Ania z Szumiących TopoliTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania z Szumiących Topoli
Ania z Szumiących Topoli
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Ania z Szumiących Topoli
Ania z Szumiących Topoli
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90  18,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

Szumiące Topole, 10 listopada,

Aleja Duchów,

Summerside

Mój Najdroższy!

Jesień się kończy… Wieczorami robi się tak zimno, że w moim pokoju wylądował niewielki, pękaty piecyk, przyniesiony przez Rebekę Dew. Ona naprawdę na wszystkim się zna! Gdy zmarznięta wracam ze szkoły do domu, w pokoju jest cieplutko, a rozpalony piecyk mamrocze coś wesoło. Jest malutki, czarny, a dzięki temu mamrotaniu przypomina czarnego psiaka, kołyszącego się na czterech rozstawionych nogach. Kiedy Rebeka napełni mu brzuch brykietami, rozpłomienia się z radości, rozjarza do czerwoności i sprawia, że mój pokój staje się jeszcze bardziej przytulny. Kiedy tak siedzę teraz, pisząc do Ciebie ten list, ze stopami opartymi na jego ciepłych wypukłościach, to myślę, iż ten, kto wynalazł piecyki, był po prostu genialny.

Dziś wieczorem odbywa się zabawa u Hardy’ego Pringle’a. Zaproszono na nią niemal całe Summerside, oprócz mnie, ma się rozumieć. Rebekę Dew oburzyło to do tego stopnia, że gdybym była Marcinem, to raczej nie wchodziłabym jej teraz pod nogi. Tak, było mi przykro, ale gdy przypomniałam sobie Mirę Pringle, ładniutką, choć głupią jak gąska córkę Hardy’ego, która na klasówkach z uporem pisze o „równych kantach” w trójkącie równoramiennym, a drzewo genealogiczne to, jej zdaniem, takie samo drzewo, jak klon czy lipa, to myślę, że powinnam mu wybaczyć ten brak klasy, bo los i tak go już dostatecznie pokarał. Uczciwie muszę przyznać, że w głoszeniu podobnych „rewelacji” Mira ani jej kuzyni z Dynastii nie są odosobnieni. Co to ostatnio wymyślił Blake Fenton? Aha, aligatory to „ogromne owady”. Znasz to, te perełki intelektu nieujarzmionego wiedzą, które żywot nauczyciela stosownie rozweselają, prawda?

Wygląda na to, że niedługo spadnie śnieg. Lubię ten czas, gdy już czuje się go w powietrzu. Za oknem wieje listopadowy wiatr, a tu, w środku, jest ciepło i bardzo przytulnie.

Byłam już w domach wszystkich moich uczniów, zarówno tych mieszkających w Summerside, jak i tych dojeżdżających z okolicy. Zapraszały mnie tam ich skrzętne, gospodarne mamy, które – jak na zawołanie – wszystkie w komplecie raczyły mnie konfiturami z dyni. Nie mogę już patrzeć na ten specjał, o jedzeniu nie wspominając. Przyrzeknij mi, że nie dopuścisz, bym w naszym domu kiedykolwiek usmażyła choćby malutki słoiczek konfitur z dyni! Zaczęło się od tego, że na pierwszej takiej proszonej kolacji nieopatrznie je pochwaliłam: były naprawdę smaczne, odpowiednio słodkie i miały piękną barwę rozświetlonego przez słońce bursztynu. Szczerze wyraziłam swój zachwyt i… zaczęło się. Poszła fama, że jestem miłośniczką dżemu dyniowego i gospodynie, jedna po drugiej, prezentowały przede mną swój kunszt i wyjątkowość swoich przetworów.

Na wczoraj byłam zaproszona do państwa Hamiltonów. Zanim wyszłam, Rebeka Dew uspokoiła mnie, że gdzie jak gdzie, ale tam konfitur dyniowych nie będzie, bo oni ich po prostu nie lubią. Odetchnęłam z ulgą. I co powiesz? Ledwo usiedliśmy do stołu, gdy nieopodal swojego talerza zobaczyłam kryształową salaterkę, wypełnioną… a jakże, konfiturami z dyni. Zamarłam. Tymczasem pani Hamilton, nie zważając na zgrozę, malującą się na mojej twarzy, wyjaśniała mi radośnie, kładąc na moim talerzu porcję, która zaspokoiłaby apetyt szwadronu wojska:

– Ja sama, przyznaję, konfitur z dyni nie robię. Doszły mnie jednak słuchy, że pani za nimi przepada, poszłam więc do swojej szwagierki, która mieszka w Cichej Dolinie, i powiedziałam jej, że będzie pani naszym gościem, uwielbia pani ten dyniowy przysmak, więc żeby mi dała jeden słoiczek. I dała – o, taki. Wielki, prawda? Proszę resztę zabrać do domu.

