Ania z Szumiących TopoliTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania z Szumiących Topoli
Ania z Szumiących Topoli
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Ania z Szumiących Topoli
Ania z Szumiących Topoli
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90  18,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W gospodarstwie Kasi i Misi jest krowa, wypasana na łące sąsiada, pana Hamiltona. Na tę łąkę chodzi Rebeka Dew, by krowę wydoić. Dzięki temu mamy świeżą śmietankę, a ponadto dwa razy dziennie, rano i wieczorem, szklanka mleka wędruje przez furtkę w murze do ogrodu sąsiadów. Tam przejmuje ją niejaka „Kobieta”, a świeże mleczko trafia do Elżbietki. Kim jest owa kobieta i ta mała Elżbietka – nie mam pojęcia; wiem tylko, że to wnuczka pani Campbell, właścicielki tego tajemniczego domu o równie tajemniczej nazwie „Wieczna Zieleń”.

Nie wiem, jak uda mi się zasnąć dzisiejszej nocy w moim niezwykłym łożu; mnie, która zawsze mam kłopot z zasypianiem w obcym miejscu. Nie przejmuję się tym jednak; najwyżej sobie porozmyślam o swoim życiu. O tym, które było, tym, które jest i – co najważniejsze – o tym, które mnie czeka w przyszłości.

Wybaczysz mi ten straaasznie długi list? Znęcam się nad Tobą, wiem, ale chciałam Ci wszystko dokładnie opisać, żebyś wiedział, jak wygląda miejsce, w którym się znalazłam.

Kończę, bo muszę jeszcze napisać parę słów do Maryli. Wiem, jak to będzie. Pojutrze, gdy mój list dotrze na Zielone Wzgórze, Tadzio przyniesie go z poczty, a potem będzie asystował Maryli, gdy ona będzie go na głos czytała. Pani Linde też będzie nasłuchiwała…

No, tak, zaraz się rozczulę nad sobą i swoją tęsknotą za domem.

Dobranoc, Kochanie!

Ania


1 Sir Alfred Tennyson (18091892) − największy poeta postromantyzmu wiktoriańskiego, jako pierwszy w historii poeta został uhonorowany przez królową Wiktorię tytułem szlacheckim.

2

26 września

Zgadnij, gdzie czytam listy od Ciebie. W tym małym lasku przy drodze. Odkryłam tam taki ładny zakątek: małą kotlinkę, gęsto porośniętą bujnymi paprociami. Gdzieś tam w dole, pod nimi, szemrze strumyk. Jest tu wygodny pniak powalonego ze starości drzewa, na którym sobie wygodnie siadam i przez chwilę przyglądam się, jak wiatr nieśpiesznie i pieszczotliwie rozczesuje włosy młodych brzóz. Jest cicho i bardzo spokojnie. Zwróciłeś uwagę, jak różne odcienie może mieć cisza? Cisza panująca w lesie jest odmienna od tej, która panuje na piaszczystej plaży, gdy morze jest spokojne… Ta nocna różni się bardzo od ciszy leniwego, letniego popołudnia… Każda z nich jest inna, bo inne są okoliczności jej panowania i towarzyszący im nastrój. Myślę, że gdybym była niewidoma, pozbawiona zmysłu węchu i dotyku, rozpoznałabym, gdzie jestem, po tym, jak brzmiałaby panująca wokół mnie cisza.

Minęły już dwa tygodnie, odkąd zaczęła się szkoła i stwierdzę nieskromnie, że całkiem nieźle udało mi się tu wszystko poukładać. Niestety, zgodnie z przepowiednią pani Braddock, Pringle’owie mocno dają się mi się we znaki, a ja – choć uzbrojona w szczęśliwą moc trzech czterolistnych koniczynek – nie bardzo wiem, jak sobie z tą nawałnicą poradzić. Po pierwsze jest ich dużo, a należą do tego gatunku przeciwników, co to dziurki nie zrobią, ale krew wypiją. Są przebiegli jak węże, mimo że uśmiechają się słodko. Rzeczywiście, tworzą coś w rodzaju silnego klanu; choć potrafią zażarcie kłócić się między sobą, na zewnątrz, wobec obcych, zwłaszcza tych nowych, tworzą zwarty, solidarny szyk. Szybko doszłam do wniosku, że mieszkańców Summerside można podzielić na dwie grupy: Pringle’ów i całą resztę.

W mojej klasie jest wielu Pringle’ów, to znaczy dzieci, które noszą to nazwisko, ale też sporo takich, które nazywają się inaczej, ale mają w sobie ich krew. Na ich czele stoi Janka Pringle, ładna dziewczyna o zielonych oczach; tak pewnie wyglądała Becky Sharp[2], gdy była nastolatką. Janka ze wszystkich sił stara się zaszkodzić mi w oczach klasy i sprawić, bym nie stała się dla jej koleżanek i kolegów autorytetem w jakiejkolwiek sprawie. Wystarczy, że odwrócę się do tablicy, a natychmiast słyszę za plecami chichoty i szepty. Dzieciaki nie śmieją się, oczywiście, ze mnie, tylko z ironicznych min, które robi w tym czasie Janka. Co ważne, spryciara nie jest głupia: pisze naprawdę dobre wypracowania i − ku mojej rozpaczy – jest świetna z matematyki. Zachowuje się w bardzo szczególny, dojrzały sposób i wykazuje się dużym poczuciem humoru, co bardzo w ludziach cenię. Myślę, że mogłybyśmy naprawdę nawiązać bliższy kontakt, gdyby nie to, że mała mnie po prostu nie cierpi. Dlatego sądzę, że dużo wody upłynie w tutejszych strumieniach, zanim będziemy się mogły wspólnie pośmiać.

Inna panna Pringle, Mira, kuzynka Janki, jest wyjątkowo urodziwa i równie wyjątkowo niemądra. Robi śmieszne błędy językowe, świadczące o tym, że nie jest specjalnie oczytana, na przykład dziś na lekcji historii ogłosiła, że w oczach Indian Champlain[3] i jego załoga byli bogami lub „czymś nieludzkim”.

Zdaniem Rebeki Dew, Pringle’owie to tutejsza śmietanka towarzyska. Miałam okazję gościć już w dwóch domach, bo przecież wypada zaprosić nowego nauczyciela, a Pringle’owie starają się uchodzić za ludzi dobrze wychowanych. No i wczoraj zostałam zaproszona przez ojca Janki, Jakuba Pringle’a. Choć wyglądem przypomina nauczyciela akademickiego, jest człowiekiem o bardzo wąskich horyzontach, niemądrym i dość prymitywnym. Przy stole perorował na temat tego, jak ważna w wychowaniu jest dyscyplina, podkreślając wagę słów postukiwaniem palcem w stół. Paznokcie miał wprawdzie czyste, ale słownictwo bardzo ubogie i bardzo niegramatycznie się nim posługiwał. Oświecił mnie, że szkoła w Summerside była zawsze prowadzona silną ręką, przez doświadczonych nauczycieli, z reguły mężczyzn.

− Nie jezdeś pani cośkolwiek za młoda na takom funkcję? – zmartwił się na wstępie. – Choć to chwilowy kłopot, który czas niechybnie rozwiąże – pocieszył zaraz siebie i mnie zapewne także.

Starałam się mówić jak najmniej w obawie, że nieroztropnie powiem coś, czego mówić nie powinnam. Wzorem Pringle’ów byłam słodko uprzejma, choć spojrzenia, które mu posyłałam, słodkie bynajmniej nie były, ale na to mogłam sobie pozwolić. Z trudem powstrzymywałam się, by nie rzucić mu w twarz: „Ażesz ty cwany i głupi jak but dziadygo!”

Inteligencję Janka odziedziczyła zapewne po matce, na tyle sympatycznej, że – jak sądzę – mogłybyśmy się pewnie polubić. Natomiast dziewczyna w salonie, przy rodzicach, była układna i grzeczna, tyle że w bardzo specyficzny sposób. Niby mówiła do mnie uprzejmie, ale ton głosu miała tak arogancki, że czułam się urażona: „panno Shirley” brzmiało w jej ustach jak lekceważące prychnięcie. Albo patrzyła na moje włosy tak wymownie, że wręcz fizycznie czułam, jak pogłębia się ich „rudość”. O, z pewnością nikt z rodu Pringle nie powiedziałby o nich, że są „kasztanowate”!

Znacznie lepiej czułam się u Mortona Pringle’a, choć on akurat jest typem człowieka pozbawionego umiejętności słuchania tego, co ktoś do niego mówi. W czasie gdy jego rozmówca o czymś mu opowiada, on nie słucha, zajęty przygotowywaniem własnej wypowiedzi, którą już za chwilę z zapałem wygłosi.

A wczoraj dotarł do mnie list od pani Pringle, wdowy po Stefanie Pringle’u; tu, w Summerside, wdów jest wielka obfitość. Okrągłe, bardzo uprzejme zdania drżały od złości i niepohamowanej pretensji: dlaczegóż to jej Emilka, dziecko kruche i bardzo delikatne, ma zadawane aż tyle pracy domowej? Pan Bell nigdy tego nie robił, to znaczy nie zadawał tak dużo lekcji. Emilka wymaga wyrozumiałości i specjalnego podejścia. O, pan Bell to miał podejście! Mama Emilki liczy, że ja też się tego właściwego podejścia nauczę, jeśli tylko włożę w to trochę pracy.

