a. Musiał go szczerze podziwiać i bardzo szanować, bo strumień jego wspomnień był jednym wielkim, zapisanym z mnóstwem błędów peanem na cześć ukochanego dowódcy.

Kapitan Pringle był w oczach Andy’ego niezwykle dzielnym człowiekiem i pełnym inicjatywy i znakomitych pomysłów szefem wyprawy. Świadczył o tym choćby obszerny opis męstwa, jakim się wykazał bohaterski kapitan w czasie groźnej potyczki, w której brali udział nieopodal przylądka Horn. Za to Andy nie poważał ani nie szanował brata Abrahama, Myroma, także pływającego po morzach, ale pod inną banderą.

(…) Dziś byłem w domu Myroma Pringle’a. Wściekł się o coś na żonę i chlusnął jej w twarz wodą ze szklanki (…).

(…) Myrom wrócił do domu. Straszne mieli przejścia. Na ich statku wybuchł pożar i musieli z niego uciekać łodziami. Nie mieli co jeść, byli bliscy śmierci głodowej, aż w końcu zjedli swojego kompana, Jonasz Selkirka, bo ten się zastrzelił. Można powiedzieć, że uratował im życie, bo się tak nim pożywiali, aż wreszcie przepływający tamtędy statek, „Mary G” ich zauważył i zabrał na pokład. Myrom chichotał, gdy mi o tym opowiadał, jakby to był żart jakiś (…).

Ania wzdrygnęła się, przeczytawszy tych parę zdań. Pozbawiony emocji sposób, w jaki Andy opisywał przejścia Myroma, przydawał im wręcz koszmarnego podtekstu. Zastanawiała się, czy ten dziennik zawiera jakieś informacje, które mogłyby się przydać pannie Santon. Pewnie nie, ale z całą pewnością w oczach panien Pringle dziennik tak czołobitny wobec ich ukochanego tatusia wzbudziłby niekłamany zachwyt. Może więc powinna im go przekazać? Duncan pozwolił jej przecież zabrać z „papierzysk”, co zechce. Tylko niby dlaczego? W jakim celu miałaby przykładać rękę do pielęgnacji tego głupiego kultu i to uprawianego przez Pringle’ów? Przecież to one postanowiły pozbyć się jej ze szkoły i właściwie były bliskie celu. Nie, postanowiła, że nic im nie da.

Późnym popołudniem Willfryd odwiózł Anię do Szumiących Topoli. I ona, i on byli zdania, że ta wizyta przyniosła oczekiwany efekt: Ani udało się przekonać Duncana Bryce’a, że Willfryd powinien kontynuować naukę w liceum, przynajmniej do wakacji.

– Potem spróbuję dostać się na Uniwersytet Królowej i zdobyć jakieś stypendium, by postudiować tam choćby przez rok – snuł plany Willfred. – A dalej… Może uda mi się zaczepić w jakiejś szkole jako nauczyciel i zarobię na dalsze studia? Tak czy inaczej, jestem pani bardzo wdzięczny, panno Shirley. Dziękuję za pomoc! Nikogo innego wuj by nie posłuchał, ale pani dał się przekonać. „Mam słabość do kobiet z rudymi włosami” – powiedział, gdy przerzucaliśmy siano w stodole. Nie wydaje mi się, żeby to tylko o włosy chodziło, choć te pani są bardzo ładne; po prostu – on lubi być proszony przez tych, których sam lubi.

W środku nocy Ania obudziła się nagle, bo przyszło jej do głowy, że jednak przekaże znaleziony w starym kufrze dziennik starszym paniom z Klonowego Wzgórza. W gruncie rzeczy troszkę je polubiła, no i było jej ich żal: ta pielęgnowana obsesyjnie pamięć o ojcu była właściwie jedyną ożywiającą je sprawą, bo tak w ogóle to życie miały raczej nudne i pozbawione większych wzruszeń. Z tą myślą zasnęła, uspokojona, by niedługo potem przebudzić się znowu: nie! Jednak nie podaruje im tego dziennika! Niby dlaczego miałaby to zrobić? Przed oczami stanęła jej panna Sara, która podczas jej wizyty zachowywała się jakby była głucha. Jak pień! Nic z tego. Nad ranem zmieniła jednak decyzję: da im zapiski Andy’ego. Co tam! Będzie lepszym człowiekiem niż oni wszyscy! Niedoczekanie, żeby ściągnęli ją do swojego poziomu albo żeby stała się taka chytra i małostkowa jak Pye’owie (a upodobnić się do Pye’ów nie chciała za żadne skarby!). To postanowienie ją wreszcie uspokoiło, a słysząc za oknem nadciągającą zamieć, przykryła się po sam nos ciepłą kołdrą i zapadła wreszcie w błogi sen.

