Na ratunek kociętomTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: New Animal Ark. Kitten Rescue

Text copyright © Working Partners, 2018

Illustrations copyright © Working Partners, 2018

Tłumaczenie © Wydawnictwo Nowa Baśń 2021

Wszystkie prawa zastrzeżone

Redaktor prowadzący: Izabela Troinska

Redakcja: Magdalena Olejnik

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana i wykorzystywana w jakiejkolwiek formie bez zgody wydawcy i/lub właściciela praw autorskich.

Wydanie I

ISBN 978-83-8203-071-6


Wydawnictwo Nowa Baśń

ul. Czechowska 10, 60-447 Poznań

www.nowabasn.com

Spis treści

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Zwierzakowe Porady

Ze specjalnymi podzęi kowaniami dla Lucy Courtenay

ROZDZIAŁ PIERWSZY


Amelia Bukowska patrzyła na wielką stertę nierozpakowanych kartonów w rogu swojej nowej sypialni.

– Nie wiem, od czego zacząć! – westchnęła.

– Nie spiesz się – doradziła jej mama. Otworzyła jeden z kartonów i wyciągnęła z niego stos ulubionych książek Amelki o zwierzętach. – Proszę – powiedziała, podając jej kilka tomów. – Może zaczniesz od tego?

Amelia wzięła książki od mamy, ale nagle poczuła, że ogarnia ją fala tęsknoty za domem. Westchnęła i usiadła na łóżku.

Mama usiadła obok niej, otaczając córeczkę ramieniem. Jej oczy, w tym samym odcieniu błękitu co oczy Amelii, emanowały ciepłem.

– Trochę to wszystko dziwne, prawda? – odezwała się łagodnie. – Ale o nic się nie martw. Będziemy tu z babcią bardzo szczęśliwe. Obiecuję.


– Wiem – odpowiedziała Amelia, bardzo starając się, by nie zabrzmiało to ponuro. – Wszystko w porządku, mamo. Naprawdę. Rozpakuję resztę swoich rzeczy, dobrze?

Mama pocałowała ją w czoło i zeszła na dół. Amelia wzięła głęboki oddech i ułożyła książki o zwierzętach równiutko na półce nad łóżkiem. W jej dawnym domu półka na książki wisiała przy drzwiach. Amelka nie chciała myśleć o swojej starej, znajomej sypialni, z tapetą w groszki i świecącymi naklejkami w kształcie gwiazdek na suficie, ale było jej trudno. Niektóre rzeczy w nowym pokoju podobały się jej – siedzisko wbudowane w ścianę pod oknem i pochylony sufit. Ale mimo że zawsze uwielbiała przyjeżdżać w odwiedziny do babci, to miejsce nigdy nie było jej domem.

Amelka przejrzała pudełka. Konsolę do gier ustawiła na półce przy komputerze, a obok położyła stos magazynów. Tablet w etui ze świnką morską wsadziła do szuflady. Ale nawet otoczona swoimi rzeczami czuła się dziwnie w tym pokoju.

Dziewczynka przygryzła wargę. Po rozwodzie rodziców zostawiła w Yorku wszystkich swoich przyjaciół i wszystko, co znała – nawet tatę. Jak to będzie – zastanawiała się – mieszkać tutaj, w Welford? Czy pozna jakichś nowych przyjaciół? A co ze szkołą? W przyszłym tygodniu ma zacząć się nowy semestr. Wszystko tak szybko się zmieniło.

Nagle jej oczy wypełniły się łzami, a Amelka skuliła się na siedzisku przy oknie, przytulając kolana do klatki piersiowej. Na zewnątrz, na trawniku w ogrodzie stał kos, dziobiąc ziemię w poszukiwaniu robaków. Wiewiórka popędziła w górę po pniu drzewa niczym futrzasta błyskawica. A czy ten maleńki tęczowy błysk nad ogrodowym stawem to nie była przypadkiem ważka? Mimo wszystko Amelia poczuła się podekscytowana.