Rebeka Dew uważa, że z wyjątkiem dwóch starszych dam z Klonowego Wzgórza, wszyscy Pringle’owie zaproszą mnie do swoich domów, a potem przestaną zauważać. A jako że to oni decydują o kształcie i formie tutejszego życia społecznego, muszę być przygotowana na to, że znajdę się na jego marginesie. Pożyjemy, zobaczymy… Nie zamierzam składać broni, jestem przecież z natury dość waleczna. Ale gdybyś mnie zapytał, jak się czuję, to wiedz, że nieszczególnie. Nie wiem, jak mogłabym przełamać ich niechęć wobec mnie, zwłaszcza że oni nie dali mi najmniejszej szansy, bym ich do siebie przekonała. Trudno mi funkcjonować, wiedząc, że ludzie mnie nie lubią, bo wciąż, jak dziecko, potrzebuję akceptacji. A prawda jest taka – stwierdzam to z żalem – że większość rodziców moich uczniów mnie nie znosi. To boli, tym bardziej, że właściwie mnie nie znają i na pewno nie wyrządziłam im żadnej krzywdy.

Jak widzisz, nie jest łatwo, ja jednak zdążyłam polubić moich uczniów. Jest tu paru osobników, którym naprawdę zależy i chcą się czegoś nauczyć: są pracowici, a przy tym zdolni i ambitni. Na przykład taki Lewis Allen. Nie mieszka w Summerside, musi więc wynajmować tu pokój. A że go na to nie bardzo stać, w zamian za dach nad głową pomaga w gospodarstwie. I co ważne: uważa to za rzecz naturalną i zupełnie się tego nie wstydzi. Albo Zosia Sinclaire… Farma jej ojca leży jakieś dziesięć kilometrów od miasta i ta mała każdego – dasz wiarę? – każdego dnia przyjeżdża do szkoły… konno. Jak na nich oboje patrzę, czuję przypływ energii i optymizmu. Wystarczy mi, że mam dwoje takich uczniów i że mogę im pomagać, żeby mieć w nosie wszystkich Pringle’ów. Choć wiem, że przedstawiciele tej miłościwie tu panującej dynastii będą mi w tym przeszkadzali na wszystkie możliwe sposoby, dopóki nie zaskarbię sobie ich łask.

Zdążyłam już pokochać Szumiące Topole. Naprawdę czuję się tu jak w domu, a nie w wynajmowanym pokoju. Mam wrażenie, że obie ciocie i Rebeka Dew mnie polubiły; ba, czuję nawet sympatię ze strony kota Marcina, aczkolwiek jego łaska na pstrym koniu jeździ i zdarza się, że obrażony z niewiadomo jakiego powodu, okazuje mi lekceważenie, odwracając się do mnie tyłem i pokazując mi swój okazały ogon. Zerka przy tym jednak przez ramię swoim bursztynowym okiem, ciekaw, jak to jego lekceważenie przyjmę. Trzymam się od niego z daleka, gdy Rebeka Dew jest w pobliżu, bo nie chcę jej denerwować. Ale wiem, że po zmroku kot zmienia się miłą przytulankę: jest spokojny, troszkę rozleniwiony i… jakby rozmarzony. W nocy to po prostu zupełnie inny kot, co – zdaniem Rebeki – jest „zasługą” ciotek: to one nie pozwalają, by Marcin noce spędzał na dworze. Ona sama czuje się głęboko dotknięta tym, że musi wieczorami chodzić po podwórku i poszukiwać tego łapserdaka, nawołując go głośno. Twierdzi, że słyszą to wszyscy sąsiedzi i po cichu się z niej naśmiewają. Faktem jest, że krzyczy wtedy tak głośno, że to jej donośne „kici… kici… kici…” niesie się po całym mieście. No, ale gdyby Marcin nie wrócił na noc do domu, rozhisteryzowane ciotki na pewno nie zmrużyłyby oka.

 

– Tylko ja wiem, co przeżyłam przez tego kota – pożaliła mi się kiedyś Rebeka Dew.

Ciocie są naprawdę sympatyczne i lubię je coraz bardziej. Kasia nie ceni powieści, ale szanuje to, że ja przepadam za czytaniem. Misia z kolei powieści uwielbia, wypożycza je ukradkiem z biblioteki i chowa w różnych zakamarkach, z różnymi swoimi skarbami. Jedna z takich skrytek znajduje się w fotelu, pod siedzeniem; nikomu na myśl by nie przyszło, że można tam coś ukryć. Misia przyznała się mi w tajemnicy do tej swojej słabości, bo – jak sądzę – liczy na moje wsparcie w sprawie gromadzonych w skrytkach książek i… kart do pasjansa. Zresztą tych skrytek w domu nie trzeba specjalnie długo szukać; tyle tu różnych zakamarków, nieużywanych sekretarzyków, kredensów i schowków. Problemem jest tylko Rebeka Dew, przed której bystrym okiem żaden schowek się nie uchowa. Wszędzie zajrzy, wywali bambetle na podłogę, a potem sprząta, odkurza, czyści i poleruje…

– Samo się nie posprząta! – fuka, gdy wdowy nieśmiało protestują przeciwko tym porządkowym nalotom.

Obawiam się, że gdyby natknęła się na skrytkę z książkami i kartami do pasjansa, ani chwili nie wahałaby się przed ich unicestwieniem. Zwłaszcza te karty wprawiłyby ją w popłoch. Toż to narzędzie samego Lucyfera! A książki… Takie książki? Sięganie po nie jest dla Rebeki czymś niepojętym, bo ona sama czyta tylko Biblię i przerzuca montrealskie wydanie „Guardiana”. Uwielbia zwłaszcza kronikę towarzyską, tę z wyższych sfer, i kąciki porad na temat urządzania domów. Raz zobaczyła tam zdjęcie pokrytej złotą politurą wanny i rozmarzyła się: „Tak móc się wykąpać w takiej złotej wannie – westchnęła. – Umie pani sobie to wyobrazić?”. Jest poczciwa i kochana, a ja czuję, że stara się dogodzić mi, jak umie. Któregoś dnia znalazła gdzieś na strychu stary fotel bujany, pokryty mocno wypłowiałym aksamitem. „To będzie fotel dla pani – oznajmiła. – Wyporządzę go dla pani”. Teraz pędzi z niego Marcina w obawie, że zostawi tam swoją sierść, a ja poniosę ją na sobie do szkoły, prowokując Pringle’ów do złośliwych uśmieszków i komentarzy.

Bardzo je wszystkie zaintrygował mój pierścionek z perełkami. Ciocia Kasia od razu sięgnęła do szkatułki, by mi pokazać swój ozdobiony turkusami pierścionek zaręczynowy; już go nie nosi, bo „palce jej urosły”. Misia za to, pochlipując, wyznała, że jej świętej pamięci mąż na pierścionek pożałował pieniędzy. A mówiąc to, wklepywała sobie w twarz maseczkę ze świeżej śmietanki (robiła to w moim pokoju, oczywiście w wielkiej tajemnicy przed Kasią).

– Zbeształaby mnie za próżność – tłumaczyła mi zawstydzona. – W moim wieku! Rebeka też pewnie uznałaby, że statecznej kobiecie, bogobojnej w dodatku, nie wypada dbać o wygląd. Dlatego robię to w tajemnicy przed nimi. Czekam, aż Kasia się położy, zamykam się w kuchni… ale i tak zawsze się boję, że mnie Rebeka nakryje. Ona śpi jak zając na miedzy: uszy ma zawsze szeroko otwarte. A może mogłabym tu do ciebie, na chwilę, wpadać wieczorem? O, bardzo jesteś kochana, dziękuję.

Dowiedziałam się tego i owego o mieszkańcach sąsiedniej posesji, Wiecznej Zieleni. Otóż mieszka tam pani Campbell, z domu Pringle, a jakże!, dość już sędziwa, ma pewnie z osiemdziesiąt lat. Przyjechałam do Summerside już dwa tygodnie temu, ale jeszcze jej nie spotkałam. Przypuszczam, że jest wyniosła i posępna. Ma służącą, bardzo do siebie podobną, która nazywa się Marta Monkman, ale w mieście mówią o niej „Kobieta pani Campbell” albo krócej: „Kobieta”. No i jest tam jeszcze dziewczynka, chyba ośmioletnia, Elżbietka Grayson, prawnuczka pani Campbell. Jej także dotąd na oczy nie widziałam. Ponoć chodzi do tutejszej podstawówki, ale inną, krótszą drogą. Wnuczka pani Campbell, mama Elżbietki, także była wychowywana przez starszą panią, bo jej rodzice wcześnie ją osierocili. Potem wyszła za Amerykanina (Jankesa – jakby to określiła pani Małgorzata), Piotra Graysona, ale i ona zmarła, przy porodzie Elżbietki. Wtedy ojciec dziewczynki wyjechał do Europy, chyba do Paryża, gdzie mu zaproponowano dobre stanowisko. Dziewczynka trafiła do prababci, a ojciec postarał się jak najszybciej o niej zapomnieć; ponoć ma do niej żal, że zabrała mu żonę. To głupie, wiem, ale tak tu plotkują, a obie kobiety z Wiecznej Zieleni w ogóle nic na ten temat nie mówią. Rebeka Dew twierdzi, że biedna jest ta mała, bo obie staruszki są wobec niej oschłe, surowe i trzymają ją „na krótkiej smyczy”.

– A ona jest inna niż dzieci w jej wieku, zbyt poważna i dojrzała. A jakie rzeczy opowiada! Pyta mnie raz: „Rebeko, gdybyś leżąc wieczorem w łóżku, poczuła, że coś cię szczypie w łydkę, to co byś wtedy zrobiła?”. Boi się pewnie, biedulka, ciemności, a te dwie zmory gaszą jej światło wieczorem i zostawiają samą w pokoju. Pani Campbell wciąż powtarza, że nie znosi bojaźliwych ludzi. Tylko obie dybią na to, żeby ją przyłapać na czymś, i zaraz ją przywołują do porządku. Przecież to dziecko jeszcze, chce krzyknąć, zaśmiać się głośniej, pohałasować, a te dwie wrony ciągle ją tylko uciszają: „Milcz!”, „Nie odzywaj się!”, „Proszę o spokój!” – Rebeka kręciła głową, rozeźlona własną bezradnością. – Ale co można na to poradzić?

No, właśnie: co? Chciałabym zobaczyć i poznać tą małą, bo na razie jest dla mnie jak widmo; kompletnie nie umiem jej sobie wyobrazić. Podobno jest zadbana, dobrze ją karmią i porządnie ubierają, mówią ciocie, ale to przecież nie wystarczy, by dziecko było szczęśliwe, prawda? Zbyt dobrze pamiętam swoje dzieciństwo z czasów, zanim przyjechałam na Zielone Wzgórze.

Cieszę się, bo jadę tam na przyszły weekend i jedyne, czego chciałabym uniknąć, to pytań o moją pracę tutaj, w Summerside.

A Ty myślisz czasami o Zielonym Wzgórzu? Pamiętasz Jezioro Lśniących Wód, z niebieskawą mgłą, która unosi się nad nim wieczorami? Klony w tych swoich żółto-zielonych sukienkach… Brązowiejące paprocie w Lesie Duchów… I te cienie w Alei Zakochanych, roztańczone, zwiewne… Chciałabym już tam być, ale nie sama… Ciekawy jesteś z kim? Wiesz co, tak sobie czasami myślę… tak całkiem poważnie myślę, że chyba Cię kocham.

Szumiące Topole, 10 października,

Aleja Duchów, Summerside

„Wielce Szanowny i Łaskawy Panie!”

Tak rozpoczynała swoje listy babka cioci Misi. Cudnie, prawda? Myślę, że mile łechtały próżność szanownego adresata. Może Ty też wolałbyś taki czołobitny zwrot od banalnego „Kochany Gilbercie”? Wszystko jedno, cieszę się jednak, że nie jesteś niczyim dziadkiem, że oboje jesteśmy młodzi i czeka nas długie, wspaniałe życie.

(Kilka kolejnych stronic powinno pozostać tajemnicą Ani i Gilberta, dlatego lepiej je pominąć).

(…) Piszę do Ciebie, siedząc przy oknie, i od czasu do czasu podnoszę głowę znad listu, by popatrzeć na drzewa, których koronami delikatnie kołysze lekki wiatr…

Opowiem Ci o wczorajszym wieczorze. Postanowiłam wybrać się na spacer; nie żeby nagle zachciało mi się spacerować, ale postanowiłam choć na chwilę wyjść z domu, zalewanego potokami łez. W salonie popłakiwała ciocia Misia, ponieważ ktoś bardzo boleśnie „zranił jej uczucia”. W sypialni na górze łzy roniła ciocia Kasia, przeżywająca, jak co roku, rocznicę śmierci swojego męża, kapitana Amazego. Przy kuchennym stole chlipała Rebeka Dew; gdy próbowałam delikatnie dopytać się, dlaczego, ofuknęła mnie, że to jej sprawa i ma chyba prawo sobie popłakać, jeśli przyjdzie jej na to ochota. Dałam jej więc spokój, pozwalając nacieszyć się tą wyjątkową przyjemnością, i poszłam sobie na spacer.

Wybrałam drogę, która biegła w dół, w kierunku zatoki. Był chłodny, październikowy wieczór i w powietrzu unosił się zapach świeżo zaoranej ziemi. Szłam dość długo, nie zauważywszy, że mrok zgęstniał i zapadła noc, na szczęście nie ciemna, bo rozjaśniona światłem księżyca. Nikogo ze mną nie było, ale wcale nie czułam się samotna, otoczona nierealnymi, ale przecież prawdziwymi przyjaciółmi, z którymi prowadziłam w myślach bardzo zajmujące rozmowy. A w przerwach układałam sobie długie strofy różnych wierszy i, wyobraź sobie, szło mi to nadzwyczaj dobrze. Sama się dziwiłam, że tak mi dobrze na tym spacerze, choć przecież ani na chwilę nie zapomniałam o swoich kłopotach, choćby z Pringle’ami. Ta Miłościwie Nam Panująca Dynastia leży mi niby ciężki kamień na sercu, tak że kiedy sobie o nich przypomnę, ciężko mi oddychać. Sprawy w szkole mają się źle, a ja sama czuję się jak zapędzona w kozi róg ofiara jakiegoś powszechnego spisku.

Oto na przykład Pringle’owie z zasady – albo może dla zasady – nie odrabiają zadanych im lekcji. Skargi do rodziców nie przynoszą skutku: wysłuchują ich uprzejmie i nic z tym nie robią. Jakby popierali ten głupawy opór swoich potomków! Wprawdzie czuję sympatię reszty dzieciaków, tych spoza Dynastii, jednak ten z zapałem rozsiewany przez młodych Pringle’ów wirus destrukcji i lekceważenia podważa mój autorytet w oczach całej klasy. W końcu to tylko dzieciaki. Któregoś dnia przyszłam na lekcję i zobaczyłam, że mój stół stoi spokojnie na środku klasy, ale… do góry nogami. Winnego oczywiście nie było; wszyscy milczeli jak zaklęci. Kiedy indziej ze stojącego na moim biurku dziwnego pudełka wyskoczył plastikowy, ale wyglądający jak prawdziwy wąż. Na sprężynie. Mało nie umarłam z przerażenia, a potem złości, gdy słyszałam za plecami huragan śmiechu ubawionych infantów.

Janka Pringle notorycznie spóźnia się do szkoły. Wchodzi dobrze po dzwonku i usprawiedliwia się elegancko aroganckim tonem, patrząc mi hardo i pogardliwie w oczy. Potem puszcza liściki po całej klasie, nie przejmując się ani trochę tym, że to widzę. Dziś moja ręka, którą włożyłam do kieszeni płaszcza, napotkała tam obraną, cuchnącą cebulę. Pomyślałam wtedy, że gdybym miała taką moc, kazałabym tę arogancką, rozpuszczoną dziewczynę zamknąć na parę dni w pokoju bez okien i potrzymać ją tam o chlebie i wodzie. Do skutku… Aż by spokorniała! Najbardziej jednak zabolał mnie rysunek, który zastałam pewnego dnia na tablicy. Przedstawiał narysowaną białą kredą kobiecą twarz, okoloną czerwonymi włosami. Ani przez moment nie miałam wątpliwości: to byłam ja. Choć znowu nie było winnego, wiedziałam, kto jest jego autorem, a raczej autorką. Karykatura była bardzo udana, a w szkole tylko Janka umie tak dobrze rysować. Dobrze mnie podpatrzyła, a resztę sobie dointerpretowała: mój zgrabny nos, jedyna część mojego ciała, z której jestem naprawdę zadowolona, był opatrzony okropnym garbem, a usta wygięło zgorzknienie starej panny, steranej latami pracy w szkole i wychowywaniem Pringle’ów. Nikt nie mógłby mieć żadnych wątpliwości: to byłam ja, Ania Shirley. W środku nocy obudziłam się zlana potem, czując od nowa smak bezsilnej złości, wstydu i upokorzenia, którego doznałam w klasie. Zwróciłeś uwagę, że bardziej przeżywamy te sytuacje, które nas poniżają, niż te, w których doświadczyliśmy czyjejś podłości?

A cuda, jakie o mnie opowiadają! Że Hatta Pringle miała obniżony stopień z pracy klasowej tylko za samo nazwisko. Że wyśmiewam się z uczniów, gdy popełnią jakiś błąd (fakt, parsknęłam śmiechem, gdy Freddie Pringle, zapytany, kim był centurion, ogłosił, że tak nazywano ludzi żyjących sto lat). Jakub Pringle rozgłasza, gdzie może, że nie potrafię utrzymać klasy w ryzach i wszyscy wchodzą mi na głowę („Zero dyscypliny!” – powtarza w kółko). No i całe Summerside dowiedziało się niedawno, że jestem przybłędą Bóg wie skąd.

Dochodzę do wniosku, że Pringle’owie naprawdę rządzą tym miastem, bo nawet poza szkołą doświadczam skutków wytwarzanej przez nich wokół mnie atmosfery. No, w końcu Dynastia Panująca, prawda? W zeszłym tygodniu, bodajże w piątek, odbywało się przyjęcie u Alicji Pringle. Oczywiście, nie zostałam na nie zaproszona. A zgadnij, kogo nie poproszono o przyłączenie się do kwesty, zorganizowanej przez panie, a mającej na celu – jak się dowiedziałam od Rebeki Dew – zbudować nową wieżę kościelną? Bingo! Słyszałam też, że żona nowego pastora chciała, żebym przyłączyła do tutejszego chóru, ale szybko zrezygnowała z tego szalonego pomysłu, gdy jej uświadomiono, że wtedy odejdą wszyscy chórzyści z dynastii Pringle’ów. A że stanowią oni zdecydowaną większość chóru, mogłoby się okazać, że w kościele nie ma kto śpiewać.

 

Rzecz jasna, inni nauczyciele także mają problemy wychowawcze z Pringle’ami. Przysyłają ich wtedy do mnie jako dyrektorki szkoły, bym udzieliła im stosownej reprymendy. Nie cierpię tego robić! Mniej więcej połowa tych kandydatów do zbesztania to Pringle’owie. Skutek jest taki, że to ja jestem ta niedobra, bo karcę.

Dwa dni temu zatrzymałam po lekcjach Jankę, każąc jej odrobić wreszcie zadanie, zadane do domu tydzień temu. Nie minął kwadrans, gdy przed szkołę zajechała bryczka z Klonowego Wzgórza, a do klasy majestatycznie wsunęła się wytwornie ubrana (miała czarne, koronkowe rękawiczki do łokcia!) i przesympatycznie uśmiechająca się sędziwa panna Helena. Wyglądała tak, jakby dopiero co zeszła ze starego, dziewiętnastowiecznego sztychu, wiszącego w jakimś muzeum. I co powiedziała? Że przykro jej niezmiernie, iż przeszkadza, ale właśnie zmierza do Cichej Doliny, gdzie czekają na nią przyjaciele, a ona przyrzekła im, że przywiezie ze sobą tę oto pilnie rozwiązującą zadanie Jankę. No i panna wyszła, posyłając mi triumfujący uśmiech, a do mnie po raz kolejny dotarło, że z tą siłą nie mam siły walczyć.

Gdy jestem szczególnie przygnębiona, przychodzi mi do głowy taka myśl, że Pringle’owie to takie „dwa w jednym” – wersja połączona Sloane’ów i Pye’ów. Ale gdy odzyskuję zdolność rozsądnego myślenia, wiem, że tak nie jest: to w gruncie rzeczy zwyczajni, w większości pewnie porządni i sympatyczni ludzie. Po prostu mnie nie zaakceptowali. Gdyby było inaczej, myślę, że mogłabym się zaprzyjaźnić z panną Heleną. Mówię o niej, bo panny Sary jeszcze nie miałam okazji spotkać; podobno od dziesięciu lat nie opuściła Klonowego Wzgórza.

– Nie robi tego, bo się nadmiernie ze sobą cacka – określiła to po swojemu Rebeka Dew. – To z przerostu poczucia własnej godności. Oni wszyscy to mają, ale tym dwóm staruszkom z Klonowego Wzgórza nadmiar dumy zmącił jasność myślenia. Żeby pani widziała, jak one opowiadają o swoich przodkach! Tymczasem prawda jest taka, że co prawda ich ojciec, kapitan Abraham Pringle, był w istocie zacnym i lubianym człowiekiem, ale jego brat, Myrom… Nic dziwnego, że oni sami wolą o nim nie rozprawiać. Tak czy inaczej, łatwo pani z Pringle’ami nie będzie, bo oni z zasady trzymają się swoich przekonań i nie zmieniają raz ustalonych opinii. Ale ja tam w panią wierzę, panno Shirley! Da sobie pani radę z tą familią!

– Ach, gdyby tak udało mi się zdobyć przepis na to słynne ciasto ptysiowe panny Heleny! – przypomniała sobie nagle ciocia Misia. – Już kilka razy ją prosiłam, ona przyrzekała, że mi go da i… nic. To podobno stary, angielski przepis, pochodzący z jakiejś wytwornej, dworskiej kuchni. Te przepisy sióstr Pringle to naprawdę sam szyk!

Oczami wyobraźni zobaczyłam, jak udaje mi się przymusić pannę Helenę, by na kolanach przyniosła Misi ten nieszczęsny przepis. I jak powoduję, że Janka zmienia się we wzorową, patrzącą na mnie z szacunkiem uczennicę. A wiesz, co jest najgorsze w tym moim problemie z tą dziewczyną? Świadomość, że potrafiłabym sobie sama z nią poradzić, gdyby nie ten zwarty mur pociotków, przyklaskujących jej najgłupszym wyskokom.

(Brakuje dwóch kolejnych stron)

„Pańska Anna Shirley, usłużna i posłuszna…”

PS Nie ciesz się; to wyłącznie cytat: tak kończyła swoje listy babcia cioci Misi.

15 października

Podobno w nocy miało miejsce włamanie na przeciwnym końcu miasta. Ktoś wdarł się do jednego ze stojących tam domów, ukradł jakieś pieniądze i komplet srebrnych łyżeczek. Przejęta Rebeka Dew udała się więc do pana Hamiltona z prośbą o psa; chce go wypożyczyć na jakiś czas i przywiązać na noc do balustrady werandy w nadziei, że taki stróż uchroni nas przed włamywaczem. Zasugerowała też, abym dobrze ukryła swój najcenniejszy klejnot, to znaczy pierścionek zaręczynowy. Przy okazji dowiedziałam się, co było powodem jej niedawnego płaczu w kuchni. Otóż był nim kot Marcin, któremu zdarzyło się znowu zachować nieelegancko i to w salonie. Wzburzona Rebeka zażądała, by koniecznie coś zrobić z Tym Kocurem. Ta „nieczystość” przytrafiła mu się już po raz trzeci w tym roku, a to o trzy razy za dużo i ona, Rebeka Dew, jest absolutnie przekonana, że Ten Kocur robi to specjalnie: jej na złość. Na to gwałtowne oskarżenie zareagowała ciocia Kasia, broniąc kota i przypominając Rebece, że gdyby kot był wypuszczany na dwór, gdy sygnalizuje taką potrzebę, problemu by w ogóle nie było.

– Znaczy – to moja wina, że on brudzi w salonie?! – oburzyła się Rebeka i dotknięta do żywego, poszła sobie popłakać w kuchni.

Mój problem z Pringle’ami zaognia się, niestety. Wczoraj ktoś pomazał moją prywatną książkę, a Homer Pringle wychodził z siebie, by zwrócić moja uwagę swoim głupim zachowaniem. Dotarł też do mnie anonim, zawierający mnóstwo podłych insynuacji. Mimo mojej opinii na temat Janki, nie sądzę, by to ona go napisała; aż taka zepsuta chyba jednak nie jest. Nawet Rebekę Dew rozgniewało to do białości; długo wykrzykiwała, co by im zrobiła, gdyby tylko mogła. Trudno się jej dziwić, ja sama wyobrażam sobie czasami, jak – wzorem Borgiów – każdemu z nich dolewam do szklanki tego i owego…

Przyszło mi do głowy, że do tej pory nie wspomniałam Ci o innych nauczycielach, którzy pracują w naszym liceum. Jest ich dwoje: Julianna Brooke, która opiekuje się młodszą klasą, i Jerzy McKay – mający pod swoją pieczą młodzież z klasy przygotowującej się do matury. Jego właściwie nie znam, wiem tylko, że to porządny, spokojny, trochę nieśmiały chłopak. Jest młody, ma pewnie około dwudziestu lat, a irlandzki akcent wskazuje, że jego korzenie sięgają Starego Kontynentu; ponoć jego dziadek pochodził z Irlandii. Właściwie nic więcej o nim nie wiem, ale widzę, że dobrze radzi sobie ze swoimi obowiązkami. No, lubię go po prostu, czego nie da się powiedzieć o Juliannie.

Ona jest starsza, ma dwadzieścia osiem lat, ale, mówiąc między nami, wygląda na więcej; ja dałabym jej z trzydzieści pięć. Słyszałam, że liczyła na posadę dyrektorki szkoły, dlatego myślę (i czuję!), że ma mi za złe, iż to ja, a nie ona, ją dostałam. W dodatku jestem od niej młodsza. Jest dobrą nauczycielką, choć może trochę zbyt chłodną i formalną; uczniów traktuje surowo, za co oni jej nie lubią, ale ona sobie tego nie bierze do głowy. Chyba nie ma żadnej rodziny ani przyjaciół; nawet w posępnym domu, w którym wynajmuje mieszkanie, nie ma chyba innych lokatorów. Nie przywiązuje wagi do stroju, nie bierze udziału w życiu towarzyskim miasta i generalnie nie przejmuje się tym, co o niej mówią. Uchodzi za złośliwą, a uczniowie obawiają się jej ironicznych uwag i ostrego sarkazmu. Paraliżuje ich swoim świdrującym wzrokiem i uniesionymi do góry brwiami. Jak ja bym chciała tak umieć i móc poświdrować wzrokiem Pringle’ów! Natomiast wiem na pewno, że nie chciałabym opierać swoich relacji z uczniami na strachu, nie chciałabym, żeby schodzili mi z oczu, przestraszeni i zawstydzeni. Wolałabym, żeby mnie lubili i mieli do mnie zaufanie.

Julianna, mimo swojej zdecydowanej postawy, też miewa kłopoty wychowawcze; wiem, bo od czasu do czasu podsyła mi takich ananasów. Oczywiście, zwykle są to Pringle’owie. Domyślam się, że nie robi tego bez powodu; odnoszę wrażenie, że moje kłopoty potomkami Dynastii sprawiają jej jakąś niezdrową satysfakcję. Pewnie byłoby jej na rękę, gdybym w tej batalii poległa. Rebeka Dew pociesza mnie, że nikomu dotąd nie udało się nawiązać z Julianną bliższych relacji; nawet ciocie zapraszały ją parę razy do siebie, ale ona zawsze odmawiała. One są kochane, zawsze myślą o tych samotnych i „bezrodzinnych”: zapraszają na kolację, szykują pyszną sałatkę z kurczaka, czekają… No, ale skoro ona konsekwentnie odrzucała ich zaproszenia, dały sobie w końcu spokój, bo – jak to określiła ciocia Kasia – „ile można?”.