 

W poniedziałkowy poranek włożyła stary, pożółkły kajet do grubej, szarej koperty, do której dołączyła krótki list:

Szanowna panno Pringle,

może zainteresuje Panią załączony dziennik? Dostałam go wprawdzie dla panny Stanton, ale sądzę, że do jej badań archiwistycznych nie wnosi on nic nowego. Sądzę, że Panią ten dokument ucieszy bardziej.

Z poważaniem,

Anna Shirley

„Okropnie formalnie i oficjalnie to brzmi, ale nie jestem w stanie napisać do nich ciepłego, miłego listu – pomyślała zrezygnowana. – Niewykluczone, że po prostu odeślą mi ten dziennik, bez słowa wyjaśnienia”.

Ale życie bywa czasem zaskakujące i oto któregoś dnia Rebece Dew zgotowało największą niespodziankę, jaka spotkała ją w życiu. Zobaczyła przez okno, jak zasypaną śniegiem Aleją Duchów zbliża się powóz z Klonowego Wzgórza, staje przed frontowymi drzwiami, po czym wysiada z niego najpierw panna Helena, a po chwili – czy to możliwe?! – panna Sara, która ostatni raz swoją rodową siedzibę opuściła dziesięć lat temu.

− Idą… do nas! – wykrztusiła Rebeka Dew. – Do głównych drzwi!

− No przecież! – parsknęła ciocia Kasia. – A niby którymi miałyby wkroczyć jaśnie panny Pringle’ówny?

− No tak, tak… oczywiście. Tylko że one tak ciężko chodzą. Zacinają się, przecież pani wie… Od zeszłej wiosny nikt z nich nie korzystał – martwiła się Rebeka.

Drzwi od frontu faktycznie „ciężko chodziły”, ale pchnięte mocnym ramieniem i determinacją Rebeki otworzyły się, skrzypiąc i zgrzytając. Goście zostali wpuszczeni i poprowadzeni do salonu.

„Dobrze, że tam ciepło, bo rano napaliłam – pomyślała Rebeka z ulgą. Oby tylko tam gdzieś na sofie ten kot przebrzydły swoich kłaków nie porozsiewał! Bo jakby taki koci włos z Szumiących Topoli powędrował na sukni na Klonowe Wzgórze…” – Rebeka wolała nie myśleć, co by to oznaczało.

Ponieważ panna Sara zapytała o pannę Shirley, Rebeka udała się po Anię na górę, umierając z ciekawości, na cóż obu pannom pani nauczycielka. Czyżby zamierzały ją nękać nawet gdy jest w domu?

Ania też była pełna obaw, gdy schodziła po schodach. Czyżby to była jakaś demonstracja połączona z ostentacją? Chciały jej pogardliwie rzucić dziennik Andy’ego na kolana?

Gdy stanęła w drzwiach, drobna postać Sary Pringle natychmiast uniosła się z fotela.

− Przyjechałyśmy tu – zaczęła bez wstępów staruszka – żeby powiedzieć pani, że się poddajemy. Tak. Wygrała pani! Rozumiemy, że przekazując nam ten ordynarnie kłamliwy notatnik, chciała pani na nas wziąć odwet. Bo pani przecież przeczytała ten okropny zapis o stryju Myromie. Zapewniam panią, panno Shirley, że to wierutna bzdura, kłamstwo po prostu! Taki żart; stryj postanowił zażartować sobie z Andy’ego Byrce’a. I pani o tym wie. Ale my nie chcemy, żeby inni się dowiedzieli, bo oni mogą tego… no… nie zrozumieć. Świetnie pani to rozegrała, naprawdę. Niech będzie! Janka panią przeprosi i będzie odtąd zachowywała się wzorowo. Ma pani to moje, Sary Pringle, słowo. Tylko proszę nam powiedzieć, że pani o tym nieszczęsnym zapisku nikomu, także pani Stanton, nic nie powie. Bardzo panią proszę! – starsza pani mięła koronkową chusteczkę chudziutkimi palcami, pokrytymi przezroczystą skórą, jakby ją chciała rozetrzeć w dłoniach na pył. Trzęsła się przy tym jak osika. Widok był tak niezwykły i straszny zarazem, że Anię ogarnęła zgroza. Czy to możliwe? Biedne staruszki pomyślały, że ona zamierza je szantażować?!