Zwierzęta zawsze sprawiają, że czuję się lepiej, pomyślała, ocierając oczy z łez. A jeszcze nigdy nie żyłam w miejscu, gdzie było ich tak wiele! Ze swojego dawnego mieszkania w Yorku widziała tylko bok innego domu i rząd niebieskich koszy na śmieci.

Może mieszkanie tutaj nie będzie takie złe? Na dole kuchenny stół zajmowały pudła z częściowo rozpakowanymi talerzami i miseczkami, a na błyszczącym blacie stała duża misa. Mama Amelki ustawiała pokrętła piekarnika.

– Jajka – mruczała pod nosem. – Czemu nie kupiłam jajek?

– Co pieczesz, mamo? – zapytała Amelka.

Mama westchnęła.

– Babeczki z solonym karmelem – odpowiedziała. – Ale nie mamy jajek! – Jej twarz posmutniała, jakby zbierały się nad nią chmury.

Amelia widziała tę minę już kilka razy od rozwodu – wiedziała, że mama też martwiła się przeprowadzką.

– Jajka kupuję od mojej koleżanki Debory, która mieszka tuż pod miasteczkiem – odezwała się stojąca w drzwiach kuchni babcia Amelii. – Debora ma kury, więc jaja są świeżutkie.

– Może pójdę je kupić? – zaproponowała Amelia. Dzięki temu jej mama będzie miała o jedno zmartwienie mniej, a ona być może zobaczy jeszcze jakieś zwierzęta we wsi. Może kaczki w stawie? Albo zające na polach?


Mama zmierzwiła włosy na głowie córki.

– To dobry pomysł, Amelko, ale obawiam się, że nie mam teraz czasu, by z tobą pójść. Zostało jeszcze tyle pudeł do rozpakowania.

– Jedną z zalet mieszkania na wsi – powiedziała babcia – jest to, że można się tu poruszać o wiele bezpieczniej niż w zatłoczonym mieście takim jak York. Amelia da sobie radę sama, jeśli będzie uważać.

Amelia dostrzegła promyczek nadziei.

– Będę uważać, obiecuję!

Babcia szybciutko naszkicowała dziewczynce mapę na tyle koperty.


– Jeśli pójdziesz tą drogą – powiedziała, wskazując czubkiem palca – w mig dojdziesz do farmy Debory. Miłego spaceru. I nie zgub się!

Amelia schowała mapę w tylnej kieszeni i wyszła z domu. Słońce ogrzewało jej twarz, gdy szła w górę ulicy. Minęła szyld pensjonatu i skręciła w lewo przy przystanku autobusowym, po czym poszła prosto w stronę stawu, który zdobiły frędzle ostrych zielonych trzcin, a dwie kaczki krzyżówki kwakały do siebie. To miejsce jest większe, niż się spodziewałam, pomyślała. Minęła lokal z indyjskim jedzeniem na wynos, upewniając się, że w menu znajduje się to, co lubi najbardziej – kokosowy chlebek naan, i zajrzała do kiosku. Było tam mnóstwo różnych magazynów, obiecała więc sobie, że następnym razem tam wróci i rozejrzy się dokładniej.

Według mapy babci powinna skręcić w uliczkę tuż za pubem „Pod Lisem i Gęsią”. Poszła więc wąską, pełną liści dróżką.

Tuż przed bramą farmy wisiała tabliczka z napisem „JAJA NA SPRZEDAŻ”. Amelia uśmiechnęła się szeroko. Podeszła do drzwi wiejskiego domu i zapukała. Otworzyła jej kobieta z rzadkimi czarnymi włosami i dużymi niebieskimi oczami.

– Ty na pewno jesteś Amelia – powiedziała z uśmiechem.

Dziewczynka przytaknęła zaskoczona.

– Skąd pani wie?

– Twoja babcia zadzwoniła i powiedziała, bym cię wypatrywała. Jestem Debora. – Wręczyła Amelii pudełko z jajkami. – Pół tuzina jaj z wolnego wybiegu, złożonych dziś rano!