Gilbercie, bardzo żałuję, że nie mogłeś zobaczyć miny Rebeki Dew! Stała oniemiała, widząc mnie dźwigającą wielki słój wypełniony, a jakże, dyniową konfiturą. W naszym domu jej nikt nie jada, więc poczekałyśmy, aż się ściemni, i zakopałyśmy słój w ogrodzie.

– Ale o tym pani nie napisze? – zaniepokoiła się Rebeka, gdy wróciłyśmy do domu. Dowiedziała się przypadkiem, że od czasu do czasu pisuję krótkie opowiadania do różnych czasopism i od tej pory martwi się – a może liczy na to – że napiszę coś o życiu w Szumiących Topolach. Chyba wolałaby, żebym opisała Pringle’ów i zdrowo im w tej nowelce dołożyła, ale ja chyba jestem tak zmęczona i zniechęcona borykaniem się z nimi na co dzień, że nie mam na to ani siły, ani tym bardziej ochoty.

W ogrodzie wszystko już zwiędło i wyschło. Krzaki róż Rebeka zaopatrzyła na zimę, okrywszy je słomą i położywszy na nich kartony po pomidorach. Kiedy zapada noc, cała ta misterna konstrukcja wygląda jak grupa jakichś ciemnych typów, kryjących się między skrzyniami.

Przyszła kartka od Tadzia, jak zwykle pełna buziaków, i list od Priscilli. Tym razem napisała go na pięknej, bardzo oryginalnej papeterii, którą dostała od jakiegoś znajomego Japończyka. Na kartkach papieru listowego widać delikatnie nakreślone, jakby nie do końca rzeczywiste gałązki kwitnącej wiśni. Ciekawe, co to za romantyczny „przyjaciel z Japonii”? Ale największą radość sprawił mi dziś rano Twój list. Przeczytałam go cztery razy, zupełnie jak psiak, który wylizał już swoją miskę do czysta, ale nadal do niej zagląda i ją oblizuje, w nadziei, że zostało tam jeszcze coś, czego wcześniej nie zauważył. Mało romantyczna metafora? Wiem, ale co ja poradzę, że właśnie ona mi się nasunęła? I chcę, żebyś wiedział, że Twoje listy, choć takie piękne i czułe, ani trochę mi nie wystarczają. Tęsknię za Tobą, Gilbercie. I tak się cieszę, że już za parę tygodni będzie Boże Narodzenie.


5

To była nagła decyzja: tego wieczora Ania siedziała w swojej wieży, przy oknie, i próbując coś napisać, w zamyśleniu obgryzała końcówkę swojego pióra, gdy nagle, popatrzywszy w listopadowy zmrok, pomyślała, że dobrze byłoby wybrać się na spacer po starym cmentarzu. Do tej pory spacerowała zwykle po małym, klonowym zagajniku tuż przy drodze albo szła na przystań, ale ten wieczór wydał jej się wyjątkowo odpowiedni do eskapady na cmentarz. Ostatnio czuła się tak wyczerpana, pozbawiona sił i woli, że to miejsce jawiło się jej jako całkiem właściwe, by zmierzyć się tam ze swoim przygnębieniem. Choć zdążyła się już przekonać, że tam na pewno nie uda się jej schronić przed Pringle’ami: woleli ten stary cmentarz od nowego, miejskiego, i od lat właśnie tu grzebali swoich zmarłych.

W głębi duszy Ania miała nadzieję, że zobaczenie na własne oczy, jak wielu Pringle’ów nie może już, na szczęście, jej dokuczać, choć trochę poprawi jej nastrój, bardzo ostatnimi czasy podupadły. Zmagania z Dynastią kompletnie wyczerpały zasoby jej sił witalnych, energii i wrodzonego optymizmu. Czasami miała wrażenie, że śni i nie był to sen kojący ani krzepiący. Janka Pringle, ze znawstwem i zapałem organizująca akcję gnębienia i upokarzania nielubianej nauczycielki, wspinała się na szczyty mistrzostwa.