− Ależ to jakieś nieporozumienie! – zawołała. – Panie mnie źle zrozumiały… Ja nie zamierzałam… nawet mi do głowy nie przyszło… Myślałam, że panie będą chciały… że w tym pamiętniku jest opowieść o ojcu pań… A ten fragment jest zupełnie nieistotny i nie miałam zamiaru nikomu go pokazywać ani o nim opowiadać. Nikomu!

Zrobiło się cicho i ta cisza trwała długą chwilę, zanim panna Sara zaczęła się powoli uspokajać. Wróciła na swoje miejsce na fotelu, otarła oczy wymiętą chusteczką i spróbowała się uśmiechnąć, ale nie wyszło jej to za dobrze.

− Musiałyśmy zatem źle odczytać pani intencje… Przepraszam, kochanie. To nasza wina. Nieładnie panią traktowałyśmy i… niech się pani nie gniewa na dwie stare kobiety.

Posiedziały jeszcze z pól godziny, gawędząc o pamiętniku Andy’ego, a raczej o jego niebulwersujących fragmentach. Już w drzwiach panna Sara, tym razem niemająca żadnych problemów ze słuchem, o czymś sobie przypomniała i sięgnęła w czeluść swojej malutkiej torebki.

− Zapomniałabym! – podała Ani jakiś karteluszek. – Mam tu przepis na ciasto, który już dawno temu obiecałam pani MacLean. Proszę jej go dać ode mnie. I powiedzieć, żeby pozwoliła ciastu wyrosnąć. Musi odpowiednio wyrosnąć! Heleno, idziemy! Tylko popraw kapelusz, zsunął ci się na ucho. Nie to, lewe! Fakt, ubierałyśmy się w pośpiechu, jadąc tu.

Obu ciotkom i umierającej z ciekawości Rebece Dew Ania wyjaśniła, że była to wizyta czysto kurtuazyjna: panny Pringle przyjechały, aby podziękować za pamiętnik starego Andy’ego, który znalazła w domu Bryce’ów, ocaliła od pożogi i przesłała im. Zarówno ciocia Misia, jak i ciocia Kasia uznały ten powód za wystarczający, ale Rebeka Dew nie dała się nabrać na takie plewy. Sara Pringle miałaby przyjechać do Szumiących Topoli po to, by wyrazić wdzięczność z otrzymania pożółkłego i zatłuszczonego zeszytu? Oj, coś kręci ta nasza Ania…

Dzięki tej wizycie Rebeka Dew postanowiła wszelako, że będzie co jakiś czas otwierała i zamykała frontowe drzwi.

− Żeby nie zardzewiały do reszty – oznajmiła. – I żeby wstydu znowu nie było. No, ale przynajmniej mamy przepis na to sławetne ciasto. Święci Pańscy! Trzydzieści sześć jaj! Jakbyśmy wyrzuciły precz tego kota, to ja bym wzięła parę kurek. Byłyby własne jajka i można by to cudo upiec… raz w roku.

Po tej uroczystej przemowie Rebeka Dew oddaliła się do kuchni i tam, zrezygnowana, nalała kotu mleka do miski. Obyczajów panujących w tym domu zmienić nie mogła, ale wątróbki kocisku na pewno nie da!

*

W ten oto sposób wojna rodu Pringle’ów z panną Anną Shirley, kierującą tutejszym liceum, została zakończona. Co było jej powodem i dlaczego dobiegła końca – wiedzieli tylko Pringle’owie, jednak w oczach mieszkańców Summerside to Ania w niej zwyciężyła, bo to ona zmusiła ich do odwrotu. Nagle wszyscy Pringle’owie stali się dla niej mili i bardzo uprzejmi. Janka przy całej klasie przeprosiła Anię za sprawiony jej zawód przy przedstawieniu i za swoje zachowanie. Rodzice młodych Pringle’ów przestali atakować ją za wymagania co do dyscypliny oraz zbyt wiele wypracowań i zadań, które dzieci musiały przygotowywać w domu. Ustały pretensje, ulotniły się urazy, ucichły docinki i komentarze na temat pochodzenia Ani. Nadskakiwali jej, jak mogli i umieli, komplementowali wygląd, sukcesy i pomysły, zapraszali na wszystkie zebrania i spotkania towarzyskie…

Bo choć pożółkły, wygnieciony zeszyt skończył w palenisku kominka, gdzie panna Sara wrzuciła go osobiście, to przecież wiadomo było wtajemniczonym, że panna Shirley wie i pamięta, co tam było zapisane.