– Dziękuję! – Amelia podała Deborze pieniądze i ostrożnie włożyła pudełko do plecaka. – Zostawimy dla pani babeczkę! – zawołała, wychodząc z powrotem na dróżkę.

Po drodze do domu zatrzymała się, by poobserwować rolnika i jego pieska rasy collie, wypasających owce na łące, zajrzała też do stajni, gdzie szczotkowano kucyka. Odgłos kwakania sprawił, że się odwróciła. Uśmiechnęła się radośnie – machając skrzydłami, w stawie wylądowały kolejne trzy kaczki, a złączone błoną stopy wyciągały do przodu, gdy uderzały o wodę.


Amelia zeskoczyła ze schodów prowadzących na drogę, po czym przypomniała sobie, że przecież w plecaku ma delikatne jajka. Ups! Otworzyła pudełko i z satysfakcją stwierdziła, że wszystkie nadal są całe – po czym niemal je upuściła, gdy tuż przed nią przez drogę przebiegł szylkretowy kot, przypominając biało-brązowo-rudą plamę.

 

– Zaczekaj! – zawołała Amelia.

Ale kot wdrapał się na mur po drugiej stronie ulicy i zniknął. Miał na sobie obrożę? – zastanawiała się dziewczynka. Nie była pewna, ale wydawało jej się, że nie. Czyj to kotek? I przed czym uciekał?

– Hau! Hau!

Amelia odwróciła się. Uroczy szczeniak west highland teriera wybiegł na drogę.

Miał krótkie łapki, podłużny pyszczek, z którego zabawnie wystawał mu mały różowy języczek, i białą, lekko kręconą na końcach sierść. Szczeniak najwyraźniej gonił kota, ale gdy ten popędził przez ulicę i dotarł do muru, piesek musiał zrezygnować z pościgu. Zamiast tego biegał w tę i z powrotem wzdłuż muru, zawzięcie szczekając.


Nagle Amelia usłyszała zbliżający się odgłos przypominający dudnienie. A tym razem, co to takiego? – przemknęło jej przez myśl, nim odwróciła się w stronę dźwięku. Wiejską drogą jechał w jej kierunku samochód. Amelii zaparło dech w piersiach z przerażenia. Samochód pędził prosto na szczeniaczka! Serce podskoczyło jej do gardła.

Niewiele myśląc, wybiegła na ulicę. Wyrzuciła ręce w górę, a jajka wyleciały jej z dłoni, rozbijając się na drodze.

– Stój! – krzyknęła, po czym zamknęła oczy.


ROZDZIAŁ DRUGI


Amelia wzdrygnęła się, słysząc pisk opon. Otworzyła oczy i zobaczyła, że samochód się zatrzymał – w samą porę! Szczeniak zamarł, z jedną łapką uniesioną w powietrze. Amelia podbiegła do okna kierowcy.

– Dziękuję! – powiedziała, łapiąc oddech. – Tak się martwiłam, że go pani nie zauważy.

Dziewczyna prowadząca samochód pobladła przestraszona. Odgarnęła ciemnoblond włosy, odpięła pas i wysiadła z samochodu. Mały piesek zaczął biegać w kółko po asfalcie, szczekając.


– Czy to twój szczeniak? – zapytała dziewczyna. Wyglądała na lekko roztrzęsioną.

Amelia pokręciła głową.

– Wracałam do babci, gdy na ulicę wbiegł kot. Ten piesek go gonił.

– Całe szczęście, że mnie zatrzymałaś – odpowiedziała dziewczyna. – Lepiej go złapmy, co ty na to? Zanim więcej samochodów pojawi się na drodze.

