Ania z Szumiących TopoliTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania z Szumiących Topoli
Ania z Szumiących Topoli
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Ania z Szumiących Topoli
Ania z Szumiących Topoli
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90  18,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Słyszałam, że Julianna bardzo ładnie śpiewa i umie pięknie deklamować poezję, ale osobiście nie spotkałam nikogo, kto by to potwierdził. Kiedyś ciocia Misia zaproponowała jej, żeby powiedziała kilka wierszy na uroczystej kolacji dobroczynnej, którą zorganizowała z przyjaciółkami, ale wtedy także zrobiła unik.

– Unik? Jaki unik? Zachowała się bardzo niegrzecznie i tyle! – obruszyła się ciocia Misia.

– Burknęła coś niechętnie, odwróciła się na pięcie i tyle jej było – doprecyzowała Rebeka Dew.

Julianna mówi niskim, głębokim głosem; czasami, zwłaszcza gdy jest rozgniewana, ten głos dudni i nabiera takich męskich cech. Nie powala urodą, ale myślę, że mogłaby wyglądać ładniej, gdyby to i owo podkreśliła. Ma jasną, gładką cerę i bardzo piękne, kruczoczarne włosy, które niepotrzebnie zwija w gruby, nieforemny węzeł. Brwi ma grube i ciemne, ale oczy pod nimi są jasne, o bursztynowozłotym odcieniu. Bardzo kształtne ma uszy i ładnie wykrojone usta, a jej dłonie są wprost piękne; chyba nie widziałam nigdy piękniejszych. Natomiast ubiera się fatalnie, bez gustu i wyczucia, czy to fasonu, czy koloru. Z uporem na przykład nosi spódnice i żakiety w barwach wyblakłej, spranej zieleni albo popielate, a nie są to z pewnością odcienie, które służyłyby jej bladawej cerze. Aha, i lubi sukienki w paski i prążki, które wydłużają jej i tak już wysoką i chudą postać; co gorsze, chyba ich nie prasuje, w każdym razie wyglądają, jakby trzymała je pod prześcieradłem.

To wszystko jednak i tak nic wobec jej usposobienia. Mam wrażenie, że ona zachowuje się tak, jakby chciała zrazić do siebie ludzi i wszystkich, co do jednego, do siebie zniechęcić. Jest podejrzliwa, zaczepna i skora do kłótni. Każde skierowane do niej zdanie odbiera jako atak albo prowokację; jeszcze zanim coś do niej powiem, czuję, że mówię coś niewłaściwego i że ona na pewno tak to potraktuje. Żal mi jej w pewnym sensie, ale wiem, że nie jestem w stanie jej pomóc i że ona sobie tego z całą pewnością nie życzy. W każdym razie zachowuje się tak, jakby mnie serdecznie nie znosiła. Myślisz, że przesadzam? To posłuchaj.

Któregoś dnia spotkaliśmy się we troje w pokoju nauczycielskim i ja, omawiając jakąś sprawę, wysunęłam pewną sugestię, przyznaję, dość śmiałą. Julianna zareagowała natychmiast i po swojemu:

– A pani oczywiście jak zwykle uważa, że pani wszystko wolno, prawda?

Albo inna sytuacja. Przyszedł mi do głowy pewien nowy pomysł, innowacja, którą można by wprowadzić w naszej szkole, ale wymagałoby to zaangażowania nas wszystkich. Podzieliłam się tym z Julianną, na co ona wzruszyła ramionami:

– Nie mam ochoty zajmować się baśniami – oznajmiła lekceważąco.

A gdy innego dnia doceniłam jej wysiłek i pochwaliłam efekty, które przyniósł, skwitowała to bezceremonialnie:

– Już pani posłodziła, a gdzież łyżka dziegciu w tej beczce miodu?

Najbardziej jednak zabolał mnie incydent z jej dziennikiem klasowym. Musiałam w nim coś podpisać i rzuciło mi się w oczy jej imię, ładnie wykaligrafowane na okładce wraz z nazwiskiem.

– Pani rzeczywiście ma na imię Julianna – zauważyłam. – To piękne imię, dużo ładniejsze niż Julia.

Zbyła ten komplement wyniosłym milczeniem, ale zaraz potem zmieniła swój podpis na „Julia Brooke”. Wiesz, jak strasznie przykro mi się zrobiło, gdy to zobaczyłam?

W ogóle bym się nią nie przejmowała, gdyby nie moje intuicyjne przeczucie, że ona naprawdę jest bardzo samotna, a ta jej chropowatość to tylko kamuflaż, pod którym kryje się wrażliwa, tęskniąca za bliskością dziewczyna.

Powiem ci szczerze, że nie wiem, czy zniosłabym ten cały ostracyzm i niechęć wobec mnie, gdyby nie kilka jasnych punktów: Twoje listy, Rebeka moja kochana i… Elżbietka. Bo wreszcie ją spotkałam. Jest przemiłym dzieckiem.

To było parę dni temu… Jak co wieczór zaniosłam mleko do furtki i ku swojemu zaskoczeniu zastałam tam nie straszą panią, ale dziewczynkę. Ledwo ją było widać ponad sztachetami, ale gdy podeszłam bliżej, zobaczyłam ją w całej okazałości. Buzię ma drobną i bladziutką, oczy − jasnoorzechowe, wielkie i rozmarzone, a włosy porządnie uczesane, ale rozpuszczone; spadają jej złotymi falami na ramiona i plecy. Miała na sobie niebieską sukienkę, w której wyglądała jak mały elf, bo robi wrażenie troszkę niedożywionej i jakby… nierealnej. Na pewno jest szczuplutka i wiotka jak trzcinka. To wrażenie potwierdziło się, gdy ją trochę bliżej poznałam: naprawdę przypomina jakiegoś nocnego duszka, który ożywia się w blasku księżyca i gaśnie, gdy wstaje słońce.

– Czyżbyś to ty była panną Elżbietą? – zapytałam ją z powagą.

– Niezupełnie – odpowiedziała rezolutnie. – Dziś jestem Elą, bo jestem bardzo szczęśliwa. Elżbietą byłam wczoraj. A jutro… kto wie? Może będę Elunią? W zależności od mojego nastroju.

To, co powiedziała uzmysłowiło mi natychmiast, że spotkałam jeszcze jedną bratnią duszę.

– To masz dużo szczęścia, że dostałaś takie szczególne imię – zauważyłam. – Możesz je sobie dowolnie zmieniać, a ono i tak cały czas będzie twoje, nikogo więcej.

Dziewczynka z zapałem potrząsnęła lokami.

– To prawda. Mogę je sobie zmieniać na różne sposoby: mogę być Elżbietką i Elą, Elką i Elizą, Lizą albo Elżunią. Byle nie Elżusią. Elżusią się nigdy nie czuję.

– No, tak – teraz ja pokiwałam głową. – Wiem, co masz na myśli.

– Pani też myśli, że to głupoty jakieś? Tak jak babcia i Kobieta? – przyglądała mi się czujnie sponad szklanki z mlekiem. Pewnie starała się zgadnąć, czy zasługuję na jej zaufanie. Test musiał wypaść dla mnie pomyślnie, bo nagle poprosiła, żebym podniosła kota, który łasił się do mnie przy furtce.

– Chciałabym go pogłaskać – wyjaśniła.

Wzięłam Marcina na ręce, a ona wyciągnęła swoją szczuplutką rączkę i pogłaskała go delikatnie po głowie. W oczach miała zachwyt.

– Bardzo lubię koty – oznajmiła z lekka wyzywająco. – Wolę je od dzieci – uważnie obserwowała moją reakcję, najwyraźniej spodziewając się, że się obruszę.

– Pewnie dotąd nie miałaś zbyt wiele okazji, by poznać inne dzieci – uśmiechnęłam się do niej. – A masz swojego kotka?

– Nie mam – pokręciła główką. – Moja babcia nie lubi kotów, i Kobieta też, jeszcze bardziej. Ja dziś tu przyszłam, bo ona gdzieś poszła. Lubię przychodzić po mleko, bo lubię Rebekę. Ona jest miłą i dobra.

– To pewnie żałujesz, że to nie ona przyniosła ci dziś mleko? – podroczyłam się z nią troszkę.

– Nie, nie żałuję. Pani też jest miła. Już dawno chciałam panią spotkać, ale pomyślałam, że to się nie uda, zanim przyjdzie Jutro.

Stałyśmy tak przy furtce, rozmawiając sobie, a dziewczynka popijała powoli mleko, które jej przyniosłam. Opowiedziała mi, co to takiego to tajemnicze „Jutro”. Otóż wierzyła, że to Jutro nastąpi, choć Kobieta przekonywała ją, że to bzdury i że na pewno nie nadejdzie. Ale Elżbietka wiedziała swoje. Nadejdzie, na pewno nadejdzie… Obudzi się pewnego dnia i okaże się, że właśnie jest Jutro. Nie Wczoraj i nie Dziś, tylko Jutro. I to będzie bardzo piękny czas. Będzie robiła tylko to, na co będzie miała ochotę. I nikt nie będzie jej niczego zabraniał, pouczał ani upominał.

– Kiedy nastąpi Jutro – opowiadała – będę miała tysiąc psów i czterdzieści pięć kotów. Powiedziałam to babci, gdy zabroniła mi mieć kotka, a ona się na mnie wtedy rozgniewała. Bardzo. Powiedziała, że jestem impret… impert… tyncka… tynencka impertynencka, ale to przecież nieprawda. Nie wiem, co to znaczy, ale na pewno nie chciałam jej zdenerwować. A potem nie spałam w nocy, bo Kobieta mi powiedziała, że ona kiedyś znała takie imprety… no, takie dziecko i ono, to dziecko, umarło we śnie po tym, jak się tak imprety… no, tak nieładnie zachowało.

Gdy tylko mała dopiła mleko, usłyszałyśmy stukanie w okiennicę. Najwyraźniej babcia dziewczynki obserwowała nas cały czas przez okno i uznała, że wystarczy. Mój niebieski elf oddał mi szklankę i podskakując na ścieżce, pobiegł w kierunku domu. Przez moment jeszcze, zanim zniknęła za ciężkimi drzwiami, widziałam jej złotą główkę na tle ciemnozielonego żywopłotu.

Wróciłam do domu i w kuchni opowiedziałam Rebece Dew o spotkaniu przy furtce.

– To prawda, ta mała ma niesłychanie żywą wyobraźnię – przyznała gosposia. – Któregoś razu mówi do mnie: „Pani Rebeko Dew, a czy pani się boi lwów?”. „Pojęcia nie mam!” – odparłam. – „W życiu żadnego na oczy nie widziałam, to i nie wiem”. „Jutro – ona na to – Jutro będzie tu całe mnóstwo lwów. Ale niech się pani nie boi, bo to będą miłe, dobre lwy”. I mówi to, patrząc nie na mnie, ale jakby przeze mnie, jakbym była ze szkła. I jakby sama coś tam dostrzegła w tym swoim… Jutrze czy jak tam. Aż się nieswojo poczułam. „Gdzie ty tak patrzysz, dziecko?” – pytam ją. – „W swoje myśli – mówi Elżbietka. – A one są bardzo głębokie”. No tak, myśli ma głębokie i stanowczo za mało się śmieje.

Tak, mnie też to przyszło do głowy: podczas całej naszej rozmowy przy mleku ta mała ani razu się nie zaśmiała. Pewnie nikt jej tego nie nauczył. Wyrosła w wielkim, pustym, cichym i smutnym domu, mając za całe towarzystwo dwie stare, zgorzkniałe kobiety. Nawet teraz, gdy jesień mieni się wszystkimi kolorami, Wieczna Zieleń jest jakaś taka ponura, bura i bez życia. W tym mrocznym i głuchym domu dziewczynka nauczyła się słuchać głosów, które żyją w niej samej, w jej żywej i nieposkromionej wyobraźni. A to niedobrze. Miałam nowy cel: postanowiłam, że nauczę Elżbietkę śmiać się. Głośno i serdecznie.

„Pańska najserdeczniejsza i najwierniejsza przyjaciółka”

Anna Shirley

PS To również zwrot z listu babci cioci Misi.


2 Becky Sharp – bohaterka bardzo wtedy popularnej, wręcz kultowej powieści Williama Makepeace’a Thackeraya Targowisko próżności. Jest ona swoistym przykładem osoby bardzo inteligentnej, a przy tym przebiegłej i nastawionej na odniesienie osobistego sukcesu, niechętnej do pomagania innym, sprytnej, złośliwej i, niestety, bardzo skutecznej – przyp. red.

 

3 Samuel de Champlain (1570–1635) – francuski podróżnik i odkrywca, kolonizator Kanady, został jej pierwszym gubernatorem.

3

Szumiące Topole, 25 października,

Aleja Duchów,

Summerside

Kochany Gilbercie!

Nie uwierzysz: byłam na kolacji… na Klonowym Wzgórzu. Zostałam tam zaproszona przez panią Helenę, która własnoręcznie skreśliła do mnie krótki liścik. Najbardziej zaskoczyło to Rebekę Dew, która przyznała, że nie spodziewała się, iż to kiedykolwiek nastąpi. Ale była realistką: od razu dodała, że jest pewna, iż to zaproszenie ma jakiś niedobry i nieczysty podtekst.

– O coś im chodzi, bo to nie są szczerzy ludzie – oceniła, a ja w duchu musiałam przyznać jej rację. – Tym bardziej musi pani wyglądać świetnie. Proszę włożyć swoją najładniejszą sukienkę – poleciła mi tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Poszłam za jej radą i włożyłam tą jedwabną, w kolorze kości słoniowej, do paska przypięłam bukiecik niebieskawofioletowych, miniaturowych astrów i inaczej niż zwykle upięłam włosy. Wszystko razem wyglądało naprawdę dobrze.

Gospodynie z Klonowego Wzgórza, obie zresztą, są… niezwykłe i myślę, że mogłabym je polubić, gdyby one wyraziły na to ochotę. Sam dom jest bardzo okazały i robi oszałamiające wrażenie swoim bogactwem. Posesja obsadzona jest gęstym szpalerem wysokich drzew, które stanowią wyraźną granicę, oddzielającą ją od innych, pospolitych domostw, leżących po sąsiedzku. Drogę do drzwi wejściowych, bardzo okazałych, porastają rozkrzewione boże drzewka; podobno pierwsze pędy posadził tu przybyły ze Starego Kraju protoplasta rodu. Wśród drzew leżącego obok sadu majaczy wielka figura o kształtach kobiety – to rzeźba z białego drewna, która zdobiła dziób statku, na którym pływał kapitan Abraham Pringle, a który miał bardzo tajemniczą nazwę „Idź i ją zapytaj”.

W salonie na głównej ścianie wisi oczywiście wielki portret kapitana, a tuż obok niego miecz jakiegoś jego krewnego, który uczestniczył w bitwie pod Minden[4]. Obie panny Pringle są niezwykle dumne ze swoich przodków, a z ojca, kapitana, szczególnie. W salonie są dwa albo trzy kominki, chyba często używane, bo ściany nad nimi są mocno okopcone. Wisi na nich kilka ogromnych luster, które sprawiają, że salon wydaje się jeszcze większy, niż jest w rzeczywistości. Są też inne obrazy o tematyce marynistycznej, przedstawiające wizerunki wspaniałych żaglowców. Poza tym mnóstwo sztucznych kwiatów, jakieś wazy i amfory oraz łoże nakryte narzutą przypominającą dalekowschodni kobierzec i nasuwającą skojarzenie z baśniami Szeherezady.

Gdy już zasiadłyśmy w szerokich fotelach z najprawdziwszego mahoniu, mogłam dokładniej przyjrzeć się wnętrzu. Zauważyłam, że ściany pokryte są kosztownymi tapetami w połyskujące srebrzyście pasy, a w oknach wiszą ciężkie kotary z misternie haftowanego aksamitu. Z sufitu zwiesza się ogromny, kryształowy żyrandol, a na stole z grubego, białego marmuru ustawiono model tego pięknego żaglowca, którego wizerunek uwieczniono też na obrazie: „Idź i ją zapytaj”. Moją uwagę zwróciło ogromne zwierciadło, w środek którego wmontowano… zegar. Cudne! Pewnie jakaś pamiątka, przywieziona przez kapitana z zamorskich wojaży. Chciałabym mieć podobne w naszym Wymarzonym Domu, wiesz?

Obie panie były uprzejme i bardzo rozmowne. Panna Helena pokazywała mi zdjęcia z rodzinnych albumów; obejrzałam chyba z tysiąc fizjonomii Pringle’ów w przeróżnych sytuacjach i konfiguracjach. W pewnej chwili, gdy tak oglądałyśmy te fotografie, do salonu wkroczył majestatycznie ogromny kot i bez wahania wskoczył mi na kolana. Panna Helena natychmiast zdjęła go i wyrzuciła za drzwi, nie przestając mnie gorąco przepraszać, ale przypuszczam, że potem przeprosiła również kota, że musiał chwilowo opuścić pomieszczenie, w którym wydawał się zadomowiony.

Konwersowała ze mną głównie panna Helena, bo panna Sara – maleńka, wytworna staruszka w sztywno wykrochmalonej, czarnej sukni, o szczupluteńkich, niemal przezroczystych dłoniach, splecionych w bezruchu na podołku i zaciśniętych na ozdobionej cenną koronką chusteczce – wydawała się mieć za mało sił, by otwierać usta i rozmawiać. Więc milczała, a ja, mimo to, miałam nieodparte wrażenie, że to ta drobna, słaba, nieodzywająca się kobieta tak naprawdę rządzi tą wielką, rozrośniętą rodziną.

Stół był już pięknie nakryty do kolacji: na drogim, lnianym obrusie stały wytworne talerze i leżały srebrne sztućce. Jedzenie okazało się wspaniałe, a dania przynosiła służąca wyglądająca równie wyniośle i godnie jak obie gospodynie. Panna Sara nie reagowała, gdy do niej mówiłam; nie wiem, może chciała, żebym uznała, że jest głucha i dała jej spokój. Czułam się… okropnie, Gilbercie. Każdy kęs stawał mi gardle; myślałam, że się udławię. Marzyłam, żeby ta diabelska tortura wśród tych antyków, haftów, sreber i delicji na złoconych talerzach dobiegła końca. Chciałam stamtąd wyjść jak najszybciej i uciec jak najdalej. Nie dam rady, Gilbercie, nie uda mi się z nimi nie tylko wygrać, ale nawet przekonać ich do siebie, sprawić, by łaskawie mnie zaakceptowali. Pewnie zaraz po Nowym Roku poproszę o przeniesienie. To wielki, silny, bardzo rozgałęziony klan: oni tu o wszystkim decydują i nie ma prawa wydarzyć się nic, na co nie wyraziliby zgody.

Gdy wreszcie stamtąd wyszłam, patrzyłam jeszcze przez chwilę na ten wielki, okazały dom i… zrobiło mi się go żal. Przez lat dorastały w nim kolejne pokolenia Pringle’ów, ludzie rodzili się tam, bawili, śmiali i kłócili, kochali i nienawidzili… Żyli po prostu. A teraz stał, taki ogromny i pusty, wypełniony jedynie wspomnieniami dawnej potęgi i władzy, którym żywią się dwie zamieszkujące go stare i samotne kobiety.

Ciocia Misia jest ostatnio przygnębiona, bo zmieniając pościel na moim łóżku, znalazła podobno na prześcieradle zagniecenie w kształcie łzy. Mówi, że to zły znak, bo zwiastuje śmierć w rodzinie. Ciocia Kasia jest wzburzona i pomstuje na Misię, że ta wierzy w gusła i zabobony. Ale mnie to nie przeszkadza; chyba lubię ludzi wierzących w różne przesądy, bo oni sprawiają, że świat jest bardziej kolorowy i pełen odcieni. Jak to ktoś mądry powiedział: gdyby na świecie działo się tylko to, co rozsądne i zgodne z przewidywaniami, to by się… nic nie działo. I nie byłoby o czym rozmawiać i pisać, prawda?

A parę dni temu wydarzyło się u nas coś niezwykłego. Mimo niecichnących przez cały poprzedni wieczór okrzyków Rebeki Dew, przywołujących Marcina, kocisko nie wróciło na noc do domu i po raz pierwszy spędziło ją na dworze. Zjawił się w kuchni dopiero rano i to był dopiero obraz nędzy i rozpaczy! Jednego oka prawie nie było widać, tak było spuchnięte; futro miał brudne i skołtunione, pysk utytłany w błocie, a pazur w przedniej łapie niemal wyrwany. Ale żebyś go widział! Jaki był z siebie zadowolony i dumny! Jak spoglądał na nas triumfalnie swoim zdrowym okiem! Ciotki były wstrząśnięte, a Rebeka uradowana na całego.

– Chciałabym zobaczyć, jak wygląda to kocisko, które wdało się z nim w bójkę! – cieszyła się i klaskała w dłonie.

Do Summerside zawitała jesień. Nad wodami zatoki unosi się mleczna mgła, w której gubi się czerwona droga; ta, którą koniecznie chce przeszukać Elżbietka. W powietrzu unosi się woń palonych w ogrodach i sadach chwastów, połamanych gałęzi i suchych liści. Ten zapach sprawia, że Aleja Duchów wydaje się jeszcze bardziej magiczna niż zwykle.

Zaprzyjaźniłyśmy się z Elżbietką. Widujemy się teraz co wieczór, bo to ona przychodzi po swoje mleko. Kobieta ponoć zachorowała. Gdy idę ze szklanką, mała już na mnie czeka po drugiej stronie nieotwieranej od lat furtki. Potem pije mleko najwolniej jak potrafi, byśmy mogła jak najdłużej sobie porozmawiać. Gdy wypija ostatniego łyka, nieodwołalnie słychać postukiwanie w okiennicę; to kategoryczny sygnał, że ma już, zaraz wracać do domu. Ale dowiedziałam się od niej, że jedną z rzeczy, na które mała czeka i spodziewa się, że na pewno wydarzą się Jutro, jest list od ojca. Gdy myślę, że on nigdy do tej pory nie napisał do niej ani słowa, nurtuje mnie myśl: co musi czuć człowiek, który przecież wie, że gdzieś tam, daleko, mieszka jego dziecko…

– Pewnie on myśli, że nie mógłby na mnie patrzeć – próbuje tłumaczyć ojca dziewczynka. – Ale przecież mógłby do mnie napisać, bez patrzenia, prawda?

– Kto ci naopowiadał takich głupstw? – obruszam się. – Jak to: nie może na ciebie patrzeć?

– Kobieta tak zawsze mówi – Elżbietka nieznacznie wzrusza ramionami. – Pewnie ma rację, bo gdyby nie to, przyjechałby przecież do mnie albo napisał.

Najwyraźniej tego wieczora była Elżunią, bo tylko wtedy wspomina o ojcu. W dni, kiedy jest Elą, bywa troszkę bardziej rozluźniona; przedrzeźnia wtedy Kobietę i babcię, robiąc zabawne miny za ich plecami. Ale gdy zmienia się w Elżbietkę, ma wyrzuty sumienia, czuje się winna i chciałaby je obie przeprosić za swoje zachowanie, choć nigdy nie ośmieliła się tego zrobić. Elżbietą bywa naprawdę rzadko, ale wtedy wygląda jak ktoś, kto słyszy, o czym szumią wierzby i ukryte w nich wróżki. To przeurocze, niezwykłe dziecko, delikatne i wrażliwe niby obrana ze skórki pomarańcza. Naprawdę bardzo, bardzo ją lubię i ogarnia mnie bezsilna złość, gdy sobie pomyślę, że te dwie stare Baby Jagi zmuszają to dziecko do zasypiania w ciemnym pokoju.

– Ona, Kobieta, uważa, że to wstyd, żeby taka duża dziewczyna bała się spać po ciemku. Ale ja nie myślę, że jestem duża, panno Aniu; zwłaszcza w nocy czuję się bardzo mała. I jeszcze w moim pokoju jest to ptaszysko, ten kruk wypchany. Jak ja się go boję! Ale płakać przy nim też się boję, bo Kobieta powiedziała, że on wykłuwa oczy dzieciom, które płaczą. No, ja wiem, że to nieprawda, bo przecież on jest nieżywy, ale i tak się boję! Bo cały pokój tak szepce w nocy, wie pani.. Czekam więc na Jutro, bo wiem, że wtedy już się niczego nie będę bała, nawet tego, że będę porwana…

– Porwana? – zdumiałam się. – O czym ty mówisz, kochanie?

– No, Kobieta tak mi mówi. Że mnie porwą, jeśli wyjdę sama za furtkę albo jeśli będę się wdawała w rozmowy z obcymi… Pani to co innego, pani nie jest obca, prawda?

– Prawda, skarbie – odpowiedziałam jej, z trudem przełykając ślinę. – Zobaczysz, że Jutro ty i ja na pewno się spotkamy.


4 Bitwa pod Minden miała miejsce 1 sierpnia 1759 roku, podczas wojny siedmioletniej. Prusko-hanowersko-brytyjska armia księcia Ferdynanda pokonała tam armię francuską.