A kto przy zdrowych zmysłach chciałby, żeby całe miasto dowiedziało się, iż przezacny kapitan Myrom Pringle był… kanibalem?!


8

Fragment listu Ani do Gilberta:

(…) Siedzę w mojej wieży i słyszę dobiegające z kuchni kolędy, śpiewane przez Rebekę Dew. Ten śpiew przypomniał mi o propozycji pani pastorowej: żebym przyłączyła się do tutejszego chóru. Czuję w tym inspirację wszechobecnych Pringle’ów, ale co mi tam. Jeśli nie wyjadę na niedzielę z Summerside, pójdę i z nimi pośpiewam.

A wracając do Pringle’ów: wyobraź sobie, że zaakceptowali mnie zupełnie i na każdym polu. Ależ to jest dopiero rodzina! Jak oni się trzymają razem… W każdym razie co i rusz ktoś z nich zaprasza mnie do siebie. Jakieś wieczorki, podwieczorki, spotkania towarzyskie, święta rodzinne…Byłam już na trzech i wiesz, co zauważyłam? Że niemal wszystkie Pringle’ówny upinają włosy tak jak ja. Powiesz, że jestem próżna i w dodatku kąśliwa, ale tak jest naprawdę, a jak sam wiesz, największym komplementem dla nas jest to, że ktoś nas naśladuje. No i stwierdzam, że ja ich po prostu lubię. Zawsze czułam, że mogłabym ich polubić, gdyby mi tylko na to pozwolili. Nawet Jankę jestem w stanie polubić, co nie jest trudne, bo ona bardzo się teraz o to stara.

A wczoraj wieczorem zebrałam się na odwagę i weszłam do jaskini lwa. To znaczy weszłam na podwórze Wiecznej Zieleni, po schodkach wspięłam się na ganek i zapukałam do drzwi. Pannie Monkman, która je otworzyła, powiedziałam, że idę na spacer i chętnie zabrałabym ze sobą Elżbietkę. Myślałam, że mnie odprawi z kwitkiem, a tu niespodzianka: poszła po dyspozycje do panny Campbell, po czym wróciła i bez cienia uśmiechu oznajmiła mi, że i owszem, byle nie za długo, Zaczynam podejrzewać, że instrukcje panny Sary, dotyczące mojej osoby, zostały rozesłane po całym mieście.

Elżbietka sfrunęła po schodach jak mały, kolorowy ptaszek, a buzia jej się śmiała z radości.

− Ależ się cieszę, panno Aniu – szepnęła, gdy już oddaliłyśmy się od domu. – To oznacza, że dziś jestem Elżunią. Tylko jako Elżunia umiem się tak cieszyć.

Poszłyśmy na tyle daleko, by móc wrócić, zanim zapadną ciemności. Majaczący w oddali port, mglisty i tajemniczy w świetle zanurzającego się w morzu słońca, wydawał się miejscem, z którego można było wyruszyć w nieznane, do tego kuszącego, nieodkrytego jeszcze świata. Obie pomyślałyśmy widać o tym samym, bo Elżbietka popatrzyła na mnie pytająco.

− Myśli pani, że gdybyśmy teraz pobiegły, bardzo szybko, dotarłybyśmy do tego miejsca, w którym na noc chowa się słońce? – zapytała.

Pomyślałam o Jasiu i o tym, jak marzył, by dostać się do krainy, w której zachodzi słońce.

− Obawiam się, że nie. Lepiej poczekajmy z tym, aż będzie Jutro – uspokoiłam ją szybko. – Widzisz te chmury, tam, nad wejściem do portu? Te, które wyglądają jak wyspa? Wyobraź sobie, że to jest coś twojego. Taka twoja własna Wyspa Szczęścia.

− A wie pani, że tu niedaleko jest taka prawdziwa wyspa? I ona naprawdę nazywa się Latająca Chmura. Widzę ją przez okienko na poddaszu. Jeden pan z Bostonu ma tam swój dom i ta wyspa jest jego. Ale ja lubię myśleć, że ona jest moja.