Parę dni wcześniej Ania zadała swoim uczniom pracę domową: mieli opisać jakieś niedawne zdarzenie, które wydawało się im szczególnie ważne, i uzasadnić swój wybór. Janka – zdolna i złośliwa bestia – napisała bardzo dobrą pracę; kłopot polegał na tym, że sprytnie zakamuflowała w niej uwagę tak obraźliwą wobec Ani, że ta w żaden sposób nie mogła tego puścić płazem. Oddała dziewczynce zeszyt, po czym kazała jej iść do domu i nie wracać do szkoły, dopóki nie zdecyduje się przeprosić dotkniętej do żywego nauczycielki. Ten incydent przepełnił czarę goryczy: wojna rodziny Pringle’ów z dyrektorką szkoły, będąca do tej pory tajemnicą poliszynela, stała się faktem publicznym. Biedna Ania była świadoma tego, że nie ma w niej najmniejszych szans, bo czuła, że nie może liczyć na żadne wsparcie ze strony szkoły, czyli pozostałych nauczycieli, uczniów i ich rodziców. Wiedziała, że ma dość oczywisty wybór: albo pozwoli Jance wrócić do szkoły i będzie udawała, że nic się nie stało, albo będzie musiała zrezygnować z posady. Czuła żal i gorycz, bo wiedziała, że ma rację i że potrafiłaby to udowodnić, gdyby tylko jej na to pozwolono.

„Nie mogłam w tej wojnie zwyciężyć – pocieszała w myślach samą siebie. – Nikt nie miałby szans w walce z kimś, kto posługuje się takimi metodami”. No dobrze, ale co dalej? Wrócić na Zielone Wzgórze z poczuciem klęski? Narazić się na dociekliwą troskliwość pani Linde i triumfujące spojrzenia Pye’ów? Pomyślała, że nawet szczere, pocieszające gesty ze strony przyjaciół byłyby dla niej nie do zniesienia. Ale najgorsze byłoby co innego: jej poddanie się, odczytane jak porażka pedagogiczna, sprawiłoby prawdopodobnie, że nie mogłaby sobie znaleźć pracy w żadnej innej szkole na całej Wyspie.

Pocieszające było tylko to, że nie dała sobie wejść na głowę podczas przygotowywania przedstawienia – Ania uśmiechnęła się do siebie z nieco złośliwą satysfakcją, przypomniawszy sobie tamtą sytuację. Zaczęło się od tego, że zorganizowała w szkole kółko teatralne i zaproponowała, że wspólnie przygotują inscenizację krótkiej sztuki. Liczyła na to, że pieniądze za bilety wstępu pozwolą zakupić kilka jakichś ładnych grafik; marzyło jej się ozdobienie surowych ścian w klasach. Potem przemogła własny opór i zaprosiła do teatralnego grona Juliannę Brooke; pomyślała, że wciągając ją do tej pracy, wyrwie starszą koleżankę z izolacji i osamotnienia. Szybko tego pożałowała, bo Julianna nie ominęła żadnej okazji, by sprawić jej przykrość nieprzyjemnymi uwagami, a wygłaszała je za każdym razem z dużą satysfakcją i zadowoleniem. W dodatku nalegała usilnie, żeby to Janka Pringle była Marią Stuart.

– Żadna inna dziewczyna nie udźwignie tej roli – przekonywała Anię stanowczo. – I która ma taki królewski wygląd?

 

W tej akurat sprawie Ania była innego zdania: z jej punktu widzenia o wiele bardziej nadawała się do tego Zosia Sinclair, ładna dziewczyna o włosach koloru dojrzałego kasztana i zielono-brązowych oczach. Tyle że Zosia nie chodziła na zajęcia kółka teatralnego i w ogóle nie była zainteresowana teatrem. To, zdaniem Julianny, przesądziło sprawę.

– Na pewno nie ma pojęcia o graniu, a my nie potrzebujemy tu takich kompletnych amatorek. Ja w każdym razie nie mam ochoty jej uczyć, a bez tego przedstawienie na pewno się nie uda – zakończyła dyskusję Julianna i Ania skapitulowała.

Choć rola królowej była trudna, Janka, trzeba jej to przyznać, nieźle sobie dawała z nią radę. Była niewątpliwie utalentowana i najwyraźniej przejęła się losem nieszczęsnej Marii Stuart. Pracowali nad sztuką intensywnie, spotykając się na próbach co drugi dzień. Wyglądało na to, że wszystko idzie jak należy i zmierza do szczęśliwego końca; nawet Janka nie wydziwiała, może dlatego, że odnalazła się w powierzonej jej roli. Uspokojona Ania nie wtrącała się zatem do pracy nad rolą Janki-Marii, oddawszy sprawy w ręce Julianny. Wprawdzie parę razy zauważyła, że Janka posyła w jej kierunku uśmiech, który trudno było uznać za sympatyczny, ale nie miała czasu dłużej się nad tym zastanawiać.