Amelia i blondynka powoli podeszły do pieska, ale ten odbiegł od nich, radośnie szczekając. On myśli, że to zabawa – zdała sobie sprawę Amelia. Szczeniaczek wyglądał na bardzo młodego i nie reagował na komendy „siad” ani „zostań”. Szczekał tylko, machając ogonem, i uciekał przed nimi. Nie miał też na sobie obroży, więc Amelia próbowała go złapać za brzuszek, gdy obok niej przebiegał. Prawie udało jej się go chwycić – jej dłonie obejmowały już jego miękki, ciepły brzuszek, ale dziewczynka poślizgnęła się na rozbitych jajkach i pies wymknął się z jej uścisku.

– Żywiołowy, prawda? – powiedziała dziewczyna, ocierając czoło. – Łatwiej będzie złapać go za skórę na karku. Tak psie mamy noszą swoje dzieci. – Uśmiechnęła się. – Tak w ogóle to jestem Mania. Mania Nadzieja.

– Amelia Bukowska – odpowiedziała Amelka, dysząc. – Właśnie przeprowadziłam się do Welford z mamą. Teraz mieszkamy z babcią.


Spojrzała w dół, by sprawdzić, czy gdy upuszczała jajka, pobrudziła szorty. Oo, mam pomysł, pomyślała. Włożyła palce w rozbite skorupki i wyciągnęła dłoń.

– Do nogi, piesku – zawołała jak najbardziej zachęcająco. – Pyszne jajeczka.

Szczeniak podszedł do niej z drżącym noskiem. Coraz bliżej i bliżej…

– Mam cię! – zawołała Amelia, chwytając pieska za skórę na karku i biorąc go na ręce. Był cieplutki i wiercił się w jej uścisku.


– Dobra robota! – powiedziała Mania, gdy piesek polizał Amelkę po twarzy. – To był naprawdę świetny pomysł.

– Hau! – zaszczekał piesek, machając ogonkiem tak, że ten zmienił się w wirującą plamkę.

Jest przeuroczy, pomyślała Amelia. Ale jaki niegrzeczny!

– Ani śladu kota – powiedziała, z nagłym uczuciem lęku przypominając sobie przebiegającego szylkreta. – Myślisz, że wszystko z nim w porządku?

– Pewnie się ukrył w jakimś zacisznym miejscu – odpowiedziała Mania. – Nie martw się. Koty świetnie odnajdują drogę do domu.

– Tu jesteś, Amelko!

Amelia odwróciła głowę i zobaczyła idącą ku niej babcię, która jedną ręką zasłaniała oczy.

– Zastanawiałyśmy się z mamą, czy się nie zgubiłaś – powiedziała. – Dzień dobry, Maniu.

– Pani Nikoleta! – zawołała Mania. – Rozumiem, że jest pani babcią Amelii?

– Owszem – potwierdziła babcia.

– Znacie się? – zapytała zdziwiona Amelia.

Babcia uśmiechnęła się.

– W Welford wszyscy się znają, kochanie. Niedługo sama się o tym przekonasz. – Rzuciła okiem na wiercącego się w ramionach wnuczki szczeniaczka. – A kto to taki?

Amelia wyjaśniła, co się stało.

– Nie miał na sobie obroży – powiedziała Mania, głaszcząc tłuściutki, puszysty brzuszek pieska. – Zabiorę go do Zwierzakowa. Ktoś na pewno będzie tam wiedział, czyj to piesek.

– Co to jest Zwierzakowo? – spytała zaciekawiona Amelia, wyobrażając sobie wielką farmę pełną hasających zwierząt, położoną na welfordzkich polach.

– To lecznica dla zwierząt, tutaj, w Welford – wyjaśniła Mania. – Prowadzą ją moi rodzice.

Lecznica dla zwierząt! Amelka wyobraziła sobie jasno oświetlony, nowoczesny gabinet lekarski pełen stworzeń w potrzebie.

– Hau! Hau!

Dziewczynka zdała sobie sprawę, że z tych emocji zbyt mocno ścisnęła szczeniaczka. Pocałowała go na przeprosiny w główkę, po czym spojrzała na Manię i babcię.

– Czy ja też mogę pójść? – błagała. – Jeszcze nigdy nie byłam w lecznicy dla zwierząt.