Dałam jej buziaka na pożegnanie. Popatrzyła na mnie smutno. Ma takie przeraźliwie smutne oczy, Gilbercie. Myślę, że to dziecko jest okropnie złaknione miłości, uczucia, przytulenia…

Dziś wieczorem, gdy przyszła na swoją szklankę mleka, zobaczyłam na jej buzi ślady łez.

− Płakałaś, kochanie?

− Babcia i Kobieta kazały mi się wieczorem umyć, ale ja tego nie zrobiłam. I rano też nie umyłam twarzy przed wyjściem do szkoły, bo nie chciałam zmyć tego całusa od pani. Ale wieczorem Kobieta sama zaprowadziła mnie do łazienki i wyszorowała mi twarz gąbką.

Z trudem zachowałam powagę.

− Trudno byłoby ci żyć bez mycia, Elżbietko. Ale jeśli chcesz, będę ci dawała całusa co wieczór, po wypiciu mleka, wtedy spokojnie będziesz mogła myć buzię, bo nazajutrz wieczorem dostaniesz kolejnego – zaproponowałam lekkim tonem.

− Dziękuję! Tylko pani jedna na całym świecie mnie kocha – szepnęła dziewczynka.

− Co ty mówisz? – zaprotestowałam. – Przecież twoja babcia bardzo cię kocha.

− Nieprawda. Ona mnie nie znosi!

− Mówisz jak małe dziecko, kochanie. Pamiętaj, że i twoja babcia, i panna Monkman mają już swoje lata, a ludzie na starość stają się nerwowi i przewrażliwieni. Irytują się łatwo, bo wiele rzeczy ich drażni i męczy. Nic dziwnego, że taka mała dziewczynka jak ty czasami działa im na nerwy, bo same trochę już zapomniały, jak to jest być dzieckiem. No i wiesz, kiedyś dzieci wychowywano inaczej: bardziej surowo, więcej od nich wymagano i prawie nigdy nie okazywano na zewnątrz swoich uczuć. I one nadal tak postępują, bo tak je wychowano.

 

Tłumaczyłam jej to cierpliwie, ale mam wrażenie, że jej nie przekonałam. Przecież to widać gołym okiem, że one jej naprawdę nie kochają, i mała o tym doskonale wie. Wtedy też bojaźliwie popatrzyła w stronę domu, po czym dobitnie oznajmiła:

− One są jak dwa potwory! Jak tylko przyjdzie Jutro, to wyjdę od nich i nigdy już tam nie wrócę!

Popatrzyła na mnie bokiem, żeby zobaczyć, jakie jej deklaracja zrobiła na mnie wrażenie. Liczyła pewnie, że duże i że udało się jej mnie przestraszyć, ale wiesz, że ja nie jestem strachliwa. Roześmiałam się i pocałowałam ją w główkę. I mam wielką nadzieję, że panna Monkman dokładnie sobie obejrzała tę scenę przez kuchenne okno.

Wieczorami siadam przy oknie po lewej stronie mojej wieży; tego, przez które widać dachy Summerside. Nareszcie patrzę na te domy bez bolesnego skurczu serca, bo od kiedy Pringle’owie złożyli broń, czuję, że wszędzie tam mieszkają przyjaźnie do mnie nastawieni ludzie. Widzę migocące w oknach i na poddaszach światła, rozpraszające, snujące się z kominów białosiwe dymy. I niebo rozjarzone gwiazdami. Patrzę, jak miasto powoli układa się do snu…

Znowu czuję się spokojna i szczęśliwa, Gilbercie. Tak się cieszę, że nie wrócę do Avonlea z poczuciem, że się nie udało, że poniosłam klęskę i że to strasznie upokarzające. Życie jest piękne! I bardzo smakowite! Zupełnie jak to ciasto, które Rebeka Dew upiekła według przepisu panny Sary. Zrobiła wszystko, jak należało: pozwoliła mu rosnąć przez trzy dni, opatulonemu w jakieś papiery i kocyki. Szczerze mogłabym poradzić każdemu, by go choć raz w życiu spróbował.

PS Nie wiem, czy uwierzysz, ale czasami przyłapuję się na różnych gramatycznych wątpliwościach, np. nie jestem pewna, czy powinnam była napisać „poradzić”, czy „doradzić”. I od razu oczami wyobraźni widzę, co z taką wiedzą o mojej niewiedzy zrobiliby Pringle’owie. Nie teraz, tylko zanim odkryłam dziennik wuja Andy’ego i ich wstydliwe tajemnice.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?