Kilka dni później Ania natknęła się przypadkiem w szatni na zapłakaną Zosię Sinclair. Zmieszana dziewczyna długo wzbraniała się przed powiedzeniem, co było przyczyną jej łez, ale w końcu przyznała, że chodzi o przedstawienie.

– Zawsze marzyłam, żeby zagrać królową Marię – chlipnęła. – I nigdy nie udało mi się wystąpić w żadnym przedstawieniu… Tata nie zgodził się, żebym się zapisała do kółka teatralnego, bo jest bardzo… oszczędny, a tam trzeba płacić składki. No i dlatego nie umiem grać, wiem… Ale ona… Maria… jest dla mnie taka ważna… Jak tylko słyszę jej imię, przechodzi mnie dreszcz! I ani trochę nie wierzę, że kazała zabić Darnleya! Boże, jakie by to było piękne: być przez chwilę Marią Stuart!

Gdy Ania przypominała sobie potem tę rozmowę, upewniała się, że to Opatrzność podsunęła jej wtedy ten pomysł.

– Spiszę ci rolę królowej Marii, Zosiu, i poćwiczymy razem, jak powinnaś to mówić. Nauczysz się jej na pamięć. Przyda ci się to. Jeśli przedstawienie będzie udane, pojeździmy z nim po okolicy, a wtedy ty będziesz dublerką Janki, gdyby ona z jakiegoś powodu nie mogła grać. Tylko niech to zostanie między nami, dobrze?

Zosia nauczyła się roli Marii na pamięć. Każdego dnia, po lekcjach, przychodziła z Anią do Szumiących Topoli i tam razem ustawiały postać królowej.

Premiera miała się odbyć w pierwszy piątek listopada, w wynajętej na ten cel dużej sali w miejskim ratuszu. Jako że przedstawienie od jakiegoś czasu promowano na afiszach, rozlepionych w różnych punktach Summerside, wszystkie bilety zostały sprzedane. Sala była ładnie udekorowana; Ani i Juliannie zajęło to całe dwa dni! Sporządziły nawet coś w rodzaju zaimprowizowanej kurtyny, która oddzielała scenę od publiczności, tłumnie przybyłej i sadowiącej się teraz na krzesłach. W przerwach przedstawienia czas miała umilać widzom bardzo popularna piosenkarka, którą z tej okazji sprowadzono z Charlottetown. Na przeprowadzonej poprzedniego dnia próbie generalnej Janka zagrała świetnie, a cała reszta obsady ambitnie starała się dotrzymać jej kroku.

W piątek Janka nie przyszła do szkoły. Dopiero po południu jej mama zawiadomiła szkołę, że dziewczynka się rozchorowała: ma infekcję gardła, wyglądającą na anginę. Przykro jej bardzo, ale w tej sytuacji nie ma mowy, by uczestniczyła w przedstawieniu. Ania była bardzo zmartwiona, Julianna też nie miała wesołej miny; w końcu obie przygotowywały to przedstawienie.

– Cóż… Trzeba je odwołać – oznajmiła z namysłem, rozciągając słowa Julianna. – Porażka, bo potem, przed świętami, będzie wiele innych imprez. Od razu mówiłam, że to idiotyzm szykować cokolwiek w listopadzie – dodała z nieskrywaną satysfakcją.

– Nie! Nie odwołamy przedstawienia – powiedziała spokojnie Ania. – Oczywiście, angina może się przytrafić każdemu, ale była pewna, że ta angina była zaplanowana. Nawet jeśli nie zaplanowali jej Pringle’owie, chodziło o jedno: nie pozwolić, żeby udało się coś, co ona, Ania, przygotowała.

– Jak pani chce! – Julianna wzruszyła ramionami lekceważąco. – Może pani wyznaczyć kogoś, żeby przeczytał rolę Marii, ale co to da? Przecież cały dramat opiera się na tej jednej postaci.

– Rolę Marii damy Zosi Sinclair. I to ona ją zagra, nie przeczyta. Kostium będzie w sam raz; na szczęście Janka nie zabrała go do domu.

Publiczność dopisała, sala była wypełniona do ostatniego miejsca, a Zosia – przeszczęśliwa. Pięknie poradziła sobie z rolą, tworząc postać Marii zupełnie inną od tej, którą miała być Janka. Kostium dopełnił całości: w długiej, szeleszczącej koronkami sukni i udającej drogocenną biżuterii – naprawdę wyglądała jak szkocka królowa. Koleżanki i koledzy z liceum byli zdumieni metamorfozą Zosi, bo dotąd widywali ją w ciemnych, bezkształtnych sukienkach, workowatym płaszczu i wypłowiałym kapeluszu. Wszyscy jednogłośnie orzekli, że Zosia musi przyłączyć się do ich teatralnego zespołu, a Ania sama uiściła za nią składkę członkowską. To przedstawienie zmieniło pozycję dziewczyny wśród rówieśników, choć ani im, ani jej samej nie przyszło wtedy do głowy, że za dwadzieścia lat Zofia Sinclair dołączy do grona najwybitniejszych amerykańskich aktorek. Owacje, z jakimi potem spotykała się potem jej gra, nigdy chyba nie sprawiły jej aż takiej radości, jak te oklaski, którymi nagrodzono jej występ w prowincjonalnej szkole w Kanadzie.

Gdy żona Jakuba Pringle’a wróciła do domu po przedstawieniu i opowiedziała członkom rodziny, jak wielkim sukcesem okazał się występ Zosi w roli Marii Stuart, Janka omal nie przypłaciła tego ciężkim rozstrojem nerwowym. Rebeka Dew w każdym razie nie miała wątpliwości, że to okropne wypracowanie nie powstało bez powodu, a Jance dobrze zrobiło takie utarcie nosa. Należało się jej jak mało komu!

Następnego dnia Ania wybrała się na spacer. Postanowiła pójść na cmentarz, bo chciała pobyć trochę sama, a spotkanie tam kogokolwiek o tej porze było mało prawdopodobne. A jednak… Niemile zaskoczona, natknęła się w bramie na Walentynę Courtloe. Panna Walentyna, dobrze znana w Summerside, była kobietą zwiewną i delikatnej dość postury: szczupła, o pociągłej twarzy, z cienkim nosem i wąskimi, ale ładnie wykrojonymi ustami, robiła wrażenie osoby eterycznej, a przy tym bardzo świadomej swojej wartości. Pracowała jako krawcowa, a poza tym orientowała się jak nikt inny we wszystkim, co dotyczyło jej pobratymców: czy to żywych, czy już, niestety, świętej pamięci. Na cmentarzu czuła się więc jak u siebie w domu, a widząc w bramie Anię, bez ceregieli wzięła ją pod ramię, jakby zamierzała ugościć dziewczynę we własnym ogrodzie. To oznaczało, że z samotnego spaceru wyszły nici, ale Ani nie wypadało wyzwolić się z tego przyjaznego uścisku. Zważywszy, że na cmentarzu Courtloe’ów spoczywało równie wielu jak Pringle’ów, a panna Walentyna nijak nie była spokrewniona z tym ostatnimi, Ania uznała, że spacer może i tak okazać się miły. Tym bardziej że siostrzeniec panny Walentyny był jednym ze zdolniejszych i lubianych przez Anię chłopaków w szkole.

– Miałam dobry pomysł, żeby tu dzisiaj przyjść – oznajmiła panna Walentyna z zadowoleniem. – Znałam wszystkich, którzy tu leżą pogrzebani i mogę pani o nich poopowiadać. Dobrze jest wiedzieć, w czyim towarzystwie człowiek spaceruje po cmentarzu. I powiem pani, że wolę przychodzić tutaj niż na ten nowy cmentarz. Bo tu, droga pani, spoczywają członkowie najzacniejszych rodzin, a tam każdy, komu przyjdzie do głowy zabrać się z tego świata. Janki, Wacki i Heńki… bez różnicy – prychnęła lekceważąco. – A tu… proszę! Ten róg należy do Courtloe’ów. Duża, zacna rodzina, to i pogrzebów wiele… – popatrzyła na Anię pytająco, więc ta poczuła się w obowiązku coś powiedzieć.

– Myślę, że w każdej starej rodzinie jest wiele pogrzebów – szepnęła nieśmiało.

– Co też pani opowiada! – obruszyła się panna Walentyna, najwyraźniej dotknięta spospolitowaniem jej rodziny. – Jeśli chodzi o pogrzeby, to nasza rodzina była naprawdę wyjątkowa! Swoje żniwo zbierała wśród nas… – zawiesiła dramatycznie głos – gruźlica. Tak, panno Shirley, większość Courtloe’ów umarła na gruźlicę! Proszę spojrzeć: to grób Elizy Courtloe, mojej ciotki. Święta z niej była kobieta, ale według mnie, ciekawsza była jej siostra Cecylia. Wie pani, co mi powiedziała, gdy spotkałyśmy się po raz ostatni? Powiedziała: „Usiądź, moje dziecko. Wprawdzie mam zamiar opuścić ten padół łez jeszcze dzisiaj, parę minut po jedenastej, ale to przecież nie powód, żebyśmy sobie jeszcze przez chwilę pogawędziły, prawda?”. Taka była! A wie pani, co było przedziwne? Że ona zrobiła to, co zapowiedziała: umarła dziesięć po jedenastej tamtej nocy! Jak pani myśli: skąd ona, u licha, wiedziała, o której to będzie? – Ania nie miała pojęcia, ale panna Walentyna wcale od niej takiej wiedzy nie oczekiwała. – A tu, proszę, leży mój pradziadek, Courtloe, oczywiście. Przypłynął na Wyspę w tysiąc siedemset sześćdziesiątym roku i zajął się wyrobem kołowrotków. Podobno do śmierci zdążył ich zrobić tysiąc czterysta. Na jego pogrzebie pastor przytoczył ten znany werset: „A ich dzieła pójdą za nimi”, na co stary Myrom Pringle zauważył, że droga do wieczności, którą kroczył mój pradziadek, musi być wyłożona kołowrotkami. Bardzo niestosownie, nie uważa pani?

Gdyby na taką uwagę pozwolił sobie ktoś inny, Ania pewnie znalazłaby coś na jego obronę, ale że to był Pringle…

– Okropnie niestosownie! – przytaknęła z zapałem, patrząc na nagrobek, na którym ktoś, też niestosownie, umieścił znak trupiej czaszki.

– Tu z kolei leży Dora, moja kuzynka. Była wdową, bo wcześniej zmarli jej trzej mężowie. Wyglądało na to, że Dora ma pecha i trafiają się jej sami chorowici mężczyźni. Jako ostatni opuścił ją Beniamin Bannig, ale on jest pochowany na innym cmentarzu, obok swojej pierwszej żony. Temu akurat wcale nie śpieszyło się do śmierci. Ani trochę nie chciał umierać i gdy Dora pocieszała go, że ten inny świat jest ponoć znacznie lepszy, on jej mówił, że nie ma nic przeciwko temu, by pozostać na tym gorszym. Przyjmował całe wagony lekarstw, bo naprawdę nie śpieszyło mu się na tamten świat. O, a tę część cmentarza zajmują zmarli ze strony wuja Dawida Courtloe, cała rodzina! Ich groby obsadzono przepięknymi różami; zrywam je czasami, bo po co takie piękno ma się tu marnować, skoro mogą zachwycać w wazonie, czyż nie?

– Niby tak… – wykrztusiła Ania.

– A to jest grób mojej młodszej siostry, Henryki – z głębi jestestwa panny Walentyny wydobyło się głębokie westchnienie. – Miała piękne, rudobrązowe włosy, troszkę podobne do tych pani, ale jednak nie takie czerwone. Długie, sięgały jej prawie do kolan. Zdążyła się zaręczyć, zanim umarła. Słyszałam, że pani też jest zaręczona, tak? To pewnie miłe uczucie, choć ja osobiście nigdy nie marzyłam o zamążpójściu. Paru chętnych było, ale to ja pewnie za bardzo byłam wymagająca… W końcu panna Courtloe nie mogła poślubić pierwszego lepszego, prawda? Na przykład Frank Digby, ten w tamtym kącie, chciał się ze mną ożenić. Trochę się wahałam, zanim odrzuciłam jego zaloty. On się potem ożenił z tą Georginią Troop, która zawsze przychodziła do kościoła, gdy nabożeństwo już trwało. Nigdy, biedulka, nie mogła zdążyć, a tak naprawdę chodziło o to, żeby wszyscy widzieli, jak wchodzi, szeleszcząc tymi swoimi jedwabiami. O, strojnisia z niej była jak się patrzy! Nawet w trumnie leżała w takiej ładnej, niebieskiej sukience; podobno uszyła ją sobie na wesele, a trafiła do jej trumny, ot co! Ta Georginia miała urocze dzieciaki, trójkę; widywałam je w kościele, bo siedziały niedaleko mnie. Częstowałam je cukierkami… Wiem, niektórzy mówią, że to nie wypada, zwłaszcza, że to nie były miętowe landrynki… Miętowe jeszcze jakoś by uszły; one mają w sobie coś takiego ascetycznego, jakby kościelnego, nie uważa pani? W każdym razie dzieci ich zwykle nie lubią i już! – zakończywszy wspomnienia o rodzie Courtloe’ów, panna Walentyna pozwoliła sobie na lekką ironię. – A tu leży pani Russelowa Pringle. Ciekawe, czy poszła do nieba…

– Do nieba? – Ania nie wiedziała, jak to rozumieć.

– Kilka miesięcy wcześniej zmarła jej siostra, Anna Maria. A ona jej nie cierpiała i zapowiadała, że jeśli tamta trafiła do nieba, jej noga tam nie postanie. A trzeba ci wiedzieć, moja droga, że to była bardzo słowna kobieta. Jak oni wszyscy, ci Pringle’owie… Bo ona była z Pringle’ów i za Pringle’a wyszła, za swojego kuzyna Russela. A tu jest pochowana żona Daniela Pringle’a, Żaneta Bird. Umarła w swoje siedemdziesiąte urodziny, bo podobno twierdziła, że tyle wystarczy porządnemu człowiekowi, żeby się nażyć. Śmieszne poglądy mają niektórzy z nas, prawda? – zachichotała. − Podobno ta decyzja o zakończeniu życia była jedyną, jaką podjęła samodzielnie, bez przyzwolenia męża. Kiedyś kupiła sobie kapelusz, a Danielowi on nie przypadł do gustu. Co więc zrobił?

 

– Pojęcia nie mam! – przyznała Ania.

– Skon-su-mo-wał go! – oznajmiła panna Walentyna z powagą. – Pożarł, innymi słowy. Domyślam się, że nie był to wielki kapelusz, ot, trochę słomki i parę kwiatków, niemniej przypuszczam, że trochę po tym spożyciu biedny Daniel pocierpiał. Nie widziałam tego na własne oczy, ale znam takich, którzy przysięgali, że tak było naprawdę. Myśli pani, że tak było?

– Ponieważ rzecz dotyczy Pringle’ów, myślę, że wszystko jest możliwe – Ania uśmiechnęła się gorzko.

Panna Walentyna musiała być zorientowana w sytuacji, bo serdecznie przytuliła Anię.

– Wiem, moja droga, wiem. Zachowują się wobec pani skandalicznie, ale przecież nie tylko Pringle’owie tu mieszkają.

– A mnie się zdaje, że przede wszystkim oni – Ania uśmiechnęła się smutno.

– Źle się pani zdaje. Mnóstwo ludzi byłoby bardzo zadowolonych, gdyby się pani nie dała Pringle’om. Niech pani nie bierze sobie do serca tego, co oni gadają i wyczyniają. Tak mają i tyle! Jeden za drugiego poszedłby w ogień, tacy są zwarci, a jak pani przecież wie, pannie Sarze zależało na tym, żeby to ich krewniak, Pringle, został dyrektorem liceum.

Słuchając panny Walentyny, Ania przyglądała się mijanym nagrobkom. Jeden zwrócił jej uwagę.

– Pamięci panny Kinsey… – odczytała umieszczony na płycie napis. – Dziwne. Ta panna Kinsey nie miała imienia?

– Cóż… pewnie miała, tyle, że nikt nie wiedział jakie – panna Walentyna pokiwała głową w zadumie. – Przyjechała tu z Nowej Szkocji i zaczęła pracować u Jerzego Pringle’a. Powiedziała, że nazywa się panna Kinsey i tak już zostało. Przepracowała tak czterdzieści lat, po czym zmarła, nagle, i nikt nie wiedział, jak ona miała na imię. A że nie miała żadnej rodziny, to i dowiedzieć się nie było od kogo. Napisali więc na nagrobku tak, jak napisali, bo co mieli zrobić? Za pogrzeb i pomnik zapłacił Jerzy Pringle; trzeba mu to przyznać, że zachował się jak należy. Dla nas była po prostu panną Kinsey i tak już zostało. O, a tu jest grób Morleyów, Jakuba i jego żony. Pamiętam, jak uroczyście obchodzili swoje złote gody, czyli pięćdziesięciolecie małżeństwa; ach, co to była za uroczystość: wiązanki, przemowy, toasty, uściski i ukłony, biegające wokół dzieciaki i mnóstwo uśmiechów… A przecież wszyscy wiedzieli, że żyli jak pies z kotem, a nawet gorzej, bo każde z nich, gdyby tylko mogło, utopiłoby to drugie w łyżce wody.

– Utopiłoby? – nie dowierzała Ania. – Tak się nie znosili?

– Bardzo serdecznie, skarbie. Wszyscy to widzieli. Bardzo nieudana para. Jak się zaczęli kłócić, wracając z kościoła, gdzie powiedzieli sobie „tak”, to nie przestali aż do śmierci. To niepojęte, że są w stanie leżeć obok siebie bez awantur – zaśmiała się cierpko, a Ania poczuła, jak dreszcz przebiega jej po plecach. Jak to możliwe: przeżyć ze sobą całe życie, spać, jeść, chorować obok siebie, spędzać wspólnie święta – i czuć do siebie nienawiść? Przecież musieli się kiedyś kochać! A jeśli kiedyś ona i Gilbert… Boże, co za głupie myśli przychodzą jej do głowy! To ci straszni Pringle’owie tak na nią działają.

– Tu natomiast spoczywa Jan MacTabb – kontynuowała niezrażona milczeniem wstrząśniętej Ani panna Courtloe. – Szalenie przystojny mężczyzna. Mówiono, że to przez niego popełniła samobójstwo Aneta Kennedy. Utopiła się, dokładniej rzecz ujmując. Trzeba przyznać, że MacTabbowie to były ładne chłopaki, ale nie daj Boże uwierzyć w to, co mówili. A tu, w tym miejscu, leżał kiedyś kamień nagrobny, upamiętniający Samuela MacTabba, wuja Jana. Uznano bowiem, że jakieś pięćdziesiąt lat temu utonął w morzu. Aż tu pewnego dnia, wyobraź sobie, nieboszczyk-topielec wrócił do domu! Cóż było robić; żona kazał zabrać kamień z cmentarza i oddać go kamieniarzowi, u którego go zamówiono, ale że ten ani myślał go przyjąć z powrotem, pani MacTabbowa zatrzymała kamienną płytę w domu i wałkowała na niej ciasto na pierogi. No! Pomysł absurdalny, prawda? A ona była po prostu praktyczna. Pamiętam, że mali MacTabbowie przynosili do szkoły ciastka, które piekła ich matka, i że na tych ciastkach były odciśnięte fragmenty słów składających się nagrobne epitafium, wypisane na tej nieszczęsnej płycie. Nigdy ich od niech nie brałam; wiedziałam, że nie byłabym w stanie przełknąć tego specjału. Tak już mam, co robić. A tu, proszę bardzo: grób Harleya Pringle’a. Kiedyś założył się z Piotrem MacTabbem o to, kto wygra wybory. Przegrał i kiedy Piotr wlazł do taczki, on musiał go w tej taczce powieźć przez całe miasto. Ależ wszyscy mieli uciechę! Oprócz Pringle’ów, oczywiście; tylko oni siedzieli w domach, płonąc ze wstydu i upokorzenia, bo cała reszta wyszła na ulice, żeby to dziwowisko obejrzeć. No i proszę! Przed nami grobowiec kapitana Abrahama Pringle’a w całej okazałości.

Pomnik był wysoki i majestatyczny, zdecydowanie większy od pozostałych. Na kilku kamiennych płytach ustawiono potężną marmurową kolumnę, zwieńczoną równie okazałych rozmiarów urną. U stóp kolumny przykucnął tłusty amorek, dmuchający w róg.

– Okropność! – powiedziała Ania spontanicznie.

– Naprawdę? Nie podoba się pani? – zdziwiła się panna Walentyna. – Wszystkim zawsze się bardzo podobał. To archanioł Gabriel wygrywa na tej trąbce swoją triumfalną pieśń. Mam wrażenie, że ten grobowiec przydaje temu miejscu splendoru. Zresztą… był bardzo drogi. A sam nieboszczyk kapitan Abraham Pringle był poczciwym, sympatycznym starszym jegomościem; myślę, że gdyby on żył, nie pozwoliłby tym swoim krewniakom tak pani załazić za skórę. W każdym razie Sara i Helena całkiem słusznie są z niego dumne, choć czynią to z niejaką przesadą.

Gdy opuszczały cmentarz, Ania pomyślała, że to jednak smutne miejsce, choć zaludnione postaciami, które w tej chwili wydawały się jej całkiem żywe.

– Doszły mnie słuchy, że pani coś tam pisuje – panna Walentyna robiła wrażenie lekko zaniepokojonej. – Mam jednak nadzieję, że o nich pani nie będzie pisała, prawda?

– Nie będę – uspokoiła ją Ania.

– Bo ja tak sobie myślę – panna Walentyna zniżyła głos do szeptu – że to nieładnie mówić źle o zmarłych.

– Gdybyśmy mówiły o nich źle, byłoby to trochę jak kopanie leżącego… Bo oni przecież nie mogą się już bronić, prawda? Ale pani o nikim źle nie mówiła, panno Walentyno. Naprawdę!