– Jeśli Mania się zgodzi, nie widzę przeszkód – odpowiedziała jej babcia.

– Oczywiście, że możesz – powiedziała Mania. – Będziesz zachwycona. Pojedziemy samochodem, w pięć minut będziemy na miejscu.


Amelia nagle coś sobie przypomniała:

– Przepraszam, babciu – powiedziała, przygryzając wargę – ale upuściłam jajka i…

– Potem użyła ich, by złapać szczeniaczka – skończyła za nią Mania, szczerząc zęby w uśmiechu.

– Czyli na coś się przydały – doszła do wniosku babcia. – Nie martw się, zaraz pójdę po kolejne. A wy jedźcie do Zwierzakowa. Bawcie się dobrze!

Amelia usiadła w samochodzie, trzymając wiercącego się szczeniaczka na kolanach. Na tylnym siedzeniu leżała walizka i pudła pełne książek i ubrań.

– Jadę właśnie na uczelnię – wyjaśniła Mania, wyciągając kluczyki z kieszeni. – Studiuję weterynarię. Chcę robić to, co moi rodzice.

– Zostaniesz weterynarzem! – Amelia spojrzała na Manię z podziwem. – To wspaniale!

Gdy Mania uruchomiła silnik, mały terier zaczął piszczeć i usiłował wydostać się z ramion Amelki. Dziewczynka go przytuliła. Na pewno był zdezorientowany pobytem w tym dziwnym miejscu, gdzie niczego nie znał. Wiem, co czujesz, pomyślała, głaszcząc go po miękkich uszkach.

– Biedactwo – powiedziała łagodnie. – Niedługo znajdziemy twojego opiekuna.

Piesek przestał piszczeć i polizał ją po ręce. Gdy dziewczyny jechały wąską uliczką, przy której stały kamienne domy i pełno było kolorowych kwiatów, Amelka przyglądała się Mani. Opieka nad zwierzętami, pomyślała, to musi być wspaniałe. Może ja też zostanę kiedyś weterynarzem.

Na stojącej na końcu podjazdu drewnianej tablicy czarnymi grubymi literami wypisane były słowa „LECZNICA DLA ZWIERZĄT – ZWIERZAKOWO”. Gdy wjechały na podjazd i zatrzymały się na małym parkingu, Amelka usiadła prosto, wyglądając przez okno. Lecznica nie wyglądała ani trochę tak, jak wyobrażała sobie dziewczynka. Zamiast lśniącego, nowoczesnego budynku, który widziała w wyobraźni, Amelka ujrzała dom: Zwierzakowo mieściło się w zwykłym kamiennym domku z pięknymi pelargoniami rosnącymi na ganku i trzema szerokimi schodkami prowadzącymi do wejścia.


Otworzyły się drzwi i pojawił się w nich mężczyzna z ogromnym dogiem niemieckim, który machał ogonem, choć łapę miał owiniętą bandażem. Mały chłopiec i jego mama przytrzymali drzwi kobiecie z kotem w koszyku. Chłopiec obejmował niewielką klatkę, w której siedział biały królik.

Amelię przeszył dreszcz ekscytacji.

– Ile tu zwierząt! – powiedziała.

Mania uśmiechnęła się.

– Poczekaj, aż wejdziesz do środka.

Amelia podążyła za Manią po schodach i przez szklane drzwi. Ta część lecznicy wyglądała dokładnie tak, jak to sobie wyobrażała.

Recepcja była jasna i czysta, zwierzęta czekały na swoją kolej na kolanach swoich właścicieli lub siedząc przy stopach zatroskanych opiekunów. Amelia nie wiedziała, na co patrzeć najpierw – był tam labrador z plastikowym kołnierzem wokół szyi, kilka kotów w transporterach, obserwujących się przez kratkę, i dwie głośno piszczące świnki morskie. Pani siedząca po drugiej stronie pokoju miała ze sobą wielką klatkę z niebieską papugą.

Amelka była zachwycona. To najlepsze miejsce na świecie, pomyślała.


To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora